Coraz częściej ląduje na fotelu z nogami na biurku i kubkiem mocnej, gorącej kawy w łapkach, wpatrując się w ślepy punkt na ścianie. I tak przez kilkadziesiąt minut, nie zwracając uwagi na nic co dzieje się wokół.
Mój umysł obecnie nie jest otwarty na wszelkie nowości, co mnie samą szokuje. Nie pomijając kwestii, że tymi nowościami są jedynie zadania matematyczne i fizyczne, bo poza tym to nic szczególnego miejsca nie ma. I to wcale nie jest fajne. Banalnie się żyje i zbyt trudno jednocześnie. Definitywnie. Banalnie przyjmuje się każdego ranka rutynę i zbyt trudno wstaje się z łóżka. I muszę przyznać, że prawdą jest fakt, że choćbyśmy się starali z uporczywością maniaka pozbyć się rutyny z naszego życia to życie zawsze będzie rutyną. Codziennie wstajemy, przebieramy się, jemy śniadanie, myjemy zęby. Czy to będzie tu – w tej betonowej wsi, czy w samym środku Karkowa, czy na kalifornijskich przedmieściach, o ile w ogóle one istnieją. Zawsze każdy nowy dzień będzie szablonowo podobny do poprzedniego.
Te ślepe punkty jednak mają w sobie dużo treści. Można się w nich dopatrzeć najstarszych wspomnieć, o których już dawno nie myśleliśmy. Wczorajszego wieczoru, wpatrując się w nowo odkryty ślepy punkt przypomniałam sobie jeden z najweselszych etapów mojego dzieciństwa. Żałuję, że nasza przyjaźń się skończyła, że nie możemy ze sobą już rozmawiać jak dawniej. Nie potrafimy. Kiedy byliśmy dziećmi bawiliśmy się pod naszym ulubionym drzewem, pamiętam wszystkie nasze chore psychicznie zabawy i dałabym wszystko, żeby choć na chwilę wrócić do tych czasów, To drzewo stało się naszym amuletem. Miało wiecznie istnieć tak jak wieczna miała być nasza przyjaźń. To była najdojrzalsza część naszego dzieciństwa i tego nie można ukrywać. Przecież nigdy nie nazywaliśmy się przyjaciółmi, a przyjaciółmi z cała pewnością byliśmy. Klika dni temu poszłam na to miejsce naszych spotkań i doszło do mnie, że tego drzewa już nie ma. Nie ma go już kilka lat, tak jak nie ma już kilka lat naszej przyjaźni. Niewielki drobiazg był w stanie zniszczyć całe przeszłość i przyszłość. Po kilku latach jesteśmy już w stanie ze sobą rozmawiać, choć nigdy już nie poruszamy tematów takich jakie poruszaliśmy dawno temu. I znowu reminiscencja nie daje mi spokoju. Tak wiele razy chciałam to odbudować, ale za każdym razem mówiłam sobie, że to nie ma już sensu. Po miesiącu, po roku, po pięciu latach.. Byłam głupia. Dopiero teraz mogę to powiedzieć, po siedmiu latach : ‘jest za późno’. Bo jest.
W grudniu zeszłego roku patrzyłam jeszcze na leżący na zimnej ziemi pień drzewa. Na kilka mocniejszych gałęzi górę chrustu. Teraz nie pozostało nic. Tylko kawałek ‘zagospodarowanego’ trawnika. To właśnie dowód na to, że życie się zmienia, a my tak naprawdę nie mamy na to wpływu. Albo mamy wpływ przeogromny? Sama nie wiem.