"Historia Magistra Vitae Est", 0.0 out of 5 based on 0 rating
"Historia Magistra Vitae Est"
( 0 Votes )
blogi - Artur
Jest godzina 18:00. Sobota. Piszę ręcznie (nie wiedziałem, że jeszcze umiem) na kartce papieru i notuję wydarzenia dnia. Nie wiem, o której dotrę do domu, bo panowie policjanci mają bardzo dużo pracy na tym komisariacie. Siedzimy sobie tutaj na korytarzu w pięć osób i czekamy, aż się nami ktoś zajmie. Zaaresztowali mnie i około pięćdzięsięcioro innych, ale pozostali wyszli cichaczem, bo pan dyżurny prosił, żeby wchodzić do "gabinetu" kulturalnie, po pięciu najwyżej. Bardzo klął, że musi sam pracować. Jeden kolega urwał się wcześniej, bo dorabia na trzeci etat w podmiejskiej dyskotece jako bramkarz, drugi poszedł załatwiać z Ruskimi lewe paliwo, bo dostali w tym miesiącu tylko 10 litrów na trzy radiowozy, trzeci pojechał z panią komendantową na zakupy, czwarty leży na oddziale psychiatrycznym, gdyż nie dostał się do W-11, zaś piąty ma niesprawną pałeczkę.
To wszystko wymonologował pan dyżurny, kiedy wyszedł z kanciapy, gdzie jadł ciasteczko (miał okruszki na brodzie) i musiał się nami zająć. Ryczał, machał rękami jak dwa bocheny, sczerwieniał, zbladł, sfioletowiał, zzieleniał, mienił się jak rybka w ustępie. Opluł mnie wiadrem wysokosłodzonej śliny. Poczułem się prześladowany prawie jak ksiądz Popiełuszko, ścierając z twarzy resztki kremówki.
Ale ja siedzę grzecznie i czekam, aż mnie spiszą. Mama zawsze powtarzała, że z władzą nie można zadzierać, władza potrafi zawsze człowieka dopaść i zawsze karze tych, którzy są najbardziej niewinni. Ja jestem niewinny, więc nie uciekam.
A było to tak. Pojechałem rano na zajęcia po tej imprezie. Miałem dopiero na 11.30, więc zdążyłem trochę posprzątać. Choć piłem całą noc wódkę, ani razu nie wymiotowałem i nawet głowa mnie wcale a wcale nie bolała. Za to było mi tak przyjemnie, oj, tak przyjemnie, jak nigdy... Kiedy się napiłem piwa, które zostało, dostałem energetycznego kopa! Czułem się taki potężny i mocny! Nawet, kiedy mama wróci, będę kupował po cichutku piwo i wódkę. Nie wiem, dlaczego się mówi, że to szkodzi, skoro pomaga ludziom.
Więc napiłem się, pojechałem na zajęcia. Mieliśmy bardzo nudny przedmiot: techniki wielowątkowego programowania zorientowanego obiektowo. Pan doktor przychodzi i zamiast mówić cokolwiek o temacie, zajmuje się szukaniem w Google materiałów do swojej pracy w jakimś konsorcjum. Każe nam „zamknąć ryje”, grać w strzelanki, bo programować to się nauczymy, jak zrobimy magistra i pójdziemy do pracy. Ostatecznie opowiada tym najbardziej niezmordowanym, jego ostrym głosem, o "rzutowaniu na płaszczyznę zespoloną" - cokolwiek to oznacza.
Dzisiaj przestało mi to przeszkadzać. Wszedłem do sali tanecznym krokiem, po drodze oplułem sobie oko oraz walnąłem się w drzwi na fotokomórkę.
Z sensacji dnia: grupa po raz pierwszy zareagowała energicznie na mój widok! Dostrzegli mnie! Bo kiedy wszedłem, oczy wszystkich były skierowane na mnie, kiedy byłem taki... (ojeju, ja zapomniałem się dzisiaj rano umyć, teraz mi się przypomniało!)... rozanielony. Nie zdenerwowałem się nawet wtedy, gdy usiadłem i moja nowa bluza plasknęła. Pomacałem ręką, co tak plaska, po czym okazało się, że to fragment żołądka Jacka albo Pauliny. Na mojej nowej bluzie!
No już trudno.
W autobusie jeszcze palnąłem się w czoło. Przecież wszystkie kontakty, handle, transakcje ludzkie odbywają się wyłącznie w internecie. Internet jest jak bazar. Pooglądam parę zdjęć, powybieram te fajniejsze, poprzebieram i pogrzebię jak w truskawkach i w marchewkach... któraś z dziewczyn napewno da się poznać.

Na zajęciach włączyłem czat na Onecie... Wybrałem pokój "towarzyski", ale wahałem się również nad "napalone diablice". Tylko trochę głupio mi się zrobiło, a jak któryś kolega zauważy? Mimo że wszyscy rozsadzeni byli, po obu końcach Sali, wybrałem "towarzyski". Popatrzyłem na nicki... która będzie i dostępna, i normalna, bo żadnej wariatki z pejczami w lateksie nie chcę: Hot_22, Gorący_cycuszek, Wilgotna3960, SexiFlexi, Biore_na_twarz. Od razu stwierdziłem, że takie bezpośrednie, to nie dla mnie. I nie wiadomo, jaka to płeć właściwie? Wierzę w zasadę, że pokaż mi swój nick, a powiem ci, kim jesteś. Ja sobie wziąłem: Wyświechtana_Baranina_z_Pacanowa, pasuje, prawda?
W końcu zacząłem rozmawiać z DarkFlower.

- Cześć. Co taki piękny nick robi sam na Onecie?
- Czeka na ciebie, tylko i wyłącznie.

Wow. Ale sukces od razu! Bez idiotycznych zagadywań, skrępowania, nic kompletnie. W Internecie człowiek jest wolny od tych wszystkich durnych ograniczeń.

- A jak się już doczekał, to co teraz?
- Jesteś z Katowic?
- No.
- To wpadnij na 17:00 do Katowic, plac Sejmu Śląskiego. Będę czekać pod pomnikiem, ze słonecznikiem w dłoni. Do zobaczenia!

Pyk! I już jej nie było. Zaszokowała mnie. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. (O kurcze pieczone, może ja jestem Richard Gere, a DarkFlower to Julia Roberts, jak w tym ulubionym filmie mamy…?) Tak sobie myślałem po cichutku szeptem.

Pełen ufności, pełen niewypłukanego alkoholu wsiadłem w autobus i pojechałem do Katowic. Leciałem prawie biegiem na plac Sejmu. I zobaczyłem coś bardzo, bardzo dziwnego – cała przestrzeń była zalana ludźmi, którzy tłoczyli się w nieznanym celu, większość miała transparenty, megafony, leciały petardy, duzi i mali wydzierali się, jakby ich żywcem ze skóry obdzierano. Zaskakujące miejsce jak na pierwszą randkę, jednak świat stanowi dla mnie jedno wielkie zaskoczenie.

DarkFlower stała koło pomnika Korfantego, machając zdechłym słonecznikiem prawie bez płatków. Była niska, drobna, ubrana w zwyczajne, potargane (?!) dżinsy, włos miała zmierzwiony i energię w ruchach.

- Pacanów! Pacanów tutaj! Juuuhuuu! – regularnie jak kukułka w zegarze wykrzykiwała moją, najdziwiniejszą, część nicku. Jeszcze nikt nigdy nie czekał na mnie tak namiętnie.
- Cześć, to ja jestem ten z cza…-
- Hej! Jestem Kaśka! Fajnie, że przyszedłeś! Każdy jeden uczestnik nam się przyda!!! Reszta dojeżdża autokarami, ale na A4 jest korek od czterech godzin! Znowu zamknęli trzy pasy, bo dziury powychodziły!!! Cholerne samochody! Jeżdżą tymi śmierdzącymi puszkami, emitują spaliny! Ludzie dostają zawałów, stojąc w tych cholernych korkach!!!- Kaśka wyrzucała z siebie słowa nieprzerwanym potokiem, nie mogłem jej przerwać, stałem oszołomiony, tłum wokół nas zgęstniał.
- Ale… yyy… jacy oni dojeżdżają? Może pójdziemy gdzieś usiąść, porozmawiać…
- Jakie porozmawiać!!! Nasza planeta ziemia zmierza ku zagładzie, a ty chcesz stąd odejść?! Słuchaj, na tym placu, który służy jako parking! Parking, wyobrażasz sobie?! Tutaj zakwitł mech mysikiszek! Jeden z najcenniejszych mchów na świecie! Musimy wyrzucić stąd te wstrętne samochody! Nasza organizacja, Zieloni Bojownicy i Ratownicy, będzie walczyć o prawa mchu do życia! Od rana werbuję nowych członków! - Kasia tak pluła wszelkimi uczuciami, że poczułem się podle, tak wstrętnie, że nigdy wcześniej nie zainteresowałem się problemami fauny i flory w Katowicach, ba, nawet na własnym osiedlu!

- Idąąąąą, Nasi idąąąąą! – Kasia była jak szalejąca bogini. Umiała naruszać czasoprzestrzeń, gdyż w ciągu sekundy potrafiła zmienić położenie ciała piętnaście razy, wypowiadając przy tym kilkaset słów o podwyższonych decybelach. Zbliżyła się do nas potężna grupa młodzieży, mieniąca się wszystkimi kolorami łąki, tęczy i innych kolorowych rzeczy. Nieśli białe płachty na patykach, sznury, łańcuchy. Śpiewali wzruszające pieśni, które coś mi przypominały…

- Nie rzucim ziemi, skąd nasz meeeeech… Nie damy pogrześć flooooooory!!!
- Roooośnijżeeee, meeeechuuuniuuu! Roooośnijżeeee, roooośniiiij! A tyyyy go, ekoooloooogu, w zieeeemi zachooooowaj!

- Ej, Kaśka! Oni zadeptują nasz mech! – podleciał do nas jakiś potężny facet, cały w drgawkach. - Tutaj podobno jest jakaś lista kolejkowa protestów! Od rana demonstrują kolejarze, nauczyciele, sprzątaczki, producenci pił tarczowych, górnicy, hutnicy, filateliści, marynarze, piekarze, nawet szwaczki dotknęła zaraza! I każdy ma 15 minut na zaprezentowanie swoich postulatów, po czym won!!! To jakaś kpina jest! – czy wszyscy ekolodzy tak się wydzierają…? Z czego mają zrobione gardła?

- Pacanek, musimy wywalić stąd tych wszystkich ludzi! - skinęła na mnie Kaśka, wymachując rękami, jakby pływała kraulem. - Łap bejsbola i do dzieła, nasi formują już oddziały! Nie możemy pozwolić na takie chamstwo i barbarzyństwo! – Pamiętniczku, uwierz mi, byłem szczerze zakłopotany, gdy Kaśka wyciągnęła jakiś gruby kij z plecaka, po czym kazała rzucić się na producentów pił tarczowych, bo akurat była ich kolej protestowania.

Te współczesne kobiety są przerażające. Zupełnie same dźwigają na ramionach cały ciężar świata. Kiedyś to mężczyźni walczyli o jego kształt, teraz kobiety są bardziej zaangażowane, a my jesteśmy marionetkami w ich rękach.

Potem wydarzenia potoczyły się szybko. Rozegrała się regularna bitwa, do której włączyli się także policjanci, straż miejska oraz lokalni studenci. Dałem się porwać tłumowi. Tłum szalał, wyrywał autobusy z korzeniami, ekolodzy rzucali przypadkowymi staruszkami oraz psami, producenci pił tarczowych odwdzięczali się pociskami z końskich odchodów (bo hodowcy koni protestowali przed nimi).

Nie wiem, kiedy po raz pierwszy oberwałem policyjną pałką. Jednak jeden cios wystarczył, bym padł na chroniony mech i stracił przytomność. Gdy ponownie otworzyłem oczy, byłem w trakcie lotu szybowego do policyjnego samochodu. Pozbierali wszystkich protestujących i zawieźli na komisariaty, wyrzucili, zostawili. A Kasia zniknęła w nienazwanym tłumie…

Trochę jestem obolały, ale w sumie szczęśliwy. Walczyłem przecież w słusznej sprawie! Zupełnie przypadkiem zostałem Zielonym Bojownikiem i Ratownikiem. Chyba było warto na chwilę poświęcić seksualne podchody na rzecz ekowalki?


Godzina 00:00: Dopiero wróciłem do domu. Przetrzymali mnie strasznie długo, ale ostatecznie wypuścili. Jestem trochę rozdygotany wewnętrznie, bo przed chwilą spotkałem sąsiada z psem… Powiedział mi, że przez cały dzień dobijała się do mnie policja. Nie za dużo trochę? Po co…? Idę spać!