| ,,Życie Gabriela'' Rozdział III |
| blogi - tusiek181 |
|
Nastał kolejny słoneczny dzień. Była to sobota która jednoznacznie wiąże się z dniem wolnym. Na zewnątrz świeciło słońce. Chłopcy na podwórku próbowali zrobić składy do gry w piłkę nożną, a dziewczynki w spokoju grały w klasy. Dzień był tak piękny, że tylko osoba niespełna rozumu musiała by siedzieć w domu. Promienie słoneczne agresywnie wpadały do pokoju oświetlając dosłownie wszystko. Babcia już od godziny piątej rano szwędała się po domu. Zrobiła pranie, nakarmiła kaczki, dała trzodzie pić a nawet ugotowała zupę na obiad. O godzinie dziesiątej postanowiła zrobić swemu wnukowi pyszne naleśniki na śniadanie. Staruszka strasznie kochała swojego wnuczka. Od momentu gdy jego matka wyjechała do miasta pracować, Gabryś był jej oczkiem w głowie. Po przebytym pobycie w szpitalu jeszcze bardziej chciała dogadzać wnukowi który solidnie zadbał o dom podczas jej nieobecności. Bo wszystkich wykonanych obowiązkach babuszka poszła do pokoju Gabriela z nadzieją, że już nie śpi i że zje cieplutkie naleśniki z bananami i czekoladą. Wchodząc do pokoju o mały włos nie upadła na ziemię potknąwszy się o leżące na ziemi spodnie. W pokoju panował istny chaos. Ciuchy porozrzucane po całym pokoju wyglądały jak leżące ciała po przebytej przed chwilą wojnie. Każda babcia bądź mama zdenerwowała by się i zaczeła by krzyczeć. Lecz babcia Gabrysia nie była taka. Uśmiechneła się i poukładała wszystko w szafie. Kiedy Gabriel wstał z łóżka z niedowierzaniem przecierał oczy. -Gdzie ja jestem? Przecież to nie mój pokój. Albo jeszcze się nie obudziłem, albo wczoraj straciłem rozum i posprzątałem pokój. Ewentualnie...babcia! Energicznie wstał z łóżka i ubrał pierwsze lepsze spodnie. Wyszedł do kuchnie gdzie unosiła się delikatna woń świeżych naleśniczków z bananami. Taki zapach postawiłby na nogi nawet największego lenia. Siadając przy stole zastanawiał się gdzie jest babcia. Wszystkie oznaki: posprzątany pokój, śniadanie i brak skrzeczącego głodnego drobiu, wskazywały na to, że babcia od dłuższego czasu jest na nogach. Myśl tą przerwała babcia wchodząc do kuchni przez ganek. - O! Już wstałeś mój cukiereczki. Smakują ci placuszki? - A ty już babciu na nogach? - A coś nie mogłam spać więc wstałam o piątej i wziełam się do roboty. Smakują? - Jasne! Są wyśmienite! Mogłąś mnie obudzić to bym ci pomógł. - Młody jesteś jeszcze się napracujesz. I pamiętaj ,,Kto rano wstaje temu... - ...Pan Bóg daje'' - Dokładnie tak. A jakieś plany masz na dzisiejszy dzień? Jest tak pięknie, że chyba nie masz zamiaru spędzić całego dnia w domu? - Myślałem żeby się troszkę pouczyc. Wie babcia jak teraz w szkole jest. Nauczyciele są do mnie uprzedzeni, nie mówiąc o kolegach. Jest trochę ciężej niż przed... no wie babcia... - Słusznie postąpiłeś. Co prawda prawdziwy chrześcijanin nie powiniensię uciekać do bicia, ale skoro stanołeś w obronie rodziny. To ci się chwali. - Babciu nie mówmy o tym... - No dobrze. To gdzie się wybierasz dziś? - Mama wczoraj przysłała mi 50 złotych. Chyba pojadę do centrum. - Masz rację. Należy ci się odrobinę rozkoszy. Skoro będziesz w okolicy masz tu receptę, wykupisz mi leki. Gabriel wzioł od babci receptę i pognał na autobus. Idąc drogą zachwycał się piękną pogoda. Zdążył również zrobić dobry uczynek, ściągając piłkę z drzewa dzieciakom. W autobusie jak zawsze tłok. Nieprzyjemne zapachy, tłok i pot. Bardzo żadko kiedy jest inaczej. Nieprzyjemny kierowca od którego wydobywał się specyficzny zapach i stare siedzenia z których kurz latał jak pyłki kwiatów wiosną. Lecz lepiej jechać autobusem niż przez godzinę iść piechotą często z ciężkimi bagażami. Gabriel wysiadł w samym centrum. Miasto było jeszcze piękniejsze niż wieś na której mieszkał. Wszędzie gromady ludzi i zapach z przydrożnych budek. Pierwsze co Gabryś poszedł do parku gdzie kupił największe lody jakie tylko w życiu jadł. Delektował się nimi przez pół godziny. Spacerując po parku rozmyślał nad tym kim by w życiu chciał być. Dokładnie nie wiedział co by chciał w życiu robić. Z jednej strony marzyła mu się kariera lekarza lecz wiedział, że ze względów finansowych jest to nie do spełnienia. Mimo, że babcia głęboko wierzyła, że jej wnuczek będzie lekarzem albo księdzem. Lecz to drugie stanowczo odpadało. Gabriel był człowiekiem wierzącym lecz nie czuł duchowego powołania do posługi kapłańskiej. Swoje życie chciał związać ze szkołą. - Nauczyciel to by było coś... Lecz do końca nie był przekonany do tego zawodu. Chciał w przyszłości aby jego rodzinie nic nie brakowało. A wiedział, że nauczyciele np. biologii nie zarabiają kokosów o jakich marzył. W jego głowie toczyła się wojna. - Robić to co lubię? Czy to co daje większe zyski? Rozmyślając tak wpadł na pewną dziewczynę która czytała jakiś podręczniku. Całe dwie gałki lodów truskawokowych nie wiadomo kiedy wylądowały na jednej ze stronic książki. Gabryś zrobił ogromne oczy, a dziewczyna podniosła wzrok i uśmiechneła się. Była piękną dziewczyną o średnim wzroście. Jej oczy przypominały egzotyczną lagunę. Włosy o kolorze słomy długie aż po pas unosiły się w powietrzu. Była to kobieta anioł jak stwierdził w swoich myślach młodzieniec. Nigdy nie widział tak pięknej dziewczyny z tak pieknym uśmiechem na twarzy. Totalnie nie wiedział co robić. Stał jak słup soli i patrzył to na nią, to na płynące lody której całkowicie wybrudziły strony książki. Naglę obudził się z letargu i energicznie zaczoł chusteczką wycierać książkę. - Jezu! Bardzo przepraszam...ja naprawdę nie chciałem. Bo ja szedłem i bo ja się zamyśliłem... bo...eee - Spokojnie nic się nie stąło. To tylko książka. Gabryś słysząc jej głos znowu zapadł w jakąś dziwną śpiączkę. Dziękował Bogu, że usłyszał tak piękny głos. - Halo... tu Ziemia? Jesteś? - Eee... tak, tak znowu się zamyśliłem. Może jakoś, no nie wiem zapłacę, albo coś... za tą książkę. - Spokojnie mam w domu więcej podobnych książek. Ale skoro jesteś taki uprzejmy, to czy mógłbys mi wskazać drogę na najbliższy przystanek? - Jasne! Nie ma sprawy! - Tak w ogóle to jestem Marta. - A ja Gabriel. - Mmm. Masz bardzo piękne imię. - Twoje też jest śliczne. Rozmowa urwała się tuż przed przystankiem. Marta wsiadła do swojego autobusu i wdzięcznym ruchem pomachała do Gabriela który stał na przystanku z opuszczoną żuchwą w dół. - O Boże! Czy to był sen? Siedział na ławce i myślał tylko o niej. Nawet przechodzący przypadkiem Mateusz nie wzbudził w nim innych emocji. Zero reakcji, zero złości na dogryzki mieszczucha. Z tego wszystkiego nawet nie spostrzegł jak szybko mija czas. Zrobiło się ciemno, a Gabryś wracał do domu piechotą. W domu czekałą roztrzęsiona babcia. - Boże jedyny. Wnusi gdzieś ty był? - Przepraszam babciu. Prosze to twoje leki. - Gdzie one są? - Eee... O rany! Babciu przepraszam bardzo ale... ale... - No dobrz juz wszystko w porządku. Mów co się stało? - Spotkałem anioła. Babcia żuciła podejrzliwe spojrzenie i dokłądnie obwąchała wnuka czy nie czuć od niego jakichś trunków. - Anioła powiadasz? - Tak anioła. Miał piękne niebieskie oczy i włosy takie cudne... a głos... ah! - Gabryś! Ty się zakochałeś! O Boże jedyny, dziękuję Ci, że doczekałam tak szczęśliwej chwili. No mów jak ona się nazywa? - Marta. Babcia wypytała dokładnie o wszystkie szczegóły po czym zrobiła pyszną kolację. Gabriel położył się do łóżka lecz zasnoł odpiero o czwartej nad ranem. Przed jego oczami malowała się piękna, niebiańska istota. Marta. |