Inny świat - opracowanie powieści Grudzińskiego

Szpital w Jercewie

5 1 1 1 1 1 Rating 100%

Inny świat. Szpital w Jercewie

Artykuł zawiera opis szpitala w Jercewie, na podstawie powieści Gustawa Herlinga Grudzińskiego pt. Inny świat.

Szpital w Jercewie

Narrator był w szpitalu dwukrotnie:

„Ja sam, rozgrzawszy się przy pracy na bazie tak, że czułem przylepioną do skóry koszulę, rozebrałem się do pasa na 35-stopniowym mrozie i w dzień potem - było to w lutym 1941 roku - poszedłem na dwa tygodnie do szpitala".

Drugi pobyt w szpitalu, to konsekwencja głodówki.

Szpital - wygląd:

„Szpital mieścił się w jedynym obok Domu Swidanij baraku, który zbudowany i utrzymany był nie gorzej niż domy ludzi wolnych w pobliskim Jercewie".

„Z szerokiego korytarza wchodziło się po obu stronach do izb przeznaczonych dla chorych; w każdej z nich były dwa okna i stało co najwyżej osiem łóżek. Wszędzie panowała wzorowa czystość, tym bardziej niezwykła, że oglądało ją się, mając świeżo w pamięci brud w barakach. Gdyby nie legowiska na korytarzu, na których chorzy czekali czasem parę dni i nocy na zwolnienie się łóżka, nasz szpital nie różniłby się niczym od skromnych, ale starannie utrzymanych szpitalików w prowincjonalnych miastach europejskich. W małym pokoiku pośrodku korytarza mieściła się dyżurka dla lekarzy obozowych i sióstr, a w dwóch oszklonych szafach pod ścianami przechowywano lekarstwa i instrumenty lekarskie. W wypadkach nagłych duży stół w dyżurce używany był również jako stół operacyjny".

Szpital - personel:

„Nominalnym kierownikiem szpitala był wolny lekarz z Jercewa, który co drugi dzień przychodził do żony na przegląd chorych i ambulatorium. Troje lekarzy obozowych - Loevenstein, zruszczony Polak Zabielski i Tatiana Pawłowna - podlegało mu bez odwołania we wszystkich sprawach spornych".

„Kto pisze cokolwiek o obozach sowieckich, nie ma prawa nie wspomnieć o ujmującej grzeczności i serdeczności sióstr. Może dlatego, że przebywały przynajmniej za dnia w nieco bardziej ludzkich warunkach, a może dlatego, że szpital był jedynym miejscem w obozie, gdzie można było przyjść z pomocą ludzkiemu cierpieniu - siostry obozowe odnosiły się do chorych z taką troskliwością, czujnością i oddaniem, że uważaliśmy je po trosze za istoty z innego świata, którym chyba tylko niedorzeczny wybryk losu kazał żyć i znosić wraz z nami wszystkie trudy niewoli".

„Po północy sale szpitalne obchodziła siostra Jewgienija Fiodorowna".

Szpital - zasady:

„Wolny lekarz śledził natomiast przebieg leczenia i miał decydujący głos, gdy chodziło o wypisanie chorego ze szpitala. To wystarczyło jako rodzaj kontroli i środka zapobiegawczego przeciwko ewentualnym nadużyciom lekarzy obozowych".

„każdy lekarz obozowy przestrzegał bardzo ściśle przepisów więziennych, pamiętając, że najmniejsze uchybienie grozi mu odesłaniem na ogólne roboty".

„Chorych wolno było kierować do szpitala przy temperaturze powyżej 39 stopni, a zwalniać przy temperaturze powyżej 38 - nie licząc nieszczęśliwych wypadków i okaleczeń przy pracy".

„lekarze obozowi bali się donosów swoich "asystentów" (tak zwanych "lekpomów"), których jedyną kwalifikacją do otrzymania tego stanowiska były bardzo często zażyłe stosunki z Trzecim Oddziałem, a niejednokrotnie także i samych chorych, których Trzeci Oddział używał niekiedy do wypróbowania lojalności lekarzy obozowych".

„Zawsze lepiej było przesadzić in minus niż in plus. Więzień, który mimo przepisowej temperatury nie otrzymał zwolnienia, nie obciążał lekarza w najmniejszym stopniu; więzień natomiast, który gorączkując niezbyt wysoko, został z polecenia lekarza w zonie, mógł skończyć raz na zawsze jego karierę lekarską w obozie".

„prawodawstwo obozowe przewidywało pewien maksymalnie dopuszczalny procent zwolnionych z pracy (zdaje się, że 5%), którego nie wolno było pod żadnym pozorem przekroczyć. Bywały wypadki, że lekarz obozowy zwalniał ciężej chorych, a wysyłał do pracy lżej chorych, obiecując tym ostatnim rekompensatę w przyszłości, byle tylko liczba zwolnionych nie została zakwestionowana na wartowni".

„Leczenie więźniów w szpitalu sprowadzało się w dużym stopniu do aplikowania małej dozy odpoczynku i nadmiernej dozy proszków na spadek gorączki".

„Apteczka obozowa zaopatrzona była tak ubogo, że sami więźniowie znali na pamięć nazwy paru lekarstw, które stosowano najczęściej, i prosili o nie, nie czekając na diagnozę lekarza".

„istotny wysiłek w leczeniu szpitalnym zmierzał głównie do jak najszybszego postawienia na nogi więźniów, którzy nie utracili jeszcze całkowitej przydatności do pracy".

„Dla starców, więźniów nieuleczalnie chorych na serce, więźniów dotkniętych przewlekłą pelagrą i gruźlików szpital stanowił ostatni przystanek przed śmiercią lub przed trupiarnią".

„Obowiązkiem lekarzy było doprowadzenie śmiertelnie chorych więźniów do takiego stanu, aby po krótkim wypoczynku zdolni byli o własnych siłach przejść do sąsiedniej "trupiarni" i skonać tam, zwalniając łóżko w szpitalu".

„Zupełne wycieńczenie przy pracy, różne formy obłędu głodowego, kurza ślepota i awitaminoza w ostatnim stadium owrzodzenia całego organizmu, połączonym z wypadaniem włosów i zębów - kwalifikowały się w najlepszym wypadku od razu do "trupiarni«, bez próby nawet leczenia szpitalnego".

„Jedynie więc więzień, którego organizm był jeszcze dość silny, aby zregenerować się przez sam fakt krótkiego wypoczynku, mógł liczyć na to, że jego pobyt w szpitalu będzie czymś więcej niż tylko ucieczką od rzeczywistości więziennej w sferę marzeń sennych o przeszłości".

Warunki panujące w szpitalu:

„Warunki życia w szpitalu wkraczały w porównaniu z warunkami życia w obozie w dziedzinę nieprawdopodobnego luksusu".

„Każdy chory otrzymywał wraz ze skierowaniem do szpitala kartkę do łaźni, oddawał u wejścia do izby szpitalnej swoje łachy w zamian za czystą bieliznę, wskazywano mu łóżko ze świeżo powleczoną pościelą, obok którego stał mały stolik nocny; niezależnie od wysokości normy przed chorobą każdy więzień otrzymywał w szpitalu ,,trzeci kocioł«, surówkę przeciwko awitaminozie i dużą porcję białego chleba - pelagrykom przysługiwały ponadto dwie kostki cukru i kostka margaryny tej samej wielkości. Było to wszystko tak niezwykłe i trudne do uwierzenia, że więźniowie, którzy odwiedzali swoich chorych przyjaciół w szpitalu, zdejmowali od razu u drzwi czapki z głów i nie odważali się przestąpić progu, dopóki ich do tego nie ośmieliło uprzejme wezwanie siostry".

„Naczelnik obozu, Samsonow, zamieniał zawsze w czasie inspekcji z każdym z chorych parę słów, a wolny lekarz Jegorow (o którym mówiono, że był niegdyś także więźniem) nie umiał powściągnąć w swym surowym głosie cieplejszych tonów, ilekroć przystawał na chwilę obok łóżka szpitalnego".

Szpital – miejsce, do którego więźniowie chcą trafić:

„W szpitalu przeleżałem tylko jedną noc na korytarzu, a potem już dwa tygodnie w czystym łóżku na sali i wspominam ten okres jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu".

„więźniowie chwytali się wszelkich możliwych sposobów, aby otrzymać skierowanie do szpitala. W okresie ,,pionierskim" obozów sowieckich taką kartę wstępu dawało samookaleczenie ciała przy pracy; widziałem wielu więźniów z odrąbanymi palcami u jednej lub obu rąk".

„Już w roku 1940 jednak władze obozowe, przerażone rozmiarami samookaleczeń, domyśliły się ich źródła i odtąd »wypadki przy pracy«, nie potwierdzone przez dokładny opis zajścia, karano jako »sabotaż« dodatkowym wyrokiem dziesięcioletnim, podciągając pojęcie »samouszkodzenia ciała« pod ten paragraf kodeksu sowieckiego, w którym mowa jest o »szkodnictwie«. Mimo to jeszcze w grudniu 1941 roku byłem świadkiem, jak do żony przywieziono z »lesopowału« młodego więźnia z odrąbaną stopą; na dwa dni przed tym wypadkiem wypisano go, nie zważając na protesty i błagania, ze szpitala".

„Zagnojenie małej stosunkowo ranki wywoływało ropne zapalenie, które czasem doprowadzało tylko do stanu podgorączkowego, niekiedy jednak podbijało temperaturę do wymaganej granicy".

„Wśród »urków« popularne było wstrzykiwanie roztopionego mydła do cewki moczowej, które wywołując wysięk, pozorowało chorobę weneryczną i dawało zwolnienie przynajmniej na czas obserwacji".

Kult szpitala w Rosji:

„w Rosji panuje coś w rodzaju ,,kultu szpitala". Nawet w najgorszych obozach, nawet w okresie szalejącego ,,proizwołu" i ,,pionierstwa" obozowego szpitale zostały jak gdyby wyłączone z systemu niewolnictwa sowieckiego i zachowały inny, bardziej ludzki status. Było coś nieprawdopodobnego w fakcie, że już za progiem - po wypisaniu ze szpitala - więzień stawał się na powrót więźniem, ale jak długo leżał bez ruchu w łóżku szpitalnym, przysługiwały mu wszystkie prawa człowieczeństwa z wyjątkiem wolności. Dla człowieka nienawykłego do kontrastów życia sowieckiego szpitale urastały do rozmiarów kościołów pośrodku szalejącej Inkwizycji - naruszenie obowiązujących w nich praw równało się prawie desakralizacji; być może nie czczono w nich człowieka, ale w każdym razie szanowano go w granicach, które pozwalają odróżniać w więzieniach karę od tortury".

„W dużej sali szpitalnej siostra wskazała mi miejsce pomiędzy Niemcem S. a rosyjskim aktorem filmowym Michaiłem Stiepanowiczem".

„Szpital był jedynym w obozie i więzieniu miejscem, gdzie na noc gaszono światła".

Wpływ szpitala na więźniów:

Ucieczka od pracy:

„szpital był prawdziwą ucieczką dla wszystkich, którzy wbrew podszeptom instynktu nie chcieli zapomnieć. Witali chorobę z radością, a wracając ze szpitala do baraków, twarze mieli ściągnięte i skurczone bólem; jak ludzie, których oderwano siłą od szczeliny w murze sięgającej w przeszłość, a poprzez przeszłość w zwodniczą nadzieję przyszłości".

Szpital pozwala na samotność, chwilowe zmartwychwstanie:

„uświadomiłem sobie po raz pierwszy w życiu, że jedynie samotność jest w życiu człowieka stanem graniczącym z absolutnym spokojem wewnętrznym, z odzyskaniem indywidualności. Tylko w pochłaniającej wszystko pustce samotności, w ciemnościach zacierających kontury świata zewnętrznego można odczuć, że się jest sobą aż do granic zwątpienia, które uprzytamnia nagle własną nicość w rosnącym przeraźliwie ogromie wszechświata. Jeśli ten stan ma w sobie coś z mistyki, jeśli pcha człowieka w objęcia religii, to byłem wówczas religijny, modląc się w duchu bluźnierczo: "Boże, daj mi samotność, gdyż nienawidzę ludzi". Bo jednocześnie z tą euforią zmartwychwstawania osobowości czułem, że jestem cmentarzyskiem wszystkiego, co łączy z innymi ludźmi. Nie myślałem o obozie, nie myślałem o tych, co giną za burtą łodzi ratunkowej szpitala, nie myślałem o najbliższych, o przyjaciołach, o nikim - poza samym sobą. Umierałem więc, zmartwychwstając. Myślałem z wzbierającą codziennie nienawiścią o więźniu, który przyjdzie tu jutro zająć moje miejsce. Gorzki to tryumf odwalić kamień grobowy na wypalonej i jałowej pustyni. Te chwile, kiedy noc dotykała moich spieczonych warg rosą ciemności i słyszałem w ciszy bicie własnego serca niby kroki odmierzające nieskończoność, przywróciły mi pewność własnego istnienia, odbierając szacunek dla istnienia innych. Byłem jak ślepiec, który odzyskawszy wzrok, obudził się w próżni pełnej luster, odbijających tylko jego własną samotność.

Ten stan trwał nie dłużej niż najwyższe nasilenie gorączki - około pięciu dni".

Serwis rozdaje przeglądarkom bezpieczne ciasteczka.