Witold Gombrowicz Ferdydurke - opracowanie

Józio Kowalski - charakterystyka z cytatami

4.5714285714286 1 1 1 1 1 Rating 91%

Józio Kowalski - charakterystyka z cytatami

Witold Gombrowicz "Ferdydurke" - charakterystyka Józia Kowalskiego (z cytatami)

Uzupełnienie tej charakterystyki bohatera "Ferdydurke" stanowi {ln: Józio Kowalski - biografia w punktach ' biografia Józia Kowalskiego}.

Patrząc na imię i nazwisko bohatera powieści "Ferdyrurke" trudno uniknąć skojarzeń z Józefem K. z powieści F. Kafki pt.: "Proces". Obaj bohaterowie rozpoczynają swoją przygodę w łóżku, obaj są obiektami, na których wpływają inni. Podobieństw jest jeszcze więcej. Józio to jednak przede wszystkim bohater każdy.

 

"Ferdydurke". Józio - charakterystyka wstępna

Imię i nazwisko bohatera "Ferdydurke"

Nazywa się Józef Kowalski:

„Niech Kowalski siedzi." Tak zwraca się do niego profesor Pimko.

Wiek Józia

Józio ukończył 30 lat:

„Przeszedłem niedawno Rubikon nieuniknionego trzydziestaka, minąłem kamień milowy", „W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu. Las ten, co gorsza, był zielony."

„Trzydzieści skończył na świętych Piotra i Pawła! O cztery i pół roku młodszy od Tereni, a Terenia od Zosi, córki Alfreda, starsza o sześć tygodni." Według słów ciotki Hurleckiej.

Wygląd Józia:

„ja miałem na sobie szare ubranie miejskie, kołnierzyk, krawat i buciki,"

„Oczy niebieskie po matce, nos ojca, chociaż podbródek typowy po Pifczyckich"

Pochodzenie Józia:

pochodzi z rodziny szlacheckiej

„Zygmusiu, kuzyn!"

„Zosiu! Józiu – kuzynka twoja."

Matka Józia nie żyje, miała na imię Cesia:

„Mama twoja nieboszczka! Cesia kochana!"

„To Józio, syn Heli nieboszczki."

Ojciec Józia miał na imię Władysław:

„syn Władysława" wg ciotki Hurleckiej

Nie czuje się dojrzały:

„z metryki, z pozorów wyglądałem na człowieka dojrzałego, a jednak nie byłem nim"

„A dalej, wydało mi się w półśnie, ale już po obudzeniu, że ciało moje nie jest jednolite, że niektóre części są jeszcze chłopięce"

„i tak na przełomie lat nie byłem ani tym, ani owym - byłem niczym - a rówieśnicy, którzy już się pożenili oraz pozajmowali określone stanowiska,"

Ma problemy z własną tożsamością:

„czymże byłem? Trzydziestoletnim graczem w bridża?"

„Pracownikiem przypadkowym i przygodnym, który załatwiał drobne czynności życiowe i miewał terminy?"

„sam nie wiedziałem, czym człowiek, czym chłystek"

„Ukradkiem spod kołdry patrzyłem jakby nie na siebie i widziałem tę twarz, która była moją i nie moją."

Sen przedstawia jego lęki (psychoanaliza)

„ujrzałem siebie takim, jakim byłem, gdym miał lat piętnaście i szesnaście - przeniosłem się w młodość - i stojąc na wietrze, na kamieniu, tuż koło młyna nad rzeką, mówiłem coś, słyszałem dawno pogrzebany swój głosik koguci, piskliwy, widziałem nos niewyrośnięty na twarzy niedokształtowanej i ręce za wielkie - czułem niemiłą konsystencję tej fazy rozwoju pośredniej, przejściowej. Zbudziłem się w śmiechu i w strachu, bo mi się zdawało, że taki, jak jestem dzisiaj, po trzydziestce, przedrzeźniam i wyśmiewam sobą niewypierzonego chłystka, jakim byłem, a on znowu przedrzeźnia mnie - i równym prawem - że obaj jesteśmy sobą przedrzeźniani."

Jest zmęczony swoją nieokreśloną sytuacją:

„Ciotki moje, te liczne ćwierć-matki doczepione, przyłatane, ale szczerze kochające, już od dawna usiłowały na mnie wpływać, abym się ustabilizował jako ktoś, a więc jako adwokat albo jako biuralista - nieokreśloność moja była im niezwykle przykra, nie wiedziały, jak rozmawiać ze mną nie wiedząc, kim jestem, co najwyżej marniały tylko."

Pisanie książki ma go określić, nadać mu oczekiwaną przez wszystkich wyraźną formę:

„Aby się przyczesać i w miarę możności wyjaśnić, przystąpiłem do napisania książki"

Jest skonfliktowany z otoczeniem:

„Pragnąłem naprzód książką wkupić się w ich łaski, aby potem w osobistym zetknięciu zastać już grunt przygotowany i - kalkulowałem - jeżeli zdołam zasiać w duszach dodatnie wyobrażenie o sobie, to wyobrażenie i mnie z kolei ukształtuje, w ten sposób choćbym nie chciał, stanę się dojrzały."

„nienawidząc gminu półinteligentów, jak jeszcze chyba nigdy nikt nie nienawidził, nienawidząc wrogo, zdradzałem sam siebie z gminem; opierałem się elicie i arystokracji i uciekałem od jej przyjaźnie otworzonych ramion w chamskie łapy tych, którzy mieli mnie za chłystka."

Sam sobie przypina łatkę niedojrzałości nadając tytuł książce:

„książce dałem tytuł Pamiętnik z okresu dojrzewania"

Chce być dojrzały, czuje przymus:

„Należało co prędzej skończyć z tym, zerwać z dzieciństwem"

„Ach, stworzyć formę własną! Przerzucić się na zewnątrz! Wyrazić się! Niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi! Wzburzenie pcha mnie do papieru. Wyciągam papier z szuflady i oto poranek nastaje, słońce zalewa pokój, służąca wnosi ranną kawę i bułeczki, a ja pośród form błyszczących i cyzelowanych zaczynam pisać pierwsze stronice dzieła mojego własnego, takiego jak ja, identycznego ze mną, wynikającego wprost ze mnie, dzieła suwerennie przeprowadzającego własną rację moją przeciw wszystkiemu i wszystkim"

Zna nieprzyzwoite piosenki:

„zaśpiewałem nieprzyzwoitą piosenkę: W Skolimowie, willi Faramuszce, W pokoiku bony, panny Mici, Byli skryci w szafie dwaj bandyci".

Profesor T. Pimko narzuca formę – pupę Józiowi: 

„Świat mój się załamał i zorganizował naraz na zasadzie belfra klasycznego."

„I siedziałem w nierealnym nonsensie jak we śnie, zakneblowany, zbelfrzony i zabelfrowany, siedziałem na dziecinnej pupci - on zaś siedział jak na Akropolu i zapisywał coś w notesie."

„Co? Co? Chciałem krzyknąć, że nie jestem uczeń, że zaszła pomyłka, porwałem się do ucieczki, ale coś mnie z tyłu chwyciło jak w kleszcze i przygwoździło na miejscu – dziecięca, infantylna pupa mnie chwyciła. Z pupą nie mogłem się ruszyć, belfer zaś wciąż siedział i siedząc wyrażał tak doskonałą belferskość, że zamiast krzyczeć, wystawiłem dwa palce do góry, jak to robią uczniowie w szkole, gdy chcą się odezwać."

Profesor Pimko porywa Józia do szkoły:

„- No, Józiu, chodź, pójdziemy do szkoły.

- Do jakiej szkoły?!

- Do szkoły dyr. Piórkowskiego. Pierwszorzędny zakład naukowy. Są jeszcze miejsca wolne w szóstej klasie. Edukacja twoja - zaniedbana i trzeba przede wszystkim uzupełnić braki."

„Nie mogłem wobec belfra zdawkowego, który był belfrem banalnym."

Profesor Pimko przyprawia Józiowi pupę:

„Idiotyczna, infantylna pupa paraliżowała odbierając wszelką możliwość oporu; pędząc truchtem obok kolosalnego, który sadził wielkimi krokami, ani rusz nie mogłem z pupą. śegnaj, Duchu, żegnaj - rozpoczęte dzieło, żegnaj formo własna i prawdziwa, witaj, witaj, formo straszna, infantylna, zielona i niewypierzona! Banalnie zbelfrzony drobię u boku belfra olbrzymiego, który bełkocze jeno: - Cip, cip, kurka... Zasmarkany nosek... Kocham, e, e... Człowieczek, maluś, maluś, e, e, e, cip, cip, cip, cipuchna, Józio, Józio, Józiunio, Józieczek, małe małe, cip, cip, pupcia, pupcia, pcia..."

 

"Ferdydurke". Józio - charakterystyka w szkole

 

Upupiony przez Pimkę Józio przechodzi metamorfozę i narrator opisuje go jak dziecko:

„Pimko ciągnie mnie za rączkę pomimo płaczów i protestów i w którą wpycha mnie przez furtkę."

„oto mały Józio, którego pragnąłbym wpisać w poczet uczniów szóstej klasy, Józiu, przywitaj się z panem profesorem" Pimko oddaje Józia pod opiekę nauczyciela dyżurującego

Józio poddaje się formie ucznia, pupa jest silniejsza od jego woli:

„Chciałem protestować, lecz szastnąłem nogą"

„rzekł stary pedagog gładząc mię po główce."

Język uczniów budzi w nim wstręt:

„- Patrzcie !Novuskolegus! Obskoczyli mnie, któryś wrzasnął :

- Gwoliż jakim złośliwym kaprysom aury waszmość dobrodzieja persona tak późno w budzie się pojawia?

Inny znowu pisnął śmiejąc się kretynoidalnie:

- Azaż amory do jakiej podwiki wstrzymały szanownusa kolegusa? Z a-liż zadufały kolegus opieszały jest?

Słysząc tę pokraczną mowę umilkłem, jakby mi kto język skręcił, oni zaś nie przestawali, jak gdyby nie mogli - lecz im okropniejsze były te wyrazy, z tym większą lubością, z maniackim uporem babrali w nich siebie i wszystko wokoło. I mówili - białogłowa, niewiasta, podwika, balwierz, Febus, miłosne zapały, skrzat, profcsorus, lekcjus polskus, ideałus. Ruchy mieli niezdarne - twarze szpikowane i faszerowane - a głównym ich tematem były bądź to - w młodszym wieku - części płciowe, bądź to - w starszym - sprawy płciowe, co w połączeniu z archaizacją i łacińskimi końcówkami tworzyło cocktail wyjątkowo wstrętny."

Nie może uwierzyć, że to dzieje się naprawdę:

„przekonany byłem, że cyniczna farsa musi się skończyć lada chwila."

Negatywnie ocenia Miętusa i jego towarzystwo:

„Wydawszy te rozkazy ordynarny łobuz, zwany przez innych Miętusem, podkradł się pod drzewo i wyrył na nim cztery litery w ten sposób"

Zachowuje się jak donosiciel:

„A gdym szeptał w powietrzu te głupawe zdania, zdało mi się, że jestem mistyczny zaklinacz głupoty, i przeraziłem się własnej pozycji - z dłonią przy ustach, nie opodal dębu, szepczący coś do Pimki, który stał za dębem i na podwórku szkolnym..."

Czuje wstręt do antyestetyzmu stronnictwa Miętusa:

„Posypały się sprośne koncepty na modłę Reya i Kochanowskiego i znowu świat stał się na moment zbabrany."

Dał się wciągnąć w spór między Miętusem a Syfonem:

„Słuchałem tego spisku z zapartym tchem i łomoczącym w piersi sercem, gdy Pimko ukazał się we drzwiach szkoły i kiwnął, abym poszedł z nim do dyrektora Piórkowskiego."

Czuje wstręt wobec grona pedagogicznego:

„Przeraziłem się nie na żarty! W dużym pokoju za stołem siedzieli nauczyciele i popijali herbatę zagryzając bułką. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć razem tylu i tak beznadziejnych staruszków. Większość chlipała donośnie, jeden ciamkał, drugi mlaskał, trzeci ciągnął, czwarty siorpał, piąty był smutny i łysy, a nauczycielce francuskiego łzawiły się oczy i wycierała je rożkiem chusteczki."

Pimko dominuje nad Józiem:

„Chciałem protestować, lecz bezwzględny belfer tak mnie nagle zbelfrzył absolutnym belfrem swoim, że nie mogłem, i ukłoniwszy się poszedłem do klasy pełen nie wypowiedzianych protestów i szumu, w którym tonęły protesty."

Lekcja języka polskiego sprawia, że Józio dojrzewa do myśli o ucieczce:

„Zrozumiałem, że muszę uciekać. Pimko, Bladaczka, wieszcz, szkoła, koledzy, wszystkie przeżycia od rana znienacka zakręciły mi się w głowie i wypadło - jak los na loterii - uciekać."

Na lekcji Józio przyjmuje postawę obserwatora:

„Naiwnym tym wyznaniem aż zakrztusił się nauczyciel."

W końcu angażuje się w rzeczywistość, chce ratować Syfona:

„Należało za wszelką cenę przeciwdziałać. Czy mogłem jednakże działać sam przeciwko wszystkim, i to w dodatku z palcem w bucie? Nie, nie mogłem. O, dajcie mi chociaż jedną twarz nie"

Namawia Miętusa do ucieczki:

„Miętus - szepnąłem machinalnie w przerażeniu. - Uciekajmy! Uciekajmy stąd!"

„Uciekajmy, uciekajmy. Miętus - szeptałem. - Rzuć to i uciekajmy!"

Józio sprawił, że z pokraczności Miętus przeszedł w rozmarzenie:

„oto na twarzy jego pojawiło się coś nowego – jakieś roztęsknienie, jakaś specjalna uroda chłopca szkolnego uciekającego do parobków. Z brutalności przerzucił się w śpiewność. Biorąc mnie za swego przestał się maskować i wydobył tęsknotę i liryzm."

Józio zostaje wybrany przez Miętusa na superarbitra pojedynku między Syfonem i Miętusem:

„Umyślnie to zrobił! Umyślnie powołał mnie na superarbitra! Żebym musiał patrzeć, żebym widział. Zawziął się - babrząc siebie, mnie również chciał zbabrać, nie mógł znieść, że go przywiodłem do chwilowej słabości z parobkiem. Czyż mogłem narażać twarz swą na ten widok? Wiedziałem, że jeśli wchłonę to małpiarstwo, twarz moja przenigdy nie wróci do normy, bezpowrotnie przepadnie ucieczka, nie, nie, niech wyprawiają, co im się podoba, ale nie przy mnie, nie przy mnie!" Jest to zemsta Miętusa na Józiu za to, że wyzwolił w nim tęsknotę za parobkiem, na której go przyłapano.

Po pojedynku twarz Józia spokraczniała:

„Twarz moja, jakby zwierciadło ich twarzy, również pokraczniała, przerażenie, wstręt, zgroza żłobiły na niej niezatarte piętno. Pajac pomiędzy dwoma pajacami, jakże miałbym zdobyć się na coś, co by nie było grymasem? Palec mój u nogi tragicznie wtórował ich palcom, a ja grymasiłem, grymasiłem i wiedziałem, że zatracam siebie w tym grymasie."

Józio jest ofiarą pojedynku:

„Oto jeden wypaczony, wyszczerzony w jedną, drugi w drugą stronę! A pośród nich ja, superarbiter, na wieki chyba uwięziony, więzień cudzego grymasu, cudzego oblicza."

Miny Miętusa go przerażają:

„"Miętus, Miętus" - myślałem z trwogą, wspominając, jak Miętus wykrzywił się okropnie po pierwszych uśmiechach."

 

"Ferdydurke". Józio - charakterystyka u Młodziaków

 

Józio spędził tu 2 tygodnie

Jest nie do końca upupiony, pozbawiony formy:

„a mnie właśnie brakowało odpowiedniej twarzy"

U Młodziaków czuje się zapędzony w kozi róg:

„Siedziałem na krześle niczym zwierzę w klatce"

Józio usiłuje zmienić swoją sytuację, określić się:

„jak, pod jakim pozorem zabrać się do Młodziakówny i do siebie?"

Józio, gdy trafia do Młodziaków, ulega Zucie, chce być taki jak ona:

„jedynym mym problemem było teraz, zaraz, wyjść, ukazać się jej nowoczesnym, naturalnym"

„w rzeczywistości jestem inny i taki jak ona, rówieśnik wiekiem i epoką, pokumany łydką..."

Bohater czuje się niepewnie:

„Wstałem, ostrożnie uchyliłem drzwi do hallu i rozejrzałem się"

Józiowi przeszkadza dystans Zuty:

„zapytała tonem towarzyskim, chłodnym, jakbym to nie ja był przez nią kopnięty"

Józiowi bardzo zależy na opinii Zuty:

„Lecz jeśli przyjmie, jeśli zaakceptuje, jeżeli zgodzi się w milczeniu, naturalność, o jakiej ledwie śmiałem marzyć! I już wtedy mógłbym naprawdę być z nią, nowoczesny."

Jest bezradny wobec Zuty:

„ale jak ją zahaczyć, jak zahaczyć ją znowu, co począć?"

Józio czuje się samotny:

„Tymczasem mrok zapadał i samotność"

Cierpi z samotności:

„Samotność jest wypychająca. Więc po dłuższej męce znowu otworzyłem drzwi, ukazałem się na progu, z samotności trochę na oślep jak nietoperz."

Zuta budzi respekt w Józiu:

„Sądziłem, że nowoczesna, przyłapana z nogą, powinna okazać się łaskawsza, mniej formalistyczna."

Zachowuje się jak gdyby był zakochany w Zucie:

„Dlaczego myślałem, że dziewczynie nie wolno odrzucić oferty mężczyzny, który domaga się przyjęcia? Czy przypuszczałem, ze pensjonarka ulegnie w ciemnościach pokusie uczynienia ze mnie kogoś dogodnego? Dlaczego nie miałaby wybrać mnie przychylnym i dogodnym? Wszak wolała chyba mieć w domu kolegę Amerykanina niż staroświeckiego, skisłego i urażonego udawacza? Czyż nie zagra na mnie o zmroku swej melodii, jeżeli przychodzę i jeżeli podstawiam się - zagraj, zagraj, melodię swoją na mnie, tę melodię nowoczesną, którą wszyscy nucą w kawiarniach, na plażach i w dancingach, melodię czystą  wszechświatowej młodzieży w tenisowych spodniach. Zanuć na mnie nowoczesność tenisowych spodni. Nie chcesz?"

Ulega urokowi Zuty, podkochuje się w niej:

„I z biciem serca zauważyłem, że puszcza w ruch niektóre ze swych wdzięków. Lekko przechyliła główkę – niecierpliwie poruszyła nóżką - wydęła usteczka kapryśnie - a jednocześnie duże jej oczy, nowoczesnej, obróciły się ostrożnie w bok, w stronę jadalni, czy służącej przypadkiem tam nie ma."

Chce zachwycić Zutę swą naturalnością, chce ją wytrącić z przekonania o jego staromodności i zyskać przewagę:

„Każda sekunda, pogłębiając sztuczność, pogłębiała jednocześnie naturalność."

Czuje się odrzucony przez Zutę:

„Odstrychnięty, odepchnięty usiadłem na mym krzesełku pod ścianą, zziajany."

Miewa chwile słabości po przegranym pojedynku z Zutą:

„Usiadłem skromnie na krzesełku i po ciemku prawie zacząłem układać bieliznę w szufladach - trzeba poukładać, jutro trzeba pójść do szkoły - jednakże nie zapalałem światła, zaiste, dla mnie nie warto."

Zdaje sobie sprawę z tego, że musi być aktywny:

„Lecz po paru minutach siedzenia stało się oczywiste, że w moim wyczerpaniu i niedostatku znów muszę być aktywny. Czy nie ma spoczynku?"

Relacje z Zutą to gra:

„Lecz po paru minutach siedzenia stało się oczywiste, że w moim wyczerpaniu i niedostatku znów muszę być aktywny. Czy nie ma spoczynku? Teraz - musiałem po raz trzeci iść do jej pokoju i pokazać się jej jako błazen, ażeby wiedziała, że wszystko poprzednie było z mej strony umyślnym błazeństwem i że to ja z niej zakpiłem, nie ona zakpiła ze mnie."

Chce pozbawić Zutę formy, nowoczesności, chce jej zaszkodzić:

„Postanowiłem doprowadzić ją do złości w myśl starej maksymy, że złość piękności szkodzi."

Józio nie ma o Zucie dobrego zdania:

„jakby dobre wychowanie było ostateczną instancją rozwydrzonych powojennych pensjonarek"

Forma błazna i chama przywiera do niego:

„Poczułem się chamem."

„A ja, zniewolony konsekwencją mego ruchu i ponieważ nie mogłem już się wycofać, zacząłem iść na nią. A ja na nią, wariat, błazen, pozer, małpa na pannę, barokowy szkolarz i kawalarz, z tępą arogancją - ona cofa się za stół - a ja na nią posuwiście, z małpowaniem, palcem wytykam kierunek i ku niej sunę jak pijak, cham złośliwy, jak bandyta - ona pod ścianę, ja za nią. Lecz, przekleństwo! - następując na nią koszmarnie i poczwarnie, wyłupiasto, widzę jednocześnie - wobec wariata nie traci nic ze swojej krasy - gdy ja staję się nieludzki, ona pod ścianą drobna, pochylona, blada, z rękami opuszczonymi, zgiętymi lekko w łokciu, zdyszana i jakby rzucona przeze mnie o ścianę, z rozszerzonymi źrenicami i szalenie cicha, napięta niebezpieczeństwem, wroga, jest prześliczna - jak z kina - nowoczesna, poetyczna, artystyczna, a strach - zamiast oszpecać, zdobi ją! Jeszcze chwila. Zbliżałem się do niej i siłą rzeczy musiały nastąpić nowe rozstrzygnięcia - przemknęło mi przez myśl, że koniec, że muszę ręką złapać ją za tę jej twarzyczkę - zakochany byłem, zakochany!..."

Zuta przyprawiła mu paskudną gębę:

„- A to dlatego masz gębę? Sztama, Józio! No, ale ukochana gębę ci wlepiła. śebyś widział, jak wyglądasz. Nic to, nic to, moja także niezgorsza.

Józio jest zakochany w Zucie:

„- Zakochałem się. Miętus, zakochałem się..."

„muszę ręką złapać ją za tę jej twarzyczkę - zakochany byłem, zakochany!..."

Myśli tylko o Zucie, nawet po porażce:

„Ale mnie jego parobek wcale nie obchodził. Tylko nowoczesna!"

„Miętus złapał mię pod ramię i zataczając się ruszyliśmy do mego pokoju, pijani nie alkoholem, ale gębami naszymi."

Po porażce z Zutą Miętus staje się jego powiernikiem:

„Rozpłakałem się i opowiedziałem mu wszystko o pensjonarce, niczego nie pomijając."

„Wysłuchał mię dobrotliwie jak ojciec"

Pragnie uwolnić się z formy narzuconej przez Zutę:

„Miętus, ja chcę się wyzwolić! Wyzwolić się z niej!"

„Miętus, przecież ja mam trzydzieści lat, jak jeden dzień! Trzydzieści lat!"

Według Miętusa trudno wyzwolić się z gęby narzuconej przez Zutę:

„Ba, ba, jeśli nowoczesna wlepiła ci gębę, to się nie wykaraskasz tak łatwo. To gorzej niż Syfon."

Jest zazdrosny, gdy dowiaduje się o relacjach między Zutą i Kopyrdą:

„Zazdrość mnie złapała o Kopyrdę - ach, więc Kopyrda chodził za nią! Jeśli jednak "za nią", a nie "z nią", to by znaczyło, że nie znają się..."

Józio jest świadomy swojego uzależnienia od Zuty:

„A więc i ja miałem już swój ideał - nowoczesną pensjonarkę. Byłem zakochany. Marzyłem, jako smętny amant i aspirant."

Wątpi w możliwość wyzwolenia się:

„Po nieudanych próbach pozyskania ukochanej - po próbie wyszydzenia ukochanej – żałość wielka mną owładnęła, wiedziałem, że wszystko stracone."

Po przegranym pojedynku z Zutą Józio poddaje się otoczeniu - przyjmuje pupę:

„Rozpoczął się różaniec dni monotonnych. Byłem uwięziony. Cóż mam powiedzieć o tych dniach bliźniaczych? Rano chodziłem do szkoły, ze szkoły wracałem na obiad do Młodziaków. Nie zamierzałem już uciekać ani wyjaśniać, ani protestować - owszem, z przyjemnością stawałem się uczniem, jako uczeń bliższy przecież byłem pensjonarki niż jako człowiek samodzielny. Ejże, ejże! - zapomniałem prawie o moim dawnym trzydziestaku. Nauczyciele polubili mnie, dyrektor Piórkowski klepał mnie po pupie, a podczas dysput ideologicznych i ja teraz dostawałem wypieków i krzyczałem: - Nowoczesność! Tylko nowoczesny chłopiec! Tylko nowoczesna pensjonarka! - Z czego śmiał się Kopyrda. Przypominacie sobie zapewne Kopyrdę, jedynego nowoczesnego chłopca w całej szkole? Starałem się stowarzyszyć z nim, próbowałem zaprzyjaźnić się i wydobyć sekret relacji jego z Młodziakówną - ale on mnie zbywał odnosząc się do mnie z większym jeszcze lekceważeniem niż do innych, jakby przeczuł, że zostałem odpalony przez siostrę jego w typie, nowoczesną pensjonarkę."

Józio zauważa, że nowoczesność to poza, która ma przywołać inną pozę – młodość:

„Młodziakowa stara jęła popisywać się przede mną, chwalić się i puszyć nowoczesnością, która po prostu młodość jej zastępowała"

Młodziakowa odmładza się swoją nowoczesnością, postarzając Józia:

„stara zachwycona była, że może być młodsza Epoką od chłopca, który był młodszy wiekiem. Zrobiła z siebie młódkę, a ze mnie staruszka."

Pimko cieszy się z upupienia Józia:

„Pimko odwiedzał mię od czasu do czasu. Stary nauczyciel delektował się pupą moją. - Co za pupa - mruczał – niezrównana!"

Józio jest zazdrosny o Pimkę, który wdaje się w romans z Zutą:

„Byłem zazdrosny o Pimkę. Cierpiałem nieludzko, widząc, jak tych dwoje uzupełnia się"

Józio podziwia postawę profesora Pimko w relacjach z Zutą:

„Podziwiałem mądrość i wytrawność, z jaką belfer, nie przestając ani na chwilę być belfrem, działając zawsze na zasadzie belfra, umiał jednak czerpać rozkosz. z nowoczesnej pensjonarki na mocy kontrastu i sposobem antysyntezy, jak belfrem pobudzał ją do pensjonarki, ona zasię jego pensjonarką do belfra podniecała."

Zazdrości profesorowi Pimce pozycji w relacjach z Zutą:

„Zazdrościłem strasznie, choć przecie i ja również podniecałem antytetycznie i byłem przez nią podniecany"

Pragnie być nowoczesny z Zutą:

„nie chciałem być staromodny z nią, chciałem być z nią nowoczesny!"

Cierpi nie mogąc wyzwolić się z Zuty:

„Hej, męka, męka, męka! Nie mogłem i nie mogłem wyzwolić się z niej."

„Tortura - tkwić bez reszty w nowoczesnej pensjonarce"

Józio jest do Zuty całkowicie przywiązany, to ślepa i romantyczna miłość:

„a ja siedziałem dla niej, dla niej, dla niej siedziałem i nie mogłem ani przez jedną sekundę nie siedzieć dla niej, w niej byłem"

Przyłapanie Zuty na pozowaniu wyzwoliłaby Józia:

„I nigdy ani razu nie zdołałem przyłapać jej na najmniejszym choćby załamaniu w nowoczesnym stylu, nigdy żadnej luki, przez którą mógłbym wydostać się na wolność, dać drapaka!"

W szkole czuje się niedokończony, nieuformowany:

„Gdy my tam, w szkole, miewaliśmy wągry, gdy nieustannie wyskakiwały nam rozmaite krosty, ideały, gdy ruchy mieliśmy niezdarne, gdy co krok, to gafa"

Józio jest zafascynowany formą Zuty:

„To właśnie mnie w niej urzekło - owa dojrzałość i suwerenność w młodości, pewność stylu (...) jej exterieur był zachwycająco wykończony. Młodość dla niej nie była wiekiem przejściowym - młodość dla nowoczesnej stanowiła jedyny właściwy okres życia człowieczego - gardziła ona dojrzałością"

Zuta odrzuca Józia, przyprawiając mu gębę:

„Lecz nie chciała mnie! Gębę mi robiła! I z dniem każdym straszliwszą robiła mi gębę."

Pomysły na wyzwolenia stają się rozpaczliwe:

„Na koniec, doprowadzony do ostateczności, zaczynałem roić najdziksze plany fizycznego zniszczenia pensjonarki. Oszpecić twarzyczkę. Nos jej uszkodzić, oderżnąć."

Uczy się na błędach innych bohaterów:

„Lecz przykład Miętusa z Syfonem wskazywał, że fizyczna przemoc nie na wiele się przydaje, nie, duszy nic po nosie, dusza - tylko przezwyciężeniem duchowym się wyzwala"

Gęba Józia szpetnieje:

„gęba stawała się coraz okropniejsza, im zaś okropniejsza była"

Młodziakowa wraz z córką przyprawia gębę Józiowi:

„Młodziakowa z Młodziakówną konsolidowały się w stylu nowoczesnym i tym okropniejszą robiły mi gębę"

Gardzi Młodziakową i Młodziakówną:

„Lecz przeliczyły się baby!"

„Cóż - od dwóch tygodni bez przerwy robili mi gębę i gęba stała się wreszcie tak fatalna, że nawet zazdrościć już nie miałem z czego."

Śmiech Wiktora Młodziaka wyzwolił Józia z pensjonarki:

„poprzez chichot ojcowski dotknęło ją moje wyrażenie - a zatem dotknąłem ją, dotknięta była - tak, tak, nie omyliłem się, śmiech ojca z boku zmienił sytuację, wydobył mnie z pensjonarki"

„Choć nie rozumiałem dobrze, co się dzieje, powtórzyłem jeszcze parę razy "mamusia, mamusia""

„Zadziwiające - tak radykalnie zmienił się układ między nami, że każde słowo ich wciągało. Właściwie było nawet dość przyjemnie. Czułem, że odzyskałem możność z pensjonarką. Ale było mi właściwie wszystko jedno. I czułem, że odzyskałem możność, ponieważ jest mi wszystko jedno"

Niekonwencjonalne zachowanie i obojętność wyzwalają Józia z nowoczesności:

„Więc aby utwierdzić się w ubóstwie i zaznaczyć, jak bardzo jest mi wszystko jedno, jak niegodny jestem czegokolwiek, zacząłem babrać się w kompocie, wrzucałem okruszyny, śmiecie, gałki z chleba, bekałem łyżeczką. Gębę miałem, cóż ostatecznie, dla mnie i to dobre - ach, psiakrew, co mi tam - myślałem ospale, dodając jeszcze trochę soli, pieprzu i dwie wykałaczki - ach, niech tam, wszystko zjem, byle czym mogę się pożywić, wszystko jedno... I byłem, jakbym leżał w rowie, podczas gdy ptaszki fruwają... zrobiło mi się ciepło i przytulnie od bełtania."

Joannę Młodziakową przeraża jedzenie kompotu przez Józia:

„Inżynierowa zbladła - i wpatrywała się we mnie jak zahipnotyzowana. z oczami na wierzchu, najwyraźniej bała się mnie. Bała się"

Na obiedzie, pijąc kompot doprowadził do ucieczki Młodziaków:

„Wiedziałem, uciekli!"

„Nie, partia nie była wygrana. Ale mogłem przynajmniej działać. Wiedziałem, po jakiej linii mam pójść. Kompot wyjaśnił mi wszystko. Tak samo, jak zbabrałem kompot zamieniając go w rozwiązłą papkę, tak też mogłem zniszczyć nowoczesność pensjonarki doprowadzając do niej pierwiastki obce, heterogeniczne, mieszając, co wlezie."

Wykorzystuje bezdomnego żebraka do pokonania Młodziaków:

„Przed domem stał żebrak, stary, wynędzniały żebraczyna, tęgi chłop, włochaty i brodaty dziad kościelny. Brodacz nasunął mi pewną myśl - ospale i ślamazarnie wyszedłem na ulicę, urwałem zieloną gałązkę ze skweru.

- Dziadku - rzekłem - macie tu pięćdziesiąt groszy. Dostaniecie na wieczór złotówkę, ale musicie wsadzić sobie tę gałązkę w usta i trzymać ją przez cały czas do nocy."

Józio po kompocie wzbudza strach w Młodziakowej i Młodziakównie:

„Ponieważ uciekły, postanowiłem sforsować mieszkanie, może uda mi się dosięgnąć ich w tej cząstce aury, którą pozostawiły na miejscu."

Podgląda Młodziaków w łazience:

„Skryłem się za wieszakiem w małej sionce, oddzielającej kuchnię od łazienki. Nieubłaganą koleją walki miałem oto zaatakować psychicznie Miedziaków w łazience."

Poinformował Młodziaków, że ich podglądał:

„napisałem ołówkiem w łazience na ścianie te tylko słowa: Veni, vidi, vici. Niech przynajmniej wiedzą, że widziałem, niech poczują się zobaczonymi!"

Podglądanie Młodziaków w łazience kończy się przyprawieniem gęby Józiowi:

„Ohydnie wylazłem z sionki. Nikczemnie powlokłem się do siebie w przeświadczeniu, że dalsze podglądanie nie doprowadzi do niczego, owszem, może okazać się zgubne. Ścierwo, ścierwo - znowu porażka, na samym dnie inteligenckiego piekła jeszczem doznawał porażek."

„Rzeczywiście, gęba moja po dynamizacji i mobilizacji stała się tak mętna, że sam nie wiedziałem dobrze, na czym siedzę"

Józio zdaje sobie sprawę z przełomowości ostatniej nocy u Młodziaków:

„Ale noc rozstrzygnie, noc zadecyduje, jeżeli Pimko z Kopyrdą zawiodą, nowoczesna zwycięży na pewno i nic nie uratuje mnie od niewolnictwa."

Napawa się swoją zemstą na Młodziakach i Pimce:

„Od wewnątrz czułem mściwy, wściekły sadyzm, lecz od zewnątrz parsknąłem śmiechem. W śmiechu moim rozpłynęła się zemsta moja."

 

"Ferdydurke". Józio - charakterystyka w Bolimowie

 

Józio nie chce opuszczać miasta:

„Miętus, nie idź tam, wróćmy, Miętus, nie wychodź z miasta"

Czuje się nieswojo, kiedy forma nie ma racji bytu:

„Pośród obcych krzewów i ziół drżałem jak liść na wietrze, wyzuty z ludzi, a deformacje, uczynione mi przez nich, stały się bez nich niedorzeczne i niczym nie usprawiedliwione"

„Ja tępo patrzę przed siebie na oślizłą, tajemną murawę, gdzie zaraz wyzionę ducha w fałszywych okolicznościach. żegnajcie, części mego ciała. śegnaj, moja gębo, i ty żegnaj, oswojona pupo!

I bylibyśmy na pewno chyba tam, na tym miejscu właśnie, pożarci w nie znany sposób, gdy nagle wszystko się zmienia, rozbrzmiewa trąbka samochodowa, samochód wjeżdża w tłum, staje i moja ciotka Hurlecka z domu Lin wykrzykuje widząc mnie"

„Wolałem już być pożarty, niż żeby na wielkiej drodze ciocia mnie ucapiła. Ta ciocia znała mnie dzieckiem, w niej przechowywała się pamięć moich majteczek dziecinnych! Widziała mnie, gdym w kolebce nóżkami majtał."

To ciotka Hurlecka zabiera Józia z Miętalskim do Bolimowa:

„Siadajcie ze mną, pojedziemy do nas, do Bolimowa."

Jest świadomy tego, że ciotka Hurlecka traktuje go jak dziecko:

„dla niej - mam ciągle dwa latka, a zresztą, czy istnieję dla niej?"

„wszakże tutaj się urodziłem i spędziłem pierwsze dziesięć lat życia."

W Bolimowie udziela mu się forma szlachcica – daje w gębę Walkowi:

„- A w gębę od dziedzica bierzesz? Rozjaśnił się nagle i zawołał radośnie, ludowo.

- Oj, brać to biorę po gębie! Oj, brać to biorę! Zaledwie to powiedział, poderwałem się jak na sprężynie, machnąłem i trzasnąłem na odlew w lewy półgębek." Zachowuje się jak młody szlachcic:

„Udałem, że o niczym nie słyszałem, roześmiałem się (jak często życie zmusza nas do śmieszków), powiedziałem coś o lewicowej ideologii Miętusa i tak na razie rozeszło się po kościach."

Niekiedy coś go zaskakuje:

„Dla mnie również reakcja wuja była nieoczekiwana."

Irytuje go arystokratyczna postawa wuja:

„Lecz mnie momentalnie pieprzną restauracyjna mądrość życiowa wujaszka rozwścieczyła jak kot psa i wzburzyła mnie cyniczna łatwość najwygodniejszej, najbardziej pańskiej interpretacji zdarzenia. Zapomniałem o wszelkich obawach. Sam na złość i wyjawiłem wszystko!"

Bywa złośliwy wobec wuja Konstantego:

„postanowiłem uraczyć go potrawą bardziej nie dopieczoną i nie wysmażoną od tych, jakie jada się po restauracjach."

Staje po stronie Miętalskiego:

„Nie przypuszczałem, że na tę mękę go skażą. Po toż wleźli w zagajnik, aby udawać głuchych? Po toż ścigali, aby dopadłszy wzgardzić? Gdzież wyjaśnienia? Gdzież rozprawa? Perfidnie odwrócili role, nie załatwiali go - tak byli dumni, tak im spieszno było do wzgardy, że nawet zrezygnowali z klarowania. Bagatelizowali. Lekceważyli. Nie dostrzegali - ach, państwo wściekli i podli!" o wujostwie, kiedy rozprawiali się z Miętusem.

Zygmunt Hurlecki informuje Józia o wyproszeniu Józia i Miętalskiego z Bolimowa:

„Zaznaczył dalej, że nie czyni mnie odpowiedzialnym za skandaliczne wybryki "pana Miętalskiego", choć- jego zdaniem - powinien bym nieco staranniej dobierać przyjaciół. Ubolewa, że nie będzie mógł dłużej cieszyć się moim towarzystwem, lecz nie sądzi, aby dłuższe pozostawanie w Bolimowie mogło być dla nas przyjemne. Jutro o dziewiątej z rana odchodzi pociąg do Warszawy, dyspozycje furmanowi zostały wydane."

Józio nie wie, jak dalej postąpić z Miętusem: „Nie wiedziałem, co począć z tym fantem. Wcale nie było wykluczone, że zamieszka u owej nieszczęsnej starki Zygmunta, u "gdowy", jak mówił lokajczyk, i stamtąd będzie prześladował dwór i kompromitował wujostwo, rozpowiadał tajemnice pańskie językiem chamskim, on - zdrajca i donosiciel - chamom na pośmiewisko!"

Cieszy się na myśl o opuszczeniu Bolimowa:

„Z radością myślałem o wyjeździe."

Józio ustalił z Miętusem plan ucieczki z Bolimowa, boi się pozostać we dworze:

„Nie zdołałem opanować nerwów. Powziąłem decyzję natychmiastowej ucieczki, zląkłem się nocy w tym dworze podziemnie rozpanoszonym, pełnym trujących miazmatów. Uciekać! Uciec natychmiast! Lecz Miętus nie chciał bez Walka. A zatem, byle jak najprędzej uciec, zgodziłem się zabrać parobka."

Chce uciec do miasta:

„Do miasta, gdzie człowiek jest mniejszy, lepiej osadzony w ludziach i podobniejszy do ludzi."

Kiedy Józio udaje się po Walka wpada na pomysł porwania Zosi:

„Zosię raczej należało porwać. Jeśli już kogo miałem porywać, to Zosię, normalne i prawidłowe byłoby porwanie Zosi z wiejskiego dworu, jeśli już kogo, to Zosię, Zosię, a nie głupiego, idiotycznego parobka. I w pomroce korytarzyka nawiedziła mię pokusa porwania Zosi, klarownego, czystego porwania Zosi, o, Zosię porwać klarownie! Hej, Zosię porwać! Zosię porwać dojrzale, po pańsku i po szlachecku, jak tylokrotnie porywano. Musiałem bronić się przed tą myślą, wykazywać jej bezzasadność"

Podglądanie tresowania Walka i rewolucja w Bolimowie powoduje, że Józio znowu dziecinnieje i nie wie co robić:

„Księżyc wypływał zza chmur, lecz nie był to księżyc, tylko pupa. Pupa niezmiernych rozmiarów nad wierzchołkami drzew. Dziecięca pupa nad światem. I pupa. I nic, tylko pupa. Tam oni przewalający się w kupie, a tu pupa. Listki na krzakach drżące pod lekkim powiewem. I pupa. Śmiertelna rozpacz złapała mnie i przycisnęła. Byłem zinfantylizowany do szczętu."

„Byłem sam, gorzej niż sam, bo zdziecinniały."

Zosia Hurlecka nadała formę zagubionemu Józiowi:

„Zosia! Złapała mnie!

- Co się tam stało? - szeptała. - Chłopi napadli rodziców?

Złapałem ją.

- Uciekajmy! - odparłem. Razem uciekaliśmy przez pola w nieznaną dal i ona była jak porwana, a ja - jak porywający."

Pierwsze chwile z Zosią świadczą o niedojrzałości Józia:

„O świtaniu nowa pupa, stokroć wspanialsza, czerwona, ujawniła się na nieboskłonie i świat napełniła promieniami, zmuszając wszystkie przedmioty do rzucania podłużnych cieni. Nie wiadomo było, co robić. Nie mogłem wytłumaczyć i wyjęzyczyć Zosi, co się stało we dworze, gdyż wstydziłem się, a zresztą nie znajdowałem słów. Ona zaś prawdopodobnie domyślała się mniej więcej, gdyż również wstydziła się i zgoła nie mogła wyjęzyczyć."

Józio świadomie wybiera formę porwania, by uniknąć pupy:

„Lepiej już przyjąć, że ją porwałem, że uciekamy razem z domu rodziców, to było znacznie dojrzalsze - łatwiejsze do przyjęcia. I przyjmując to nie potrzebowałem nic jej wyjaśniać i tłumaczyć, gdyż kobieta zawsze przyjmuje, że się ją kocha. Mogliśmy pod tym pozorem dobrnąć cichaczem do stacji, pojechać do Warszawy i zacząć tam nowe bytowanie w sekrecie przed wszystkimi - a sekret ten byłby uzasadniony moim porwaniem. Więc wycisnąłem całus na jej policzkach i wyznałem jej gorące uczucie, jąłem przepraszać, że porwałem, i tłumaczyłem, że rodzina jej nigdy nie byłaby zgodziła się na związek ze mną, ponieważ nie byłem dość zamożnie sytuowany, że od pierwszej chwili zapałałem do niej uczuciem i zrozumiałem, że i ona pała do mnie tym samym.

- Nie było innej rady, tylko porwać cię, Zosiu - mówiłem - uciec razem.

Z początku zdziwiła się nieco, ale po kwadransie oświadczyn zaczęła przybierać miny, spoglądać na mnie, ponieważ ja na nią spoglądałem, i przebierać palcami. O chłopach i anarchii we dworze zupełnie zapomniała, już jej się zdawało, iż rzeczywiście została przeze mnie porwana."

W trakcie porwania Józio jest zmęczony formą zakochania w Zosi, planuje tę formę porzucić:

„A przez cały czas, ze względu na mą deklarację uczuć miłosnych, musiałem podtrzymywać rozmowę miłosną i okazywać względy, jak na przykład pomaganie na kładkach, rzuconych w poprzek strumieni, oganianie od much, zapytywanie o zmęczenie – i wiele innych względów i przychylności. Na co ona podobnie zapytywała, oganiała mnie i okazywała mi. Byłem straszliwie zmęczony, och, byle tylko dostać się do Warszawy, uwolnić się od Zosi i zacząć żyć na nowo. Chciałem ją wyzyskać jedynie jako pretekst i pozór, aby ze względną dojrzałością oddalić się od kupy we dworze i dobrnąć do Warszawy, gdzie po pewnym czasie mógłbym już sam się urządzić. Ale póki co, musiałem interesować się nią i w ogóle wieść tę rozmowę intymną dwojga ludzi, którzy znajdują w sobie rozkosz, a Zosia, jak się rzekło, ujęta moim uczuciem, coraz bardziej stawała się aktywna"

Józio poddaje się oczekiwaniom Zosi, czuje przymus:

„A ja musiałem przytwierdzać i przyjmować, zachwycać się..."

Józio wbrew woli zakochał się w Zosi, narzuciła mu formę porywacza i kochanka, tak jak on jej wcześniej porwanej:

„muszę niedobry być dla Zosi! O, zimna jak lód,zbawcza, ożywcza nieżyczliwości! Najwyższy czas być niedobry. Niedobry muszę być... Lecz jakże być dla niej niedobry, gdy jestem dobry - gdy mię ujmuje, przenika swoją dobrocią, a ja moją przenikam, i przytula się, a ja do niej się tulę... znikąd pomocy!"

Józio poddał się miłości Zosi:

„I podała mi gębę swoją. A mnie zbrakło sił, sen napadł jawę i nie mogłem – musiałem ucałować swoją gębą jej gębę, gdyż ona swoją gębą moją ucałowała gębę."

Józio dojrzewa do prawdy o świecie:

„Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę"

„przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka."

„Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki."

„Uciekam z gębą w rękach."

 

wspomnienia z dzieciństwa Józia w Bolimowie

Bolimowo to miejsce, w którym Józio spędził 10 lat dzieciństwa.

„a pamiętasz, jak cię wybił nasz dawny lokaj, Władysław, za to, żeś go przezywał ,,morusem"?Podły Władysław! Dotąd się trzęsę! Zwolniłam go od razu. Bić takiego aniołka! Mój skarbek!"

„to moja dziura, jam przecież zrobił tę dziurę przed laty! Dostałem małą siekierkę od stryja na imieniny, siekierką wy łupałem dziurę. Ciocia przybiegła. Tu stała, krzyczała na mnie, przypomniały się, jak żywe, luźne fragmenty połajań, akcenty krzyku - a ja ją z dołu siekierką ciach w nogę! Ach, ach, krzyknęła! Jej krzyk jeszcze był tu - stanąłem, jakby mnie za nogę złapała scena, której już nie było, a która przecież była tutaj, w tym miejscu. Ciachnąłem w nogę. Ujrzałem wyraźnie w ciemni, jakem ją ciachnął, nie wiedzieć czemu, mimowolnie, automatycznie, i jak krzyknęła. Krzyknęła i skoczyła."

„Pamiętam, jakeś w piasku się bawił - pamiętasz piasek?"

„A pamiętasz, jak się rozpłakałeś, kiedy ci odebrali ogryzek, a ty paluszek wsadziłeś w buzię i krzyczałeś: "Tia, tia, tia, tuli, bluśko, bluśko, tu!""

„Ciocia ma zawsze cukierki - pamiętasz, jakeś wyciągał rączki i wołałeś: "Cukielka, ciocia! Cukielka!" Mam wciąż te same cukierki, weź, weź, to dobre na kaszel, okryj się, moje dziecko."

„ciotka gaworzy o moich palcach, że kiedyś skaleczyłem się w palec i muszę dotąd mieć szramę"

„Miałem niejasne wspomnienie jakichś zabaw pod wyszczerbionym stołem i majaczyły mi się w przeszłości frędzle zniszczonej otomany, stojącej w rogu. Czy gryzłem je, czy jadłem, zaplatałem w warkocze - a bodaj maczałem w garnuszku i smarowałem - czym, kiedy? Lub może wsadzałem do nosa?"

Serwis rozdaje przeglądarkom bezpieczne ciasteczka.