Opowiadanie

Opowiadanie. 2030

3.7857142857143 1 1 1 1 1 Rating 76%

Opowiadanie: Rok 2030

Bardzo ciekawe opowiadanie pisane na konkurs: Opowiadania bytomskie.

Rok 2030, Bytom – miasto, które niecałe 20 lat temu było bogatym, prężnie rozwijającym się centrum gospodarczym Śląska, ale dziś jest miejscem, gdzie panuje totalny chaos, przestępczość jest na wysokim poziomie, a korupcja sięga nawet najwyższych szczebli urzędniczych. Kraj stoi na skraju bankructwa, bezrobocie sięga 75% społeczeństwa, a nad Europą wisi widmo wojny, która może wybuchnąć lada moment. Nastały trudne czasy dla obywateli, którzy zamiast się jednoczyć i pomagać sobie nawzajem - walczą o to by przetrwać, niestety kosztem innych. W obliczu panującej sytuacji nie można liczyć na sprawiedliwość, tym bardziej na współczucie.

 

Jedynym człowiekiem, któremu zależy jeszcze na poprawie tej beznadziejnej sytuacji jest Dima – Dymitr Bazhukov, prawdopodobnie ostatni prawy człowiek w tych czasach, który nie został przerobiony przez system na bezmyślną masę. Już świtało, gdy Dima usłyszał bardzo mocne i nerwowe pukanie do drzwi swojego mieszkania. Powoli otworzył oczy, obrócił się na prawy bok zerkając odruchowo na zepsuty od dawna zegarek, który wskazywał godzinę 3:17. Nieco zdenerwowany powoli zwlókł się ze swojego łóżka zmierzając ku drzwiom. Któż to dobija się do moich drzwi? – pomyślał. Zanim otworzył spojrzał jeszcze na swoje odbicie w wiszącej jeszcze części rozbitego lustra. Obfity zarost na jego twarzy świadczył o tym, że nie golił się od kilku tygodni, a jego brunatne włosy tworzyły coś w stylu artystycznego nieładu, na lewym barku znajdował się tatuaż kształtem przypominający trupią czaszkę, obok którego znajdowała się już zabliźniona rana postrzałowa. Po szybkiej analizie zwrócił się ku drzwiom i pewnym, energicznym ruchem przesunął zasuwę w drzwiach, przekręcił klucz w zamku i rozległ się głośny hałas nie oliwionych od bardzo dawna zawiasów.

Przed drzwiami stał dość zniecierpliwiony, elegancko ubrany mężczyzna koło 30tki. Dima zmierzył go wzrokiem i wnioskując po jego wyrazie twarzy nie miał dobrych wieści.

- Dymitr Bazhukov? – zapytał nieznajomy.

- We własnej osobie. – odrzekł Dima. Wtedy przybysz wręczył mu jakieś pismo urzędowe, które wyciągnął z małej skórzanej aktówki. Zwątpił, gdy okazało się, że jest to komornik – jeden z wielu tych, którzy grabią do cna tych, którzy już nic nie mają. Dokumentem, który został wręczony Dimie był nakaz egzekucji. Według tego pisma zalegał on ze spłatą długu, który był już od bardzo dawna spłacony, ale z powodu problemów finansowych pożyczkodawcy zostały doliczone dodatkowe odsetki, które w sumie dały astronomiczną, nie możliwą do spłaty sumę.

- Hmm… - mruknął Dima. Wpuścił nieznajomego, aby ten przeprowadził wycenę mieszkania, które przypominało norę. W kuchni znajdowało się niewiele, stara i przerdzewiała kuchenka gazowa, zlew pełen brudnych naczyń z całego tygodnia i lodówka, która o dziwo była w dobrym stanie, ale jej zawartość pozostawiała wiele do życzenia. Następne pomieszczenie – salon, wcale nie lepsze od poprzedniego. Na środku stał mały stolik, na którym umieszczony był wazon z uschniętym już kwiatkiem, obok stało połamane, ale wciąż użyteczne krzesło, a pod ścianą stolik, na którym niegdyś znajdował się telewizor. Weszli do sypialni – najmroczniejszego pomieszczenia, gdyż okna były przesłonięte żaluzjami, ale nic tam nie było poza starym, twardym tapczanem i szafą z ubraniami. Do toalety nawet nie zaglądał, bo nie było sensu. Zatkana toaleta i zepsuty prysznic – nic wartego uwagi. Obaj udali się w stronę wyjścia.

- To nie wystarczy panie Bazhukov. – ironicznie odparł komornik, a na jego twarzy widniał chytry uśmieszek. Wtedy do Dimy dotarło, że jeśli nie on to nikt inny nie ogarnie tego chaosu. Niespodziewanie chwycił mężczyznę za rękę i gwałtownym ruchem obrócił go plecami do siebie, wykręcając mu staw barkowy. Drugą ręką zaś otworzył drzwi i mocnym kopnięciem wypchnął go z mieszkania, który upadając na ziemię rozsypał wszędzie dookoła dokumenty z aktówki.

- Wynoś się stąd i więcej się tu nie pokazuj! – wykrzyknął zamykając drzwi. Rozgorączkowany Dima wbiegł do sypialni i zdecydowanym uderzeniem prawej ręki rozwalił gipsową ścianę znajdującą się tuż obok szafy, rozgarnął gruz i wyciągnął mocno zakurzoną, metalową walizkę. Poszedł z nią do salonu i rzucił ją na stolik, który pod wpływem uderzenia głośno zaskrzypiał. Chwycił ją oburącz, wpisał 4-cyfrowy kod i zawartość walizki ukazała się jego oczom. Wewnątrz znajdował się stary, chromowany Colt 1911 wraz ze sporym zapasem amunicji – prezent za wzorową służbę w jednostce specjalnej. Chwycił do ręki szmatkę i delikatnie przetarł pistolet, dzięki czemu odbijające się od jego powierzchni światło rozbłyskiwało na ścianach. Odłożył szmatkę, chwyciwszy broń naciągnął zamek, wycelował i nacisnął spust.

- Jak za starych dobrych czasów. – rzekł entuzjastycznie. Podszedł do szafy i otworzył drzwi, wewnątrz wisiały 3 wieszaki, na każdym z nich koszula i para spodni. Przesunął je na jedną stronę i pięścią stuknął w tył szafy. Palcami chwycił za krawędź i odchylił drewnianą płytę. Z wnęki wyjął kevlarową kamizelkę, ściągnął przepocony t-shirt, po czym założył kamizelkę. Następnie zdjął z wieszaka łososiową koszulę i ubrał ją na kamizelkę. Gdy to zrobił udał się do łazienki i wziąwszy żyletkę do ręki zgolił brodę. Później zagarnął włosy do tyłu i spiął je w kucyk. Pogardliwie spojrzał w lustro i opuścił mieszkanie.

Wyszedł na ulicę i udał się w stronę Wrocławskiej, na której znajdowała się willa człowieka, który rozpętał cały ten chaos i trzyma wszystkich w garści. Idąc ulicą Józefa Piłsudskiego minął niegdyś słynne muzeum górnośląskie – dzisiaj ruderę z powybijanymi szybami nawet nie przypominającą, że mieściło się tam muzeum. Po drodze przechodził obok koksowników, przy których ogrzewali się bezdomni, rozmyślając w jaki sposób rozegrać całą akcję.

- Wejście od frontu = samobójstwo… – pomyślał. Wejście od tyłu – da się zrobić! – stwierdził. Kontynuując w stronę ulicy Zdrajców, niegdyś Kwietniewskiego przechodząc obok gmachu sądu rejonowego zauważył w jednym z bezdomnych coś szczególnego. Coś co go zaintrygowało… Zatrzymał się obserwując go przez chwilę po czym krocząc powoli udał się w jego stronę. W pewnym momencie ich spojrzenia przecięły się, na twarzy bezdomnego pojawił się uśmiech. Będąc dość blisko Dima rozpoznał w bezdomnym Andrieja - przyjaciela z dawnych czasów, kiedy oboje ubiegali się o względy tej samej kobiety. Ostatecznie żadnemu z nich się nie udało, ale nie to było teraz istotne.

- Andriej? To naprawdę ty Andriej? – wykrzyknął ze zdumieniem.

- Dymitr! Kopę lat! – odpowiedział Andriej. Dla Dimy liczyła się teraz tylko jedna rzecz, więc od razu przeszedł do rzeczy.

- Słuchaj Andriej! Potrzebuję Twojej pomocy i to teraz! – błagalnie zawołał.

- Czego chcesz? Być może będę w stanie Ci pomóc. – odpowiedział Andriej.

- Muszę dostać się do domu Pawliukowicza. – wydusił z siebie.

- W porządku, ale… - dodał Andriej.

- Po prostu powiedz mi co wiesz… – odrzekł.

Andriej pokiwał głową i po krótkiej chwili zastanowienia opowiedział Dimie o tym, jak może dostać się do środka i czego może się tam spodziewać. Na co Dima przytaknął głową, uściskał przyjaciela i poszedł zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem. To była minuta drogi, a kiedy dotarł na miejsce wszystko wyglądało identycznie jak w opisie Andrieja. Na tyłach kompleksu przy murze stał stary bus, po którym Dima wspiął się na mur, spojrzał w dół i zeskoczył do ogrodu. Lądując przetoczył się przez bark i znieruchomiał.

Zza jego pleców dobiegało groźne warczenie. Powoli odwrócił głowę i spostrzegł owczarka niemieckiego biegnącego prosto na niego. Dima czekając na odpowiedni moment przeniósł ciężar ciała na drugą stronę i w momencie kiedy pies skoczył wprost na niego uderzył go pięścią w podbrzusze, szybko dodając cios młotkowy prosto w głowę zwierzęcia bardzo szybko pozbawiając je przytomności.

- Jeden problem z głowy. – odetchnął z ulgą. Po krótkiej chwili ruszył dalej idąc wzdłuż żywopłotu rosnącego wzdłuż głównej alejki w ogrodzie, gdy nagle zza rogu wyłoniło się 2 uzbrojonych w pistolety maszynowe strażników. Dima nie czekając na ich reakcję wyciągnął pistolet z kabury i oddał 2 strzały, które powaliły na ziemię obu strażników. Podbiegł szybko do ciał żeby sprawdzić czy są martwi. Nie mylił się - obie kule trafiły prosto w głowy.

Podchodząc bliżej budynku usłyszał wydobywający się przez okno fragment rozmowy Pawliukowicza z jakimś handlarzem broni. Na wysokości fundamentów spostrzegł małe okienko prowadzące do piwnicy. Podkradł się doń, uchylił i wślizgnął się do środka. Wewnątrz zauważył metalowe zbiorniki sporych rozmiarów, z których można było odczytać informacje o tym, że budynek jest ogrzewany gazem ziemnym. Od razu Dimie na myśl przyszedł finał w wielkim stylu, brakowało mu tylko jednej rzeczy. Nie tracąc czasu zabrał się za dokładniejsze przeszukanie piwnicy, aż natknął się na część pomieszczenie odgrodzoną kratami, w której znajdowała się broń, amunicja i to czego potrzebował w tej chwili Dima – materiały wybuchowe. Podszedł do stalowych drzwi, spojrzał na zamek – zbyt mocny, zerknął na zawiasy – przegnite. Znalazłszy słaby punkt drzwi zrobił kilka kroków do tyłu, po czym potężnym kopnięciem w drzwi na wysokości zawiasów po prostu wepchnął je do środka robiąc przy ty trochę hałasu. Wskoczył do środka od razu dobierając się do skrzynki z napisem TNT. Nie zastanawiając się otworzył ją znajdując w środku 2 granaty odłamkowe oraz 3 ładunki C4 z detonatorem zdalnym. Na ten widok Dimie aż zaszkliły się oczy ze wzruszenia.

Wtenczas posłyszał kroki na schodach prowadzących do piwnicy. Jeden ze strażników musiał usłyszeć hałas wyważanych drzwi, który go zaniepokoił. W ciągu jednej chwili Dima znalazł się tuż obok drzwi prowadzących na schody wyczekując gościa. Spoglądając na drzwi zauważył jak osoba po drugiej stronie delikatnie, prawie bezgłośnie naciska na klamkę. Drzwi otworzyły się, a strażnik po cichu wszedł do środka, po chwili wyciągnął latarkę chcąc się rozejrzeć. W momencie kiedy ją zaświecił Dima uderzył go w skroń, a ten upuścił latarkę, która zatoczyła koło na podłodze i zatrzymała się oświetlając ich obu. Strażnik nie miał broni, Dima owszem, ale próba wyciągnięcia jej była w tym momencie zbyt ryzykowna. Wymieniwszy kilka ciosów, które zostały przez obu skutecznie zblokowane strażnik wyciągnął zza pasa nóż wojskowy. Dima szybko ocenił postawę przeciwnika. Pewnie trzyma nóż w dłoni, utrzymuje dystans, dobrze balansuje ciałem – nie będzie łatwo.

Obaj spoglądają sobie w oczy, ale jednocześnie kontrolują sytuację. Przeciwnik atakuje nożem po skosie, Dima robi unik odskakując do tyłu. Szybka kontra z jego strony, ale próba wytrącenia noża z ręki przeciwnika kończy się niepowodzeniem, gdyż ten rani go prosto w rękę na wysokości nadgarstka. Wtem podkuszony trafieniem śmiało i otwarcie atakuje Dimę, który kopnięciem wytrąca przeciwnika z równowagi. Chwyta go za ręce, w których trzyma nóż i kieruje je w stronę gardła przeciwnika. Ten ciągle się opiera, ale opór słabnie. Po chwili Dima zatapia nóż w krtani przeciwnika widząc jak wydaje ostatnie tchnienie. Nie ryzykując dalej wziął do rąk ładunki wybuchowe i umieścił je na zbiornikach pełnych gazu ziemnego. Upewniając się, że są uzbrojone zabrał ze sobą detonator i udał się do uchylonego okna piwnicznego, którym dostał się do środka.

Ostrożnie się wychylił sprawdzając czy nikt nie idzie – czysto! Powoli wydostał się na zewnątrz i po cichu udał się w miejsce w którym przeskoczył mur. Po drodze minął ciała strażników i wciąż śpiącego psa. Od wewnętrznej strony mur był porośnięty pnączami, dzięki czemu nie trudno było się wydostać na ulicę. Wystarczyło kilka szczebli, aby znów znaleźć się na szczycie muru i po chwili znów być na ulicy. Przechodniów w ogóle nie zdziwił mężczyzna przeskakujący przez mur, więc jak gdyby nigdy nic Dima odszedł na bezpieczną odległość, po czym wyciągnął z kieszeni detonator. Wyciągnął antenkę, wyłączył bezpiecznik i nacisnął czerwony guzik. W tym samym momencie rozległa się potężna eksplozja, która wybiła szyby w oknach pobliskich budynków, a niektóre fragmenty eksplodującego budynku znalazły się na drodze. Dima musiał teraz jak najszybciej się ulotnić, gdyż teraz mógł go ktoś powiązać z tą eksplozją. Skręcił w pierwszą lepszą ulicę i wtopił się w tłum. Znów udał się pod gmach sądu rejonowego z nadzieją, że znów ujrzy swojego starego przyjaciela. Gdy dotarł na miejsce on nadal tam był, co poprawiło humor Dimie. Podszedł do niego, uśmiechnął się po czym poklepał go po ramieniu.

- Dziękuję, za Twą pomoc. – powiedział.

- Drobnostka! – odparł Andriej. Ni stąd ni zowąd Dimie przyszedł do głowy pewien pomysł, spojrzał na Andrieja po czym zapytał go:

- Pamiętasz jeszcze swój dawny fach?

- No pewnie, że pamiętam! – odpowiedział Andriej. Na świecie jest wielu złych ludzi, a przydała by mi się pomoc kogoś kto zna się na robocie tak jak ty. – dodał Dima.

- Pracować z Tobą będzie dla mnie zaszczytem! – podsumował Andriej.

- W takim razie witaj na pokładzie… – rzekł Dima…

Serwis rozdaje przeglądarkom bezpieczne ciasteczka.