Reportaż

Reportaż. Cisza huczącego miasta

4.0666666666667 1 1 1 1 1 Rating 81%

Jastrzębie da się lubić? Miasto oczami ulicznego przechodnia. - reportaż

 

Reportaż: "Cisza huczącego miasta" został nagrodzony 1 miejscem w kategorii reportaż IV edycji "Najlepszego pióra Jastrzębia"

Zobacz też: Jak napisać dobry reportaż?

Kiedy delikatnie uchyliło się okno, czuć było jej zapach. Ciepłe promienie słońca wlewały się do mieszkania. Trawa i młode liście na drzewach w parku przy Jarze całkiem zielone. Na słupach energetycznych, w miejscach mniej dokuczających hałasem można już było zobaczyć bociany budujące gniazda. A i ludzie weselsi, jak by bardziej szczupli, pozbawieni puchu i traperów. Pierwszy dzień wiosny zapowiadał się właściwie zielono i słonecznie... Dopóki spiker w radiu nie wygłosił (tradycyjnego) komunikatu: „Zima znów zaskoczyła drogowców”.

 

Miasto zalane topniejącym śniegiem. Zatkana kanalizacja. Woda spływająca hektolitrami ulicą Zieloną. Wszystkie miejsca, które miałem odwiedzić i opisać jako przechodzień, tkwiły gdzieś w tej masie wszechobecnej chlapy.

 

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie...”1

 

Jest jak u Chełmońskiego2. XIX wieczny Dom Zdrojowy, jak „Dworek w Kuklówce” skryty gdzieś w konarach drzew, wkomponowany, nastrojowy. Niebo spowite chmurami, ale słoneczne. Wietrznie. Ławki puste. Ścieżkami parku gdzieniegdzie przechadzają się mieszkańcy pobliskich osiedli. Słychać śpiew ptaków.

Park Zdrojowy, dawniej przyciągał odkrytymi tu leczniczymi źródłami. Do sanatorium zjeżdżało mnóstwo ludzi z całej Europy. Wówczas, jeszcze wieś – Jastrzębie zaczęło się gwałtownie rozwijać. Teraz park służy mieszkańcom. Latem odbywają się tu plenerowe wystawy, koncerty i imprezy. To tutaj na wiosnę umawiają się zakochani. Na niedzielnych spacerach spotykają się całe rodziny. Pewnie, gdyby nie ta pogoda i teraz trudno byłoby znaleźć wolne miejsce na ławce.

Cisza... taki Czarnolas Kochanowskiego, rehabilitujący mieszkańcom zgiełk i hałas innych części miasta. Koncert rozpoczynają sikorki. Potem burzy go bicie dzwonów w pobliskim kościele Najświętszego Serca. I znów cisza, którą dopiero po godzinie zakłócają wychodzący wierni. Wtedy w parku pojawia się więcej ludzi. Niektórzy samotnie milczą, inni siadają w swym gronie na ławkach i rozmawiają. Siedzą długo. Jakby starali się nie spieszyć, zatrzymać na moment zegarki. Nikt nie zrywa sie nagle i nie biegnie. Biegają tylko dzieci... ale one też nie pilnują czasu.

W końcu trzeba iść dalej. Wychodzę na ulicę 1 Maja. Kilkusetmetrowy, zaludniony skwer cięgnie się do ronda. Spożywczy, galanteryjny, pub, notariusz... Afisze, reklamy, oferty, promocje... Człowiek zmienia się w klienta, zegarki się rozpędzają. Sto metrów - wszystko wraca do normy.

 

Inna cisza

 

Prosto wielkie miasto, w prawo Zdrój, na lewo Boża Góra... ale przedtem jeszcze dużo zakrapianego wrzasku i śmiechu. Opuszczoną, obdartą ruderę (za filią AGH) od kilku lat gospodarują bezdomni. Tam nocują kiedy temperatura jest już bezpieczna i nie muszą włóczyć się po peronach. To też taka ich mała Idylla. Stąd nikt ich nie wyrzuca, nie muszą się on nikogo uzależniać. Nikogo słuchać.

Na ławce przed chatą siedzi ich piątka, czterech mężczyzn i kobieta. Na stoliku butelka z rozrobionym spirytusem, papierosy i piwo. Na rozmowę zgadzają się bardzo chętnie, nawet zapraszają między siebie. Marcin ma 41 lat, właśnie wyszedł z więzienia w Raciborzu. - Trzynaście miesięcy za alimenty – jak mówi. Nalewa mi „pięćdziesiątkę”. - Napij się...żeby nie było...spróbujesz raz na czym my tu żyjemy.

Potem opowiada, że właśnie wyszedł. Że nie ma dla niego miejsca, bo takich jak on skreślili. Że śpi w tej starej, obdartej chacie. Że roboty nikt mu nie da. Że nie będzie robił na złodziei. Że na górze to same ch... i bandziory. Że opieka społeczna i policja to k..., i że nie chce od nich niczego.

Kiedy zapytałem czy ktoś im pomaga ożywiło się. - Jaworowicz oglądasz? - znowu Marcin. -Ja też kiedyś oglądałem. Jeszcze jak telewizor był. Nikomu nie pomogła. Baba robi tylko interesy na takich jak my!

 

Potem pytał czy dam na chleb. - A pewnie, ze dam! - A potem czy wymienimy się butami. On odda mi swoje, do domu jakoś powinienem dojść. - A co potem, pytam?

- Rodzice ci dają na nowe, a ja nie mam.
-
Ale ja na te buty sam zarobiłem. Idź gdzieś pracować. Zarobisz i kupisz sobie takie same.
- Patrzcie go... Ty nic nie rozumiesz! Nie będzie mi żaden oszust paroma złotymi łaski robił. Nie dam sie tak traktować!
- Ale ja musiałem sam na nie zarobić. Nikt mi ich za darmo nie dał.
- Przyjacielu, ale ty możesz pomóc bezdomnemu. Pomożesz? No... pomożesz?!

 

Potem o polityce. Że wszyscy łotry. Że sami pracowali kiedyś i gdzie ich ZUS? Że grosza nie dadzą na to państwo, bo nie będą świń utrzymywać.

Młody i ojciec Młodego pracują. Obaj na kopalni. Ojciec mówi, że na dole pod firmą zarobi jakieś tysiąc dwieście. Że ma dom i rodzinę. Że córka porobiła magistry i sam sobie od ust odkładał żeby miała dziewczyna. Teraz załatwia pracę w Irlandii i wyjeżdża. Młody mówi, że kasy coś ma, ale takie życie to bajzel. W Polsce są bogaci i biedni... biedni to prawie wszyscy, a burżuje siedzą u góry i kradną ile wlezie. Legalnie to niczego się tutaj nie dorobi.

Pomiędzy Młodym i jego ojcem siedzi kobieta i Gruby. Kobieta pijana najbardziej, krzyczy do mnie, że w ciąży jest. - Gruby ją załatwił! - ze śmiechem Młody.


-A dziecko? Przecież Pani jest w ciąży... - cisza.

Kiedy odpowiada cisza, to także znak że nie powinno się już pytać. Na koniec najlepiej zostawić parę groszy na ten chleb. Żeby odejść w spokoju. Bezpiecznie, bez obelg. Żeby nie było, że się nie pomogło bezdomnemu.

 

Stacja

 

Pociągi osobowe do Jastrzębia już dawno nie jeżdżą. Redukcja, czy likwidacja... Co pozostawiono niszczeje albo już dawno rozkradzione. Wąska ścieżka wzdłuż torów i zardzewiałych, niekompletnych słupów elektrycznych wlecze mnie wreszcie pod byłą stację kolejową. Z opowiadań Pana Stanisława wynika, że kiedyś przewijało się tędy mnóstwo ludzi. Jeździli do pracy, szkół pociągami. Wagony zawsze przepełnione. Bywało, że nie wszyscy się zmieścili. Pana Stanisław spaceruje obok stacji. Dawniej jeździł na maszynie – jak wspomina - kursował do Zebrzydowic, Cieszyna, Zabrzegu, Katowic... i dalej do Tarnowskich Gór.



-Kiedyś nie było mowy o kopalniach, ani osiedlach. Pamiętam jak za bajtla z ojcem jeszcze wozem z koniami jeździliśmy na handel. Były tu same pola. Jedyne na Zdroju, tam było małe miasteczko i mieszkało dość sporo ludzi. Ale po wojnie uzdrowisko upadło i już coraz mniej osób przyjeżdżało do sanatorium. Dopiero jak odkryto tu złoża węgla... Wtedy zaczęło budować całe miasto. Przyjechali za chlebem z całej Polski. I pobudowali szkoły, przedszkola, szpitale...

 



I stoi zgarbiony Pan Stanisław na tle tej zniszczonej stacji. Dumnie. Nawet uśmiechnięty. Jak na obrazku. Ciągle opowiada... o parowozach, o szmuglu owoców z Czech, o swoim życiu, którego spora część rdzewieje teraz za jego plecami goniona czasem. Takie godzenie się z rzeczywistością. Ale bez wyrzutu... umiarkowane, pokorne.


-I przyjdą następni młodzi, którym znowu będzie trzeba zostawić miejsce.
 

 

Czekając na 120

 

I znowu ruch. Po południu plac przed Supersamem stopniowo, nawet rytmicznie zapełnia się, po czym znowu nieco wyludnia... tak dobre kilka godzin. Ludzie gromadzą się nagle nie wiadomo skąd, i nie wiadomo po co, by za chwilę odjechać swoim 101 lub 120. Po momencie spokoju, znowu nasilenie. Ławki postoją chwilę puste, aż znowu oblegane przez trzech, czterech. A jak przyjdą dzieciaki z podstawówek po lekcjach to siadają nawet w piątkę i szóstkę. I tak od nowa.

Przystanek autobusowy przy zielonym kiosku – małe centrum. Tu zatrzymuje się każdy nim jeszcze zaczyna czekać na swoją linię. Najpierw tabliczka z rozkładami jazdy. To punkt obowiązkowy. Nie ważne czy czeka sie każdy dzień o tej samej porze, czy zupełnie przypadkowo. Wszyscy upewniają się że ich 126 odjeżdża właśnie o 14:36, od wczoraj mogło przecież coś się zmienić. Potem niektórzy idą na ławkę albo stoją, inni których czerwony, zielony, albo niebieski autobus odjeżdża później idą do kiosku po gazetę.

I przyjeżdżają wreszcie czerwone, zielone... ludzie siadają i wysiadają. Wszystko dzieje się tak mechanicznie i sprawnie, że trudno w tym motłochu ludzi dostrzec człowieka.

 

Pożegnanie

 

Arki Bożka. Drobni sklepikarze ma miejskim targowisku powoli zamykają już swoje budki. Ludzi coraz mniej. Pierwsze składają się warzywniaki – mieszkańcy Jastrzębia już dawno po obiedzie. Szczytowe godziny handlu minęły, teraz sprzedać można jeszcze najwyżej odzież, a to i tak sukces.

W jednym miejscu za targowiskiem schodzą się całe rodziny, wlokąc ogromne kufry i torby podróżne. Z czasem jest ich coraz więcej. Podjeżdża wycieczkowy autokar. Na szybie „Manchester”. Rozłączane rodziny żegnają się, niektórzy płaczą. Pomimo wszystko atmosfera wesoła. Dzieciaki biegają po chodniku i ciągają ojca za nogawki. Jeszcze jakiś czas się wygłupy i śmiechy – tyle go mają na najbliższe miesiące. Matka przygląda się temu z boku. Śmieje się i ile może powstrzymuje łzy. Ostatni uścisk... I odjazd.

1Fragm. „Na lipę” Jan Kochanowski (źródło: „Między tekstami. Język Polski. Podręcznik dla liceum i technikum. Część druga”; Rosiek, Grześkowiak, Nawrocka, Oleksowicz; Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe; wyd. trzecie; Gdańsk 2005; s. 87)

2Józef Chełnoński; Dworek w Kuklówce (źródło: http://www.mojeobrazy.com.pl/katalog.php?id=1&temat=Pejza%BFe&page=2#null)

Serwis rozdaje przeglądarkom bezpieczne ciasteczka.