motyw
motyw
-
Adaptacja, ekranizacja. Motyw adaptacji filmowych *
Bibliografia przykładowa pozycji składających się na literaturę podmiotu do tematu na maturę ustną, który mógłby brzmieć: "Dzieło literackie a jego filmowa adaptacja. Przedstaw i porównaj na wybranych przykładach".
-
Altruizm – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty
Altruizm oznacza bezinteresowne kierowanie się dobrem innych i gotowość do działania na ich rzecz. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Altruizm w języku polskim
Definicja altruizmu
bezinteresowne kierowanie się w swym postępowaniu dobrem innych, gotowość do poświęceń; przeciwieństwo egoizmu
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
alterocentryzm, bezinteresowność, społecznikostwo, szczodrobliwość, szczodrość, hojność
Słownictwo powiązane z altruizmem:
dobroczynność, bezinteresowność, ofiarność, poświęcenie, pomoc, solidarność, empatia, filantropia, wolontariat, miłosierdzie, postawa prospołeczna
Związki frazeologiczne:
Człowiek/ludzie dobrej woli, dobra wola, z własnej/ dobrej (i nieprzymuszonej) woli, mieć dobre serce, oddać czemuś (całe) serce, oddać się czemuś całym sercem, w prostocie serca, z dobrego serca, złote serce, ktoś ma miękkie serce, być człowiekiem miękkiego serca,
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Przysłowia
Jak ty komu, tak on tobie.
Łatwiej komu radzić niż dopomóc
Jak wilk komarowi pomoże, to komar i konia zmoże.
Co jednemu swawola, to drugiemu niewola.
Uczący drugich sam się uczy.
Łatwo być hojnym z cudzego
Altruizm w antyku i Biblii
Prometeusz – poświęcenie dla ludzi
W micie o Prometeuszu altruizm przyjmuje postać działania na rzecz całej ludzkości. Tytan sprzeciwia się woli Zeusa, przekazuje ludziom ogień i ponosi za to karę. Jego postawa stała się wzorcem prometeizmu: dobrowolnego cierpienia i poświęcenia jednostki dla dobra wspólnoty.
Miłosierny Samarytanin – pomoc bez oczekiwania zapłaty
Biblijna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie pokazuje pomoc udzieloną człowiekowi obcemu i potrzebującemu. W kontekście altruizmu ważne są bezinteresowność, współczucie i gotowość do konkretnego działania.
Miłość bliźniego i ofiara
W Biblii altruizm łączy się z przykazaniem miłości bliźniego oraz z ideą ofiary ponoszonej dla innych. Ten kontekst pozwala porównywać religijny nakaz pomocy z późniejszymi literackimi obrazami poświęcenia i odpowiedzialności.
Altruizm w romantyzmie
A. Mickiewicz, Dziady III, Scena II (fragm.)
Kochałem tam, w ojczyźnie, serce me zostało, [...]
Ja kocham cały naród! - objąłem w ramiona
Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,
Przycisnąłem tu do łona,
Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:
Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,
Chcę nim cały świat zadziwić,
Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec. [...]
Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;
Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie:
Co ja zechcę, niech wnet zgadną,
Spełnią,tym się uszczęśliwią,
A jeżeli się sprzeciwią,
Niechaj cierpią i przepadną.
Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,
Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; -
Mówią, że Ty tak władasz!
Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;
Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,
Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,
I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,
Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/index.htm
A. Mickiewicz, Konrad Wallenrod*, fragm.
Umilknął starzec i dokoła słucha,
Czy Niemcy dalej pozwolą mu śpiewać;
W sali dokoła była cichość głucha,
Ta zwykła wieszczów na nowo zagrzewać.
Zaczął więc piosnkę, ale innej treści,
Bo głos na spadki wolniejsze rozmierzał,
Po strunach słabiej i nadziej uderzał
I z hymnu zstąpił do prostej powieści.POWIEŚĆ WAJDELOTY
[...]
Dwaj rycerze pojmani jadą bez trwogi do Kowna,
Jeden młody i piękny, drugi latami schylony.
Oni sami śród bitwy hufce niemieckie rzuciwszy
Między Litwinów uciekli; książę Kiejstut ich przyjął,
Ale strażą otoczył, w zamek za sobą prowadził.
Pyta, z jakiej krainy, w jakich zamiarach przybyli.
"Nie wiem - rzecze młodzieniec - jaki mój ród i nazwisko,
Bo dziecięciem od Niemców byłem w niewolą schwytany.
Pomnę tylko, że kędyś w Litwie śród miasta wielkiego
Stał dóm moich rodziców; było to miasto drewniane,
Na pagórkach wyniosłych, dóm był z cegły czerwonej.
Wkoło pagórków na błoniach puszcza szumiała jodłowa.
Środkiem lasów daleko białe błyszczało jezioro.
Razu jednego w nocy wrzask nas ze snu przebudził,
Dzień ognisty zaświtał w okna, trzaskały się szyby,
Kłęby dymu buchnęły po gmachu, wybiegliśmy w bramę,
Płomień wiał po ulicach, iskry sypały się gradem,
Krzyk okropny "Do broni f Niemcy są w mieście, do broni !"
Ojciec wypadł z orężem, wypadł i więcej nie wrócił.
Niemcy wpadli do domu, jeden wypuścił się za mną,
Zgonił, pozwał mię na koń; nie wiem, co stało się dalej,
[...]
Został żal po rodzinie, ku cudzoziemcom nienawiść,
Winrych, mistrz krzyżacki, chował mię w swoim pałacu,
On sam do chrztu mię trzymał, kochał i pieścił jak syna.
Jam się nudził w pałacach, z kolan Winrycha uciekał
Do wajdeloty starego. Wówczas pomiędzy Niemcami
Był wajdelota litewski, wzięty w niewolą przed laty,
Służył tłumaczem wojsku. Ten, gdy się o mnie dowiedział,
Żem sierota i Litwin, często mię wabił do siebie,
Rozpowiadał o Litwie, duszę stęsknioną otrzeźwiał
Pieszczotami i dźwiękiem mowy ojczystej, i pieśnią.
On mię często ku brzegom Niemna sinego prowadził,
Stamtąd lubiłem na miłe góry ojczyste poglądać.
Gdyśmy do zamku wracali, starzec łzy mi ocierał,
Aby nie wzbudzić podejrzeń; łzy mi ocierał, a zemstę
Przeciw Niemcom podniecał. Pomnę jak w zamek wróciwszy
Nóż ostrzyłem tajemnie; z jaką zemsty rozkoszą
Rznąłem kobierce Winrycha lub kaleczyłem zwierciadła,
Na tarcz jego błyszczącą piasek miotałem i plwałem.
[...]
Skończył młodzieniec; a Kiejstut słuchał ciekawie, słuchała
Córa Kiejstuta, Aldona, młoda i piękna jak bóstwo.
Jesień płynie, z jesienią ciągną się długie wieczory;
Kiejstutówna, jak zwykle, w sióstr i rówiennic orszaku
Za krośnami usiada albo się bawi przędziwem;
A gdy igły migocą, toczą się chybkie wrzeciona,
Walter stoi i prawi cuda o krajach niemieckich
I o swojej młodości. Wszystko, co Walter powiadał,
Łowi uchem dziewica, myślą łakomą połyka;
Wszystko umie na pamięć, nieraz i we śnie powtarza.
[...]
"Skądże - pomyślał Kiejstut - nagła w mej córce odmiana ?
Gdzie jej dawna wesołość, gdzie jej dziecinne rozrywki? -
W święto wszystkie dziewice idą zabawiać się tańcem,
Ona siedzi samotna, albo z Walterem rozmawia.
W dzień powszedni dziewice trudnią się igłą lub krośną,
Jej z rąk igła wypada, nici plątają się w krośnach,
Sama nie widzi, co robi, wszyscy mi to powiadają.
Wczora postrzegłem, że róży kwiatek wyszyła zielono,
A listeczki czerwonym umalowała jedwabiem.
Jakże mogłaby widzieć, kiedy jej oczy i myśli
Tylko oczu Waltera, rozmów Waltera szukają.
Ile razy zapytam, gdzie ona poszła? - w dolinę;
Skąd powraca? - z doliny; cóż w tej dolinie? - młodzieniec
Ogród dla niej zasadził. Jestże ten ogród piękniejszy
Niżli me sady zamkowe? - (Pyszne Kiejstut miał sady,
Pełne jabłek i gruszek, dziewic kowieńskich ponęta).
[...]
Chłopiec dobry, waleczny, jak ksiądz w pismach ćwiczony,
Mamże go z domu wypędzić? on tak potrzebny dla Litwy:
Hufce najlepiej szykuje, sypie najlepiej okopy,
Broń piorunową urządza, jeden mi staje za wojsko.
Pójdź, Walterze, bądź zięciem moim i bij się za Litwę!"
Walter pojął Aldonę. - Niemcy, wy pewnie myślicie,
Że tu koniec powieści; w waszych miłośnych romansach
Gdy się rycerze pożenią, kończy trubadur piosenkę,
Tylko dodaje, że żyli długo i byli szczęśliwi.
Walter kochał swą żonę, lecz miał duszę ślachetną;
Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie.
Ledwie śniegi ponikły, pierwszy zanucił skowronek,
Innym krajom skowronek miłość i rozkosz obwieszcza,
Biednej Litwie co roku wróży pożary i rzezie;
Ciągną szeregi krzyżowe niezliczonymi tłumami,
Już od gór zaniemeńskich echo do Kowna zanosi
Wojska mnogiego hałasy, chrzęst zbrój, rżenia rumaków.
[...]
W gruzach runęły Kiejdany - Litwa po górach i lasach
Broni się; Niemcy dalej ciągną plądrując i paląc.
Kiejstut z Walterem pierwsi w bitwach, ostatni w odwrocie.
Kiejstut zawsze spokojny; od dzieciństwa przywyknął
Bić się z nieprzyjacielem, wpadać, zwyciężać, uciekać.
Wiedział, że jego przodkowie zawsze z Niemcami walczyli,
Idąc w ślady swych przodków bił się i nie dbał o przyszłość.
Inne były Waltera myśli; schowany śród Niemców,
Znał potęgę Zakonu; wiedział, że mistrza wezwanie
Z całej Europy wyciąga skarby, oręże i wojska.
Prusy broniły się niegdyś, starły Prusaków Teutony,
Litwa pierwej czy później równej ulegnie kolei;
Widział niedolę Prusaków, drżał nad przyszłością Litwinów.
"Synu - Kiejstut zawoła - zgubnym ty jesteś prorokiem;
Z oczu mi zdarłeś zasłonę, aby otchłanie pokazać.
Kiedy ciebie słuchałem, zda się, że ręce osłabły,
I z nadzieją zwycięstwa z piersi uciekła odwaga.
Cóż poczniemy z Niemcami?" - "Ojcze - Walter powiadał -
Wiem ja sposób jedyny, straszny, skuteczny, niestety!
[...]
"Mężu drogi, co tobie?" - pyta ze łzami Aldona.-
"Co mnie? będęż spokojnie drzemał, aż Niemcy napadną
I sennego związawszy, w ręce katowskie oddadzą?" -
[...]
"Jeden sposób, Aldono, jeden pozostał Litwinom
Skruszyć potęgę Zakonu; mnie ten sposób wiadomy.
Lecz nie pytaj, dla Boga! stokroć przeklęta godzina,
W której od wrogów zmuszony chwycę się tego sposobu". -
Więcej nie chciał powiadać, próśb Aldony nie słuchał,
Litwy tylko nieszczęścia słyszał i widział przed sobą,
Aż na koniec płomień zemsty, w milczeniu karmiony
Klęsk i cierpień widokiem, wzdął się i serce ogarnął;
Wszystkie wytrawił uczucia, nawet jedyne uczucie
Dotąd mu żywot słodzące, nawet uczucie miłości.
[...]
Walter zrozumiał Aldonę, udał się za nią w milczeniu,
Opowiedział swój zamiar, taić przed światem nakazał
I u bramy - niestety! straszne to było rozstanie...
Alf z wajdelotą pojechał, dotąd nic o nich nie słychać.
Biada, biada, jeżeli dotąd nie spełnił przysięgi;
Jeśli zrzekłszy się szczęścia, szczęście Aldony zatruwszy...
Jeśli tyle poświęcił i dla niczego poświęcił...
Przyszłość resztę pokaże. Niemcy, skończyłem piosenkę.
[...]
Mistrz tylko jeden śród szumnej drużyny
Siedział milczący z pochyloną głową,
Mocno wzruszony, porywa co chwila
Puchary z winem i do dna wychyla.
[...]
"Znam ja was, każda piosnka wajdeloty
Nieszczęście wróży jak nocnych psów wycie;
Mordy, pożogi wy śpiewać lubicie,
Nam zostawiacie chwałę i zgryzoty.
Jeszcze w kolebce wasza pieśń zdradziecka
Na kształt gadziny obwija pierś dziecka
I wlewa w duszę najsroższe trucizny,
Głupią chęć sławy i miłość ojczyzny.
"Ona to idzie za młodzieńcem w ślady,
Jak zabitego cień nieprzyjaciela
Zjawia się nieraz w pośrodku biesiady,
Aby krew mieszać w puchary wesela.
Słuchałem pieśni, zanadto, niestety!...
Stało się, stało; znam cię, zdrajco stary;
Wygrałeś! wojna, tryumf dla poety!
Dajcie mi wina, spełnią się zamiary.
"Wiem koniec pieśni, [...]Źródło:
https://pl.wikisource.org/wiki/Konrad_Wallenrod
J.W. Goethe, Faust* (fragm.), przeł. Janusz Szpotański
Choć filozofię studiowałem,
medyczny kunszt, arkana prawa
i teologię też, z zapałem
godnym, zaiste, lepszej sprawy,
na nic się zdały moje trudy —
jestem tak mądry, jak i wprzódy!
Zwą mnie magistrem, ba, doktorem!
Od lat dziesięciu za nos wodzę
po krętej poszukiwań drodze
swych uczniów głupkowatą sforę
i widzę, że nic nie wiem przecie.
Ta myśl, jak kamień, serce gniecie!
I cóż, żem jest mędrszy niż owe gaduły
magistry, doktory, pismaki i klechy,
że za nic mam wszelkie moralne skrupuły,
nie boję się diabła ni kary za grzechy —
wraz z trwogą i radość została odjęta,
bo księga poznania jest dla mnie zamknięta!
Czyż stertą uczonych książkowych mądrości
naprawić świat zdołam, dać szczęście ludzkości?
Ni włości nie mam, ni pieniędzy,
obce mi są rozkosze świata.
Pies żyć by nie chciał w takiej nędzy,
w jakiej mijają moje lata!
Ku magii przeto zwracam wzrok:
czy za nieczystych duchów sprawą
nie pryśnie tajemnicy mrok,
nie stanie się przeczucie jawą?
Może wyjawią mi ich usta
siłę, co rządzi we wszechświecie,
przyczynę sprawczą i cel rzeczy,
bym przestał kupczyć słowem pustym.
[...]
Biada! Wciąż jeszcze tkwię w tej norze!
Zatęchły lochu, bądź przeklęty!
Światło tu ledwie dotrzeć może
przez szyby brudem zarośnięte.
Pod sufit piętrzą się szpargały,
pokryte kurzem książek zwały,
które od dawna robak toczy.
Jak się to wszystko na mnie tłoczy —
te sterty niepotrzebnych sprzętów,
probówek, butli, instrumentów,
wśród których ugrzązł stary grat —
i to jest świat, to jest twój świat!
[...]
Uciekać stąd! W szeroki świat!
Może ta tajemnicza księga,
pisana Nostradama ręką
wskaże mi wreszcie jakiś ślad?
Może wyczytam z niej gwiazd ruchy
i staną mi się oczywiste
natury tajnie i zamysły,
bym pojął, o czym mówią duchy?
Próżno się silą starcze oczy moje,
by sens tajemny pojąć świętych liter.
Czuję, jak krążą wokół duchów roje —
Przemówcie, duchy, jeśli mnie słyszycie!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/szpot/0002.htm
Altruizm w pozytywizmie
Bolesław Prus: Lalka
Rozdział VIII LASY, RUINY I CZARY
„Dawniej robiłem stolarszczyznę i nie mogłem nadążyć. Za jakie parę lat odłożyłbym z tysiąc rubli. Ale spaliłem się tamtego roku i już nie mogę przyjść do siebie. Drzewo, warsztaty, wszystko poszło na węgiel, a mówię łasce pana, był taki ogień, że najtwardsze pilniki stopiły się jak smoła. Kiedym spojrzał na pogorzel, tom ino plunął ze złości, ale dziś nawet mi szkoda tej śliny...”
Rozdział XII W JAKI SPOSÓB ZACZYNAJĄ OTWIERAĆ SIĘ OCZY
Kiedy Wokulski wrócił do domu, zastał u siebie Węgiełka, który czekał na niego od godziny.
Chłopak wyglądał po warszawsku, ale był trochę mizerny.
- Wychudłeś, zbladłeś - rzekł Wokulski przypatrzywszy mu się. Łajdaczysz się czy co?...
- Nie, panie, tylko dziesięć dni chorowałem. Coś mi się zrobiło na szyi takie paskudne, że mnie doktór pokrajał. Ale już wczoraj poszedłem do roboty.
- Potrzebujesz pieniędzy?
- Nie, panie. Chciałem tylko opowiedzieć się względem powrotu do Zasławia.
- Już cię korci. A nauczyłeś się czego?
- Ojej! I ze ślusarką się trochę... i według stolarki... Koszyków nauczyłem się też wcale pięknych i rysować. A nawet jakby przyszło do malowania, to też...
Mówiąc to kłaniał się, rumienił i miętosił czapkę w ręku.
- Dobrze - odezwał się po chwili Wokulski. - Na narzędzia dostaniesz sześćset rubli. Wystarczy?... A kiedy chcesz wracać?
Chłopak zaczerwienił się jeszcze mocniej i pocałował Wokulskiego w rękę.
- Bo ja jeszcze, z przeproszeniem łaski pańskiej, chciałbym się ożenić... Tylko nie wiem...
Poskrobał się w głowę.
- Z kimże to? - spytał Wokulski.
- Z tą panną Marianną, co mieszka u furmanów Wysockich. Ja też mieszkam w tym domu, tylko na górze.
"Chce się żenić z moją magdalenką?" - pomyślał Wokulski. Przeszedł się po pokoju i rzekł:
- A dobrze ty znasz pannę Mariannę?
- Co nie mam znać? Przecie widujemy się co dzień trzy razy, a czasami to i przez całą niedzielę albo ja siedzę u niej, albo oboje u Wysockich.
- No tak. Ale czy wiesz, czym ona była przed rokiem?,
- Wiem, panie. Ledwiem tu przyjechał z łaski pańskiej, zaraz Wysocka mówi do mnie: "Uważaj, młody, bo ona się puszczała..." Takim sposobem od pierwszego dnia wiedziałem, co ona za jedna; okpistwa ze mną nie robiła żadnego.
[...]
- A zatem?... - spytał Wokulski.
- Ha, cóż? ożenię się po świętach - odparł Węgiełek. - Przecie ona za nie swoje grzechy cierpieć nie może. Nie jej to była wola.
- Masz jeszcze jaki interes?
- Już nic.
- Więc bywaj zdrów, a przed ślubem wstąp do mnie. Ona będzie miała pięćset rubli posagu, no i co potrzeba na bieliznę i gospodarstwo.
Węgiełek opuścił go bardzo wzruszony.
Rozdział XVII DUSZA W LETARGU
Węgiełek szeroko opowiedział mu, że już ma dom, lepszy od tamtego, co się spalił, i że ma mnóstwo roboty. Dlatego właśnie przyjechał do Warszawy, ażeby kupić materiały i zabrać choćby ze dwu pomocników.
- Fabrykę mógłbym założyć, mówię wielmożnemu panu!... - zakończył Węgiełek.
John Stuart Mill, Co to jest utylitaryzm?
Nauka, która przyjmuje jako podstawę moralności użyteczność, czyli zasadę największego szczęścia, głosi, że czyny są dobre, jeżeli przyczyniają się do szczęścia, złe, jeżeli przyczyniają się do czegoś przeciwnego. Przez szczęście rozumie się przyjemność i brak cierpienia; przez nieszczęście – cierpienie i brak przyjemności. Ażeby przedstawić jasno kryterium moralne sformułowane przez tę teorię, wielo należałoby jeszcze powiedzieć, a zwłaszcza, co się rozumie przez przyjemność i przykrość, i na ile tę sprawę można zostawić jako otwartą. Te dodatkowe wyjaśnienia jednak nie wpływają na teorię życia [...] głoszącą, że przyjemność i brak cierpienia są jedynymi rzeczami pożądanymi jako cele i że wszystko, co pożądane [...], jest pożądane bądź dlatego, że samo jest przyjemne, bądź dlatego, że stanowi środek zapewniania przyjemności i zapobiegania cierpieniu. [...]
Nie uważam wcale, by nauka epikurejczyków stanowiła bezbłędne rozwinięcie zasady utylitarystycznej. Żeby ją rozwinąć należycie, trzeba by włączyć do ich systemu wiele elementów zarówno stoickich, jak i chrześcijańskich. Ale nie znam epikurejskiego poglądu na życie, który by przyjemności intelektualnych, tych, które daje życie uczuciowe czy gra wyobraźni, oraz przyjemności związanych z uczuciami moralnymi nie cenił znacznie wyżej od przyjemności wyłącznie zmysłowych. Trzeba przyznać, że pisarze wyznający utylitaryzm przypisywali na ogół wyższość przyjemnościom duchowym w stosunku do cielesnych, głównie dlatego, że są bardziej trwałe, pewne, mniej wymagające kosztów itd., niż te ostatnie, tzn. że upatrywali tę wyższość w ich własnościach okolicznościowych raczej niż w ich naturze wewnętrznej. Wszelka tego rodzaju wyższość została w pełni przez utylitarystów uwydatniona; ale mogli oni także bez narażania się na niekonsekwencję okazać wyższość przyjemności duchowych z innego i, jak można by powiedzieć, wyższego punktu widzenia. Uznanie bowiem, że pewne rodzaje przyjemności są bardziej pożądane i bardziej wartościowe niż inne, jest w pełnej zgodzie z zasadą użyteczności. Jeżeli w ocenie wszystkich innych rzeczy bierze się pod uwagę zarówno ilość, jak i jakość, to byłoby niedorzecznością sądzić, że przy ocenie przyjemności tylko ilość wchodzi w rachubę. [...]
Istota o wyższych uzdolnieniach potrzebuje więcej do szczęścia, cierpienie przeżywa prawdopodobnie głębiej, a niewątpliwie doświadcza go częściej niż istota niższego typu. Mimo to jednak nie zgodziłaby się nigdy na istnienie, którego uważa za degradujące. Możemy sobie dowolnie ten sprzeciw interpretować: możemy przypisywać go dumie [...]; możemy uważać go za przejaw umiłowania wolności i niezależności osobistej [...]; możemy uważać go za przejaw żądzy władzy albo też potrzeby silnych wrażeń – bowiem oba te czynniki sprzyjają tworzeniu się tej postawy i wchodzą w jej skład. Lecz najlepiej będzie mówić tu o poczuciu własnej godności, posiadanym przez wszystkich ludzi w tej czy innej postaci i w pewnej, choć niedokładnej, proporcji do ich wyższych kwalifikacji. [...]
Otóż w porządku świata nic nie sprzeciwia się temu, by zasób kultury umysłowej wystarczającej do inteligentnego zajmowania się tymi sprawami nie miał być dziedzictwem każdego człowieka urodzonego w kraju cywilizowanym. Nie ma także żadnej zasadniczej konieczności, by człowiek trwał w egoistycznym sobkostwie, wypranym z wszelkich uczuć i trosk poza tymi, które koncentrują się na jego własnej nędznej osobie. Nawet teraz liczba osób żyjących na znacznie wyższym poziomie wystarcza, by dać nam przedsmak tego, jak by ludzkość żyć mogła. Każdy człowiek, wychowany w sposób właściwy, może, choć w nierównym stopniu, mieć rzetelne osobiste przywiązania i może być szczerze przejęty dobrem publicznym. Każdy, kto spełnia te skromne warunki moralne i intelektualne, może spędzić życie godne pozazdroszczenia w świecie, w którym jest tyle rzeczy interesujących, tyle rzeczy, którymi się można cieszyć, a ponadto tyle rzeczy do poprawiania i udoskonalenia. Każdy człowiek, w wypadku jeżeli tylko złe prawa i konieczność podporządkowania się cudzej woli nie pozbawią go możności korzystania z tych źródeł szczęścia, które są w jego zasięgu znajdzie niechybnie to życie godne pozazdroszczenia, przy założeniu, że ominą go prawdziwe niepowodzenia życiowe, stanowiące wielkie źródła fizycznego i duchowego cierpienia, takie jak: nędza, choroba, a także niewdzięczność, upadek moralny albo przedwczesna śmierć tych, których się kocha. Najważniejszym tedy zagadnieniem jest walka z tego rodzaju nieszczęściami, mało kto bowiem może być od nich całkowicie wolny. Prawda, że w obecnych warunkach niepodobna tym nieszczęściom zapobiec, a nieraz nawet trudno je w sposób odczuwalny złagodzić. Jednakże nikt poważny nie wątpi, że to, co stanowi największe, niezaprzeczone zło naszego świata, może być w znacznej mierze usunięte i że – jeżeli tylko ludzkość będzie szła nadal po drodze postępu – zostanie ostatecznie bardzo ograniczone. Bieda, która zawsze pociąga cierpienie, da się całkowicie pokonać przez rozumną politykę społeczną popartą przez zapobiegliwość i rozsądek jednostek. Nawet z wrogiem najbardziej upartym, a mianowicie z chorobą, można w znacznym stopniu się uporać przez właściwe wychowanie fizyczne, należyte wyrobienie umysłowe i czuwanie nad czynnikami szkodliwymi dla zdrowia. Rozwój nauki zaś zapowiada na przyszłość osiąganie zwycięstw nad tym nienawistnym wrogiem w sposób bardziej bezpośredni. Każdy krok naprzód w tym kierunku uchyla niebezpieczeństwo, które może położyć kres nie tylko naszemu własnemu życiu, ale – co ważniejsze – i życiu tych, z którymi nasze szczęście jest nierozłącznie związane. Co zaś do zmiennych kolei losu i do zawodów przeżywanych w związku z różnymi zewnętrznymi niepowodzeniami, bywają one głównie wynikiem naszej własnej nierozwagi, naszych niewłaściwie kierowanych pragnień, bądź też złych albo przynajmniej niedoskonałych urządzeń społecznych. Krótko mówiąc, wszystkie wielkie źródła ludzkiego cierpienia dadzą się opanować – jedne w znacznym stopniu, inne niemal całkowicie – przez ludzką zapobiegliwość i wysiłek. A chociaż usuwanie zła posuwa się naprzód z pożałowania godną powolnością i chociaż długi rząd pokoleń przeminie zanim zwycięstwo będzie zupełne i świat stanie się tym, czym mógłby stać się tak łatwo, gdyby nie brak wiedzy i dobrej woli, to jednak każdy człowiek dostatecznie inteligentny i ofiarny, by wnieść do ogólnego dzieła swoją, choćby drobną i niepozorną cząstkę, czerpać będzie szlachetną radość już z samej tej walki, radość, z której nie zrezygnuje dla zadośćuczynienia własnym interesom egoistycznym.
Źródło:
J.S. Mill, Utylitaryzm. O wolności, Warszawa 1959, s. 13-17, 25-21.
-
Anioł. Motyw anioła w literaturze i sztuce
Anioł. Motyw anioła w literaturze, malarstwie, filmie, muzyce
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw anioła (a więc i serafin, cherubin, archanioł) w literaturze, malarstwie, filmie, muzyce... -
Arkadia, raj. Motyw arkadii, raju, edenu
Motyw arkadii, raju, edenu w literaturze i sztuce
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę , której temat wykorzystuje motyw arkadyjski, motyw raju, edenu lub pokrewne w literaturze, malarstwie, filmie...
Uważaj jednak na definicje w temacie!!!! Niekiedy temat może być węższy niż zakres proponowanej niżej bibliografii.
-
Artysta. Motyw artysty w literaturze i sztuce
Motyw artysty dotyczy twórczości, roli sztuki, miejsca jednostki wybitnej w społeczeństwie i ceny niezależności. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Artysta w języku polskim
Definicja motywu
ten, kto uprawia określoną dziedzinę sztuki
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
twórca, mistrz, maestro, wirtuoz, geniusz, gwiazda, osobowość twórcza, fachowiec, ekspert, profesjonalista, znawca
Słownictwo powiązane z motywem:
artysta malarz, artysta rzeźbiarz, artysta fotografik, artysta estradowy, ludowy artysta, sławny, wielki, genialny, awangardowy, młody, współczesny, tworzyć, malować, komponować, wystawiać, zagrać rolę, wystąpić, pracownia artysty, scena, atelier, galeria, wernisaż,
Etymologia motywu
z fr. artiste «uczony sztuk wyzwolonych» ← łac. ars ‘sztuka’; wyraz trafił do polszczyzny na przełomie XVII–XVIII w. jako internacjonalizm artystyczny
A. Bruckner, Słownik etymologiczny
Związki frazeologiczne:
artysta z bożej łaski
cieszyć się sławą artysty
wielki mi artysta!
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Aforyzmy
Émile Zola: „Artysta jest niczym bez daru, ale dar jest niczym bez pracy.”
Pablo Picasso: „Każde dziecko jest artystą. Wyzwaniem jest pozostać artystą, kiedy się dorośnie.”
Artysta w antyku
; .
Horacy, Exegi monumentum
aere perennius, Pieśń III, 30
Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.
Od królewskich piramid sięgający wyżej;
Ani go deszcz trawiący, ani Akwilony
Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony
Szereg, ni czas lecący w wieczności otchłanie.
Nie wszystek umrę, wiele ze mnie tu zostanie
Poza grobem. Potomną sławą zawsze młody,
Róść ja dopóty będę, dopóki na schody
Kapitolu z westalką cichą kapłan kroczy.
Gdzie z szumem się Aufidus rozhukany toczy,
Gdzie Daunus w suchym kraju rządził polne ludy,
Tam o mnie mówić będą, że ja, niski wprzódy,
Na wyżyny się wzbiłem i żem przeniósł pierwszy
Do narodu Italów rytm eolskich wierszy.
Melpomeno, weź chlubę, co z zasługi rośnie,
I delfickim wawrzynem wieńcz mi skroń radośnie.Artysta w średniowieczu
, .
Dante Alighieri, Boska komedia, Pieśń I (fragm.)
W życia wędrówce, na połowie czasu
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.
Jak ciężko słowem opisać ten srogi
Bór, owe stromych puszcz pustynne dzicze,
Co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi. […]
Znów po bezludnych progach stopy nużę,
Wciąż niżej mając wyprężoną nogę.
Wtem tam, gdzie ścieżka strzelała ku górze,
Znienagła mi się zjawiła u stoku
Zwinna Pantera o plamistej skórze. [...]
Ale tuż trwogę poczułem niemałą,
Gdy Lew przede mną wyrósł u pobrzeża. [...]
Potem Wilczyca, nabrzmiała od płodu [...]
Swoim widokiem zgnębiła mi ducha
I w takie wreszcie strąciła rozpacze,
Że dojścia szczytu sczezła mi otucha. [...]
Tak ja od zwierza porywczości mdleję
I, odpychany, cofam się ze skały
W stronę przepaści, gdzie słońce niemieje.
Już moje stopy w dół się obsuwały,
Gdy przed oczyma kształt się zjawił mglisty,
Jakby milczeniem długim spowietrzały.
Gdym go obaczył w puszczy opoczystej:
Pożal się, proszę wołam do zjawienia
Cień-li czy człowiek jesteś rzeczywisty!”
Nie człowiek, jednak z ludzkiego plemienia;
Ojców Lombardów miałem rzekła mara
Z mantowańskiego oboje nasienia.
Urodziłem się za Jula Cezara,
A za Augustacnego żyłem w Rzymie,
Gdy panowała bogów kłamnych wiara.
Poetą byłem i w epicznym rymie
Uszłego z dumnej Ilionu ruiny
Anchizowegom syna głosił imię.
A ty, przecz wracasz w nieszczęsne doliny?
Czemu nie śpieszysz na górę, rodzice
Wesela, gniazdo radosnej nowiny?”
Więc Wergilego oglądam? Krynicę,
Skąd płynie słowa strumień tak obficie?”
[…]
Ty jesteś Mistrz mój, ty moja Powaga:
Przez cię jedynie styl mój nabył piętna
Sztuki, skąd dzisiaj moja cześć się wzmaga.
[…]
Ścieżki potrzeba obrać tobie ine
Rzekł, widząc oczu moich zapłakanie
Jeżeli przebrnąć życzysz tę gęstwinę.
tłum. Edward Porębowicz
Źródło:
https://pl.wikisource.org/wiki/Boska_Komedia_(Por%C4%99bowicz)/Piek%C5%82o_-_Pie%C5%9B%C5%84_I
Artysta w renesansie
, , , opracowanie Trenów;
Jan Kochanowski, KU MUZOM
Panny, które na wielkim Parnasie mieszkacie,
A ippokreńską rosą włosy swe maczacie,
Jeslim się wam zachował jako żyw statecznie,
Ani mam wolej z wami rozłączyć się wiecznie;
Jesli królom nie zajźrzę pereł ani złota,
A milsza mi daleko niż pieniądze cnota;
Jesli nie chcę, żebyście komu pochlebiały
Albo na mię u ludzi niewdzięcznych żebrały:
Proszę, niech ze mną za raz me rymy nie giną;
Ale kiedy ja umrę, ony niechaj słyną!Jan Kochanowski, Pieśń XXIV
Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony
Polecę precz, poeta, ze dwojej złożony
Natury: ani ja już przebywać na ziemi
Więcej będę; a więtszy nad zazdrość, ludnemi
Miasty wzgardzę. On, w równym szczęściu urodzony,
On ja, jako mię zowiesz, wielce ulubiony
Mój Myszkowski, nie umrę ani mię czarnymi
Styks niewesoła zamknie odnogami swymi.
Już mi skóra chropawa padnie na goleni,
Już mi w ptaka białego wierzch się głowy mieni;
Po palcach wszędy nowe piórka się puszczają,
A z ramion sążeniste skrzydła wyrastają.
Terazże, nad Ikara prędszy przeważnego,
Puste brzegi nawiedzę Bosfora hucznego
I Syrty Cyrynejskie, Muzom poświęcony
Ptak, i pola zabiegłe za zimne Tryjony.
O mnie Moskwa i będą wiedzieć Tatarowie,
I róznego mieszkańcy świata Anglikowie;
Mnie Niemiec i waleczny Hiszpan, mnie poznają,
Którzy głęboki strumień Tybrowy pijają.
Niech przy próznym pogrzebie żadne narzekanie,
Żaden lament nie będzie ani uskarżanie:
Świec i dzwonów zaniechaj, i mar drogo słanych,
I głosem żałobliwym żołtarzów spiewanych!
Źródło:
http://staropolska.pl/renesans/jan_kochanowski/fraszki/fraszki_24.html
http://literat.ug.edu.pl/
Artysta w romantyzmie
A. Mickiewicz, Dziady III Scena II,
Samotność - cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi:
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,
Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.
Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów dociek,
Gdzie pędzi, czy się domyślą? -
Uczucie krąży w duszy, rozpala się, żarzy,
Jak krew po swych głębokich, niewidomych cieśniach;
Ile krwi tylko ludzie widzą w mojej twarzy,
Tyle tylko z mych uczuć dostrzegą w mych pieśniach,
Pieśni ma, tyś jest gwiazdą za granicą świata!
I wzrok ziemski, do ciebie wysłany za gońca,
Choć szklanne weźmie skrzydła, ciebie nie dolata,
Tylko o twoję mleczną drogę się uderzy;
Domyśla się, że to słońca,
Lecz ich nie zliczy, nie zmierzy.
Wam, pieśni, ludzkie oczy, uszy niepotrzebne; -
Płyńcie w duszy mej wnętrznościach,
Świećcie na jej wysokościach,
Jak strumienie podziemne, jak gwiazdy nadniebne.
Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie. -
Godna to was muzyka i godne śpiewanie. -
Ja mistrz!
Ja mistrz wyciągam dłonie!
Wyciągam aż w niebiosa i kładę me dłonie
Na gwiazdach jak na szklannych harmoniki kręgach.
To nagłym, to wolnym ruchem,
Kręcę gwiazdy moim duchem.
Milijon tonów płynie; w tonów milijonie
Każdy ton ja dobyłem, wiem o każdym tonie;
Zgadzam je, dzielę i łączę,
I w tęcze, i w akordy, i we strofy plączę,
Rozlewam je we dźwiękach i w błyskawic wstęgach. -
Odjąłem ręce, wzniosłem nad świata krawędzie,
I kręgi harmoniki wstrzymały się w pędzie.
Sam śpiewam, słyszę me śpiewy -
Długie, przeciągłe jak wichru powiewy,
Przewiewają ludzkiego rodu całe tonie,
Jęczą żalem, ryczą burzą,
I wieki im głucho wtórzą;
A każdy dźwięk ten razem gra i płonie,
Mam go w uchu, mam go w oku,
Jak wiatr, gdy fale kołysze,
Po świstach lot jego słyszę,
Widzę go w szacie obłoku.
Boga, natury godne takie pienie!
Pieśń to wielka, pieśń-tworzenie.
Taka pieśń jest siła, dzielność,
Taka pieśń jest nieśmiertelność!
Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić - Boże?
http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/0003.htm
A. Mickiewicz, Dziady III Ustęp, OLESZKIEWICZ
DZIEŃ PRZED POWODZIĄ PETERSBURSKĄ 1824
Gdy się najtęższym mrozem niebo żarzy,
Nagle zsiniało, plamami czernieje,
Podobne zmarzłej nieboszczyka twarzy,
Która się w izbie przed piecem rozgrzeje,
Ale nabrawszy ciepła, a nie życia,
Zamiast oddechu zionie parą gnicia.
Wiatr zawiał ciepły. - Owe słupy dymów,
Ów gmach powietrzny jak miasto olbrzymów,
Niknąc pod niebem jak czarów widziadło,
Runęło w gruzy i na ziemię spadło:
I dym rzekami po ulicach płynął,
Zmieszany z parą ciepłą i wilgotną;
Śnieg zaczął topnieć - i nim wieczór minął,
Oblewał bruki rzeką Stygu błotną.
Sanki uciekły, kocze i landary
Zerwano z płozów; grzmią po bruku koła;
Lecz pośród mroku i dymu, i pary
Oko pojazdów rozróżnić nie zdoła;
Widać je tylko po latarek błyskach,
Jako płomyki błędne na bagniskach.
Szli owi młodzi podróżni nad brzegiem
Ogromnej Newy; lubią iść o zmroku,
Bo czynowników unikną widoku
I w pustym miejscu nie zejdą się z szpiegiem.
Szli obcym z sobą gadając językiem;
Czasem pieśń jakąś obcą z cicha nucą,
Czasami staną i oczy obrócą,
Czy kto nie słucha? - nie zeszli się z nikim.
Nucąc błądzili nad Newy korytem,
Które się ciągnie jak alpejska ściana,
Aż się wstrzymali, gdzie między granitem
Ku rzece droga spada wyrąbana.
Stamtąd, na dole, ujrzeli z daleka
Nad brzegiem wody z latarką człowieka:
Nie szpieg, bo tylko śledził czegoś w wodzie,
Ani przewoźnik, któż pływa po lodzie?
Nie jest rybakiem, bo nic nie miał w ręku
Oprócz latarki i papierów pęku.
Podeszli bliżej, on nie zwrócił oka,
Wyciągał powróz, który w wodę zwisał,
Wyciągnął, węzły zliczył i zapisał;
Zdawał się mierzyć, jak woda głęboka.
Odblask latarki odbity od lodu
Oblewa jego księgi tajemnicze
I pochylone nad świecą oblicze
Żółte jak obłok nad słońcem zachodu:
Oblicze piękne, szlachetne, surowe.
Okiem tak pilnie w swojej księdze czytał,
Że słysząc obcych kroki i rozmowę
Tuż ponad sobą, kto są, nie zapytał,
I tylko z ręki lekkiego skinienia
Widać, że prosi, wymaga milczenia.
Coś tak dziwnego było w ręki ruchu,
Że choć podróżni tuż nad nim stanęli,
Patrząc i szepcąc, i śmiejąc się w duchu,
Umilkli wszyscy, przerwać mu nie śmieli.
Jeden w twarz spojrzał i poznał, i krzyknął:
"To on!" - i któż on? - Polak, jest malarzem,
Lecz go właściwiej nazywać guślarzem,
Bo dawno od farb i pędzla odwyknął,
Bibliją tylko i kabałę bada,
I mówią nawet, że z duchami gada.
Malarz tymczasem wstał, pisma swe złożył
I rzekł, jak gdyby rozmawiając z sobą:
"Kto jutra dożył, wielkich cudów dożył;
Będzie to drugą, nie ostatnią próbą;
Pan wstrząśnie szczeble asurskiego tronu,
Pan wstrząśnie grunty miasta Babilonu;
Lecz trzecią widzieć. Panie! nie daj czasu!"
Rzekł i podróżnych zostawił u wody,
A sam z latarką z wolna szedł przez schody
I zniknął wkrótce za parkan terasu.
Nikt nie zrozumiał, co ta mowa znaczy;
Jedni zdumieni, drudzy rozśmieszeni,
Wszyscy krzyknęli: "Nasz guślarz dziwaczy",
I chwilę jeszcze stojąc pośród cieni,
Widząc noc późną, chłodną i burzliwą,
Każdy do domu powracał co żywo.
Jeden nie wrócił, lecz na schody skoczył
I biegł terasem; nie widział człowieka,
Tylko latarkę jego z dala zoczył,
Jak błędna gwiazda świeciła z daleka.
Chociaż w malarza nie zajrzał oblicze,
Choć nie dosłyszał, co o nim mówili,
Ale dźwięk głosu, słowa tajemnicze
Tak nim wstrząsnęły! - przypomniał po chwili,
Że głos ten słyszał, i biegł co miał mocy
Nieznaną drogą śród słoty, śród nocy.
Latarka prędko niesiona mignęła,
Coraz mniej szata, zakryta mgły mrokiem
Zdała się gasnąć; wtem nagle stanęła
W pośrodku pustek na placu szerokiém.
Podróżny kroki podwoił, dobiega;
Na placu leżał wielki stos kamieni,
Na jednym głazie malarza spostrzega:
Stał nieruchomy pośród nocnych cieni.
Głowa odkryta, odsłonione barki,
A prawa ręka wzniesiona do góry,
I widać było z kierunku latarki,
Że patrzył w dworca cesarskiego mury.
I w murach jedno okno w samym rogu
Błyszczało światłem; to światło on badał,
Szeptał ku niebu, jak modląc się Bogu,
Potem głos podniósł i sam z sobą gadał.
"Ty nie śpisz, carze! noc już wkoło głucha,
Śpią już dworzanie - a ty nie śpisz, carze;
Jeszcze Bóg łaskaw posłał na cię ducha,
On cię w przeczuciach ostrzega o karze.
Lecz car chce zasnąć, gwałtem oczy zmrużą,
Zaśnie głęboko - dawniej ileż razy
Był ostrzegany od anioła stróża
Mocniej, dobitniej, sennymi obrazy.
On tak zły nie był, dawniej był człowiekiem;
Powoli wreszcie zszedł aż na tyrana,
Anioły Pańskie uszły, a on z wiekiem
Coraz to głębiej wpadał w moc szatana.
Ostatnią radę, to przeczucie ciche,
Wybije z głowy jak marzenie liche;
Nazajutrz w dumę wzbiją go pochlebcę
Wyżej i wyżej, aż go szatan zdepce...
Ci w niskich domkach nikczemni poddani
Naprzód za niego będą ukarani;
Bo piorun, w martwe gdy bije żywioły,
Zaczyna z wierzchu, od góry i wieży,
Lecz między ludźmi naprzód bije w doły
I najmniej winnych najpierwej uderzy...
Usnęli w pjaństwie, w swarach lub w rozkoszy,
Zbudzą się jutro - biedne czaszki trupie!
Śpijcie spokojnie jak zwierzęta głupie,
Nim was gniew Pański jak myśliwiec spłoszy,
Tępiący wszystko, co w kniei spotyka,
Aż dojdzie w końcu do legowisk dzika.
Słyszę! - tam! - wichry - już wytknęły głowy
Z polarnych lodów, jak morskie straszydła;
Już sobie z chmury porobili skrzydła,
Wsiedli na falę, zdjęli jej okowy;
Słyszę! - już morska otchłań rozchełznana
Wierzga i gryzie lodowe wędzidła,
Już mokrą szyję pod obłoki wzdyma;
Już! - jeszcze jeden, jeden łańcuch trzyma -
Wkrótce rozkują - słyszę młotów kucie..."
Rzekł i postrzegłszy, że ktoś słucha z boku,
Zadmuchnął świecę i przepadł w pomroku.
Błysnął i zniknął jak nieszczęść przeczucie,
Które uderzy w serce, niespodziane,
I przejdzie straszne - lecz nie zrozumiane.
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/0016.htm
J. Słowacki, Testament mój*,
TESTAMENT MÓJ
Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień - z duchami -
A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny.
Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; -
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.
Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył - siedziałem na maszcie,
A gdy tonął - z okrętem poszedłem pod wodę...
Ale kiedyś - o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.
Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą -
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie...
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb - oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki - nie przyjdę...
Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!...
Co do mnie - ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć - niepłakaną trumnę.
Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść... taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?
Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic... tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba - w aniołów przerobi.
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/jswiersz/036.htm
Cyprian Kamil Norwid, Fortepian Szopena
I
Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie
Nie docieczonego wątku
Pełne, jak Mit,
Blade - jak świt...
- Gdy życia koniec szepce do początku:
"Nie stargam Cię ja - nie! - Ja... u-wydatnię!..."
II
Byłem u Ciebie w dni te, przedostatnie,
Gdy podobniałeś... co chwila - co chwila -
Do upuszczonej przez Orfeja liry,
W której się rzutu-moc z pieśnią przesila,
I rozmawiają z sobą struny cztéry,
Trącając się,
Po dwie - po dwie -
I szemrząc z cicha:
"Zacząłże on
Uderzać w ton?...
Czy taki Mistrz!... że gra... choć - odpycha?"
III
Byłem u Ciebie w te dni, Fryderyku!
Którego ręka - dla swojej białości
Alabastrowej... i wzięcia, i szyku,
I chwiejnych dotknięć - jak strusiowe pióro -
Mięszała mi się w oczach z klawiaturą
Z słoniowej kości...
I byłeś jako owa postać - którą
Z marmurów łona,
Niżli je kuto,
Odejma dłuto -
Geniuszu... wiecznego Pigmaliona!
IV
A w tym...coś grał - i co? zmówił ton - i co? powié -
Choć inaczej się echa ustroją,
Niż gdy błogosławiłeś sam ręką Swoją
Wszelkiemu akordowi -
A w tym... coś grał - taka była prostota
Doskonałości Peryklejskiéj,
Jakby starożytna która Cnota
W dom modrzewiowy wiejski
Wchodząc, rzekła do siebie:
"Odrodziłam się w Niebie
I stały mi się Arfą - wrota,
Wstęgą - ścieżka...
Hostię - przez blade widzę zboże...
Emanuel już mieszka
Na Taborze!"
V
I była w tym Polska - od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wzięta tęczą zachwytu -
- Polska - przemienionych kołodziejów!
Taż sama - zgoła
Złoto-pszczoła...
(Poznał-ci-że-bym ją - na krańcach bytu!...) […]
VIII
Oto patrz - Frydryku!... to - Warszawa:
Pod rozpłomienioną gwiazdą
Dziwnie jaskrawa - -
- Patrz, organy u Fary; patrz! Twoje gniazdo -
Owdzie - patrycjalne domy stare,
Jak Pospolita-rzecz,
Bruki placów głuche i szare
I Zygmuntowy w chmurze miecz.
IX
Patrz!... z zaułków w zaułki
Kaukaskie się konie rwą -
Jak przed burzą jaskółki,
Wyśmigając przed pułki:
Po sto - po sto - -
- Gmach - zajął się ogniem, przygasł znów,
Zapłonął znów - - i oto - pod ścianę -
Widzę czoła ożałobionych wdów
Kolbami pchane - -
I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają... runął... runął - Twój fortepian!
X
Ten!... co Polskę głosił - od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wziętą hymnem zachwytu -
Polskę - przemienionych kołodziejów:
Ten sam - runął - na bruki - z granitu!
I oto - jak zacna myśl człowieka -
Potérany jest gniéwami ludzi;
Lub - jak od wieka
Wieków - wszystko, co zbudzi!
I oto - jak ciało Orfeja -
Tysiąc pasji rozdziera go w części;
A każda wyje: "nie ja!..."
"Nie ja!" - zębami chrzęści -
*
Lecz Ty? - lecz ja? - uderzmy w sądne pienie,
Nawołując: "Ciesz się późny wnuku!...
Jękły głuche kamienie -
Ideał sięgnął bruku - - "
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/cnwybor/098.htm
Artysta w pozytywizmie
Artysta w Lalce Bolesława Prusa
Molinari
http://xn--jzyk-polski-rrb.pl/lektury-opracowania/lalka-prus/1927-molinari-charakterystyka
Rossi
http://xn--jzyk-polski-rrb.pl/lektury-opracowania/lalka-prus/1926-rossi-charakterystyka
Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem, fragm. Rozmowa Andrzejowej z Zygmuntem
Artysta w modernizmie (Młodej Polsce)
Artur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, Księga III
Rozkoszowanie się wszelkim pięknem, pociecha, jakiej dostarcza sztuka, entuzjazm artysty, który pozwala mu zapomnieć o trudach życia, ta jedyna przewaga geniusza nad innymi, która jest jedynym odszkodowaniem za cierpienie, spotęgowane wraz z jasnością świadomości i w równej z nią mierze, oraz za pustkę samotności wśród heterogenicznego pokolenia, wszystko to opiera się na tym, że, jak zobaczymy w dalszym ciągu, życie samo w sobie, wola, istnienie samo jest stałym cierpieniem, po części żałosnym, po części strasznym, natomiast to samo, lecz jako przedstawienie w oglądzie czystym lub powtórzone przez sztukę zapewnia wolne od męki, ważne widowisko. Ta czysto poznawcza strona świata i jej powtórzenie w jakiejkolwiek sztuce jest żywiołem artysty. Przykuwa go obserwacja widowiska obiektywizacji woli; zatrzymuje się przy nim, nie ma nigdy dość jego oglądania i powtarzania w przedstawieniu i sam ponosi koszty wykonania tej sztuki, bo przecież sam jest wolą, która się w ten sposób obiektywizuje i stale cierpi. Owo czyste, prawdziwe i głębokie poznanie istoty świata staje się teraz dla niego celem samo w sobie – przy nim trwa. Dlatego nie będzie ono dla niego, jak – co zobaczymy w następnej księdze – u świętego, który osiągnął rezygnację, ukojeniem woli, nie zbawia go też na zawsze, lecz tylko przez chwilę w życiu i nie jest dla niego jeszcze w ten sposób drogą, która z życia wyprowadza, lecz tylko chwilową pociechą, aż wzmożona przez to jego siła, dość wreszcie mając tej gry, zdobędzie się na powagę. Jako symbol tego przejścia traktować można Świętą Cecylią Rafaela.
Artur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, tłum. Jan Garewicz, 1819.
Kazimierz Przerwa Tetmajer, EVVIVA L'ARTE!
Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi -
cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
nędza porywa za gardło i dusi -
zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l'arte!
Eviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni liści,
i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!
Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?
evviva l'arte!
Evviva l'arte! W piersiach naszych płoną
ognie przez Boga samego włożone:
więc patrzym na tłum z głową podniesioną,
laurów za złotą nie damy koronę,
i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l'arte!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/tetmajer/018.htm
Emil Zola, Nana, fragment
─ Czy dostałeś bilety do loży prosceniowej dla Lucy? ─ spytał Hektor.
─ Owszem ─ odrzekł dziennikarz ─ ale nie było to takie proste. Ach! Lucy na pewno nie przyjdzie za wcześnie! ─ Stłumił lekkie ziewnięcie. Po chwili milczenia odezwał się: ─ Udało ci się, bo skoro nie widziałeś jeszcze żadnej premiery... Jasnowłosa Wenus będzie wydarzeniem sezonu. Mówi się o niej od pół roku. Ach! mój drogi, co za muzyka! Co za szyk!... Bordenave zna się na rzeczy i dlatego chował to na okres Wystawy Światowej.
Hektor słuchał uważnie.
─ A znasz Nanę, nową gwiazdę, która ma grać Wenus? ─ zapytał.
─ Masz ci los! Znów się zaczyna! ─ wybuchnął Fauchery gestykulując. ─ Od rana zanudzają mnie Naną. A czy Nana to, a czy Nana owo, i tak ze dwadzieścia razy! Cóż ja o niej wiem? Czyż znam wszystkie dziewki paryskie?... Nana to wynalazek Bordenave'a. To już musi być coś odpowiedniego! ─ Uspokoił się, lecz drażniła go pustka sali, przyćmiony blask świecznika, kościelne skupienie przerywane szeptami i trzaskaniem drzwi. ─ Dość tego! ─ rzekł raptem. ─ Co za nuda! Chodźmy... Może na dole znajdziemy Bordenave'a. Dowiemy się od niego jakichś szczegółów.
[...]
Dyrektor rzucił się, by uścisnąć dłoń pewnemu krytykowi teatralnemu, którego felieton miał duże znaczenie. Gdy wrócił, la Faloise już ochłonął. Bał się, że skoro będzie za bardzo zmieszany, potraktują go jak prowincjusza.
─ Mówiono mi ─ zaczął na nowo, chcąc koniecznie coś powiedzieć ─ że Nana ma cudny głos.
─ Ona? ─ krzyknął dyrektor wzruszając ramionami. ─ Toż to istna wrona! Młody człowiek dorzucił spiesznie:
─ No, ale znakomita aktorka.
─ Cóż znowu!... Niezdara! Nie wie, co począć z rękami i nogami. La Faloise zarumienił się lekko. Nic już nie rozumiał.
─ Za nic na świecie nie opuściłbym dzisiejszej premiery ─ wyjąkał. ─ Wiedziałem, że pański teatr...
─ Powiedz pan: mój burdel ─ przerwał znowu Bordenave z uporem człowieka przekonanego o swej racji.
Tymczasem Fauchery z całym spokojem patrzał na wchodzące kobiety. Gdy zobaczył, że kuzyn stoi z otwartymi ustami i nie wie, czy ma się śmiać, czy obrazić, przyszedł mu z pomocą.
─ Zróbże tę przyjemność panu Bordenave, nazywaj jego teatr, tak jak tego żąda, skoro go to bawi... A pan, mój drogi, niech nas pan nie nabiera. Skoro pańska Nana nie śpiewa ani nie gra, będzie pan miał po prostu klapę, czego się zresztą obawiam.
─ Klapę! Klapę! ─ krzyknął dyrektor, którego twarz stawała się purpurowa. ─ Czy kobieta musi umieć grać i śpiewać? Ach, mój mały, głupi jesteś... Dalibóg! Nana ma coś innego, coś, co starczy za wszystko. Już ja to wywąchałem, w tym tkwi jej siła, a jeśli tak nie jest, to mój nos ─ diabła wart... Zobaczysz, zobaczysz, wystarczy, że się pokaże, a cała sala wywiesi języki. ─ Entuzjastycznym gestem podniósł swe grube dłonie, które drżały mu lekko, a wyładowawszy się w krzyku zniżył głos i mruczał do siebie: ─ O, tak. ona zajdzie daleko, ach, do kroćset, daleko... Co za ciało, och! co za ciało!
Ponieważ Fauchery wypytywał go dalej, Bordenave zgodził się opowiedzieć nawet pewne szczegóły, z dosadnością wyrażeń żenującą dla Hektora de la Faloise. Poznał Nanę i chciał ją lansować. Właśnie szukał obsady dla roli Wenus. Nie zaprzątał sobie długo głowy kobietą, wolał od razu zaprezentować ją publiczności i ciągnąć zyski. Ale miał w swej budzie złośnicę, którą wzburzyło przybycie tej okazałej dziewczyny. Jego gwiazda, Róża Mignon, subtelna aktorka i zachwycająca śpiewaczka, domyślając się rywalki, z wściekłością groziła codziennie, że go porzuci. A co za ceregiele były z ustalaniem tekstu afisza! W końcu zdecydował się drukować nazwiska obu aktorek jednakowymi literami. Nie ma u niego żadnych kaprysów.
Skoro tylko któraś z tych kobietek, jak je nazywał, Simona czy Klarysa, miała muchy w nosie, dawał jej kopniaka w tyłek. Inaczej nie dałby sobie rady. Sprzedawał te ladacznice i wiedział, co są warte!
[...] Przed nimi,przy kontroli, tłoczyła się kolejka, rosła wrzawa, imię Nany dźwięczało w śpiewnym rytmie dwóch zgłosek. Mężczyźni sylabizowali je głośno stając przed afiszami lub rzucali je mimochodem w tonie pytania. A kobiety, zaniepokojone i uśmiechnięte, powtarzały je po cichu z wyrazem zaskoczenia. Nikt nie znał Nany. Skąd się wzięła? Krążyły historyjki i żarty szeptane od ucha do ucha. Pieszczotliwie brzmiało to imię, imionko, którego poufały ton pasował do wszystkich ust. Wystarczyło je tak wymówić, a tłum rozweselał się i swawolił. Gorączkowa ciekawość podniecała ludzi, ciekawość typowo paryska, gwałtowna jak atak nagłego szału.
Chciano zobaczyć Nanę. Jakiejś damie oderwano falbanę od sukni, jakiś pan zgubił kapelusz.
─ Ach! Za wiele ode mnie żądacie! ─ krzyknął Bordenave, którego około dwudziestu mężczyzn osaczyło pytaniami. ─ Zaraz ją zobaczycie... Zwiewam, jestem tam potrzebny.
Zniknął zachwycony, że udało mu się podniecić publiczność.
[…]
W tej chwili rozstąpiły się chmury i ukazała się Wenus. Bardzo wysoka i jak na swoje osiemnaście lat bardzo tęga, w białej tunice bogini, z długimi rudymi włosami rozpuszczonymi na ramiona. Nana spokojna i pewna siebie zstąpiła ku rampie, śmiejąc się do publiczności. Zaczęła śpiewać swoją popisową melodię:
Gdy Wenus błąka się z wieczora...
Ale już od drugiego wiersza publiczność zamieniała z sobą spojrzenia. Czyż to miał być
żart, czy też jakiś zakład Bordenave'a? Nigdy nie słyszano równie prymitywnego i fałszywego głosu. Dyrektor trafnie ją określił; istotnie śpiewała jak wrona. Nie umiała nawet się ruszać na scenie, wyrzucała ręce naprzód, kołysząc całym ciałem w sposób wulgarny i bez wdzięku.
Na parterze i na tańszych miejscach dały się słyszeć gwizdy oraz różne „ochy” i „achy”, gdy raptem jakiś młodziutki, nieopierzony kogucik odezwał się z foteli parterowych dobitnym głosem:
─ Bajeczna!
Wszyscy spojrzeli na niego. Był to cherubinek, jasnowłosy gimnazjalista, który na widok Nany wytrzeszczał piękne oczy, a twarz mu płonęła. Gdy poczuł zwrócone ku sobie spojrzenia, spąsowiał ze wstydu. Jego sąsiad, Daguenet, przyglądał mu się uśmiechnięty, publiczność, jakby rozbrojona, śmiała się i już nie myślała o gwizdaniu. Młodzieńcy w białych rękawiczkach, także oczarowani sylwetką Nany, rozpływali się w zachwytach i klaskali.
─ Tak, tak! Świetnie! Brawo!
Nana zareagowała śmiechem na śmiech sali. Nastrój robił się coraz weselszy. Ta piękna dziewczyna była jednak zabawna, śmiech drążył w jej bródce rozkoszny dołeczek. Wcale nie zmieszana, swobodna, nawiązująca bezpośredni kontakt z publicznością, mrugnięciem oka zdawała się mówić, że nie ma za grosz talentu, ale cóż to szkodzi, skoro ma coś innego.
Zwróciła się do dyrygenta z gestem oznaczającym: „Zaczynamy, mój drogi!”, i rozpoczęła drugi kuplet:
Gdy Wenus przechodzi o północy...
Śpiewała ciągle tym swoim cierpkim głosem, lecz teraz tak już dobrze wiedziała, jak połechtać publiczność, że chwilami wywoływała dreszczyk na sali. Śmiały się przy tym serdecznie jej czerwone usteczka i wielkie, jasnoniebieskie oczy. Przy bardziej ognistych zwrotkach jej różowe nozdrza rozdymały się, a policzki płonęły. I wciąż kołysała się w biodrach ─ jedyne, co umiała. Ale nie widziano w tym już nic brzydkiego, przeciwnie, mężczyźni ją nawet lornetowali. Pod koniec kupletu zabrakło jej zupełnie głosu; skoro zorientowała się, że dalej nie da rady, wygięła się w biodrach, których krągłość zarysowała się pod cienką tuniką, i przechylona w tali, wypinając pierś, uniosła ramiona. Wybuchły oklaski. Ona, bez namysłu odwróciwszy się, schodziła ze sceny, a jej rozsypane rude włosy wyglądały jak złote runo.
Sala zatrzęsła się od oklasków.
[…]
Zabrzmiał trzeci dzwonek, garderobiane miały urwanie głowy z odbieraniem pelis i palt od wracającej na salę publiczności. Klaka już oklaskiwała dekoracje. Przedstawiały one grotę na stokach Etny, wydrążoną w kopalni srebra. Jej ściany lśniły jak nowe srebrne talary. W głębi blask bijący od kuźni Wulkana podobny był do zachodu słońca. W drugiej scenie Diana umawiała się z Wulkanem, który miał udać, że wyjeżdża, by ustąpić miejsca Marsowi i Wenus. Ledwie Diana została sama, na scenę weszła Wenus. Dreszcz przebiegł przez salę. Nana była naga. Ukazywała swą nagość spokojnie i zuchwale, pewna wszechmocy swego ciała. Otulała ją tylko gaza. Krągłe ramiona, piersi amazonki o różowych pąkach sterczących i sztywnych jak lance, szerokie biodra kołyszące się lubieżnie, uda bujnej blondyny, wszystkie wdzięki jej ciała wyzierały z powiewnej, białej jak piana tkaniny. Spowijał ją jedynie płaszcz włosów. Była to Wenus wyłaniająca się z fal morskich. Gdy unosiła ramiona, w świetle rampy widać było złoty meszek pod pachami. Nikt nie klaskał, nikt się nie śmiał. Poważni mężczyźni patrzeli z napięciem, nosy mieli wyciągnięte, usta roznamiętnione i wyschłe. Jakby wiatr lekki, brzemienny głuchą groźbą, powiał po sali. Nagle w tej swawolnej dziewczynie obudziła się kobieta rozpalająca szał zmysłów i nie znanych dotąd chuci. Nana ciągle się uśmiechała; był to wyzywający uśmiech pożeraczki mężczyzn.
[...]
Na sali wzmógł się szmer podobny do wzbierającego westchnienia. Kilka rąk zaklaskało, wszystkie lornetki były wymierzone w Wenus. Z wolna Nana podbijała publiczność, mężczyźni ulegali jej czarowi. Buchało od niej rują jak z rozwydrzonej bestii, owładnęła całą salą.
Teraz już jej najmniejsze drgnienie budziło pożądanie, gestem małego palca wywoływała dreszcze. Grzbiety zaokrąglały się rozedrgane, jakby po muskułach przesuwały się niewidzialne smyczki. Na karkach jeżyły się swawolne włoski, które znikały zdmuchnięte ciepłymi oddechami nie wiadomo czyich ust kobiecych. Fauchery widział przed sobą gimnazjalistę, którego podniecenie podrywało z fotela. Korciło go, by zerknąć na pobladłego śmiertelnie hrabiego de Vandeuvres, który zaciskał wargi; pragnął zobaczyć, jak nadymała się apoplektyczna twarz grubego Steinera. Labordette wpatrywał się przez lornetkę ze zdumioną miną handlarza koni, który podziwia doskonałą klacz; zaczerwienione uszy Dagueneta aż mu się trzęsły z uciechy. Potem jednym błyskiem objął lożę Muffatów: za poważną i bladą hrabiną wspinał się na palcach rozanielony hrabia; na jego twarzy wystąpiły czerwone plamy. A mętne oczy stojącego obok markiza de Chouard wyglądały w ciemności jak fosforyzujące, roziskrzone ślepia kota. Było duszno. Na spoconych głowach włosy coraz bardziej ciążyły. W ciągu trzech godzin powietrze w sali nasyciło się ludzkimi wyziewami. W blasku gazowych płomieni gęstniały warstwy pyłu znieruchomiałe pod żyrandolem. Cała sala dygotała, zataczała się omdlewająca, ogarnięta szałem namiętności i pożądań, jakie budzą się nocą w głębi alkowy. Wobec tej omdlewającej publiczności, wobec tysiąca pięciuset stłoczonych osób, osłabionych i wyczerpanych nerwowo pod koniec spektaklu, Nana stała zwycięska prezentując swe marmurowe ciało i powaby płci, zdolne zniweczyć cały ten świat bez najmniejszego dla niej uszczerbku.
[…]
Kurtyna opadła w momencie apoteozy, gdy klęczący chór rogaczy śpiewał hymn wdzięczności na cześć Wenus, a ona uśmiechała się zwycięsko, świadoma władczych uroków swego ciała.
Widzowie wstali już i kierowali się ku drzwiom. Domagano się autorów, dwa razy ich wywoływano wśród piorunujących braw. „Nana! Nana!” ─ huczało wściekle. […]
Dyrektor był zlany potem, rozpromieniony i jakby upojony sukcesem.
─ Dwieście przedstawień murowanych ─ powiedział do niego podniecony la Faloise. ─ Cały Paryż przedefiluje przez pański teatr.
Lecz Bordenave, nadąsany, gwałtownym ruchem brody wskazał na publiczność, która wypełniała westybul, tłum mężczyzn o wyschniętych wargach i rozpalonych oczach, odurzonych jeszcze i upojonych widokiem Nany, i krzyknął gwałtownie:
─ Powiedz raczej: przez mój burdel, diabelny uparciuchu!
Źródło:
Emil Zola, Nana, literatura.net.pl s.5 - 18
Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni, fragm.
Przywykał już nawet do tego zajęcia, gdy grono kolegów koczujące w Monachium dało znak życia. Monachium, które widział w przejeździe do Paryża, podobało mu się niezmiernie. Ruszył tedy do „Mnichowa”. Znalazł tam całą kolonię. Byli to malarze, studenci, artyści wszelkiego kalibru, rzemieślnicy i sieroty bezdomne, „die unglücklichen Polen”. Wrzało tam jak w ulu. Toczyły się spory, tworzyły stronnictwa, partie, odbywały zgromadzenia, sądy, a nawet bójki. Chobrzański wszedł, rzecz prosta, do jednego ze stronnictw i wkrótce objął tam dowództwo. Był to kierownik energiczny. Zaprowadził w swojej partii taki ład, że częstokroć wykonanie przepisów kończyło się w biurze policji. Adwersarzy, których trafnie nazywał „ptakami plwającymi we własne gniazdo”, zwalczał ręką tak żelazną, że mu grożono wybiciem szyb i skóry. Gdy własnego mieszkania nie miał, groźby redukowały się do nastawania na całość skóry, co znowu umiał odeprzeć krzyżową sztuką zażywając sękatego kija. Wnet po przyjeździe, nim trafiły się późniejsze roboty pozował malarzom. Jego piękna twarz, pełna dziwnego wyrazu melancholii, dumy i hardości, pociągała artystów. Zyskał sobie opinię ciekawej głowy i znany był dość szeroko jako „unglűcklicher Pole”. Z czasem ta ściśle etnograficzna nomenklatura przeistoczyła się w mniej określoną: „unglűckliche Fratze mit vielen Konsonantem”, ale też wówczas Krzywosąd tylko swojej braci pozował, i to nie inaczej jak na koniu.
Stosunki z malarzami pchnęły go do całkowicie innej dziedziny. Naród malarski, zmieniający miejsce pobytu, niedbały, dziś tarzający się w złocie, a jutro głodu bliski, stał się źródłem zarobków Krzywosąda. Oto, dajmy na to, wyjeżdża jakiś malarzyna w górę, opuszcza Monachium i dąży w świat szeroki. „Wójt” kupuje od niego za byle co albo po prostu dziedziczy sprzęty artystyczne, stare ubiory, nieraz jakieś połamane zbroje, draperie, nie dokończone studia, szkice, rysunki, a choćby potłuczone ramy. Dla innego trzeba zreparować stylowe siodło, zeszyć kostium, naprawić mebel, skleić jakiś zabytek. Krzywosąd brał to wszystko w ręce i robił. Raz dobrze, drugi raz źle, ale robił. Przypatrywał się dziwnym procesom tworzenia, podsłuchiwał dyskusje, badał ów ogromny kraj, państwo malarza, i zdobywał encyklopedyczne wykształcenie w zakresie antykwarsko-graciarsko-rzemieślniczo-artystycznym.
[…]
U Krzywosąda zbierały się nieraz rozmaite grupy burszów i artystów. Stary wąsal częstował tę młódź lekkomyślną niesłychaną szpagatówką „swego chowu”, serem, który sam wyrabiał, i suchym chlebem, którego jeśli sam nie piekł, to przynajmniej osobiście archaizował w swych bezdennych szafach do stanu spleśnienia na kolor biały.
Źródło:
http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ludzie-bezdomni-tom-drugi.html
Artysta w dwudziestoleciu międzywojennym
Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, fragment
Artysta we współczesności
Kazimierz Wierzyński, Muzy, fragm.
Nie przekroczę tej nocy,
Ciemność jest twarda
I zegar zmęczony i senny.
Zapalcie u progu
Zorzę pomocy,
Świecznik dziewięcioramienny.Nie przekroczę tych zwłok
Nie przejdę tych ruin,
Przed którymi tu stoję
I cofam się wciąż przerażony.
Waszego światła mi trzeba
Chórów, liry i nieba.
Anioły moje
I dziwożony.…......................................................................
Wyprowadźcie mnie stąd, lutnistę
Ciemnego czasu i losu,
Wyprowadźcie ze zbrodni i zdrad.
Waszych chcę dotknąć się włosówI waszej skrzydlatej głowy,
Wasze światło jest czyste,
Wasza prawda prawdziwa,
Wasze sny rzeczywiste
i poza zgubą
Jedyny zaiste
Jest Orfeuszowy
świat.
Źródło:
Kaziemirz Wierzyński, Korzec maku, 1951 r.
Gustaw Herling Grudziński, Inny świat
Zelik Lejman
Wsiewołd Pastuszko
Tania - śpiewaczka operowa
Zbigniew Herbert, Apollo i Marsjasz
Herbert przekształca mit o Apollonie i Marsjaszu w opowieść o dwóch odmiennych sposobach rozumienia sztuki: doskonałej formie oraz doświadczeniu cierpienia. Warto zwrócić uwagę na kontrast między reakcją Apollona a krzykiem Marsjasza.
właściwy pojedynek Apollona
z Marsjaszem
(słuch absolutny
kontra ogromna skala)
odbywa się pod wieczór
gdy jak już wiemy
sędziowie
przyznali zwycięstwo bogu
mocno przywiązany do drzewa
dokładnie odarty ze skóry
Marsjasz
krzyczy
zanim krzyk jego dojdzie
do jego wysokich uszu
wypoczywa w cieniu tego krzyku
wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument
tylko z pozoru
głos Marsjasza
jest monotonny
i składa się z jednej samogłoski
A
w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała
łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci
wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument
teraz do chóru
przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza
w zasadzie to samo A
tylko głębsze z dodatkiem rdzy
to już jest ponad wytrzymałość
boga o nerwach z tworzyw sztucznych
żwirową aleją
wysadzaną bukszpanem
odchodzi zwycięzca
zastanawiając się
czy z wycia Marsjasza
nie powstanie z czasem
nowa gałąź
sztuki - powiedzmy - konkretnej
nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik
odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe
zupełnie
W kontekście artysty utwór stawia pytanie o granice estetycznego dystansu. Marsjasz tworzy sztukę z własnego bólu, podczas gdy Apollo pozostaje skupiony na doskonałości formy; konflikt dotyczy więc również tego, czy sztuka potrafi naprawdę usłyszeć cierpienie.
Źródło: Zbigniew Herbert, „Apollo i Marsjasz”, [w:] tegoż, „Studium przedmiotu”, Warszawa: Czytelnik, 1961.
E. Kerret, Ostatnie opowiadanie i koniec* (fragm.)
Tej nocy, kiedy diabeł przyszedł zabrać mu jego talent, nie kłócił się, nie skamlał i nie robił zamieszania.
- Słowo się rzekło - powiedział i poczęstował diabła kulką czekoladową „Mozart” i szklanką lemoniady.
- Było super, było smacznie, było miło. A teraz się skończyło i oto jesteś, taka twoja robota. Nie ma sprawy. Tylko, jeśli można, chciałbym jeszcze jedno małe opowiadanie, zanim mi go zabierzesz. Ostatnie opowiadanie i koniec. Tak, żeby mi zostało jeszcze coś z tego smaku w ustach.Diabeł popatrzył na pozłacany papierek od czekolady i wiedział już, że popełnił błąd, zgadzając się zjeść. Tacy sympatyczni zawsze narobią ci najwięcej kłopotów. Z wrednymi nigdy nie miał problemów. Przychodzi się, bierze duszę, odpina rzepy, wyrywa talent i koniec. [...]
- Dobrze - westchnął diabeł - jedno ostatnie. Ale żeby było krótkie, hę? Już prawie trzecia, a jeszcze muszę dzisiaj zdążyć co najmniej pod dwa adresy.
- Krótkie - uśmiechnął się chłopak ze zmęczeniem - króciusieńkie nawet. Góra trzy strony. Tymczasem możesz pooglądać telewizję.
Po unicestwieniu jeszcze dwóch „Mozartów” diabeł rozparł się wygodnie na kanapie i wziął do pilota. W tym czasie, z drugiego pokoju, mógł słyszeć, jak chłopak, który mu przyniósł czekoladki, wali bez końca w klawiaturę równym tempem jak ktoś, kto w bankomacie wstukuje jakiś tajny kod z milionem cyfr. Niechby tylko wyszło mu coś naprawdę w porządku, myślał sobie diabeł, gapiąc się na mrówkę drepczącą po ekranie z filmem przyrodniczym na ósmym kanale. „Coś takiego z wieloma drzewami i dziewczynką, która szuka swoich rodziców. Coś z początkiem, co chwyta cię za jaja, i z zakończeniem tak rozdzierającym, że ludzie po prostu zaczną płakać”. [...] Było już po czwartej i w ciągu dwudziestu minut, góra pół godziny, nieważne skończył-nie-skończył, musiał otworzyć człowiekowi rzepy, wyciągnąć towar i zmywać się stamtąd. Inaczej, w magazynie, nażre się potem takiego gówna, że w ogóle nawet nie chciał o tym myśleć.
Tyle że tamten naprawdę był w porządku. I już w pięć minut później wyszedł z drugiego pokoju spocony z wydrukowanymi trzema stronami w ręku. Opowiadanie było naprawdę dobre. Nie o dziewczynce i nie chwytało za jaja, ale szalenie wzruszające. A kiedy diabeł mu to powiedział, chłopak strasznie się ucieszył i też to okazał. I ten uśmiech został mu nawet po tym, kiedy diabeł wyrwał mu talent, zwinął go ciaśniutko i włożył do specjalnego pudełka ze styropianem - przez cały ten czas nie zrobił ani razu nawet miny cierpiącego artysty, tylko przyniósł jeszcze coś słodkiego.
- Przekaż swoim szefom podziękowanie – powiedział do diabła - powiedz im, że było mi naprawdę przyjemnie, z powodu talentu i w ogóle. Nie zapomnij.
A diabeł powiedział mu, że dobrze, i pomyślał sobie, że gdyby zamiast diabłem był też człowiekiem albo po prostu poznaliby się w innych okolicznościach, mogliby być przyjaciółmi.
- Wiesz, co będziesz teraz robił? - zapytał z troską diabeł, kiedy już stał w drzwiach.
- Nie za bardzo, pewnie uda mi się częściej chodzić nad morze, spotykać z przyjaciółmi - takie rzeczy. A ty?
- Praca - powiedział diabeł i zarzucił sobie skrzynię na plecy. - Wierz mi, ja to poza pracą nic specjalnie nie mam w głowie.
- Powiedz - zapytał chłopak - tak dla ciekawości: co się na koniec dzieje z tymi wszystkimi talentami?
- Nie bardzo wiem - poinformował diabeł - po prostu zanoszę je do magazynu, tam mi je podliczają, stemplują w karcie gońca i tyle. Co się z nimi potem dzieje, kompletnie nie mam pojęcia.
- Jak w rachunkach wyjdzie ci o jeden za dużo, zawsze miło mi będzie dostać go z powrotem - zaśmiał się chłopak i klepnął skrzynię. A diabeł też się zaśmiał, ale takim śmiechem przegranym i przez wszystkie cztery pietra w dół myślał tylko o opowiadaniu, które tamten napisał i że ta fucha rewindykatora kiedyś wydawała mu się nawet niezła.
Konteksty i przykłady
Świat jako wola i przedstawienie
Artur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, Księga III
Rozkoszowanie się wszelkim pięknem, pociecha, jakiej dostarcza sztuka, entuzjazm artysty, który pozwala mu zapomnieć o trudach życia, ta jedyna przewaga geniusza nad innymi, która jest jedynym odszkodowaniem za cierpienie, spotęgowane wraz z jasnością świadomości i w równej z nią mierze, oraz za pustkę samotności wśród heterogenicznego pokolenia, wszystko to opiera się na tym, że, jak zobaczymy w dalszym ciągu, życie samo w sobie, wola, istnienie samo jest stałym cierpieniem, po części żałosnym, po części strasznym, natomiast to samo, lecz jako przedstawienie w oglądzie czystym lub powtórzone przez sztukę zapewnia wolne od męki, ważne widowisko. Ta czysto poznawcza strona świata i jej powtórzenie w jakiejkolwiek sztuce jest żywiołem artysty. Przykuwa go obserwacja widowiska obiektywizacji woli; zatrzymuje się przy nim, nie ma nigdy dość jego oglądania i powtarzania w przedstawieniu i sam ponosi koszty wykonania tej sztuki, bo przecież sam jest wolą, która się w ten sposób obiektywizuje i stale cierpi. Owo czyste, prawdziwe i głębokie poznanie istoty świata staje się teraz dla niego celem samo w sobie – przy nim trwa. Dlatego nie będzie ono dla niego, jak – co zobaczymy w następnej księdze – u świętego, który osiągnął rezygnację, ukojeniem woli, nie zbawia go też na zawsze, lecz tylko przez chwilę w życiu i nie jest dla niego jeszcze w ten sposób drogą, która z życia wyprowadza, lecz tylko chwilową pociechą, aż wzmożona przez to jego siła, dość wreszcie mając tej gry, zdobędzie się na powagę. Jako symbol tego przejścia traktować można Świętą Cecylią Rafaela.Artur Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, 1819 (tłum. Jan Garewicz).
-
Bunt – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty
Motyw buntu przedstawia sprzeciw wobec władzy, norm, losu, Boga lub zastanego porządku. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Bunt w języku polskim
Definicja buntu
- protestacyjne, często spontaniczne wystąpienie przeciwko władzy,
- sprzeciw, protest, opór.
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Etymologia wyrazu bunt
bunt, buntować, buntownik, buntowniczy,
niem. Bunt, 'wiązka' (od binden, Band, np. »buncik korali, trawy«);
bunt znaczył więc tylko 'związek',
zbuntować się, 'przymierze, związek zawrzeć',
i tylko u nas od 17. w. nabrał znaczenia 'spisku', 'sprzysiężenia', 'rokoszu'; od nas na Ruś: buntowszczik, 'powstaniec'.
Źródło: Słownik Etymologiczny Języka Polskiego, A. Bruckner, 1927
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
sprzeciw, protest, opór, rewolta, kontestacja,
przewrót, pucz, rebelia, rewolucjaSłownictwo powiązane z buntem:
buntownik,
Związki frazeologiczne:
młody gniewny,
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Przysłowia
I koń hardo stąpa, gdy w bogatym rzędzie.
Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.
Aforyzmy
Aby istnieć, człowiek musi się buntować. A. Camus
Bunt przeciw tyranom to posłuszeństwo Bogu. T. Jefferson
Bunt to postęp w fazie potencjalnej. S. Mrożek
Buntuję się, więc jestem. A. Camus
W ciemnocie ludu bezpieczna jest władza książąt, wykształcenie prowadzi do buntu. F. de Quevedo
Bunt w antyku
; .
Mit o Prometeuszu
[...] Inne podania głosiły, że człowiek jest tworem jednego z tytanów — Prometeusza, który ulepił go z gliny pomieszanej ze łzami. Duszę zaś dał mu z ognia niebieskiego, którego parę iskier ukradł z rydwanu słońca. Niedaleko miasta Panopeus pokazywano chatę z cegieł, gdzie Prometeusz ongi dokonywał swej pracy. Dokoła leżały odłamki gliniastej ziemi, a szedł z nich zapach jakby ciała ludzkiego. Były to bowiem resztki nie zużytego materiału. Dziś jeszcze czerwona ziemia beocka przypomina baśń o stworzycielu rodu ludzkiego.
Człowiek Prometeusza był słaby i nagi. Palce miał zakończone zbyt kruchymi paznokciami, by mu były obroną przed pazurami dzikich zwierząt. Jedynie jego postać, niepodobna do otaczających stworzeń, była widocznym obrazem bogów. Brakowało mu tylko ich siły. Niby mdłe zjawy senne błądzili ludzie, bezradni wobec potęg przyrody, której nie rozumieli. Wszystkie ich czyny były nieświadome i bezładne. Widząc to Prometeusz ponownie zakradł się do wielkiego spichlerza ognia niebieskiego i przyniósł na ziemię pierwsze zarzewie. W siedzibach ludzkich zapłonęły jasne ogniska ogrzewając mieszkańców i płosząc drapieżne bestie.
Mądry tytan uczył ludzi umiejętnego używania ognia, sztuk i rzemiosł.
Nie podobało się to Dzeusowi. Mając w pamięci niedawną walkę z gigantami, obawiał się wszystkiego, co pochodzi z ziemi. Kazał wtedy Hefajstosowi, z bogów najbieglejszemu we wszystkich kunsztach, stworzyć kobietę cudnej urody, na wzór bogiń nieśmiertelnych. Gdy misterne to dzieło już było gotowe, Atena nauczyła pierwszą niewiastę pięknych robót kobiecych; Afrodyta otoczyła jej oblicze wdziękiem i w oczy wlała urok uwodzicielski; Hermes dał jej skryty i pochlebczy charakter wraz z darem kuszącej wymowy; w końcu ubrano ją w złoto i uwieńczono kwiatami. I nazwano ją Pandorą, albowiem była ona darem dla ludzi od wszystkich bogów i każdy z bogów obdarzył ją jakąś szczególną właściwością. W posagu otrzymała glinianą beczkę szczelnie zamkniętą, której zawartości nikt nie znał.
Tak wyposażoną Pandorę zaprowadził Hermes, posłaniec bogów, na ziemię i zostawił ją przed chatą Prometeusza. Mądry tytan wyszedł przed dom przyjrzeć się pięknej nieznajomej i od razu zwietrzył jakiś podstęp. Nie przyjął jej więc, ale odprawił i innym doradzał tak samo postąpić. Lecz Prometeusz miał brata nie bardzo rozumnego, imieniem Epimeteusz, co się wykłada: “wstecz myślący". Ten nie tylko nie wygnał Pandory, lecz natychmiast z nią się ożenił. Pandora ciekawa była zajrzeć do owej beczki, którą bogowie dali jej we wianie. Ale przyszedł Prometeusz, odwiódł brata na stronę i przestrzegał: “Niemądry Epimeteuszu — rzekł — zrobiłeś już jedno głupstwo, żeś tę niewiastę, na zło chyba stworzoną przez bogów, przyjął do domu. Nie czyń przynajmniej drugiego głupstwa i nie otwieraj beczki ani żonie nie pozwalaj, bo tak mi się zdaje, że w niej jakieś wielkie licho siedzi". Epimeteusz przyrzekł, że się nad tym zastanowi. Miał zwyczaj myśleć bardzo długo i powoli, tak że zanim zdążył rozważyć słowa brata, szybkomówna Pandora nakłoniła go do otwarcia beczki. I oczywiście stało się nieszczęście. Ledwo podniesiono wieko, wyleciały na świat wszystkie smutki, troski, nędze
i choroby i jak kruki obsiadły biedną ludzkość.
Prometeusz chciał teraz bogom podstępem za podstęp odpłacić. Zabił wołu i podzielił go na dwie części: osobno złożył mięso, które owinął skórą, oddzielnie zaś kości, i nakrył je tłuszczem. Za czym poprosił Dzeusa: “Którą część weźmiesz, będzie odtąd bogom poświęcona". Dzeus wybrał tę, gdzie było więcej tłuszczu, domyślając się pod jego grubą warstwą najdelikatniejszego mięsa. Natychmiast przekonał się, że były to same kości, okryte najgorszym tłuszczem. Ale wyrok był nie cofniony: te właśnie części zwierząt składano w ofierze bogom niebieskim.
Dzeus zemścił się okrutnie. Na jego rozkaz przykuto Prometeusza do skały Kaukazu. Co dzień zgłodniały orzeł zlatywał, by mu wyjadać wątrobę, która wciąż odrastała. Wokoło było pusto i głucho. Skazaniec nie słyszał głosu ludzkiego ani nie ukazywała mu się twarz przyjazna. Palony gorącymi, promieniami słońca, bez ruchu i spoczynku, trwał Prometeusz, niby wieczny wartownik, dla którego zawsze za późno przychodzi noc w płaszczu gwiaździstym i za późno zorza poranku roztapia się w ciepłocie dnia. Jego próżne jęki spadały w przepaść gór jak martwe kamienie.
Prometeusz jest jedną z najwznioślejszych postaci w mitologii — bóg, który cierpiał przez miłość dla ludzi. Zanim do nich przemówił, byli jak ślepcy i brodzili w mroku, nie wiedząc ani o sobie nic, ani o świecie otaczającym, były im obce budowy kamienne, strzelające ku słońcu, nie znali sztuki ciesielskiej. Nie umieli powiedzieć, kiedy następuje kres zimy lub kwietnej wiosny albo jesieni bogatej w plony. Żyli jak mrówki w ciemnych jaskiniach, aż on im pokazał, gdzie wschodzą gwiazdy i kędy zachodzą. Dał im naukę o liczbach, najprzedniejszą wiedzę i objawił kunszt pisma, ten skarbiec pamięci i źródło poezji.
Oswoił zwierzęta, konie zaprzągł do wozu i na słone morze spuścił płóciennoskrzydłe statki. Dał chorym lekarstwa kojące i wynalazł zioła, które ból usuwają. W głębi ziemi wyśledził cenne metale i objawił, jak ze snu, lotu ptaków i głosów w przyrodzie odgadywać przyszłość. Prometeusz w człowieku rozbudził ducha i dał mu moc panowania nad światem.http://www.imperiumromanum.edu.pl/art/JanParandowskiMitologia.pdf
Bunt w renesansie
NA POCZĄTKU SEJMU PRZY Ś. MSZY SEJMOWEJ
Jeśli kto z was potrzebuje mądrości, niech jej prosi od Pana Boga, który wszytkim hojnie daje, a nie wymawia: a dana mu będzie.
Jacob. l [5].
Starszy czym są poddanym swoim.
Zjachaliście się w imię Pańskie na opatrowanie niebezpieczności Koronnych, abyście to, co się do upadku nachyliło, podparli; co się skaziło, naprawili; co się zraniło, zleczyli; co się rozwiązało, spoili; i jako głowy ludu, braciej i członków waszych, jako stróżowie spiących i wodzowie nieumiejętnych, i świece ciemnych, i ojcowie dzieci prostych, o ich dobrym i spokojnym obmyślali.
Niełacno o pospolitym dobru radzić.
Co iż jest rzecz niełacna i wielkich darów Bożych potrzebująca, uciekacie się do kościoła i ołtarza, do szukania łaski Ducha Ś., z której by wam był dany rozum i mądrość na dobrą i szczęśliwą takich potrzeb odprawę. I poganie to czynili, gdy swoje sejmy i rady o dobrym pospolitym zaczynali, radzili się bogów swoich przez kapłany swoje. Bo sam przyrodzony rozum ukazuje, iż rządy i sprawy królestw i państw z Boskiej opatrzności i pomocy stoją, a ludzki rozum i staranie zabiegać wszytkiemu nie może. Daleko więcej przystoi wam, oświeconym wiadomością Boga prawego, tym uczcić Pana Boga swego i tym sobie pomóc, abyście od niego rady swoje poczynali, a do kapłanów jego z onymi żołnierzmi judzkimi mówili: Jerem. 42 [2, 3, 6] "Proście za nami Pana Boga waszego, aby nam oznajmił Pan Bóg wasz drogę, którą iść mamy, i rzecz, którą czynić mamy, a my głosu Pana Boga naszego, do którego was posyłamy, słuchać będziem, aby nam było dobrze, gdy usłuchamy rozkazania Pana Boga naszego. Prosim tedy teraz za te potrzeby wasze i nasze Pana Boga, ofiarując mu za was przeczystą Ofiarę Ciała i Krwie Syna jego, aby nas wszystkich wysłuchawszy dał Ducha rady dobrej na pomoc wszytkiemu ludowi Bożemu, który się w tej Koronie zamyka. Jedno też was upominamy, abyście też sami prosili i do tego się skłonili, jakoby prośba wasza miejsce u P[ana] Boga miała. Co czynim tymi słowy Jakuba Apostoła:
"Jeśli kto z was potrzebuje mądrości, niech jej prosi od Pana Boga, który wszytkim hojnie daje, a nie wymawia, a będzie mu dana".
Mądrości wszędzie potrzeba.
Dziwno być może, dlaczego tak mówi ten ś. Apostoł: "Jeśli kto z was mądrości potrzebuje". I któż jej nie potrzebuje? Izali co dobrego kto bez niej począć i sprawić może? O której mówi Salomon, iż Sap. 8 [1] "mądrość od końca do końca wszytko mocnie zatrzymawa i wszytko wdzięcznie rządzi. Umyśliłem - prawi - przywieść ją sobie do towarzystwa, wiedząc, iż się ze mną dobrem dzielić będzie i rozmową będzie myśli i tęskności mojej.
Pożytki mądrości Bożej.
Przez nie będę miał sławę u ludzi, i uczczenie młodych od starych. I będę ostry w rozsądku, i u możnych dziwny. I przez nie mieć będę nieśmiertelność i pamięć wieczną. Przez nie rządzić ludźmi, i narody posłuszne mieć będę. I między wielkością ludu udam się dobrym, i na wojnie mocnym. Wszedszy w dom mój, z nią odpoczywać będę, bo nie ma gorzkości towarzystwo jej, ani teskności spółżycie jej, ale wesele i radość. Sap. 9. Tem ja zamiłował i o niem się starał z młodości mojej, i chciałem ją sobie brać za oblubienicę, i stałem się miłośnikiem urody jej. Sap. 10. Przełożyłem ją nad majestat i królestwa i bogactwa z nią zrównane za nicem poczytał. Nad zdrowie umiłowałem ją i przyszło mi wszytko dobre z nią". Póty Salomon. Z czego baczyć każdy może, co to jest mieć mądrość, zwłaszcza taką, o której tu ten mądry mówi: wieczną one i niestworzoną, z której i ta potoczna nasza jako świeca z niej zapalona pochodzi, to jest rozum przyrodzony, bez którego żadna sprawa dobrą być i porządną nie może. Przeczże tedy tak mówi Jakub ś., jakoby się kto naleźć mógł, który by jej nie potrzebował?
Ludzie, którzy się za mądre mają.
Dlatego iż są ludzie jedni, którzy się za mądre rnają i swojemu rozumowi i mądrości dufają. I stąd abo nie proszą, abo niepilnie Pana Boga o nie proszą. O takich mówi Prorok: Isa. 5 [21]. "Biada wam, którzyście w oczach waszych mądrymi i u siebie roztropnymi". I Mędrzec mówi: Prov. 3 [5]. Rom. 12 [16]. "Ufaj w Panu Bogu z całego serca, a nie wspieraj się na mądrości swojej". I Apostoł upomina, aby nikt sam sobie mądrym się nie udawał. Takie rozumienie o sobie szczerym jest głupstwem. Bo fundament mądrości jest: swojej nie dufać mądrości.
Mądrość ziemska i bydlęca.
Drudzy są, którzy mają mądrość taką, jaką tenże Apostoł opisał: ziemską, bydlęcą i diabelską. Ziemską, iż mają rozum tylo na dostawanie i zatrzymanie, i rozmnożenie dóbr świeckich doczesnych. I w ziemi wszytek ich rozum zostaje, nie oglądając się na wieczne i przyszłe, aby do nich doczesnych nakręcali, jakoby lepsze dla podlejszych nie upadały.
Politycka mądrość.
Taką mądrość mają politycy dzisiejszy, którzy nauczają panów i królów, aby o religią i dotrzymanie, i obronę ś. wiary katolickiej, i o ludzkie zbawienie nie dbali i dla niego nic nie czynili, tylo doczesnego pokoju i dobrego mienia poddanych swoich pilnując, zbawiennych potrzeb ich zaniechali.
Taka mądrość słusznie się też zowie nie tyło ziemską, ale i bydlęcą. Bo także bydło dobre swoje cielesne z przyrodzonej skłonności obmyśla i o nie się stara; o duszę, której nie ma wiecznej i rozumnej, nie dbając.
Ten taki rozum zowie się też diabelski. Bo czart niocz się więcej nie stara, jedno aby ludzie wieczne dobra jako i on tracili i nic o tym, co jest po śmierci, nie myślili, ale się tylo tym dobrym mienim widomym zabawiwszy i na nim się w grzechach uwichławszy, na wieki ginęli. A też pospolicie taka świecka mądrość wszytek swój dowcip, dóbr tych świeckich dostając, na oszukanie i na szkody ludzkie obraca, co jest własno piekielnikom, którzy na takim dowcipie i warstacie zasiedli.
Nie daj, Boże, abych to o was rozumiał, Przezacni Panowie, żebyście u siebie sami mądrymi byli, a mądrości od Pana Boga nie potrzebowali, abo takiej mądrości świeckiej i bydlęcej, i szatańskiej pragnęli. Ja od was wszytkich do Pana Boga wołam:
"Potrzebujem i barzo potrzebujem, Panie Boże nasz, aby się nasze rozumy niebieską twoją mądrością oświecały". Byście mieli 3. Reg. 4 [31]. rozumy i dowcipy, jako oni w Piśmie mianowani 2. Reg. 16 [23]. Etan i Eman, i Kalcol, i Dorda, i on Achitofel, o którym mówiono: kto się go radził, jakoby się Boga radził. Tedy tak wielkim niebezpiecznościam, do których to przychodzi królestwo, nie zabieżycie, i w tak okrutnej nawałności morskiej, jako Psalm mówi, Psal 106. pożartą mądrość wasza zostanie.
Niebezpieczności Koronne.
Namienię trochę tych niebezpieczeństw naszych, którycheście lepiej niźli ja świadomi, na więtszą pokorę i goręcszą modlitwę waszę.
Niezgody i rozterki. Nieuprzejmosci.
Naprzód widzicie rozerwanie wielkie serc ludzkich i potarganie jedności i miłości, i zgody sąsiedzkiej, nie tyło dla różności wiar i dla nauk heretyckich, które na to szatan wrzucił, aby rozrywał i rozpraszał; ale też dla powaśnienia się stanów między sobą i dla wiela obłudności i nieuprzejmości, której się między nami nastało, iż jeden drugiemu nie dufa, jeden drugiemu nie życzy, i do swoich pożytków ubiegając się, spólnie się hydzicie i chytrze oszukawacie.
Zdrady.
Tak iż się prorockie wołanie iści Jerem. 9 [4-5]: ,,Strzeż się każdy od bliźniego swego i żadnemu bratu swemu nie dufaj, bo każdy brat podchwyta i dół pod drugim kopa. Każdy przyjaciel zdradliwie postępuje i brat się z brata śmieje, a prawdy nie mówią. Język ich jako strzała raniąca: w uściech pokój z przyjacielem mówi, a tajemnie sieci nań zastawia". Oseae 10 [2]. To się podobno mówić może, kto patrzy na sprawy nasze. Luc. 11 [17]. Jakoż inaczej prorokować, jedno z Prorokiem mówić: ,,Rozdzieliło się serce ich, teraz poginą". A co prędzej gubi królestwa, jedno - jako Pan Jezus mówi - niezgoda sąsiedzka w nim?
Buntownicy i szemracze.
Nadto namnożyło się w tym królestwie ludzi złych barzo, którzy posmakowawszy sobie interregna, w których mogli o królestwo targować, i pożytków swoich z oszukania miłej ojczyzny i rozerwania jej szukać jeszcze nie przestają, a gdzie mogą, bunty i zmowy czynią, na urząd Boży szemrząc i potwarzy zmyślając, i do rozruchów i nowin namawiając. Niespokojni, łakomi, niesprawiedliwi, sieją wszędzie niezgody, nic na dobre pospolite nie pomniąc, a tą łódką, w której się wszyscy wieziem, swoim bieganim chwiejąc, do zanurzenia ją i utopienia przywodzą. 1.Mach. 1[7,5]. Tacy byli za Machabeuszów oni, jako je Pismo zowie, viri iniqui, którzy do obcych panów biegając, wojska ich na ojczyznę przywodzili i zamieszki wielkie czynili. Jaki był Symon i Jason i ini, z którymi Judas Machabeusz miał wielką pracą, nim je wykorzenił, przy których żadnego pokoju swojej ojczyźnie obmyślić nie mógł. To są dziwnie szkodliwi ludzie, którzy swoje potraciwszy na cudze patrzą, a zamieszką i zgubą ojczyzny poratowania swego szukają. Z takimi długo porobicie, i wie Pan Bóg jako je naprawicie, a przy nich jako całą ojczyznę zachowacie.
Zguba karności i posłuszeństwa.
Zginęła w tym królestwie karność i disciplina, bez której żaden rząd uczynić się nie może, którą Pismo ś. pilnie wszędzie zaleca. Nikt się urzędów ani praw nie boi, na żadne się karanie nie ogląda. Bo gdy bojaźń Boża ginie i wstyd upada, w samej tyło karności urzędowej nadzieja do pohamowania złości zostaje. Której gdy nie masz. Rzeczpospolita ginie, a jako gdy obręczy z beczki opadają a nikt ich nie pobija, wszytka się rozsypuje.
Wolność głupia i cielesna.
Wszyscy się wolnością ślachecką bronią, wszyscy ten płaszcz na swe zbrodnie kładą, i poczciwą a złotą wolność w nieposłuszeństwo i we wszeteczność obracają. O piękna wolności, w której wszytkie swowolności i niekarności panują, w której mocniejszy słabsze uciskają, w której Boskie i ludzkie prawa gwałcą, karać się nie dadzą ani królowi, ani urzędom. 1. Reg. 10 [27]. Wszyscy jako synowie Beliala bez jarzma, bez wodze. Job. 11. Ludzie, jako jest u Joba ś., próżni i pyszni, którzy mniemają, iż się wolnymi jako źrzębię u osła urodzili, które o uździe i wodzy nie myśli. Takie hamować i lepsze a ostrzejsze prawa na nie stawić, barzo już teraz niełacna to praca. Osłabienie królewskiej władzej.
A zwłaszcza iż poważność i moc, i władza królewskiego majestatu osłabiała, fałszywym i nieroztropnym wolności szkodliwej rozszerzanim ściśniona i skrócona, iż się rzec nie może: ,,Król, który siedzi na stolicy sądu, rozprasza wszytko złe wejrzenim swoim".
Ani ono mówić się może: Prov. 20 [8]. "Rozprasza niezbożne król mądry i sklepy nad nimi buduje" . I ono: "Jako lwi ryk, tak postrach królewski". Bo teraz żaden się króla nie boi, ani jego sądów, ani jego karania. Kto chce, o nim szemrze, każdy go ćwiczy i pedagogiem jego być chce, i poważności jego uwłoczy. Co dzień władzej królewskiej ubywa, a ludzkiej śmiałości i nadętości przybywa. Jakoż głowa mocna być ma? Jakoż egzekucyja praw potężna zostanie? By był namędrszy Salomon, gdy władzej i potężności do karania, i rządów, i pieniędzy nie ma, żadnej przygodzie pospolitej nie poradzi. A gdy na głowie zejdzie, niedługo członki ustaną.
Sejmy niepożyteczne. Utraty na sejmach.
Sejmy te jako wam źle wychodzą i jakiej by w nich naprawy potrzeba, sami to lepiej widzicie. Ja to tyło mówię, co wszyscy widzą. Zjeżdżacie się z wielkimi kupami jezdnych i pieszych, jako na wojnę, nie na radę, i utracacie to, czym by się niemałe wojsko uchować podobno mogło. Tak długi czas tu siedzicie, a mało sprawujecie. Agg. 1 [6]. Wiele, wedle Proroka, siejecie,a mało użynacie. Na pobory narzekacie, a tu więtsze utraty na tym takim zamieszaniu podejmujecie. Młodszy bracia drugdy wszytko rozporą i popsują, i powichlą, i odjachawszy drugie do nieposłuszeństwa poburzą. Pierwej sejmowe stanowienie było jako Boskie, niewzruszone i święte, teraz moc traci, powagi nie ma. Cóż za pożytek z tych takich utrat i pracej sejmowej, i trudzenia swego macie? Od sejmów gdzie się uciekać i apelować będziecie? Gdyż tak zelżone są, w których jest powaga królewska, powaga rady jego i dobrych synów zezwolenie. Sądowe dekreta moc mają, a sejmowe upadają.
Przeto czujcie o takiej pladze Boskiej nad wami, iż Pan Bóg dopuścił pomieszanie rad i rozumów waszych, iż widząc, nie widzicie, chcąc co czynić, nic nie czynicie. Co we dnie zrobicie, to się w nocy obali, i błogosławieństwa żadnego z waszych rad i sejmów nie masz. Bo na żadnym się nic nie naprawi, a snadź się po każdym co skazi w posłuszeństwie, w karności, w sprawiedliwości i w prawach pobożnych.
A co nagorzej, skąd już bliskie i nagłe niebezpieczeństwo nadchodzi. Turecka moc i szabla na głowy nasze następuje, bliskie i co rok bliższe tyrana tego sąsiedztwo we wrota już nasze pogląda. Pokój z nim niepewny ani trwały. Gdy czas lada który upatrzy, uciśnie was, nie wiem jako do wojny takiej gotowych, i pod niewolą swoje, uchowaj Boże, podbije. Jakie skarby macie, jakiego żołnierza, jako opatrzone zamki i żywności, to lepiej sami wiecie. Tatarzyn, przyrodzony nieprzyjaciel, nad wami co godzina stoi, na tureckie rozkazanie i posługi do zguby waszej czekając.
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/skarga/index.htm
Bunt w baroku
Adrian de Vries, Kain zabija Abla, 1622,
https://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/cain-killing-abel/HQHbMIVBvAdKbw?hl=en
Bunt w oświeceniu
Adam Naruszewicz, Balon - tekst
Gdzie bystrym tylko Orzeł polotem
Pierzchliwe pogania ptaki.
A gniewny Jowisz ognistym grotem
Powietrzne przeszywa szlaki,Niezwykłych ludzi zuchwała para,
Zwalczywszy natury prawa,
Wznawia tor klęską sławny Ikara
I na podniebieniu już stawa.Nabrzmiały kruszców zgorzałym duchem,
Krąg lekkiej przodkuje łodzi,
Los dla niej rudlem, nici łańcuchem,
Z wiatrami za pasy chodzi.Już im te złotą wyniosłe pychą
Mocarskich siedlisk ogromy
W gruzów nikczemnych potrząskę lichą
Wzrok przeistoczył poziomy.Król, wódz, senator, kmieć pracowity,
Czy rządzi, czy ryje ziemię,
W błahych się zlepkach czołga ukryty,
Jak drobne robaczków plemię.W strumyk dziecinnym palcem na stole
Z kilku kropel zakreślony,
Ledwo się sączy na tym padole
Nurt szumnej Wisły, zmieniony.Gminie, ku rzadkiej zbiegły zabawce,
Jakież ci cuda mózg kryśli?
Ty sobie roisz czary, latawce:
Filozof inaczej myśli.Choć się natura troistym grodzi
Ze stali murów opasem,
Rozum człowieczy wszędy przechodzi,
Niezłomny pracą i czasem.Tymi on wsparty, bory wędrowne
Burzliwym morzom poruczył,
Wydarł z otchałni kruszce kosztowne
I skakać głazy nauczył.Zbywają dzikiej mocy żywioły
Pod jego dzielnym rozkazem,
Leniwe woda opuszcza doły,
A góry ścielą się płazem.Tego się styru w pogodnej porze
Gdy ujął mężny Sarmata,
Choć go opuścił i wiatr i zorze,
Już wolniej sobie polata.Wszystko zwyciężysz, łódko szlachetna,
Na ciosy przeciwne twarda;
Statek twój sława uwieczni świetna
Chlubniej niż podróż Blancharda.Źródło:
http://hamlet.edu.pl/naruszewicz-balon
Bunt w romantyzmie
Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena II (fragm.)
Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie. -
Godna to was muzyka i godne śpiewanie. -
Ja mistrz!
Ja mistrz wyciągam dłonie! [...]
Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże? [...]
O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie.
Jam tu, jam przybył, widzisz, jaka ma potęga,
Aż tu moje skrzydło sięga.
Lecz jestem człowiek, i tam, na ziemi me ciało;
Kochałem tam, w ojczyźnie, serce me zostało, [...]
Ja kocham cały naród! - objąłem w ramiona
Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,
Przycisnąłem tu do łona,
Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:
Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,
Chcę nim cały świat zadziwić,
Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec. [...]
Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;
Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie:
Co ja zechcę, niech wnet zgadną,
Spełnią,tym się uszczęśliwią,
A jeżeli się sprzeciwią,
Niechaj cierpią i przepadną.
Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,
Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; -
Mówią, że Ty tak władasz!
Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;
Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,
Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,
I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,
Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!
Daj mi rząd dusz! - Tak gardzę tą martwą budową,
Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,
Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo
Nie mogłoby jej wnet zwalić. [...]
Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,
Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.
(Długie milczenie)
(z ironią)
Milczysz, milczysz! wiem teraz, jam Cię teraz zbadał,
Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał. -
Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością,
Ty jesteś tylko mądrością. [...]
Wyzywam Cię uroczyście. [...]
Jeśli ja będę bluźnierca,
Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan [...]
Zaklinam, daj mi władzę - jedna część jej licha, [...]
Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze;
Jeśli jej w gruzy nie zburzę,
To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;
Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:
Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:
Krzyknę, ześ Ty nie ojcem świata, ale...
GŁOS DIABŁA
Carem!
Adam Mickiewicz: Dziady III, Akt I Scena III
[…]KAPRAL
[…] Patrz na tego chorego: niedobrze się dzieje [...]
KS. PIOTR
Synu mój, tyś na sercu, które ciebie kocha.
(do Kaprala)
Wyjdź stąd i patrz, ażeby nikt tędy nie chodził
I póki stąd nie wyjdę, nikt mi nie przeszkodził.
(Kapral odchodzi)
KONRAD
(zrywa się)
Nie! - oka mi nie wydarł! mam to silne oko,
Widzę stąd, i stąd nawet, choć ciemno - głęboko,
Widzę ciebie, Rollison, - bracie, cóż to znaczy?
I tyś w więzieniu, zbity, krwią cały zbryzgany,
I ciebie Bóg nie słuchał, i tyś już w rozpaczy;
Szukasz noża, próbujesz głowę tłuc o ściany: -
"Ratunku!" - Bóg nie daje, ja ci dać nie mogę,
Oko mam silne, spójrzę, może cię zabiję -
Nie - ale ci pokażę okiem - śmierci drogę.
Patrz, tam masz okno, wybij, skocz, zleć i złam szyję,
I ze mną tu leć w głębie, w ciemność - lećmy na dół -
Otchłań - otchłań ta lepsza niźli ziemi padół;
Tu nie ma braci, matek, narodów, - tyranów -
Pójdź tu.
KS. PIOTR
Duchu nieczysty, znam cię po twym jadzie,
Znowuś tu, najchytrzejszy ze wszystkich szatanów,
Znowu w dom opuszczony leziesz, brzydki gadzie.
Tyś wpełznął w jego usta, na zgubęś tu wpełznął,
Z Imię Pańskie jam ciebie pojmał i ochełznął.
Exorciso...
DUCH
Stój, nie klnij - stój, odstąp od progu,
Wyjdę -
KS. PIOTR
Nie wyjdziesz, aż się upodoba Bogu.
Lew z pokolenia Judy tu Pan - on zwycięża:
Sieć na lwa zastawiłeśi w twym własnym wniku
Złowiłeś się - Bóg ciebie złowił w tym grzeszniku.
W jego ustach chcę tobie najsrozszy cios zadać:
Kłamco, ja tobie każę, musisz prawdę gadać.
DUCH
Parle-moi donc francais, mon pauvre capucin,
J'ai pu dans le grand monde oublier mon latin.
Mais étant saint, tu dois avoir le don des langues
Vielleicht sprechen Sie deutsch, was murmeln Sie so bang -
What it is, - Cavalleros rispondero Io.
KS. PIOTR
Ty to z ust jego wrzeszczysz, stujęzyczna źmijo,
DUCH
C'est juste, dans ce jeu, nous sommes de moitié,
Il est savant, et moi, diable de mon métier.
J'etais son precepteur et je m'en glorifie,
En sais-tu plus que nous? parle - je te défie.
[...]
KS. PIOTR
In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, Amen.
Ego te exorciso, spiritus immunde -
DUCH
Księże, stój - słucham - gadam - stój - jedną sekundę!
KS. PIOTR
Gdzie jest nieszczęsny więzień, co chce zgubić duszę? -
Milczysz - Exorciso te -
DUCH
Gadam, gadam, skaczę - śpiewam -
Tylko nie klnij - jak gadać? - dusisz - ledwie ziewam.
[...]
KS. PIOTR
Jak ratować grzesznika?
DUCH
Bodajeś zdechł klecho,
Nie powiem.
KS. PIOTR
Exorciso -
DUCH
Ratować pociechą.
[…]
KS. PIOTR
Mów, czego potrzeba -
DUCH
Księżulu,
Ja tego nie wymówię.
KS. PIOTR
Mów!
DUCH
He - Wina - Chleba -
KS. PIOTR
Rozumiem, Chleba Twego i Krwi Twojej, Panie -
Pójdę, i daj mi spełnić Twoje rozkazanie.
(do Ducha)
A teraz zabierz z sobą twe złości i błędy,
Skąd wszedłeś i jak wszedłeś, idź tam i tamtędy.
(Duch uchodzi)
KONRAD
Dźwigasz mię! - ktoś ty? - strzeż się, sam spadniesz w te doły.
Podaje rękę - lećmy - w górę jak ptak lecę -
Mile oddycham wonią - promieniami świecę.
Któż mi dał rękę? - dobrzy ludzie i anioły;
Skądże litość, wam do mnie schodzić do tych dołów?
Ludzie? - Ludźmi gardziłem, nie znałem aniołów.
KS. PIOTR
Módl się, bo strasznie Pańska dotknęła cię ręka.
Usta, którymiś wieczny Majestat obraził,
Te usta zły duch słowy szkaradnymi skaził; [...]
KS. PIOTR
[...]
- Twe miłosierdzie, Panie, jest bez granic.
(pada krzyżem)
Panie, otom ja sługa dawny, grzesznik stary,
Sługa już spracowany i niezgodny na nic.
Ten młody, zrób go za mnie sługą Twojej wiary,
A ja za jego winy przyjmę wszystkie kary.
On poprawi się jeszcze, on wsławi Twe imię.
Módlmy się, Pan nasz dobry! Pan ofiarę przyjmie.
(modli się)
(W bliskim kościele, za ścianą, zaczynają śpiewać pieśń Bożego Narodzenia. Nad Księdzem Piotrem Chór aniołów na nutę; "Anioł pasterzom mówił")
CHÓR ANIOŁÓW
(głosy dziecinne)
Pokój temu domowi,
Spoczynek grzesznikowi.
Sługo! sługo pokorny, cichy,
Wniosłeś pokój w dom pychy.
Pokój temu domowi.
ARCHANIÓŁ PIERWSZY
(na nutę "Bóg nasz ucieczką")
Panie, on zgrzeszył, przeciwko Tobie zgrzeszył on bardzo.
ARCHANIÓŁ DRUGI
Lecz płaczą nad nim, modlą się za nim Twoi Anieli.
ARCHANIÓŁ PIERWSZY
Tych zdepc, o Panie, tych złam, o Panie, którzy Twe święte sądy pogardzą.
ARCHANIÓŁ DRUGI
Ale tym daruj, co świętych sądów Twych nie pojęli. [...]
On sądów Twoich nie chodził badać jako ciekawy,
Nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy.
ARCHANIÓŁ PIERWSZY
On Cię nie poznał, on Cię nie uczcił, Panie nasz wielki!
On Cię nie kochał, on Cię nie wezwał, nasz Zbawicielu!
ARCHANIÓŁ DRUGI
Lecz on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki.
On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu. [...]
CHÓR ARCHANIOŁÓW
Podnieś tę głowę, a wstanie z prochu, niebios dosięże,
I dobrowolnie padnie, i uczci krzyża podnoże;
Wedle niej cały świat u stóp krzyża niechaj polęże
I niech Cię wsławi, żeś sprawiedliwy i litościwy Pan nasz, o Boże!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/lalka/0016.htm
Bunt w pozytywizmie
Bolesław Prus, Lalka, Tom I rozdział 16 (fragm.)
[...]
- Państwo pozwolą do stołu?... - wtrąciła panna Florentyna. Przeszli do jadalnego pokoju, gdzie na środku stał okrągły stół nakryty na cztery osoby. Wokulski znalazł się przy nim między panną Izabelą i jej ojcem, naprzeciw panny Florentyny. Już był zupełnie spokojny, tak spokojny, że aż go to przerażało. Opuścił go szał miłości nawet pytał sam siebie: czy ona jest kobietą, którą kochał?... Bo czy podobna kochać się tak jak on i siedząc o krok od przyczyny swego obłędu czuć taką ciszę w duszy, tak niezmierną ciszę?... Myśl miał tak swobodną, że nie tylko dokładnie widział każde drgnienie fizjognomii swoich współbiesiadników, ale jeszcze (co już było zabawne), patrząc na pannę Izabelę, robił sobie następujący rachunek:
"Suknia. Piętnaście łokci surowego jedwabiu po rublu - piętnaście rubli... Koronki z dziesięć rubli, a robota z piętnaście... Razem-czterdzieści rubli suknia, ze sto pięćdziesiąt rubli kolczyki i dziesięć groszy róża..."
Mikołaj zaczął podawać potrawy. Wokulski bez najmniejszego apetytu zjadł kilka łyżek chłodniku, zapił portweinem, potem spróbował polędwicy i zapił ją piwem. Uśmiechnął się, sam nie wiedząc czemu, i w przystępie jakiejś żakowskiej radości postanowił robić błędy przy stole. Na początek skosztowawszy polędwicy położył nóż i widelec na podstawce obok talerza. Panna Florentyna aż drgnęła, a pan Tomasz z wielką werwą począł opowiadać o wieczorze w Tuileriach, podczas którego na żądanie cesarzowej Eugenii tańczył z jakąś marszałkową menueta.
Podano sandacza, którego Wokulski zaatakował nożem i widelcem. Panna Florentyna o mało nie zemdlała, panna Izabela spojrzała na sąsiada z pobłażliwą litością, a pan Tomasz... zaczął także jeść sandacza nożem i widelcem.
"Jacyście wy głupi!" - pomyślał Wokulski czując, że budzi się w nim coś niby pogarda dla tego towarzystwa. Na domiar odezwała się panna Izabela, zresztą bez cienia złośliwości:
- Musi mnie papa kiedy nauczyć, jak się jada ryby nożem.
Wokulskiemu wydało się to wprost niesmaczne.
"Widzę, że odkocham się tu przed końcem obiadu..." - rzekł do siebie.
- Moja droga - odpowiedział pan Tomasz córce - niejadanie ryb nożem to doprawdy przesąd... Wszak mam rację, panie Wokulski?
- Przesąd?... nie powiem - rzekł Wokulski. - Jest to tylko przeniesienie zwyczaju z warunków, gdzie on jest stosowny, do warunków, gdzie nim nie jest.
Pan Tomasz aż poruszył się na krześle.
- Anglicy uważają to prawie za obrazę... - wydeklamowała panna Florentyna.
- Anglicy mają ryby morskie, które można jadać samym widelcem; nasze zaś ryby ościste może jedliby innym sposobem...
- O, Anglicy nigdy nie łamią form - broniła się panna Florentyna.
- Tak - mówił Wokulski - nie łamią form w warunkach zwykłych, ale w niezwykłych stosują się do prawidła: robić, jak wygodniej. Sam zresztą widywałem bardzo dystyngowanych lordów, którzy baraninę z ryżem jedli palcami, a rosół pili prosto z garnka.
Lekcja była ostra. Pan Tomasz jednak przysłuchiwał się jej z zadowoleniem, a panna Izabela prawie z podziwem. Ten kupiec, który jadał baraninę z lordami i wygłaszał tak śmiało teorię posługiwania się nożem przy rybach, urósł w jej wyobraźni. Kto wie, czy teoria nie wydała się jej ważniejszą aniżeli pojedynek z Krzeszowskim.
- Więc pan jest nieprzyjacielem etykiety? - spytała.
- Nie. Nie chcę tylko być jej niewolnikiem.
- Są jednak towarzystwa, w których ona przestrzega się zawsze.
- Tego nie wiem. Ale widziałem najwyższe towarzystwa, w których o niej zapominano w pewnych warunkach.
Pan Tomasz lekko schylił głowę; panna Florentyna zsiniała, panna Izabela patrzyła na Wokulskiego prawie życzliwie. Nawet więcej niż-prawie... Bywały mgnienia, w których marzyło się jej, że Wokulski jest jakimś Harun-al-Raszydem ucharakteryzowanym na kupca. W sercu jej budził się podziw, nawet - sympatia. Z pewnością ten człowiek może być jej powiernikiem; z nim będzie mogła rozmawiać o Rossim.
Po lodach zupełnie zdetonowana panna Florentyna została w jadalni, a reszta towarzystwa przeszła na kawę do gabinetu pana. Właśnie Wokulski skończył swoją filiżankę, kiedy Mikołaj przyniósł panu Tomaszowi na tacy list mówiąc:
- Czeka na odpowiedź, jaśnie panie.
- Ach, od hrabiny... - rzekł pan Tomasz spojrzawszy na adres. -Pozwolicie państwo...
- Jeżeli pan nie ma nic przeciw temu - przerwała panna Izabela uśmiechając się do Wokulskiego - to przejdziemy do salonu, a ojciec tymczasem odpisze...
Wiedziała, że list ten napisał pan Tomasz sam do siebie; koniecznie bowiem potrzebował choć pół godziny przedrzemać się po obiedzie.
- Nie obrazi się pan? - spytał pan Tomasz ściskając Wokulskiego za rękę.
Opuścili z panną Izabelą gabinet i weszli do salonu. Ona z gracją jej tylko właściwą usiadła na fotelu wskazując mu drugi, zaledwie o parę kroków odległy.
Wokulskiemu, kiedy znalazł się z nią sam na sam, krew uderzyła do głowy. Wzburzenie spotęgowało się, gdy spostrzegł, że panna Izabela patrzy na niego jakimś dziwnym wzrokiem, jakby go chciała przeniknąć do dna i przykuć do siebie. To już nie była ta panna Izabela z kwesty wielkotygodniowej ani nawet z wyścigów; to była osoba rozumna i czująca, która ma go o coś serio zapytać i chce mu coś szczerego powiedzieć.
Wokulski był tak ciekawy tego, co mu powie, i tak stracił wszelką władzę nad sobą, że chyba zabiłby człowieka, który by m w tej chwili przeszkodził. Patrzył na pannę Izabelę w milczeniu i czekał.
Panna Izabela była zakłopotana: dawno już nie doznała takiego zamętu uczuć jak w tej chwili. Przez myśl przebiegały jej zdania: "kupił serwis" - "przegrywał umyślnie w karty do ojca" - "znieważył mnie", a potem: "kocha mnie" - "kupił konia wyścigowego" - "pojedynkował się" - "jadał baraninę z lordami w najwyższych towarzystwach..." Pogarda, gniew, podziw, sympatia kolejno potrącały jej duszę jak krople gęsto padającego deszczu; na dnie zaś tej burzy nurtowała potrzeba zwierzenia się komuś ze swych kłopotów codziennych i ze swych rozmaitych powątpiewań, i ze swej tragicznej miłości do wielkiego aktora.
"Tak, on może być... on będzie moim powiernikiem!..." - myślała panna Izabela topiąc słodkie spojrzenie w zdumionych oczach Wokulskiego i lekko pochylając się naprzód, jakby chciała go pocałować w czoło. Potem ogarniał ją bezprzyczynowy wstyd : cofała się na poręcz fotelu, rumieniła się i z wolna opuszczała długie rzęsy, jakby ją sen morzył. Patrząc na grę jej fizjognomii Wokulskiemu przypomniały się cudowne falowania zorzy północnej i owe dziwne melodie, bez tonów i bez słów, które niekiedy odzywają się w ludzkiej duszy niby echa lepszego świata. Rozmarzony, przysłuchiwał się gorączkowemu tykotaniu stołowego zegara i biciu własnych pulsów i dziwił się, że te dwa tak szybkie zjawiska prawie wloką się w porównaniu z biegiem jego myśli.
"Jeżeli jest jakie niebo - mówił sobie - błogosławieni nie doznają wyższego szczęścia aniżeli ja w tej chwili."
Milczenie trwało już tak długo, że zaczęło być nieprzyzwoitym. Panna Izabela opamiętała się pierwsza.
- Pan miał - rzekła - nieporozumienie z panem Krzeszowskim.
- O wyścigi... - wtrącił pośpiesznie Wokulski. - Baron nie mógł mi darować, że kupiłem jego konia...
Chwilę patrzyła na niego z łagodnym uśmiechem.
- Potem miał pan pojedynek, który... bardzo nas zaniepokoił...-dodała ciszej. - A potem... baron przeprosił mnie - zakończyła szybko, spuszczając oczy. - W liście napisanym z tego powodu do mnie baron mówi o panu z wielkim szacunkiem i przyjaźnią...
- Jestem bardzo... bardzo szczęśliwy.- bąkał Wokulski.
- Z czego, panie?
- Że okoliczności złożyły się w taki sposób... Baron jest człowiekiem dystyngowanym...
Panna Izabela wyciągnęła rękę i zostawiwszy ją na chwilę w rozpalonej dłoni Wokulskiego rzekła:
- Pomimo niewątpliwej dobroci barona ja jednak tylko panu dziękuję. Dziękuję... Są przysługi, których się nieprędko zapomina, i doprawdy... - tu zaczęła mówić wolniej i ciszej - doprawdy, ulżyłby pan memu sumieniu żądając czegoś, co by zrównoważyło pańską...uprzejmość... Wokulski puścił jej rękę i wyprostował się na krześle. Był tak odurzony, że nie zwrócił uwagi na ten mały wyraz "uprzejmość".
- Dobrze - odparł. - Jeżeli pani każe, przyznam się nawet... do zasługi. Czy w zamian wolno mi zanieść prośbę do pani?...
- Tak.
- A więc - mówił rozgorączkowany - proszę o jedno: ażebym mógł służyć pani, o ile mi siły starczą. Zawsze i we wszystkim.
- Panie!... - przerwała z uśmiechem panna Izabela - ależ to jest podstęp. Ja chcę spłacić jeden dług, a pan chce mnie zmusić do zaciągania nowych. Czy to właściwe?...
- Co w tym niewłaściwego?... Alboż nie przyjmuje pani usług nawet od posłańców publicznych?...
- Ale im płaci się za to - odpowiedziała figlarnie patrząc mu w oczy.
- I ta tylko jest między mną i nimi różnica, że im płacić potrzeba, a mnie nie wypada. Nawet nie można.
Panna Izabela kręciła głową.
- To, o co proszę - mówił dalej Wokulski - nie przechodzi granicy najzwyklejszych stosunków ludzkich. Panie zawsze rozkazujecie - my zawsze spełniamy, oto wszystko. Ludzie należący do tej co i pani sfery towarzyskiej wcale nie potrzebowaliby prosić o podobną łaskę; dla nich jest ona codziennym obowiązkiem, nawet prawem. Ja zaś dobijałem się, a dzisiaj błagam o nią, gdyż spełnianie zleceń pani byłoby dla mnie pewnym rodzajem nobilitacji. Boże miłosierny! Jeżeli furmani i lokaje mogą nosić barwy pani, z jakiej racji ja nie miałbym zasługiwać na ten zaszczyt?
- Ach, o tym pan mówi?... Dawać panu mojej szarfy nie potrzebuję; pan sam wziął ją gwałtem. A odbierać?... Już za późno, choćby ze względu na list barona.
Znowu podała mu rękę, którą Wokulski ze czcią ucałował. W obocznym pokoju rozległy się kroki i wszedł pan Tomasz wyspany, promieniejący. Jego piękna twarz miała tak serdeczny wyraz, że Wokulski pomyślał :
"Nędznikiem będę, jeżeli twoje trzydzieści tysięcy rubli, przyniosą ci dziesięciu tysięcy rocznie." Jeszcze z kwadrans posiedzieli we troje, rozmawiając o niedawnej zabawie w Dolinie Szwajcarskiej na cel dobroczynny, o przybyciu Rossiego i o wyjeździe do Paryża. Nareszcie Wokulski z żalem opuścił miłe towarzystwo obiecując przychodzić częściej i współcześnie z nimi jechać do Paryża.
- Zobaczy pan, jak tam będzie wesoło - rzekła panna Izabela na pożegnanie.
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/lalka/0016.htm
Bunt w modernizmie (Młodej Polsce)
Kazimierz Przerwa-Tetmajer Eviva L'arte!
Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi -
cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
nędza porywa za gardło i dusi -
zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l'arte!
Eviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni liści,
i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!
Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?
evviva l'arte!
Evviva l'arte! W piersiach naszych płoną
ognie przez Boga samego włożone:
więc patrzym na tłum z głową podniesioną,
laurów za złotą nie damy koronę,
i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l'arte!
Bunt w dwudziestoleciu międzywojennym
Witold Gombrowicz, Ferdydurke, fragm. rozdziału VII,
Bibliografia: Witold Gombrowicz, Ferdydurke, fragm. rozdziału VII,.
Witold Gombrowicz, Ferdydurke, fragm. rozdziału VIII,
Bibliografia: Witold Gombrowicz, Ferdydurke, fragm. rozdziału VIII,.
Witold Gombrowicz, Ferdydurke, fragm. rozdziału IX,
Józio nie buntuje się tutaj przez otwartą deklarację, lecz przez prowokację i manipulowanie społecznymi rolami innych osób. Fragment pokazuje bunt wymierzony w sztuczność nowoczesnej „formy” Młodziaków.
Przenikające i przeszywające tajniki żyda osobistego siedemnastolatki, demoniczna zawartość szuflady pensjonarskiej. Poezja... Czym skazić? Jak zepsuć sobie? Mucha cierpiała bez ruchu, bez głosu. Brodacz gałązkę trzymał. Z listami w ręku myślałem, co by urządzić, co by tu zrobić takiego, jak zaradzić nieuniknionemu a straszliwemu wezbraniu wdzięków, kras, uroków, tęsknot...
Aż wreszcie, w głębokim pomieszaniu zmysłów, zaświtał pomysł pewnej intrygi — tak dziwaczny, że póki nie przystą-154 piłem do realizacji, wydawał się nierealny. Wydarłem z zeszytu stronicę. Napisałem ołówkiem wyraźnym, rozstrzelonym pismem Młodziakówny:
Jutro, w czwartek, o 12-tej w nocy zastukaj do okna z werandy, wpuszczę. Z.
Wsadziłem w kopertę. Zaadresowałem do Kopyrdy. I napisałem drugi identyczny list:
Jutro, w czwartek, po 12-tej w nocy zastukaj do okna z werandy, wpuszczę. Z.
Zaadersowałem do Pimki. Plan polegał na tym: Pimko, otrzymawszy w odpowiedzi na swoje profesorskie pismo taki liścik per ty i cyniczny, straci głowę. Dla starego będzie to jak pałką w łeb. Wyobrazi sobie, że pensjonarka pragnie mieć z nim randkę sensu stricto. Zuchwałość, cynizm, zepsucie, demonizm nowoczesnej — zważywszy wiek, klasę społeczną, wychowanie — upiją go jak haszysz. Nie wytrwa w roli profesora — nie wytrwa w legalności i jawności. Tajnie, nielegalnie przyleci pod okno, będzie stukał. A wówczas spotka się z Kopyrdą. Co będzie dalej? Nie wiedziałem. Lecz wiedziałem, że narobię krzyku, obudzę rodzinę, wywlokę tę sprawę na jaw, Pimkę Kopyrdą ośmieszę, a Kopyrdę Pimką — i zobaczymy, jak na jawie będą wyglądały amory, co się zostanie z uroku!Bunt bohatera ma charakter paradoksalny: próbując rozbić cudzą formę, sam posługuje się intrygą i tworzy nową sytuację przymusu. Gombrowicz pokazuje w ten sposób, że wyzwolenie spod jednej formy łatwo prowadzi do wytworzenia następnej.
Źródło: Witold Gombrowicz, „Ferdydurke”, rozdział IX, pierwsze wydanie: 1937.
Bunt we współczesności
A. Camus, Mit Syzyfa, 1942,Bibliografia: A. Camus, Mit Syzyfa , 1942,.
A. Camus, Dwa eseje. Mit Syzyfa. Artysta i jego epoka, tłum. J. Guze, Warszawa 1991, s. 107-110.
Z. Herbert, Przesłanie Pana Cogito, 1974,
Herbert przedstawia bunt jako świadomą wierność wartościom nawet wtedy, gdy zwycięstwo nie jest możliwe. Najważniejsze są nakazy odwagi, dawania świadectwa i zachowania niezależności wobec przemocy oraz konformizmu.
Nagranie Herberta odczytującego Przesłanie Pana Cogito
Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodęidź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w prochocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwobądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczya Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitychniech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorysi nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świciestrzeź się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszychstrzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszyczuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdępowtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piaskua nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietnikuidź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołówBądź wierny Idź
W kontekście buntu utwór przesuwa akcent z sukcesu na postawę moralną. Sprzeciw ma wartość dlatego, że pozwala zachować godność, pamięć o skrzywdzonych i odpowiedzialność za własne wybory.
Źródło: Zbigniew Herbert, „Przesłanie Pana Cogito”, [w:] tegoż, „Pan Cogito”, 1974; cyt. za: „Wiersze zebrane”, oprac. edytorskie Ryszard Krynicki, Kraków: Wydawnictwo a5, 2008, s. 439–440.
M. Weychert Waluszko, Casting, jak zinterpretować Katarzynę Kozyrę?
http://ninateka.pl/film/zacheta-casting-katarzyna-kozyra
A. Camus, Dżuma (fragm.)
Bibliografia: A. Camus, Dżuma (fragm.).
-
Ćwiczenie 5. Rozprawka. Jak budować akapit?
Jak budować akapit? (ćwiczenie 5 - rozprawka)
Zanim przystąpisz do ćwiczenia upewnij się, że zapoznałeś się z artykułem: Jak zbudować dobry akapit?Pierwsza część ćwiczenia:
Wybierz z poniższego tekstu zdania i przyporządkuj je do poszczególnych kategorii, przypisując im w ten sposób określone funkcje.
Ćwiczenie 6. Rozprawka. Jak budować akapit?
Jak budować akapit? (ćwiczenie 6 - rozprawka)
Zanim przystąpisz do ćwiczenia upewnij się, że zapoznałeś się z artykułem: Jak budować akapit? Pierwsza część ćwiczenia:Wybierz z poniższego tekstu zdania i przyporządkuj je do poszczególnych kategorii, przypisującim w ten sposób określone funkcje.
Konrad Wallenrod rezygnuje ze szczęścia osobistego. Halban skłania Waltera Alfa do tej decyzji wskazując, że to jego powinność. Polska i Litwa znajdowały się w podobnej sytuacji. Wróg był silniejszy i aby go pokonać potrzebowały takich bohaterów, jak Konrad Wallenrod i takich metod, jakimi się posługiwali, dlatego Konrad Wallenrod jest bohaterem, który poświęca się ojczyźnie i odnosi zwycięstwo, wskazując tym samym drogę, którą (według Mickiewicza) powinni podążać Polacy. Konrad Wallenrod ratuje swoją ojczyznę i przypłaca to swoim życiem. Aldona nie chce się z nim rozstawać, ale szanuje i rozumie jego decyzję. Tylko on może ocalić kraj, ponieważ ma odpowiednie wychowanie i wykształcenie, by dokonać sabotażu. Litwa jest zbyt słaba i nie obroni się przed Zakonem. Konrad Wallenrod jest wzorem bojownika o niepodległość kraju.ARGUMENT: Co jest?
.....................................................................................................................................
DOWODY: Co o tym świadczy?
.....................................................................................................................................MOTYWY: Dlaczego?
.....................................................................................................................................RACJE: Co o tym sądzi bohater?
.....................................................................................................................................
OPINIE: Co sądzą o tym inni (bohaterowie)?
.....................................................................................................................................
WNIOSEK CZĄSTKOWY Co z tego wynika? Jakie są tego konsekwencje?
.....................................................................................................................................
Druga część ćwiczenia
Teraz na podstawie tego, co do tej pory zrobiłeś, zbuduj akapit, łącząc powyższe zdania w całość. Zachowaj powyższą kolejność (argument, dowody, motywy, racje, opinie,wniosek cząstkowy).
..........................................................................................................................................................................................................................................................................
.....................................................................................................................................
.....................................................................................................................................
.....................................................................................................................................
.....................................................................................................................................
ODPOWIEDZI:
ARGUMENT: Co jest?
Konrad Wallenrod jest wzorem bojownika o niepodległość kraju.
DOWODY: Co o tym świadczy?
KW rezygnuje ze szczęścia osobistego.
KW ratuje swoją ojczyznę i przypłaca to swoim życiem.
MOTYWY: Dlaczego?
Litwa jest zbyt słaba i nie obroni się przed Zakonem.
RACJE: Co o tym sądzi bohater?
Tylko on może ocalić kraj, ponieważ ma odpowiednie wychowanie i wykształcenie, by podszyć się za jednego z Krzyżaków i dokonać sabotażu.
OPINIE: Co sądzą o tym inni (bohaterowie)?
Halban skłania Waltera Alfa do tej decyzji wskazując, że to jego powinność. Aldona nie chce się z nim rozstawać, ale szanuje i rozumie jego decyzję.
WNIOSEK CZĄSTKOWY Co z tego wynika? Jakie są tego konsekwencje?
Polska i Litwa znajdowały się w podobnej sytuacji. Wróg był silniejszy i aby go pokonać potrzebowały takich bohaterów, jak Konrad Wallenrod i takich metod, jakimi się posługiwali, dlatego Konrad Wallenrod jest bohaterem, który poświęca się ojczyźnie i odnosi zwycięstwo, wskazując tym samym drogę, którą (według Mickiewicza) powinni podążać Polacy.
Akapit
Konrad Wallenrod jest wzorem bojownika o niepodległość kraju. Rezygnuje ze szczęścia osobistego, by ratować swoją ojczyznę, co ostatecznie przypłaca swoim życiem. Postąpił tak, gdyż wiedział, że Litwa jest zbyt słaba, by obronić się przed Zakonem. Zdawał sobie sprawę z tego, że tylko on może ocalić kraj, ponieważ nikt inny nie może dokonać sabotażu. Jego motywacją wzmacniał Halban nakłaniając go do tej decyzji i wskazując, że to jego powinność. Tylko Aldona nie chciała się z nim rozstawać, ale ostatecznie uszanowała jego decyzję. Polska i Litwa znajdowały się w podobnej sytuacji. Wróg był silniejszy i aby go pokonać potrzebowały takich bohaterów, jak Konrad Wallenrod i takich metod, jakimi się posługiwali, dlatego Konrad Wallenrod jest bohaterem, który poświęca się ojczyźnie i odnosi zwycięstwo, wskazując tym samym drogę, którą (według Mickiewicza) powinni podążać Polacy.
Ćwiczenie 7. Rozprawka. Jak budować akapit?
Jak budować akapit? (ćwiczenie 7 - rozprawka)
Zanim przystąpisz do ćwiczenia upewnij się, że zapoznałeś się z artykułem: Jak budować akapit?Pierwsza część ćwiczenia:
Wybierz z poniższego tekstu zdania i przyporządkuj je do poszczególnych kategorii, przypisując im w ten sposób określone funkcje
Ćwiczenie. Jak budować akapit?
Ćwiczenie. Jak budować akapit?
Zanim przystąpisz do ćwiczenia upewnij się, że zapoznałeś się z artykułem: Jak zbudować dobry akapit?Celem artykułu jest rozwijanie umiejętności z zakresu: poprawna budowa akapitu.Dwór szlachecki. Motyw dworu w literaturze i sztuce
Motyw dworu szlacheckiego łączy przestrzeń domu z tradycją, obyczajem, pamięcią i obrazem polskiej szlachty. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Dwór szlachecki w języku polskim
Definicja dworu (szlacheckiego)
- obszerny dom mieszkalny charakterystyczny dla dawnych posiadłości ziemskich, dawna siedziba ziemiańska "Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju, na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju, stał dwór szlachecki z drzewa, lecz podmurowany". (Mickiewicz)
- majątek, posiadłość ziemska, folwark; jego właściciele, mieszkańcy, administracja
- przestrzeń otaczająca dom, podwórze; miejsce pod gołym niebem (tylko w wyrażeniach przyimkowych)
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
dziedziniec, podworzec, podwórze, podwórzec, folwark (przestarz.), hacjenda (specjalist.), majątek, mienie nieruchome, nieruchomość, posiadłość, posesja
Słownictwo powiązane z dworem szlacheckim:
sad, pola uprawne, spichlerz, życie dworskie, dworek ziemiański, szlachta średniozamożna,
Etymologia dworu szlacheckiego
dwór
A. Bruckner, Słownik etymologiczny
Związki frazeologiczne:
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Dwór szlachecki w renesansie
Jan Kochanowski, NA DOM W CZARNOLESIE
Panie, to moja praca, a zdarzenie Twoje;Raczyż błogosławieństwo dać do końca swoje!
Inszy niechaj pałace marmórowe mają
I szczerym złotogłowem ściany obijają,
Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gniaździe ojczystym,
A Ty mię zdrowiem opatrz i sumnieniem czystym,
Pożywieniem ućciwym, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnymi, nieprzykrą starością.Źródło:
Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie.Dwór szlachecki w oświeceniu
Zygmunt Vogel, Widok dworu w Niegoszowicach, 1800
Dwór szlachecki w romantyzmie
Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga I fragm.
Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,
Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;
Świeciły się z daleka pobielane ściany,
Tem bielsze, że odbite od ciemnej zieleni
Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.
Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,
I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi
Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;
Widać, że okolica obfita we zboże,
I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów
Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów
Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,
Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,
Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:
Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.
Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.
Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek
I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,
Wysiadł z powozu; konie porzucone same,
Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.
We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto
Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.
Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;
Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.
Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście
Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.
Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne
Ogląda czule, jako swe znajome dawne.
Też same widzi sprzęty, też same obicia,
Z któremi się zabawiać lubił od powicia;
Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.
I też same portrety na ścianach wisiały.
Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma
Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;
Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,
Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów
Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie
Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,
W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,
A przed nim leży Fedon i żywot Katona.
Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,
Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,
Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.
Nawet stary stojący zegar kurantowy
W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy
I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,
By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek.
[...]
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/pantad/ksiega1.htm
Dwór szlachecki w pozytywizmie
Bolesław Prus, Lalka, Tom II, Wiejskie rozrywki, fragm.
- O, ma pan, jaka to oryginalna kobieta z tej prezesowej! - rzekł Ochocki wskazując na sztachety. -Widzi pan te pałace?... To wszystko czworniaki, mieszkania parobków. A tamten dom - to ochrona dla parobcząt; bawi się ich ze trzydzieści sztuk, wszystkie umyte i obłatane jak książątka... A ta znowu willa to przytułek dla starców, których w tej chwili jest czworo; uprzyjemniają sobie wakacje czyszcząc włosień na materace do gościnnych pokojów. Tułałem się po rozmaitych okolicach kraju i wszędzie widziałem, że parobcy mieszkają jak świnie, a ich dzieci harcują po błocie jak prosięta... Ale kiedym tu pierwszy raz zajechał, przetarłem oczy. Zdawało mi się, że jestem na wyspie Utopii albo na kartce nudnego a cnotliwego romansu, w którym autor opisuje, jakimi szlachcice być powinni, lecz jakimi nigdy nie będą. Imponuje mi ta staruszka... A gdybyś pan jeszcze wiedział, jaką ona ma bibliotekę, co czyta... Zgłupiałem, kiedy raz zażądała, abym jej objaśnił pewne punkta transformizmu, którym dlatego tylko brzydzi się, że uznał walkę o byt za fundamentalne prawo natury.
[...]
Wokulski teraz dopiero zrozumiał cel wyprawy na folwark, gdy w dziedzińcu wybiegło naprzeciw prezesowej całe stado kur, którym ona rzucała ziarno z kosza. Za kurami ukazała się ich dozorczyni, stara Mateuszowa, donosząc pani, że wszystko jest dobrze, tylko że z rana krążył nad dziedzińcem jastrząb, a po południu jedna z kur trochę udławiła się kamieniem, ale już ją minęło.
Po przeglądzie drobiu prezesować obejrzała obory i stajnie, gdzie parobcy, po większej części ludzie dojrzałego wieku, składali jej raporta. Tu o mało nie zdarzył się wypadek. Ze stajni bowiem nagle wybiegło spore źrebię i rzuciło się na prezesową przednimi nogami jak pies, który staje na dwu łapach. Szczęściem, Ochocki pohamował figlarne zwierzę, a prezesowa dała mu zwykłą porcję cukru...
- On babcię kiedy skaleczy - odezwał się niezadowolony Starski. - Kto widział przyzwyczajać do takich pieszczot źrebięta, z których później wyrastają konie!
- Zawsze mówisz rozsądnie - odpowiedziała mu prezesowa głaszcząc źrebaka, który kładł głowę na jej ramieniu, a później biegł za nią tak, że parobcy musieli go zawracać do stajni. Nawet niektóre krowy poznawały swoją panią i witały ją stłumionym rykiem, podobnym do mruczenia
"Dziwna kobieta" - pomyślał Wokulski patrząc na staruszkę, która umiała budzić miłość dla siebie nie tylko w sercach zwierząt, lecz nawet ludzi.
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/lalka/0025.htm
Dwór szlachecki w modernizmie (Młodej Polsce)
Staff Leopold, Dworek
Niech mi się przyśni dworek skryty w białych sadach,
Z drewnianym gankiem w młodych, gęstych winogradach;
W nim staroświecka izba tak spełzła i zbladła,
Że siebie nie poznaje już w głębiach zwierciadła;
Sprzęty w czystych pokrowców obleczone biele,
Bezczynne i poważne jak ludzie w niedzielę;
U progu pies patrzący z rozumnym spokojem,
Choć łagodny jak dziecko nazwany Rozbojem...
Gdy wyjdę wczesnym rankiem, niech mnie w ganku czeka
Na białym stole dobry, miły list z daleka
I dal wśród drzew, owianych słonecznym opyłem,
Niech mi się wyda krajem, gdzie nigdy nie byłem,
By mi było w tym miejscu, nie znanym nikomu,
Przedziwnie jak w obczyźnie i słodko jak w domu.
Dwór szlachecki w dwudziestoleciu międzywojennym
Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Nawłoć
- No, bracie, ciesz się! Niech cię wszyscy diabli! Ciesz się, mówię! To Nawłoć!
Cezary doświadczył właśnie pewnego niepokoju. Czegoś się wstydził i niezgodnie ze swą naturą, czegoś trwożył i lękał. Konie wbiegły na szeroki dziedziniec i stanęły przed gankiem. Na tym ganku, rzęsiście oświetlonym, słychać było zmięszany gwar licznych głosów męskich i kobiecych, które wywoływały imię.
- Hipolit! Hipek! Hipcio! Hipeczek! Hip!
Wielosławski ściągnięty został ze swego siedzenia przez liczne ręce i znalazł się w ich objęciach. Cezary, pozostawiony samemu sobie, złaził z wolna z siedzenia. Ale o nim nie zapomniano. Wnet wstępował po szerokich i wspaniałych, aczkolwiek dziwnie ruchomych stopniach schodów na obszerny ganek, winem dzikim obrośnięty. W świetle lamp i świec migały mu przed oczyma rozmaite postacie: dama starsza wysoka, o ruchach zamaszystych i pełnych władczego majestatu; panna blondynka ze ślicznymi niebieskimi oczami; młody ksiądz; stary pan z czarnymi, obwisłymi wąsami...
[...]
Gdy zajęto miejsca przy stole, a przybył jeszcze rządca, pan Turzycki, oraz dwie ciocie podstarzałe, jedna wdowa - Aniela, a druga stara panna - Wiktoria - gwar się stał nie byle jaki. Stary służący Maciejunio ledwie mógł nadążyć z odkorkowywaniem. Nawet mu źle szło z tymi korkami. Musiał mu sam panicz, „Jaśnie-Hipcio”, pomagać, co doprowadziło za dużą szafą kredensową do tajemniczego zrujnowania hierarchii - po prostu do uścisków serdecznych Jaśnie-Hipcia z prastarym Maciejuniem.
Cezary pił, co mu nalewano, i jadł, co nakładano na talerz. Wszyscy na niego patrzyli z radością, niemal z miłością. Tu stary Maciejunio - tak gruby i napęczniały w swym fraczku obcisłym, że robił wrażenie beznadziejnie chorego na wodną puchlinę, gdyby nie doskonała cera czerstwego oblicza - nachylał się z takim uśmiechem, jakby i tego obcego „jaśnie panicza” chciał ucałować jak swego - mrugał oczami i robił miny, żeby wybrać tę starą, omszałą flachę, oplecioną w tatarak, którą trzymał w swej prawej ręce. Tam dwie ciocie, Aniela i Wiktoria, jedna przez drugą, nachylały się ku niemu i kazały opowiadać sobie o matce - „wszystko-wszystko!” - a gdy się na dobre rozgadał i mówił wszystko, to jednej, to drugiej łzy najszczersze z oczu kap-kap-kap! Pan Gajowiec - dobrze! Ale skądże - u licha? - te dwie damule? A przecież były to łzy prawdziwe, jakby krewnych, jakby sióstr dalekich a nieznanych, które się nad dolą jego drogiej matki użalały. Tam wujcio Michaś coś mu chce powiedzieć, coś sekretnego, nowego, a ważniejszego ponad wszystko. Zaczyna i nie może skończyć, bo mu wszyscy przeszkadzają. Spiknęli się, żeby przeszkadzać. Więc się irytuje, targa wąsy i przewraca dziko oczyma.
Na dobitkę jeszcze Wojciunio! Już od dziesięciu minut lokaj Maciejunio z cicha prosi panią dziedziczkę, no i jaśnie panicza, że oto Wojciunio nie może wytrzymać i strasznie błaga, żeby mógł spojrzeć na panicza. No, więc wołać go w drodze łaski! Drzwi się uchylają i staje w nich Wojciunio, kucharz równie stary, jak lokaj Maciejunio. Kucharz jest jąkałą, znanym na cały powiat. Nic nie może powiedzieć, tylko zdejmuje swą białą czapkę i śmieje się starym, radosnym śmiechem, przypominającym końskie rżenie. Macha do paniczka Hipcia białymi rękami, coś mu pokazuje na migi. Hipolit mu na migi odpowiada i oba chichocą ze szczęścia. Kucharz zamyka drzwi z należnym uszanowaniem, dziękując za łaskę. Ale i zza drzwi słychać jeszcze jego śmiech i bełkot radosny.
Jeszcze obiad do swej połowy nie dobiegł, a już Cezary - „Czaruś” pił bruderszaft na śmierć i życie z księdzem Nastkiem, z wujciem Michasiem, a nawet trącał się kieliszkiem z obydwiema podstarzałymi ciotkami i młodocianą panną Karusią. Gorszyło to cokolwiek starszą panią, matkę rodu, ale tego wieczora wszelki porządek z zawias się wyrwał i wszelka dystynkcja została zniweczona Za czarnymi oknami rozległy się jakby strzały. To starzy parobcy witali młodego pana, co z wojska wrócił, strzelając mu dawnym obyczajem z batów na wiwat. Jaśnie-Hipcio niezbyt pewnymi rękoma uzgarniał w dolnych pieczarach kredensu naręcze butelek, tak bez wyboru i tak szczodrze, aż mu niektóre zgorszony Maciejunio musiał delikatnie wydzierać - bo jakże! - sam szczerozłoty tokaj jeszcze nieboszczyka jaśnie pana - fornalom! Hipolit wytrząsnął z pugilaresu wszystkie walory, jakie tam miał, i sapiąc obładowany wyszedł na ganek. Noc była jesienna, ciemna. Ponieważ za Hipolitem wybiegli inni, wyszedł i Cezary. Patrzał w tę ciemną noc i w postaci słabo bielejące. Słyszał słowa powitania.
- E, Szymon, jak się masz! Tyś to, Zerwa? Pawełek, chudzino, ta noga boli cię jeszcze? Józiu! Franek! Walek! Bywaj, chłopcy, tu do mnie!
Cezary przysiadł na poręczy ganku. Był odurzony. Był pijany, ale nie winem. Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodziców miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobrze z tymi obcymi ludźmi, jakby ich znał i kochał od niepamiętnych lat. Wszystko w tym domu było dobre dla uczuć, przychylne i przytulne jak niegdyś objęcia rodziców. Wszystko tu było na swoim miejscu, dobrze postawione i rozumnie strzeżone, wszystko pociągało i wabiło, niczym rozgrzany piec w zimie, a cień wielkiego i rozłożystego drzewa w skwar letni. Żadne tu myśli przeciwne, nieprzyjazne przeciwko temu dworowi nie powinny by się były rodzić. A jednak, gdy powrócił do pokoju stołowego, żal mu ścisnął serce. Świeże powietrze odurzyło go, a nowe kielichy starego wina uderzyły do głowy. Zapłakał, gorzko zapłakał. Chwycił po pijanemu Hipolita za szyję i namiętnie szeptał mu do ucha:
- Strzeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jedną srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnych łyżek, ci sami, wierz mi, ci sami, Maciejunio i Wojciunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio - Józio! - wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą. Wierz mi! Ja wiem! Grube i dzikie sołdaty ustawią cię pod murem... Nie drgnie im ręka, gdy cię wezmą na cel! Za jedną tę oto srebrną cukiernicę! Wierz mi, Hipolit! Błagam cię...
- Co on chce? - pytał ksiądz Anastazy. - Srebrnej cukiernicy chce? Bierz, bracie, Czaruś - bierz ją! Chowaj do kieszeni! Oby ci tylko wlazła!
[...]
Park był bardzo rozległy, schodził ze wzgórka, na którym stała „Arianka”, w dół,. do dworu otoczone o sadzawkami i basenami wodnymi. Dwór był drewniany, lecz na kamiennych podmurowaniach, które musiały dawniej podpierać inną jakąś bardziej wyniosłą budowlę. W parku były długie aleje grabowe, wynoszące się w pola i dalekie zarośla. W jednej takiej alei stały wokół zmurszałe, drewniane ławki, zasypane zwiędłymi liśćmi i zalane wodą deszczową. Wszystkie aleje i uliczki były zawleczone wilgotną mgłą, która dla Cezarego miała jakowyś szczególny urok. Z rozkoszą wałęsał się w długich, grabowych nawach, nie spotykając żywego ducha. Zawijał się w swój płaszcz przewiewny i doświadczając ciepła w listopadowym powietrzu, cieszył się, upajał, nasycał swym zdrowiem fizycznym i duchowym błogostanem. Śpiewał półgłosem samemu sobie radosną piosenkę, skandalicznie głupią co do treści i niewybredną co do formy.
Jedna z ulic wielkodrzewnych wyprowadziła go z parku na folwark, między stodoły, sterty zboża, obory, stajnie, kupy nawozu i fioletowe gnojówki. Tam od dawna kręcili się ludzie, z których każdy osobnik witał spacerującego „pana” ukłonem. Te to ukłony zepsuły poranek ideowemu komuniście, wpędziły go w pewien rodzaj popłochu. Toteż co prędzej odszedł z tamtych zaludnionych okolic. Trafił do ogrodu warzywnego, a później do ptasiego ogrojca. W drucianym odosobnieniu przechadzały się tam skromne kury i poważnie defilowały koguty, raz po raz ogłaszając absolutną niepogodę wrzaskliwym komunikatem, biadając pokrakiwały indyczki i rozpuszczały tęgie pióra z dzikim bełkotem indory, na pół obłąkane z manii wielkości. Wspaniały paw siedział na płocie nieruchomy, jakby wyrzeźbiony z brązu wielobarwnego, pewien uroku swych piór i kolorów swej szyi. Wrzaskliwe perliczki niestrudzenie i kłótliwie wykrzykiwały jakieś, doprawdy, nieprzyzwoite przezwisko. Nieporządne kaczki chłeptały strawę, nurzając dzioby, nogi i brzuchy w korytku - gęsi wydawały co pewien czas iście dulskie i klępie głosy podziwu nad wszystkim i niezrozumienia nic a nic na tym świecie. W tym społeczeństwie było tyle ciekawego życia, że Baryka formalnie zagapił się na ten sowiet ptasi.
Chłodek
Następnego dnia rankiem, zanim we dworze nawłockim powstawano, Cezary przeniósł się na Chłodek. Nie żegnał się z nikim, gdyż i tak, po śmierci Karoliny, nie był zbyt dobrze widziany przez mieszkańców tego dworu. Hipolit odprowadził go osobiście i „wręczył” ekonomowi Gruboszewskiemu. Dokonawszy zaś tego „wręczenia” w sposób urzędowy i niejako prawniczy, zaraz odjechał swymi małymi saneczkami. Cezary przyjrzał się spod oka panu Gruboszewskiemu, a tamten pokaszlując i gładząc obwisłe wąsiska przyglądał się swemu gościowi. Wreszcie zaprosił do wnętrza dworku niezbyt gościnnym gestem:
- Proszę pana do środka...
Środek był tuż, jak gdyby na wierzchu. Dzieliły go od świata, deszczu, wiatru i zbyt wielkiego mrozu ściany modrzewiowe, bielone, a powyginane ze starości tak dalece, że każda z tych ścian miała linię nie pionową, lecz falistą. Z małego ganeczku wchodziło się do sieni wyłożonej płaskimi kamieniami, a z sieni niskie, odwieczne drzwi okute prowadziły do izby szerokiej, o kilku oknach. Podłoga w tej stancji również była jakaś falista, leżąc wprost na ziemi. Spomiędzy szpar między starymi balami podłogi wydostawała się glina czasu jesiennych szarug i zimowych odwilży, a wielkie letnie ulewy przepływały w poprzek tychże balów, gdyż niestety, spróchniałe i zbutwiałe przyciesie nie mogły ich już po staremu odeprzeć i powstrzymać. W dużym „pokoju” stały dawne meble z mocno obdartym pokryciem. Na ścianach wisiały lanszafty tak zakurzone i sczerniałe, że po prawdzie, nie wiadomo było, po co one wiszą już na swych zardzewiałych gwoździach lat tyle, skoro żadnego lanszaftu i nic nikomu nie pokazują. Duży, czarny stół na próchniejących nogach stanowił jak gdyby centralny punkt tego domu. Stała tam już kawa w imbryku, śmietanka w dzbanku pobielanym, leżał chleb, symetrycznie otoczony przez maselniczkę, cukierniczkę, stanowiącą piękny zabytek czasów dawno minionych, przez stare noże, zgładzone od ostrzenia i krajania, oraz przez widelce z powyłamywanymi zębami. Stary, równie antyczny jak wszystko w jego domu, pan Gruboszewski wziął z rąk Cezarego walizkę i zaniósł ją do następnego pokoiku, małego, o jednym oknie. Tam ustawił ostrożnie walizkę przy łożu z jesionowego drzewa, zasłanym doskonałymi poduszkami i niebieską, jedwabną kołdrą.
- Mamy tylko dwa pokoje, proszę jaśnie pana - sumitował się pan Gruboszewski - więc tutaj jaśnie pan raczy rozgościć się według swego życzenia. Ja ze współmałżonką będę w tamtym pierwszym pokoju.
- Proszę pana! Nie jestem wcale „jaśnie pan”, lecz najzwyklejszy Baryka. Przykro mi, że narobiłem państwu takiego zamętu.
- Th... Gdzież tam! - mówił nieszczerze Gruboszewski. - Gość w dom, Bóg w dom - dodał już najzupełniej kłamliwie, a nawet oszukańczo.
- Państwo już dawno tutaj mieszkają, na Chłodku? - pytał Cezary, żeby tylko coś powiedzieć.
- Trzydzieści pięć lat, proszę łaski pana. Idzie na trzydziesty szósty, odkąd my na ten Chłodek nastali. Człowiek się na dobre zestarzał w tym samym miejscu. Mchem człowiek obrósł jako kamień w tutejszym polu.
- Tak. To kawał czasu.
- Nic się w tym domu nie zmieniło przez te długie lata. Te same ściany, te same belki, ten sam dach, te same graty. Domisko to stare jak świat. Na belce w tamtej stancji stoi napis: Anno Domini 1782. Jest tu na ganku cztery słupy. Jeden jest niepewny. Tknąć go palcem, wylatuje. Już tak wylatuje dwadzieścia cztery lata. Wszyscy wiedzą w domu i w okolicy: od tego słupa z daleka, bo może przytłuc!
- Czemuż go pan nie przytwierdzi mocnym bretnalem?2
- Nie mój dom. Nie ma co do tego dyspozycji. Nie mam poręcznej drabiny. A słup i tak latami stoi. A ile to ja, proszę łaski pana, zboża przez te lata wydał do śpichlerzów państwa nawłockiego! Któż by to zliczył! Ile się to mąki przemełło w tutejszym młynie!
Tymczasem proszono do śniadania. Przy tym śniadaniu, które było takie samo jak w nawłockim dworze i takimi samymi obstawione ceregielami, rolę Maciejunia pełniła pani Gruboszewska, jejmość w obcisłym czarnym stroiku oraz w czarnym nakryciu głowy siwej i, powiedzmy, łysawej - jejmość chuda i koścista, której widok nieco Cezarego przestraszył. Zapraszanie i nastawanie do objadania się było intensywniejsze niż w Nawłoci.
Tymczasem Cezary szukał niższego życia, samego życia. Zwierzył się z tym panu Gruboszewskiemu. Ten nie bardzo zrozumiał. Człowiek żyjący samą istotą życia, człowiek praktyczny, człowiek nagiego faktu w życiu i nagiego interesu nie mógł zrozumieć, iż ktoś może poszukiwać istoty życia. Ale ów poszukiwacz był to przyjaciel pana Hipolita, dziedzica, więc wolno mu było poszukiwać, czego chce. Pan Gruboszewski, człowiek żyjący istotą życia, widział w tym poszukiwaczu istoty życia po prostu kontrolera nasłanego przez dwór dla zbadania zastarzałych ekonomskich nadużyć - tajnego spostrzegacza, donosiciela, a nawet kandydata na posadę ekonoma na Chłodku, domniemanego swojego następcę. Toteż patrzał na przybysza i czekał. Na wszelki wypadek, starym obyczajem gościł, karmił i poił gościa, kimkolwiek on tam jest w owej istocie rzeczy. Zawsze łatwiej jest z człowiekiem, gdy sobie podje, a zwłaszcza rzeczy smacznych, których w byle mieście nie widział.
Zaraz po śniadaniu Cezary zwrócił się do swego gospodarza z propozycją pomocy we wszelkiej pisaninie, w prowadzeniu ksiąg, rubryk, wykazów, rachunków, papierów. To już najgorzej nastroiło ekonoma Gruboszewskiego.
„Widzisz go! Chwat! Do papierów, do ksiąg, do rachunków! Zjesz ty diabła czubatego, zanim ja ci dam << papiery >> !”
- Jakież to tu u nas papiery! - westchnął głośno. - Mało tu piszemy. Wszystko w oczach i na palcach. Wszystko jawnie i po bożemu. Pisze się, oczywiście, rachunki, wykazy, a owszem! Porządek - to u nas pierwsza rzecz na Chłodku! Już, chwalić Boga, trzydzieści pięć lat, a idzie na trzydziesty szósty. Owszem, zaraz pokażę księgi...
- Nie tak znowu zaraz. Przy okazji. Rad bym dziś zobaczyć gospodarstwo, młyn, wieś. Porozmawiać z ludźmi, posłuchać, co też mówią, jak mówią...
Tu już Gruboszewski nie miał ani cienia wątpliwości, że stoi przed nim człowiek, który chce go wygryźć z posady, wysadzić z ekonomii na Chłodku i „puścić w świat z torbami”. Rozpacz zakotłowała się pod czaszką człeczyny.
- A co to za przygodę szanowny pan mieć musiał, że aż taką kresę przez oblicze wyniósł? Czy to jeszcze z wojny?
- Nie. Upadłem w nocy na schodach i skaleczyłem się tak mocno...
Pani Gruboszewska poczęła wnet doradzać użycie rozmaitych medykamentów, zalecała zwłaszcza maść ze świeżego wosku, oliwy, terpentyny i czegoś tam jeszcze. Pobiegła nawet żwawym truchcikiem do spiżarni za wielką kuchnią, żeby tę maść przygotować według starego przepisu, który się nazywa po łacinie unguentum, a który jeszcze ojciec - świeć Panie nad jego duszą! - szeroko chłopom aplikował.
Nim powróciła z maścią, Cezary wymógł na Gruboszewskim spacer do młyna i dookoła zabudowań folwarku. Młyn był stary, typu panującego nad rzekami i stawami polskimi jeżeli nie za Piastów, nie za Jagiellonów, to na pewno za obieralnego Stefana Batorego. Było w tym starym klekocie nawet coś pięknego, gdy się tak, w dobie aeroplanów i telegrafów bez drutu, obywał bez żelaza, posiłkując się według prastarego obyczaju kamieniem jeno i drzewem. Jego pierwotne drewniane maszyny - koła podsięwodne i paleczne, walce, skrzynie, żarna, rzeszota, sita i pytle - były wymyślnymi wynalazkami cieślów, kamieniarzy i sitarzy - były „sposobami” zarzuconymi dawno-pradawno przez geniusz rolniczej wioski na siły dzikiej rzeki okolicznej i twardość życiodajnego ziarna.
Baryka musiał zajmować się tymi zjawiskami zewnętrznymi i myśleć o nich niejako przemocą, ażeby w sobie pokonać męczarnię wspomnień i poduszczenia tęsknoty. Chodził, biegał, rozmawiał, dopytywał się, oglądał, rozważał, śmiał się, dowcipkował, a nad jego głową huczała groza burzy rozpętanej. Wesoło i kordialnie zaznajomił się z młynarzem Sylwestrem - gadał z wieśniakami oczekującymi na mąkę razową i otręby, a serce rozpętane waliło w jego piersiach jak więzień skazany na śmierć. Jakieś wzmianki w rozmowie: „ot, tamten gospodarz jest spod Leńca, a ten to z Ognichy, na drodze do Odolan” - rzucały nim jak czerepem bezsilnym w jamę rozpaczy głuchej i bezdennej. Tym usilniej, tym zawzięciej rozmawiał, interesował się, dociekał, badał, wchodził w istotę rzeczy.
Sylwester, młynarz stary na owym Chłodku, siedział już w tymże młynie kilkadziesiąt lat, bo nastał tu jeszcze przed Gruboszewskim. Gdzie - Gruboszewski! Był jeszcze za tamtego ekonoma, za Przesławskiego. - Ludzie go tu - powiadał - znają jak kraj szeroki, z tej i z tamtej strony Jasnej Góry. - Płucaż miał, płuca! Wrzeszczał, rzeczywiście, na cały tamtejszy kraj - każde jego słowo przekrzykiwało wszystkie „korce”, tryby, walce, palce i pytle, gadające rzecz swoją. Sylwester postękując przypatrywał się spod oka młodemu obieżyświatowi, o którego sekretnej misji szepnął mu już okumon Gruboszewski. Gadał z tym większym wrzaskiem, a podstępnie, obłudnie, chytrze. Chłopów było pełno we młynie. Gospodarzy zasobniejszych i małorolnych chudziaków, którzy chciwymi oczami wpatrywali się w wymyślne i cudaczne Sylwestra maszyny, czy im aby mąki i otrąb nie podbiorą nad miarę.
Dziwiła Cezarego rozmowa z wieśniakami. Słuchali, gdy im to i owo opowiadał o wojnie. Synów na tej wojnie mieli, braci, krewniaków. Lecz gdy nawrócił do rzeczy pokoju, przeważnie go nie rozumieli i on ich nie rozumiał. Nawet nie to, żeby go nie rozumieli: nie obchodziło ich, nudziło ich to, co mówił. Lubili gadać i słuchać tylko o tutejszym, o realnym, o widocznym, dotykalnym, o tak dotykalnym i tutejszym, że on znowu tego nie rozumiał. Wszystko musiało być na przykładzie z tej okolicy, wszystko musiało tutaj się przydarzyć i o tutejsze stosunki zaczepiać. Inaczej było obce, dalekie, nienaskie, zaświatowe, a więc nie interesujące. Wszystko, cokolwiek mówili i czym się interesowali, zahaczało się o jadło i napitek, obracało się dokoła opału i odzienia, przeżycia zimy i przednówka, a doczekania drugiego lata. A na drugie lato i drugą jesień będzie znowu to samo: wyrobić, wydębić z okrutnej, twardej ziemi tyle, żeby przejeść całą zimę bez głodowania, przetrzymać przednówek - i znowu dalej - do „nowego”.
W pewnej chwili tych gawęd o jadle i przyodziewku od zimna, Cezarego pchnął nóż wściekłości: „Cóż za zwierzęce pędzicie życie, chłopy silne i zdrowe! Jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu! Zbuntujcież się, chłopy potężne, przeciwko swojemu sobaczemu losowi!” - myślał Cezary siedząc na worku miękkich otrąb. Ta myśl, ten grzmot wewnętrzny był pewną siłą duchową, przeciwstawiającą się burzy szalejącej nad miękkimi postawy duszy.
Siedział we młynie aż do obiadu, wciąż zaciekle z chłopowinami pogadując. Później, przed samym już obiadem, obszedł stajnie, obory, stodoły i śpichlerz folwarczny, włażąc jak istny detektyw w najdrobniejsze szczegóły.
Dwa tygodnie spędził na Chłodku jako gość państwa Gruboszewskich, stale podejrzewany przez nich o czyhanie na posadę ekonoma. Jadł, pił, spał i pracował od świtu do nocy. Co robił? Jakąś robotę wykonywał forsownie. Wstawał rano, do dnia, to znaczy o ciemnej nocy grudniowej, pospołu z jegomością Gruboszewskim. Szedł spać z kurami, to znaczy około piątej po południu. Co dzień był gdzie indziej: we młynie - na gumnie, przy młocce cepami, wianiu, mierzeniu i odstawianiu do śpichrza gotowego ziarna - w lesie, podczas rąbania sążni drzewa na opał - przy połowie ryb na Wiliją - w oborach, przy udoju wieczornym i rannym. Nadto łaził po wsi wstępując do chałup nowo poznanych gospodarzy. Badał tu zwłaszcza życie bezrolnych komorników, których było niemało we wsiach sąsiednich, otaczających wieńcem na przygórkach rozrzuconym Chłodek leżący w dolinie.
Komornicy - byli to chłopi i ich rodziny nie posiadający wcale roli, a zamieszkujący „kątem” u gospodarzy przeważnie małorolnych, którzy jednak posiadali własne skrawki roli, własne chaty, stodoły i obórki. Komornicy chodzili na zarobek do dworów, służyli za fornali i ratajów, a także zarabiali u bogatych chłopów jako najemnicy i parobcy w gospodarstwach włościańskich dostatnich, lepiej prowadzonych i zasobnych w inwentarz. Życie komorników było nędzne nad wyraz. Latem wychodzili na zarobek w bogatsze okolice. Niegdyś, przed „wielkimi wojnami”, wędrowali masowo za granicę Słowiańszczyzny do rdzennych Niemiec jako „obieżysasy”. W czasie wojen rozmnożyli się, narośli i wypełnili wioski i wioszczyny. Wojny nie wygubiły ich, lecz właśnie rozpleniły - nic im nie przydając. Wielu z nich skrwawiło się, pokryło ranami i zdobyło kalectwo w walce o wolność narodu polskiego, a ojczyzna, w nowe państwo przekształcona, nie zdołała jeszcze nic dla nich uczynić, zajęta ogólnymi biedami i ciągłym zmaganiem się z zewnętrznym wrogiem. Czekali cierpliwie - żyjąc w swych kątach, na cudzym przykominiu, śpiąc na ławkach i po zapieckach, nie mając własnego domu i nie mając nic zgoła, co by swoim nazwać mogli. Był tego po wsiach, wśród posiadaczów i półposiadaczów, tłum, mnogość, powszechność. Słaniali się po drogach jako dziady, tłukli się po dziedzińcach zabudowań, plącząc się i nie wiedząc, o co ręce zaczepić. Jakże straszną była ich zima! Jakże potworne wśród nich grasowały choroby! Jakież katusze znosiły kobiety tego klanu pariasów, gdy w ich potomstwo uderzały krosty albo to straszniejsze, co ściśnie w gardle i zadusi nieletnie dzieciątko, niczym bezlitosna kuna, ćkórz, wytracający całe kurniki ptasich piskląt.
Przez szpary we wrótniach stodółek przypatrywał się starcom i staruchom wywleczonym z ogrzanych chałup przez dzieci i wnuki zdrowe na umarcie w mróz, zawieję, złożonym na snopku kłoci, aby prędzej dosz1i i nie zadręczali żywych, spracowanych i głodnych, swym kaszlem, charkaniem krwią albo nieskończonymi jękami. Podziwiał tę pierwotną, barbarzyńską bezlitość, która jest nieuniknioną ekonomią życia, życia takiego, jakie jest na wsi.
Dziecko. Motyw dziecka i relacji z rodzicami
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę , której temat wykorzystuje motyw dziecka lub podobne w literaturze, malarstwie, filmie...
Uważaj jednak na definicje w temacie!!!! Niekiedy temat może być węższy niż zakres proponowanej niżej bibliografii.
Fantastyka – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty
Motyw fantastyki wprowadza elementy nadprzyrodzone, niezwykłe i nierealistyczne, które poszerzają znaczenia świata przedstawionego. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Fantastyka w języku polskim
Definicja fantastyki
niesamowite, często nadprzyrodzone zjawiska, będące wytworem fantazji w mitach, folklorze, w utworach fabularnych, plastycznych
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
fantasy, science fiction, fantastyka naukowa, sf, metafizyka
Słownictwo powiązane z MOTYWEM:
oniryzm, postacie fantastyczne, Bóg, bogowie, szatan, diabeł, Lucyfer, Mefistofeles, Boruta, motywy lucyferyczne, czarna magia, dusza, duch, widmo, zjawa, upiór, wampir, anioł, cherubin, archanioł, wiedźma, czarownica, czarownik, wiedźmin, czarnoksiężnik, biała magia,
faun, centaur, hydra, gryf, sfinks, pegaz, Minotaur,
Związki frazeologiczne:
między Bogiem a prawdą, Bóg zapłać, Bóg z tobą, chwała Bogu, daj Boże, ktoś jest Bogu ducha winien, chwycić/złapać Pana Boga za nogi, czuć się/wyglądać jak młody bóg, pożal się Boże, stanąć przed Bogiem, pójść do Boga, oddać Bogu ducha, oddać duszę Bogu, za Bóg zapłać, Bóg jeden wie, Bóg raczy wiedzieć, Bóg kogoś wziął/wezwał/powołał/przyjął do swojej chwały, jak Bóg da, daj Boże, dałby Bóg, goły/nagi jak go Pan Bóg stworzył, komuś się żyje, jest jak u Pana Boga za piecem, nie mieć Boga w sercu, Pan Bóg na kogoś miarę zgubił, strzelać Panu Bogu w okno, taki/tak jak (jakim) go Pan Bóg stworzył, Za Boga (nie); za chińskiego boga;
aż dusza rośnie, bratnia/pokrewna dusza, coś komuś w duszy gra, do duszy, dusza człowiek, dusza poszła/uciekła komuś w pięty, dusza w kimś zamiera, komuś zrobiło się lżej/raźniej na duszy, chować coś na dnie duszy, mieć coś w duszy, mieć duszę na ramieniu, mieć rogatą duszę, być gdzieś duchem, rząd dusz, ile/czego dusza zapragnie, wyzionąć ducha, z duszą na ramieniu, być/pozostać bez grosza/centa/szeląga przy duszy, coś ciąży/leży komuś kamieniem na duszy, coś uciska kamieniem duszę, coś wryło się komuś (głęboko) w duszę, czyhać jak diabeł na dobrą duszę, czyjaś dusza drze się, rwie się w strzępy, na strzępy, czytać w czyjejś duszy, dusza wyrywa się (komuś) do czegoś/do kogoś/ku czemuś/ku komuś, dusza z kogoś ucieka, hulaj dusza!, ktoś zdrowy na duszy i ciele, lać komuś miód do duszy, martwe dusze, nie ma żywej duszy, ani żywej duszy, nosić coś w duszy, sękata dusza, stać nad kimś jak kat nad dobrą duszą, śmiać się/roześmiać się z całej duszy, w duszy, w głębi duszy, wejść/wleźć/władować się/ładować się komuś z butami do duszy, widzieć/ujrzeć/zobaczyć kogoś, coś oczami/oczyma duszy, włożyć w coś całą duszę, zaprzedać/sprzedać/oddać duszę diabłu;
diabeł ogonem nakrył, diabeł tkwi w szczegółach, diabeł w kimś siedzi, ktoś ma w sobie diabła, ktoś ma/nosi diabła za skórą, diabeł komuś z oczu patrzy, diabli kogoś/coś nadali/niosą/przynieśli, diabli wzięli kogoś/coś, jeden diabeł, ki diabeł?, posłać/wysłać kogoś w diabły/do diabła/do wszystkich diabłów/do stu diabłów, rzucić kogoś/coś do diabła/w diabły, gdzie diabeł mówi dobranoc, zaprzedać/sprzedać/oddać duszę diabłu, zaprzedać się diabłu, adwokat diabła, bać się kogoś/czegoś jak diabeł święconej wody, coś (jest) diabła warte, diabeł kogoś podkusił, diabli kogoś podkusili, diabeł nie śpi, diabeł opętał kogoś, diabeł wcielony, diabeł w kogoś wstąpił/wszedł, diabli (go, ich, ją) wiedzą, diabeł wie, diabli kogoś wzięli/biorą, do diabła, gdzie cię diabli niosą, ktoś (jest) diabła wart, ktoś zje diabła, nim coś zrobi/nim coś się stanie, masz diable kaftan, pal diabli, zawrzeć pakt z diabłem.
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Przysłowia
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.
Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek.
Hulaj duszo, piekło gore!
W zdrowym ciele zdrowy duch.
Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy.
Modli się pod figurą, a diabła ma za skórą.
Nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Za babą i diabeł nie trafi.
Złego diabli nie biorą.
Aforyzmy
Łatwiej okazać się wdzięcznym wobec bogów niż wobec ludzi. Sofokles
Jeśli nie byłoby Boga, trzeba by go wymyślić. Wolter
Niekoniecznie trzeba być Bogiem, by mieć wyznawców. Witold Gombrowicz
...to co robimy, robimy dla Boga, a wobec takiego celu bardzo małymi stają się przeszkody, choćby najdotkliwsze. Edmund Bojanowski
Najtrwalsze i najpiękniejsze więzi duchowe nawiązywane bywają od pierwszego wejrzenia. Edgar Allan Poe
Psychika jest jedynie emanacją cielesności; ciało kształtuje duszę wedle siebie. Tomasz Mann
Duchowa impotencja to niemożność wzięcia w posiadanie życia. Stefan Zweig
Fantastyka w antyku
; .
Fantastyka w antyku
Wybierz co najmniej jeden mit, który zawiera fantastykę.
Fantastyka w Biblii
Upadek pierwszych ludzi
http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=3
wersja z nagraniem: http://biblijni.pl/Rdz,3,1-24
Fantastyka w średniowieczu
Fantastyka - Hans Memling, Sąd ostateczny
Hans Memling, Sąd ostateczny,1467–1471
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Hans_Memling_018.jpg
Porównaj wyniki swojej pracy z:
Fantastyka w renesansie
Scena pierwsza
- Pusta okolica
- Grzmoty i błyskawice. Wchodzą trzy czarownice.
PIERWSZA CZAROWNICA
- Rychłoż się zejdziem znów przy blasku
- Błyskawic i piorunów trzasku?
DRUGA CZAROWNICA
- Gdy bitwa owdzie wrząca
- Dociągnie się do końca.
TRZECIA CZAROWNICA
- Więc przed zachodem słońca.
PIERWSZA CZAROWNICA
- Gdzież schadzka?
DRUGA CZAROWNICA
- Jak ten chrust
- Na wrzosach.
TRZECIA CZAROWNICA
- Tam Makbet z naszych ust
- Dowie się o swych losach.
PIERWSZA CZAROWNICA
- Słyszę głos arcywiedźmy.
WSZYSTKIE TRZY
- Ropucha skrzeczy. Jedźmy!
- Szpetność upięknia, piękność szpeci;
- Nuże przez mgły i par zamieci!
- Znikają.
[...]
Scena trzecia
- Dzika okolica.
- Grzmi.
[...]
MAKBET
- Tak ponurego dnia i tak pięknego,
- Jak żyję, nigdy jeszcze nie widziałem.
BANKO
- Dalekoż jeszcze Forres? Ale któż są
- Te tam postacie wywiędłe i szpetne?
- Nie zdają się mieć nic wspólnego z ziemią,
- Są jednak: na niej. Żyweż wy jesteście?
- Zdolne na ludzką mowę odpowiedzieć?
- Zdawałoby się, że mnie rozumiecie,
- Bo wszystkie razem chude swoje palce
- Do ust zapadłych przykładacie. Pozór
- Niewieści macie, ale wasze brody
- Nie pozwalają mi w tę płeć uwierzyć.
MAKBET
- Jeśli możecie, mówcie — kto jesteście?
PIERWSZA CZAROWNICA
- Cześć ci, Makbecie! Cześć ci, tanie Glamis!
DRUGA CZAROWNICA
- Cześć ci, Makbecie! Cześć ci, tanie Kawdor!
TRZECIA CZAROWNICA
- Cześć ci, Makbecie! Przyszły królu, cześć ci!
BANKO
- Czego się wzdrygasz, zacny przyjacielu?
- Zdajesz się jakby przerażony wróżbą
- Tak mile brzmiącą? W imię prawdy! mówcie:
- Czyście wy tylko łudzącymi mary,
- Czy rzeczywiście tym, czym się rzekomo
- Jawicie oku? Szlachetnego mego
- Współtowarzysza broni pozdrawiacie
- Rzędem tytułów, przechodzących wszelkie
- Jego nadzieje, mnie nic nie mówicie.
- Jeśli, świadome siejby czasu, wiecie,
- Które się ziarno udać ma, a które
- Zmarnieć, żadnego nie wydawszy plonu,
- Przemówcie do mnie, który ani stoję
- O wasze względy, ani się niełaski
- Waszej obawiam.
CZAROWNICE
- Cześć ci, Banko, cześć!
PIERWSZA CZAROWNICA
- Mniej wielkim będziesz niż Makbet, a większym.
DRUGA CZAROWNICA
- Nie tak szczęśliwym, a przecie szczęśliwszym.
TRZECIA CZAROWNICA
- Nie będąc królem, królów płodzić będziesz:
- Cześć wam więc obu, Makbecie i Banko!
PIERWSZA CZAROWNICA
- Makbecie, Banko, cześć wam!
DRUGA CZAROWNICA
- Cześć wam!
TRZECIA CZAROWNICA
- Cześć wam!
MAKBET
- Ciemne Sybille, więcej mi powiedzcie!
- Przez śmierć Sinela jestem tanem Glamis,
- O tym wiem; ale skądże tanem Kawdor?
- Tan Kawdor żyje w szczęściu i dostatku.
- Królem zaś zostać jest to dla mnie rzeczą
- Mniej jeszcze mieścić się mogącą w sferze
- Prawdopodobieństw niż być tanem Kawdor,
- Mówcie, skąd macie tę dziwną wiadomość?
- I w jakim celu nas tu na tych wrzosach
- Zatrzymujecie tak dziwnym proroctwem?
- Odpowiadajcie, rozkazuję wam.
- Czarownice znikają.
[...]
Akt III Scena czwarta
LENNOX
- Nie raczysz wasza królewska mość zasiąść?
- Duch Banka wychodzi spod ziemi i siada na miejscu Makbeta.
MAKBET
- Widzielibyśmy tu w pełni zbiór ozdób
- Naszego państwa, gdyby nam nie zbywał
- Kochany Banko, którego wolimy
- O nieuprzejmość obwinić niż myśleć,
- Że mu się jakie nieszczęście trafiło.
ROSSE
- Jego spóźnianie się lży jego słowu.
- Niechże nas wasza królewska mość raczy
- Swym uczestnictwem uszczęśliwić.
MAKBET
- Wszystkie
- Miejsca zajęte.
LENNOX
- Tu próżne jest jedno.
MAKBET
- Gdzie? Gdzie?
LENNOX
- Tu, panie. Co się stało waszej
- Królewskiej mości?
MAKBET
- Kto z was to uczynił?
LORDOWIE
- Co, miłościwy królu?
MAKBET
- Ty nie możesz
- Powiedzieć, że to ja; nie wstrząsaj ku mnie
- Tak groźnie swymi skrwawionymi włosy.
ROSSE
- Wstańmy, panowie, królowi niedobrze.
[...]
Akt IV, Scena pierwsza
- Ciemna jaskinia. W pośrodku wrzący kociol. Grzmot i błyskawice. Trzy czarownice przy kotle. [...]
ZJAWISKO
- Makbecie! Makbet! Lękaj się Makdufa,
- Lękaj się tana Fajf! - przyjm tę przestrogę.
- Jeśli jej twoja dusza nie zaufa,
- Zginiesz. Dość. Więcej powiedzieć nie mogę.
- Znika.
MAKBET
- Ktokolwiek jesteś, dzięki ci! trafiłeś
- W sam rdzeń obawy mojej. Jeszcze słowo!
[...]
ZJAWISKO
- Makbet! bądź mężny, nieugięty, srogi,
- Gardź siłą ludzką i skrytymi wrogi,
- Z tych bowiem, których rodziła kobieta,
- Nikt potężnego nie zmoże Makbeta.
- Znika.
MAKBET
- Żyj więc, Makdufie, niestrasznyś mi teraz.
- Wolę się jednak podwójnie zapewnić
- I wziąć od losu zakład: musisz umrzeć,
- Bym mógł fałsz zadać trwodze i spokojnie
- Spać przy łoskocie gromów.
- Grzmot.
- Ukazuje się Dziecko w koronie, z gałęzią w ręce.
- Cóż to teraz
- Zjawia się niby królewski potomek,
- Z koronowanym czołem?
WSZYSTKIE TRZY
- Milcz i słuchaj.
ZJAWISKO
- Bądź jak lew śmiały, dumny, przedsiębierczy;
- Nie tknie Makbeta żaden cios morderczy,
- Póki las Birnam ku dunzynańskiemu
- Wzgórzu nie pójdzie walczyć przeciw niemu.
- Znika. [...]
MAKBET
- Tyś żywy obraz Banka. Precz! przepadnij!
- Korona twoja pali mi źrenice.
- A ty, ty druga maro w złotym wieńcu,
- Twój włos jest taki sam jak u pierwszego
- I trzeci jeszcze, podobny do tamtych!
- Złośliwe wiedźmy, po co mi ten obraz
- Ukazujecie? Ha! otóż i czwarty!
- I piąty? Czyliż ten pochód trwać będzie
- Do końca świata! Jeszcze jeden! Siódmy!
- Tego już nadto! Ale oto jeszcze
- Ósmy z kolei zbliża się z zwierciadłem,
- W którym spostrzegam długi szereg takich
- Samych postaci, a niektóre mają
- Podwójne jabłka i potrójne berła.
- Okropny, stokroć przeklęty widoku!
- Maż to być prawda? Krwią zbroczony Banko
- Śmieje się ze mnie i wskazuje na tych,
- Co po nim idą, jakby chciał powiedzieć;
- "To moi." Więc to tak?
PIERWSZA CZAROWNICA
- Tak, panie, ten to znak.
- Lecz czemuż się Makbeta dusza
- Tak bardzo na ten widok wzrusza?
- Orzeźwmy, siostry, jego męstwo,
- Niech szczytu dojdzie czarnoksięstwo
- Ja zbudzę dźwięk, a wy bez zwłoki
- W korowód rozpocznijcie skoki,
- By się w nim nowy zapał wzmógł
- I wielki król powiedzieć mógł,
- Ze starożytne wiły
- Godnie go ugościły.
- Muzyka.
- Czarownice tańczą, a następnie znikają.
MAKBET
- Gdzież one? Wyszły? Niechaj ta godzina
- Jako przeklęta zapisaną będzie
- Na wieczne czasy w kalendarzu! Hola!
- Wnijdź, kto tam jesteś.
Fantastyka w baroku
Fantastyka w utworze Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego pt. Sonet IV,
Pokój — szczęśliwość; ale bojowanie
Byt nasz podniebny: on srogi ciemności
Hetman i świata łakome marności
O nasze pilno czynią zepsowanie.Nie dosyć na tym, o nasz możny Panie!
Ten nasz dom — ciało —, dla zbiegłych lubości
Niebacznie zajźrząc duchowi zwierzchności,
Upaść na wieki żądać nie przestanie.
Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,
Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?
Królu powszechny, prawdziwy pokoju
Zbawienia mego, jest nadzieja w tobie!
Ty mnie przy sobie postaw, a prześpiecznie
Będę wojował i wygram statecznie!Źródło:
Zobacz też wersję z opracowaniem:
Fantastyka w oświeceniu
Fantastyka w oświeceniowym malarstwie
Franciszek Goya, Gdy rozum śpi, budzą się upiory, 1798 (El sueño de la rason produce monstruos).
Warto sięgnąć jeszcze do:
http://www.polskieradio.pl/24/290/Artykul/182823,Gdy-rozum-spi-budza-sie-demony
esej filozoficzny, Gdy rozum śpi, budzą się demony, Marek Juliusz Kozłowskihttp://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4860
Fantastyka w romantyzmie
Edgar Allan Poe, Kruk [tłum. Stanisław Barańczak]*
http://home.agh.edu.pl/~szymon/raven.shtml, lub
http://krypta.whad.pl/html/rozne/kruk.htm#Fragment%20audycji%20Tomka%20Beksi%C5%84skiego%20z%20Rozg%C5%82o%C5%9Bni%20Harcerskiej%20Polskiego%20Radia,%20po%C5%9Bwi%C4%99conej%20%27Krukowi%27
Adam Mickiewicz, Dziady część III
Adam Mickiewicz, Dziady III, PROLOG
W WILNIE PRZY ULICY OSTROBRAMSKIEJ, W KLASZTORZE KS. KS. BAZYLIANÓW, PRZEROBIONYM NA WIĘZIENIE STANU - CELA WIĘŹNIA
A strzeżcie się ludzi, albowiem was będę
wydawać do siedzącej rady i w bożnicach swoich
was biczować będę.
Mat. R. X. w. 17.I do Starostów i do Królow będziecie
wodzeni na świadectwo im i poganom.
w. 18.I będziecie w nienawiści u wszystkich dla
imienia mego. Ale kto wytrwa aż do końca,
ten będzie zbawion.
w. 22(Więzień wsparty na oknie; spi)
ANIOŁ STRÓŻNiedobre,nieczułe dziecię!
Ziemskie matki twej zasługi,
Prośby jej na tamtym świecie
Strzegły długo wiek twój młody
Od pokusy i przygody:
Jako róża, anioł sadów,
We dnie kwitnie, w noc jej wonie
Bronią senne dziecka skronie
Od zarazy i owadów.
Nieraz ja na prośbę matki
I za pozwoleniem Bożem
Zstępowałem do twej chatki,
Cichy, w cichej nocy cieniu:
Zstępowałem na promieniu
I stawałem nad twym łożem.
Gdy cię noc ukołysała,
Ja nad marzeniem namiętnym
Stałem jak lilija biała,
Schylona nad źródłem mętnym.
Nieraz dusza mnie twa zbrzydła,
Alem w złych myśli nacisku
Szukał dobrej, jak w mrowisku
Szukają ziamek kadzidła.
Ledwie dobra myśl zaświeci,
Brałem duszę twą za rękę,
Wiodłem w kraj, gdzie wieczność świeci,
I śpiewałem jej piosenkę,
Którą rzadko ziemskie dzieci
Słyszą, rzadko i w uśpieniu,
A zapomną w odecknieniu.
Jam ci przyszłe szczęście głosił,
Na mych rękach w niebo nosił,
A tyś słyszał niebios dźwięki
Jako pjanych uczt piosenki.
Ja, syn chwały nieśmiertelnej,
Przybierałem wtenczas postać
Obrzydłej larwy piekielnej,
By cię straszyć, by cię chłostać?
Tyś przyjmował chłostę Boga
Jak dziki męczarnie wroga.
I dusza twa w niepokoju,
Ale z dumą się budziła,
Jakby w niepamięci zdroju
Przez noc całą męty piła.
I pamiątki wyższych światów
W głąb ciągnąłeś, jak kaskada,
Gdy w podziemną przepaść wpada,
Ciągnie liście drzew i kwiatów.
Natenczas gorzko płakałem,
Oblicze tuląc w me dłonie;
Chciałem i długo nie śmiałem
Ku niebieskiej wracać stronie,
Bym nie spotkał twojej matki;
Spyta się: "Jaka nowina
Z kuli ziemskiej, z mojej chatki
Jaki sen był mego syna?" […]
DUCH Z LEWEJ STRONY
Noc smutna w więzieniu, tam w mieście wesele,
U stołów tam muzyki huczą;
Przy pełnych kielichach śpiewają minstrele,
Tam nocą komety się włóczą:
Komety z oczkami i z jasnym warkoczem.
(Więzień usypia)
Kto po nich kieruje łódź w biegu
Ten zaśnie na fali, w marzeniu uroczem,
Na naszym przebudzi się brzegu.
ANIOŁ
My uprosiliśmy Boga,
By cię oddał w ręce wroga.
Samotność mędrców mistrzyni.
I ty w samotnym więzieniu,
Jako prorok na pustyni,
Dumaj o twym przeznaczeniu.
CHÓR DUCHÓW NOCNYCH
W dzień Bóg nam dokucza, lecz w nocy wesele
W noc późną próżniaki się tuczą
I w nocy swobodniej śpiewają minstrele
Szatany piosenek ich uczą.
Kto rana myśl świętą przyniesie z kościoła
Kto rozmów poczciwych smak czuje
Noc-pjawka wyciągnie pobożną myśl z czoła
Noc-wąż w ustach smaki zatruje:
Śpiewajmy nad sennym, my, nocy synowie
Usłużmy, aż będzie nam sługą.
Wpadnijmy mu w serce, biegajmy po głowie,
Nasz będzie - ach, gdyby spał długo!
ANIOŁ
Modlono się za tobą na ziemi i w niebie
Wkrótce muszą tyrani na świat puścić ciebie.
WIĘZIEŃ
(budzi się i myśli)Ty, co bliźnich katujesz, więzisz i wyrzynasz
I uśmiechasz się we dnie, i w wieczór ucztujesz,
Czy ty z rana choć jeden sen twój przypominasz,
A jeśliś go przypomniał, czy ty go pojmujesz?
(drzemie)
ANIOŁ
Ty będziesz znowu wolny, my oznajmić przyszli.
WIĘZIEŃ
(budzi się)Będę wolny? - pamiętam, ktoś mi wczora prawił;
Nie, skądże to, czy we śnie? czy Bóg mi objawił?
(zasypia)
ANIOŁOWIE
Pilnujmy tylko, ach, pilnujmy myśli,
Między myślami bitwa już stoczona.
DUCHY Z LEWEJ STRONY
Podwójmy napaść.
DUCHY Z PRAWEJ
My podwójmy straże.
Czy zła myśl wygra, czy dobra pokona,
Jutro się w mowach i w dziełach pokaże;
I jedna chwila tej bitwy wyrzeka
Na całe życie o losach człowieka.
WIĘZIEŃ
Mam być wolny - tak! nie wiem, skąd przyszła nowina,
Lecz ja znam, co być wolnym z łaski Moskwicina.
Łotry zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,
Ale wtłoczą na duszę -- ja będę wygnany!
Błąkać się w cudzoziemców, w nieprzyjaciół tłumie,
Ja śpiewak, - i nikt z mojej pieśni nie zrozumie
Nic - oprócz niekształtnego i marnego dźwięku.
Łotry, tej jednej broni z rąk mi nie wydarły,
Ale mi ją zepsuto, przełamano w ręku;
Żywy, zostanę dla mej ojczyzny umarły,
I myśl legnie zamknięta w duszy mojej cieniu,
Jako dyjament w brudnym zawarty kamieniu.
(wstaje i pisze węglem z jednej strony)
D. O. M.
GUSTAVUS
OBIIT M.D. CCC. XXIII
CALENDIS NOVEMBRIS
(z drugiej strony)HIC NATUS EST
CONRADUS
M. D. CCC. XXIII
CALENDIS NOVEMBRIS
(wspiera się na oknie - usypia)DUCH
Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza!
Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze,
Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,
I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;
Gdybyś wiedział, że ledwie jednę myśl rozniecisz,
Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,
Tak czekają twej myśli - szatan i anioły;
Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;
A ty jak obłok górny, ale błędny, pałasz
I sam nie wiesz, gdzie lecisz, sam nie wiesz, co zdziałasz.
Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,
Myślą i wiarą zwalać i podzwigać trony.
Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I scena I, fragm.
KONRAD
(śpiewa)Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, -
Krew poczuła - spod ziemi wygląda -
I jak upiór powstaje krwi głodna:
I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.
Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,
Z Bogiem i choćby mimo Boga!
(Chór powtarza)
I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,
Naprzód braci rodaków gryźć muszę,
Komu tylko zapuszczę kły w duszę,
Ten jak ja musi zostać upiorem.
Tak? zemsta, zemsta, etc, etc,
Potem pójdziem, krew wroga wypijem,
Ciało jego rozrąbiem toporem:
Ręce, nogi goździami przybijem,
By nie powstał i nie był upiorem.
Z duszą jego do piekła iść musim,
Wszyscy razem na duszy usiędziem,
Póki z niej nieśmiertelność wydusim,
Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.
Tak! zemsta, zemsta,etc. etc.
KS. LWOWICZ
Konradzie, stój, dla Boga, to jest pieśń pogańska.
KAPRAL
Jak on okropnie patrzy,- to jest pieśń szatańska.
(przestają śpiewać)
KONRAD
(z towarzyszeniem fletu)Wznoszę się! lecę! tam, na szczyt opoki -
Już nad plemieniem człowieczem,
Między proroki.
Stąd ja przyszłości brudne obłoki
Rozcinam moją źrenicą jak mieczem;
Rękami jak wichrami mgły jej rozdzieram -
Już widno - jasno - z góry na ludy spozieram -
Tam księga sybilińska przyszłych losów świata -
Tam, na dole!
Patrz, patrz, przyszłe wypadki i następne lata,
Jak drobne ptaki, gdy orła postrzegą,
Mnie, orła na niebie!
Patrz, jak do ziemi przypadają, biegą,
Jak się stado w piasek grzebie -
Za nimi, hej, za nimi oczy me sokole,
Oczy błyskawice,
Za nimi szpony moje! - dostrzegę je, schwycę.
Cóż to? jaki ptak powstał i roztacza pióra,
Zasłania wszystkich, okiem mię wyzywa;
Skrzydła ma czarne jak burzliwa chmura,
A szerokie i długie na kształt tęczy łuku.
I niebo całe zakrywa -
To kruk olbrzymi - ktoś ty? -- ktoś ty, kruku?
Ktoś ty? - jam orzeł! - patrzy kruk - myśl moję plącze!
Ktoś ty? - jam gromowłady!l -
Spójrzał na mnie - w oczy mię jak dymem uderzył,
Myśli moje miesza - plącze -
KILKU WIĘŹNIÓW
Co on mówi! - co - co to - patrz, patrz, jaki blady.
(porywają Konrada)
Uspokój się...
KONRAD
Stój! stójcie! - jam się z krukiem zmierzył -
Stójcie - myśli rozplączę -
Pieśń skończę - skończę -
(słania się)
Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I Scena II Improwizacja
[...]
Głos z lewej strony
Wsiąść muszę
Na duszę
Jak na koń,
Goń! goń
W cwał, w cwał!
Głos z prawej
Co za szał!
Brońmy go, brońmy,
Skrzydłami osłońmy
Skroń
[Konrad]Chwila i iskra, gdy się przedłuża, rozpala -
Stwarza i zwala.
Śmiało, śmiało! tę chwilę rozdłużmy, rozdalmy,
Śmiało, śmiało! tę iskrę rozniećmy, rozpalmy -
Teraz - dobrze - tak. Jeszcze raz Ciebie wyzywam,
Jeszcze po przyjacielsku duszę Ci odkrywam.
Milczysz, - wszakżeś z Szatanem walczył osobiście?
Wyzywam Cię uroczyście.
Nie gardź mną, ja nie jeden, choć sam tu wzniesiony.
Jestem na ziemi sercem z wielkim ludem zbratan,
Mam ja za sobą wojska, i mocy, i trony;
Jeśli ja będę bluźnierca,
Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan:
On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca.
Jam cierpiał, kochał, w mękach i miłości wzrosłem;
Kiedyś mnie wydarł osobiste szczęście,
Na własnej piersi ja skrwawiłem pięście,
Przeciw Niebu ich nie wzniosłem.
Głos
Rumaka
Przedzierzgnę w ptaka.
Orlimi pióry
Do góry!
W lot!
GłosGwiazdo spadająca!
Jaki szał
W otchłań cię strąca
Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony?
Ciałem połknąłem jej duszę,
Ja i ojczyzna to jedno.
Nazywam się Milijon - bo za milijony
Kocham i cierpię katusze. […]
Jeśli pod rządem Twoim czułość nie jest bezrząd,
Jeśli w milijon ludzi krzyczących "ratunku!"
Nie patrzysz jak w zawiłe zrównanie rachunku; -
Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną
I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną...
Głos
Orła w hydrę!
Oczy mu wydrę.
Do szturmu daléj!
Dymi! pali!
Ryk, grzmot!
Głos
Z jasnego słońca
Kometo błędu!
Gdzie koniec twego pędu?
Bez końca, bez końca!
Milczysz! - Jam Ci do głębi serce me otworzył
Zaklinam, daj mi władzę - jedna część jej licha,
Część tego, co na ziemi osiągnęła pycha,
Z tą jedną cząstką ileż ja bym szczęścia stworzył!
Milczysz! - nie dasz dla serca, dajże dla rozumu. -
Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,
Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły,
Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły -
Jeślim nie zgadł, odpowiedz - milczysz! ja nie kłamię.
Milczysz i ufasz, że masz silne ramię -
Wiedz, że uczucie spali, czego myśl nie złamie -
Widzisz to moje ognisko: - uczucie,
Zbieram je, ściskam, by mocniej pałało,
Wbijam w żelazne woli mej okucie,
Jak nabój w burzące działo.
Głos
Ognia! pal!
Głos
Litość! żal!
Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze;
Jeśli jej w gruzy nie zburzę,
To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;
Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:
Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:
Krzyknę, ześ Ty nie ojcem świata, ale...
GŁOS DIABŁA
Carem!
Adam Mickiewicz: Dziady III, Akt I Scena III
[…]
KAPRAL
[…] Patrz na tego chorego: niedobrze się dzieje [...]
KS. PIOTR
Synu mój, tyś na sercu, które ciebie kocha.
(do Kaprala)
Wyjdź stąd i patrz, ażeby nikt tędy nie chodził
I póki stąd nie wyjdę, nikt mi nie przeszkodził.
(Kapral odchodzi)
KONRAD
(zrywa się)
Nie! - oka mi nie wydarł! mam to silne oko,
Widzę stąd, i stąd nawet, choć ciemno - głęboko,
Widzę ciebie, Rollison, - bracie, cóż to znaczy?
I tyś w więzieniu, zbity, krwią cały zbryzgany,
I ciebie Bóg nie słuchał, i tyś już w rozpaczy;
Szukasz noża, próbujesz głowę tłuc o ściany: -
"Ratunku!" - Bóg nie daje, ja ci dać nie mogę,
Oko mam silne, spójrzę, może cię zabiję -
Nie - ale ci pokażę okiem - śmierci drogę.
Patrz, tam masz okno, wybij, skocz, zleć i złam szyję,
I ze mną tu leć w głębie, w ciemność - lećmy na dół -
Otchłań - otchłań ta lepsza niźli ziemi padół;
Tu nie ma braci, matek, narodów, - tyranów -
Pójdź tu.
KS. PIOTR
Duchu nieczysty, znam cię po twym jadzie,
Znowuś tu, najchytrzejszy ze wszystkich szatanów,
Znowu w dom opuszczony leziesz, brzydki gadzie.
Tyś wpełznął w jego usta, na zgubęś tu wpełznął,
Z Imię Pańskie jam ciebie pojmał i ochełznął.
Exorciso...
DUCH
Stój, nie klnij - stój, odstąp od progu,
Wyjdę -
KS. PIOTR
Nie wyjdziesz, aż się upodoba Bogu.
Lew z pokolenia Judy tu Pan - on zwycięża:
Sieć na lwa zastawiłeśi w twym własnym wniku
Złowiłeś się - Bóg ciebie złowił w tym grzeszniku.
W jego ustach chcę tobie najsrozszy cios zadać:
Kłamco, ja tobie każę, musisz prawdę gadać.
DUCH
Parle-moi donc francais, mon pauvre capucin,
J'ai pu dans le grand monde oublier mon latin.
Mais étant saint, tu dois avoir le don des langues
Vielleicht sprechen Sie deutsch, was murmeln Sie so bang -
What it is, - Cavalleros rispondero Io.
KS. PIOTR
Ty to z ust jego wrzeszczysz, stujęzyczna źmijo,
DUCH
C'est juste, dans ce jeu, nous sommes de moitié,
Il est savant, et moi, diable de mon métier.
J'etais son precepteur et je m'en glorifie,
En sais-tu plus que nous? parle - je te défie.
[...]
KS. PIOTR
In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, Amen.
Ego te exorciso, spiritus immunde -
DUCH
Księże, stój - słucham - gadam - stój - jedną sekundę!
KS. PIOTR
Gdzie jest nieszczęsny więzień, co chce zgubić duszę? -
Milczysz - Exorciso te -
DUCH
Gadam, gadam, skaczę - śpiewam -
Tylko nie klnij - jak gadać? - dusisz - ledwie ziewam.
[...]
KS. PIOTR
Jak ratować grzesznika?
DUCH
Bodajeś zdechł klecho,
Nie powiem.
KS. PIOTR
Exorciso -
DUCH
Ratować pociechą.
[…]
KS. PIOTR
Mów, czego potrzeba -
DUCH
Księżulu,
Ja tego nie wymówię.
KS. PIOTR
Mów!
DUCH
He - Wina - Chleba -
KS. PIOTR
Rozumiem, Chleba Twego i Krwi Twojej, Panie -
Pójdę, i daj mi spełnić Twoje rozkazanie.
(do Ducha)
A teraz zabierz z sobą twe złości i błędy,
Skąd wszedłeś i jak wszedłeś, idź tam i tamtędy.
(Duch uchodzi)
KONRAD
Dźwigasz mię! - ktoś ty? - strzeż się, sam spadniesz w te doły.
Podaje rękę - lećmy - w górę jak ptak lecę -
Mile oddycham wonią - promieniami świecę.
Któż mi dał rękę? - dobrzy ludzie i anioły;
Skądże litość, wam do mnie schodzić do tych dołów?
Ludzie? - Ludźmi gardziłem, nie znałem aniołów.
KS. PIOTR
Módl się, bo strasznie Pańska dotknęła cię ręka.
Usta, którymiś wieczny Majestat obraził,
Te usta zły duch słowy szkaradnymi skaził; [...]
KS. PIOTR
[...]
- Twe miłosierdzie, Panie, jest bez granic.
(pada krzyżem)
Panie, otom ja sługa dawny, grzesznik stary,
Sługa już spracowany i niezgodny na nic.
Ten młody, zrób go za mnie sługą Twojej wiary,
A ja za jego winy przyjmę wszystkie kary.
On poprawi się jeszcze, on wsławi Twe imię.
Módlmy się, Pan nasz dobry! Pan ofiarę przyjmie.
(modli się)
(W bliskim kościele, za ścianą, zaczynają śpiewać pieśń Bożego Narodzenia. Nad Księdzem Piotrem Chór aniołów na nutę; "Anioł pasterzom mówił")
CHÓR ANIOŁÓW
(głosy dziecinne)
Pokój temu domowi,
Spoczynek grzesznikowi.
Sługo! sługo pokorny, cichy,
Wniosłeś pokój w dom pychy.
Pokój temu domowi.
ARCHANIÓŁ PIERWSZY
(na nutę "Bóg nasz ucieczką")
Panie, on zgrzeszył, przeciwko Tobie zgrzeszył on bardzo.
ARCHANIÓŁ DRUGI
Lecz płaczą nad nim, modlą się za nim Twoi Anieli.
ARCHANIÓŁ PIERWSZY
Tych zdepc, o Panie, tych złam, o Panie, którzy Twe święte sądy pogardzą.
ARCHANIÓŁ DRUGI
Ale tym daruj, co świętych sądów Twych nie pojęli. [...]
On sądów Twoich nie chodził badać jako ciekawy,
Nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy.
ARCHANIÓŁ PIERWSZY
On Cię nie poznał, on Cię nie uczcił, Panie nasz wielki!
On Cię nie kochał, on Cię nie wezwał, nasz Zbawicielu!
ARCHANIÓŁ DRUGI
Lecz on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki.
On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu. [...]
CHÓR ARCHANIOŁÓW
Podnieś tę głowę, a wstanie z prochu, niebios dosięże,
I dobrowolnie padnie, i uczci krzyża podnoże;
Wedle niej cały świat u stóp krzyża niechaj polęże
I niech Cię wsławi, żeś sprawiedliwy i litościwy Pan nasz, o Boże!
Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I, scena 6. Sen Senatora.
BELZEBUB
Jak zbyt nastraszysz raz,
Gotów przypomnieć sen,
Gotów oszukać nas,
Wypuścisz ptaka z rąk.
DIABEŁ I
(pokazując sennego)
Ależ braciszek ten,
Ten mój najmilszy syn,
Będzież on spał bez mąk?
Nie chcesz? - ja męczę sam. [...]
SENATOR(przez sen)
Pismo! - to do mnie - reskrypt Jego Carskiej Mości!
Własnoręczny, - ha! ha! ha! - rubli sto tysięcy.
Order! - gdzie - lokaj, przypnij - tu. Tytuł książęcy!
A! - a! - Wielki Marszałku; a! - pękną z zazdrości.
(przewraca się)
Do Cesarza! - przedpokój - oni wszyscy stoją;
Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.
Marszałek - Grand Contrôleur - ledwie poznasz, w masce.
Ach, jakie lube szemrania,
Dokoła lube szemrania:
Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce, w łasce.
Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,
Jak śród nałożnic moich łoskotania!
Każdy się kłania,
Jestem duszą zebrania.
Patrzą na mnie, zazdroszczą - nos w górę zadzieram.
O rozkoszy! umieram, z rozkoszy umieram!
(przewraca się)
Cesarz! - Jego Imperatorska Mość - a! Cesarz wchodzi,
A! - co? - nie patrzy! zmarszczył brwi - spójrzał ukosem?
Ach! - Najjaśniejszy Panie - ach! - nie mogę głosem -
Głos mi zamarł - ach! dreszcz, pot, - ach! dreszcz ziębi, chłodzi. -
Ach, Marszałek! - co? do mnie odwraca się tyłem.
Tyłem, a! senatory, dworskie urzędniki!
Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem,
I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.
Uciekają ode mnie. Ha! jak pusto! głucho.
Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczyrza zęby -
Dbrum - ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.
(spluwa)
Jaki dźwięk! - to kalambur - o brzydka mucho;
(opędza koło nosa)
Lata mi koło nosa
Jak osa.
I epigramy, żarciki, przytyki,
Te szmery - ach, to świerszcze wlazły mi w ucho:
Moje ucho, moje ucho!
(wytrząsa palcem ucho)
Jaki szmer! - kamerjunkry świszczą jak puszczyki,
Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki,
Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski:
Senator wypadł z łaski, z łaski! z łaski, z łaski.
Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I scena IX NOC DZIADÓW
GUŚLARZ
Już idą w cerkiew gromady
I wkrótce zaczną się Dziady,
Iść nam pora, już noc głucha.
KOBIETA
Ja tam nie pójdę, Guślarzu,
Ja chcę zostać na smętarzu,
Chcę jednego widzieć ducha:
Tego, co przed laty wielu
Zjawił się po mym weselu,
Co pośród duchów gromady
Stanął nagle krwawy, blady,
I mnie dzikim okiem łowił,
I ani słowa nie mówił.
GUŚLARZ
On żył może, gdym go badał,
Dlatego nie odpowiadał.
Bo na duchów zgromadzenie,
W tajemniczą noc na Dziady,
Można wzywać żywych cienie.
Ciała będą u biesiady
Albo u gry, albo w boju,
I zostaną tam w pokoju;
Dusza zwana po imieniu
Objawia się w lekkim cieniu;
Lecz póki żyje, ust nie ma,
Stoi biała, głucha, niema.
KOBIETA
Coż znaczyła w piersiach rana?
GUŚLARZ
Widać, że w duszę zadana.
[…]
KOBIETA
Co widzisz?
GUŚLARZ
Trup to świeży!
W nie zgniłej jeszcze odzieży.
Dymem siarki trąci wkoło,
Czarne ma jak węgiel czoło.
Zamiast oczu - w jamach czaszki
Żarzą się dwie złote blaszki,
A w środku każdego kółka
Siedzi diablik, jak w źrenicy,
I wywraca wciąż koziołka,
Miga lotem błyskawicy.
Trup tu bieży, zębem zgrzyta,
Z ręki przelewa do ręki,
Jak gdyby z sita do sita,
Wrzące srebro - słyszysz jęki?
WIDMO
Gdzie kościół? - gdzie kościół? gdzie Boga lud chwali?
Gdzie kościół, ach, pokaż, człowiecze.
Ach, widzisz, jak we łbie ten dukat mię pali,
Jak srebro stopione dłoń piecze.
Ach, wylej, człowieku, dla biednej sieroty,
Dla więźnia jakiego, dla wdowy,
[…]
Ach, kiedyż przez niego ten kruszec przesieję!
Ach, czekać tak długo! - goreję! goreję!
(ucieka)
GUŚLARZ
Ha! -
KOBIETA
Co widzisz?
GUŚLARZ
Ha, jak blisko!
Drugi wylazł, ku nam bieży.
Jakie obrzydłe trupisko!
Blade, tłuste, trup to świeży,
I strój świeży ma na ciele,
Ubrany jak na wesele;
I gad niedawno go toczy,
Ledwie mu wpół wygryzł oczy.
Od kaplicy w stronę skoczył,
Czart go uwiódł, czart zamroczył,
Nie puści go do kaplicy.
Czart przybrał postać dziewicy;
I na trupa rączką kiwa,
Okiem mruga, śmiechem wzywa;
Skacze ku niej trup zwiedziony,
Z grobu na grób, jak szalony.
I rękami, i nogami
Wije, jak wiatrak skrzydłami,
Już pada do jej uścisków;
Wtem spod nóg jego wytryska
Dziesięć długich, czarnych pysków;
Wyskakują czarne psiska,
Od nóg lubej go porwały
I targają na kawały,
Członki krwawym pyskiem trzęsą,
Po polu roznoszą mięso.
Psy zniknęły. - Nowe dziwo,
Każda część trupa jest żywą:
Wszystkie jak oddzielne trupy
Biegą zebrać się do kupy.
Głowa skacze jak ropucha
I nozdrzami ogień bucha;
Czołgają się piersi trupa
Jak wielka żółwia skorupa -
Już zrosła się głowa z ciałem,
Jak krokodyl bieży cwałem.
Oderwanej ręki palce
Drżą, wiją się jak padalce;
Dłoń za piasek chwyta, grzebie,
I ciągnie rękę pod siebie,
I nogi się przyczołgały,
I znowu trup wstaje cały.
Znowu wabi ulubiona,
Znowu pada w jej ramiona,
Znowu go porwały czarty,
I znowu w sztuki rozdarty -
Ha! niech go więcej nie widzę!
KOBIETA
Tak się boisz?
GUŚLARZ
Tak się brzydzę!
Żółwie, padalce, ropuchy:
W jednym trupie tyle gadów!
KOBIETA
On nie będzie z tymi duchy!
GUŚLARZ
Wkrótce, wkrótce koniec Dziadów.
Słyszysz - trzeci kur już pieje;
Tam śpiewają ojców dzieje,
I rozchodzą się gromady.
KOBIETA
I nie przyszedł on na Dziady!
[...]
GUŚLARZ
O kobieto! twój kochanek
Albo zmienił ojców wiarę,
Albo zmienił imię stare.
Widzisz, już zbliża się ranek,
Gusła nasze moc straciły,
Nie pokaże się twój miły.
(Wychodzą z drzewa)
Cóż to? cóż to! - patrz: z zachodu,
Tam od Giedymina grodu,
Śród gęstych kłębów zamieci
Kilkadziesiąt wozów leci,
Wszystkie lecą ku północy,
Lecą ile w koniach mocy.
Widzisz, jeden tam na przedzie.
W czarnym stroju -
KOBIETA
On!
[...]
GUŚLARZ
Pierś miał zbroczoną posoką,
Bo w tej piersi jest ran wiele:
Straszne cierpi on katusze,
Tysiąc mieczów miał on w ciele,
A wszystkie przeszły - aż w duszę.
Śmierć go chyba z ran uleczy.
KOBIETA
Któż weń wraził tyle mieczy?
GUŚLARZ
Narodu nieprzyjaciele.
KOBIETA
Jedną ranę miał na czole,
Jedną tylko i niewielką,
Zda się być czarną kropelką.
GUŚLARZ
Ta największe sprawia bole;
Jam ją widział, jam ją zbadał;
Tę ranę sam sobie zadał,
Śmierć z niej uleczyć nie może.
KOBIETA
Ach, ulecz go, wielki Boże!
Juliusz Słowacki, Kordian, Przygotowanie*
Roku 1799 dnia 31 grudnia w nocy.
Chata sławnego niegdyś czarnoksiężnika Twardowskiego w górach karpackich - przy chacie obszerny dziedziniec - daléj skały - w dole bezlistne bukowe lasy.
Ciemność przerwana błyskawicami. CZAROWNICA czesze włosy i śpiéwa...
CZAROWNICA
Z gwiazd obłąkanych,
Z włosów czesanych,
Iskry padają,
Jak z polskiéj szabli;
Widzą je diabli,
Odpowiadają
Błyskami chmur.
Lecą - świst piór
Buki ugina.
(Szatan zlatuje w postaci pięknego anioła.)
SZATAN
Ha, czarownico! czy biła godzina?
CZAROWNICA
Która?
SZATAN
Godzina, której żaden człowiek
Dwa razy w życiu nie słyszy.
CZAROWNICA
Uderzy
Za dziesiątém mgnieniem powiek
Z Babillońskiéj ludów wieży.
A gdy bić będzie, choć głucha, usłyszę.
Lecz gdzież są, panie, twoi towarzysze?
Leniwo śpieszą z błękitu podniebień:
Żółw, z którego to zgrzebło utoczył mi tokarz,
Prędzéj chodził...
SZATAN
To źgrzebło, pokaż mi je - pokaż!...
Łzy mi płyną... poznaję Twardowskiego grzebień,
On mię zgrzebłem tém czesał, gdy w psa wlazłszy skórę
U nóg mu się łasiłem. Odejdź, moja pani;
Goście sproszeni zlecą się na Łysą Górę.
(Czarownica odchodzi)
(Szatan woła:)
Szatani!
(Błyska dziesięć razy i dziesięć tysięcy szatanów spada.)
Spadł z nieba deszcz szatanów, niech ziemię polewa,Jeśli jeszcze na ziemi są Edeńskie drzewa,
Niech rosną, to jesienią człowiek owoc zbierze...
Siadajcie! cóż między wami
Nie widać Mefistofela?
ASTAROTH
Zaszedł na grób przyjaciela,
Na grobie Twardowskiego odmawia pacierze.
SZATAN
Taki się teraz zrobił czuły i pobożny
Jak poeta... Lecz księżyc zabłysnął dwurożny,
Czas przystąpić do dzieła...
DIABLI
Co nam król rozkaże?
SZATAN
Obejrzeć trzeba koła w wiekowym zegarze,
Krwią dziecięcia namaścić gwichty i sprężyny;
Niech nam bije wyraźnie lata, dnié, godziny.
Przynieście go, postawcie... Co? czy nie zepsuty?
ASTAROTH
Wszystkie koła, wszystkie druty
Całe, rdza wieków nie trawi;
Godzinnik z hostij, co dławi,
Po nim żądło Lewiatana
Przez wieki wieków się toczy,
Na dnie wskazuje ząb smoczy,
Na godziny żądło osy;
I dotąd trwa nie przerwana
Włosień siwa, z kós szatana,
Któremu zbielały włosy
Od strachu, gdy grom z obłoku...
Pamiętacie?... A sprężyna
Z ojczyzny Tella, Kalwina,
Na ludzkiém wsadzona oku,
Chodzi jak na dyjamencie.
W kółek i sprężyn zamęcie,
Zamknięta grzesznika dusza,
Kurant po kurancie jąka.
Noga kossacza pająka
Wszystkie sprężyny porusza,
Jak wahadło...
SZATAN
Dość opisów.
Gehenno, Astarocie, najstraszliwsi z bisów,
Jak assessory sądu, gdy zegar bić zacznie,
Liczcie wieki, dnie, lata...
(Zegar bije, szatani liczą.)
Świecie!, świecie! świecie!
Wąż wieczności łuskami w okrąg ciebie gniecie,
Zębem zatrutym boki ogryza nieznacznie;
I wieki mrą nad tobą zasypując pyłem
Umarłych pamiątek.
Ja widziałem twój początek.
Ta garść gliny powietrzem opasana zgniłem,
Ten trup chaosu w trumnie zamknięty błękitów,
Strawiony zgnilizną czasów,
Okrył się rdzami kruszców, i kością granitów,
Porósł mchem kwiatów i lasów;
Potem wydał robaki, co mu łono toczą,
I myślą.
Biada im! jeśli marzeń ziemią nie okryślą,
Kołem widzenia - biada, jeśli je przekroczą...
GEHENNA
Królu, wiek dziewiętnasty uderzył.
SZATAN
Astaroth
Niech liczy lata; może ten, co za obłokiem
Gromy ciska, chcąc wesprzéć jaki ziemski naród,
Może wiek który ludziom skrócił jednym rokiem,
Może ukradł szatanom dzień jeden, godzinę;
Więc się o nią upomnę u Boga,
Lub buntowną chorągiew rozwinę.
We mnie, i w przyrodzeniu zgwałconém ma wroga.
ASTAROTH
Tysiąc ośmset lat wybiło.
SZATAN
Więc się koło fortuny całe obróciło?
Każdy ząb jej rozdziera, każda szruba ciśnie.
Teraz, gdy niebo zabłyśnie,
Błyskawica trwa dłużéj niż te wszystkie lata,
Zbiegłe męczarnią dla świata;
A każdy rok, jak ślimak sunął się leniwo,
Dla nędzarzy, dla głupich kochanków nadziei;
A gdy śliną ośrebrzył ślad zbiegłéj kolei,
Ślizgał się po niéj człowiek pamiątką pierszchliwą.
Obłąkani w przeszłości żeglarze
Brali imie dziejopisów;
Sztuką ich było pisać wielkie kalendarze,
Pełne królewskich imion i dat i napisów.
Inni myślą ścigali treść myśli,
Filozofy - głęboko myśleli,
Aż nad ciemną przepaścią zawiśli,
Obudzili się, w przepaść spojrzeli,
I zawołali: - Ciemno! ciemno! ciemno!
To hosanna dla nas szatanów,
To spiew naszych kościelnych organów;
Kto myślał przez godzinę, jest lub będzie ze mną.
Wiek, co przyjdzie, ucieszy szatany.
MEFISTOFEL wchodzi.
MEFISTOFEL
Nasz szatan prorokuje w cudotwornym stroju,
Ma płaszcz cały Woltera dziełami łatany,
I pióro gęsie Russa sterczy na zawoju.
SZATAN
Mefistofelu, przyszła do działania pora,
Wybierz jaką igraszkę wśród ziemskiéj czeredy.
Już nie znajdziesz cichego wśród Niemców doktora,
Po szwajcarskich się górach nie snują Manfredy,
I mnichy długim postem po celach nie chudną.
Więc obłąkaj jakiego żołnierza.
MEFISTOFEL
Trudno!...
Żołnierz to ryba, która kruczkom nie dowierza,
I ma rozsądek zdrowy, przy takiéj latarni
Obaczy kurzą nogę diabła kusiciela.
SZATAN
Samiż tylko rycerze ujdą nam bezkarni?
Słuchaj! wśród narodów wiela,
Jednemu się ludowi dzień ogromny zbliża.
Idź tam, jego rycerze noszą krzywe szable,
Jako księżyc dwurożny, jako rogi diable;
I rękojeść tych kordów nie ma kształtu krzyża.
Pomóż im - oni mają walkę rozpoczynać
Taką, jakąśmy niegdyś z panem niebios wiedli.
Oni się będą modlić, zabijać, przeklinać.
Oni na ojców mogiłach usiedli
I myślą o zemsty godzinie.
Ten naród się podniesie, zwycięży, i zginie;
Miecze na wrogach połamie,
A potém wroga myślą zabije,
Bo myśl jego ogniste ma ramię,
Ona jak powróz wrogi uwiąże za szyje
I związanych postawi na takim pręgierzu,
Że wszystkie ludy wzrokiem dosięgną i plwaniem.
MEFISTOFEL
Królu, niechaj poszukam w diabelskim psałterzu,
Modlitwy na dzień, co się zowie zmartwychwstaniem;
Zmówię ją za ów naród... Dziś pierwszy dzień wieku,
Dziś mamy prawo stwarzać królów i nędzarzy,
Na całą rzekę stuletniego cieku.
Więc temu narodowi stwórzmy dygnitarzy,
Aby niemi zapychał każdą rządu dziurę.
A gdy wzrośnie ich potęga,
Ten naród, jak piękna księga,
W starą oprawiona skórę,
Pargaminowém świecić będzie czołem.
SZATAN
Dobra rada, stańcie kołem,
Stwarzajmy ludzi do rządu.
Zawołajcie czarownicy...
Szatan daje rozkazy, diabli pracują.
Żywioły ziemi i lądu,
W atmosferowéj szklennicy
Zamknięte i w jeden zlane,
Przez chemików połamane;
Kwasorody, gaz węglowy,
Zlewam w kocioł platynowy;
Dmijcie, duchy!...
gromy biją w kocioł.
W żywioł ziemi,
Dorzucić szpilek kaprala
Z główkami laku, któremi
Kreśli plany, królów zwala,
Szpilek czterdzieście tysięcy
Rzućcie w kocioł...
DIABLI
I nic więcej?
SZATAN
Nic...
DIABLI
Coś z rozumu Kaprala?...
SZATAN
Nic.
DIABLI
Skończony.
SZATAN
Niechaj leci!
gromy biją, duch ulatuje.
Stary - jakby ojciec dzieci,
Nie do boju, nie do trudu;
Dajmy mu na pośmiewisko,
Sprzeczne z naturą nazwisko,
Nazwijmy od słowa ludu,
Kmieciów, czyli nędznych chłopów.
Teraz, jak z niebieskich stropów,
Rzućcie wodza ludziom biednym.
DIABLI
Panie! czy skończysz na jednym?
SZATAN
Wrzucić do kotła dyjament,
Dyjament w ogniu topnieje;
Wylać sekretny atrament,
Z Talleyranda kałamarza,
Co w niewidzialność blednieje,
Od okularów rozsądku...
I dąć w kocioł... w kotła wrzątku
Obaczemy, co się stwarza.
DIABLI
Już gotowy! mimo czary
Wyszedł jakiś człowiek godny,
Złe w tym kotle były wary,
Płyn za rzadki lub za chłodny.
SZATAN
To nic - to nic! takich trzeba,
Biednym ludziom rzucać z nieba;
Będą przed nim giąć kolana,
Jest to stara twarz Rzymiana,
Na pieniądzu wpół zatarta.
Dajmy mu na pośmiewisko,
Sprzeczne z naturą nazwisko;
Ochrzcijmy imieniem Czarta.
Teraz puśćcie! niechaj leci!
DIABLI
Lepszy będzie człowiek trzeci.
SZATAN
Teraz z konstellacji raka
Odłamać oczy i nogi,
Dodać kogucie ostrogi,
I z trwożliwego ślimaka
Oderwane przednie rogi...
Cóż tam w kotle?
DIABLI
Ktoś z rycerzy.
SZATAN
Wódz! chodem raka przewini,
Jak ślimak rogiem uderzy,
Sprobuje - i do skorupy
Schowa rogi, i do skrzyni
Miejskiéj zniesie planów trupy,
Czekając, aż kur zapieje.
Rzucić w kocioł Lachów dzieje,
Słownik rymowych końcówek;
Milijon drukarskich czcionek,
Sennego maku trzy główek,
Cóż tam?
DIABLI
Starzec, jak skowronek,
Zastygły pod wspomnień bryłą,
Napół zastygłą, przegniłą.
Poeta - rycerz - starzec - nic,
Dziewięciu Feba sułtanic
Eunuch...
SZATAN
Przyśpieszajmy dzieła,
Bo z tamtéj krakowskiéj wieży
Słyszę dzwon rannych pacierzy;
W powietrzu się rozpłynęła
Woń kadzideł katedralnych.
CZAROWNICA
Przeklęte wasze dzieło, wicher diabléj mowy ,
Rozczesał z mojéj chaty włos słomianéj głowy;
Czy mi na nią dachówek dacie z hostii mszalnych?
Zawierucha wierzbowe gałązki obrywa,
Ludzie nie znajdą rószczek na kwietną niedzielę.
SZATAN
Milcz, padalcze! - Czas upływa,
Twórzmy razem wielkich wiele.
Co nakażę, rzucić w tygle.
Rdzę pozostałą
Na Omfalii igle,
Od krwią wilgotnych Herkulesa palców;
Z rdzy się narodzi niemało,
Wymuskanych rycerzy - ospalców -
DIABLI
Tłum, tłum, tłum poleciał na ziemię
Jak chmura...
SZATAN
Spieszmy nowe tworzyć brzemię,
Nim jutrznia błyśnie ponura;
Nim się żywioły ochłodzą,
Rzucić język Balaama oślicy;
A ci, co się z niego wyrodzą,
Narodowéj się chwycą mownicy.
Mowców plemię...
DIABLI
Tłum, tłum, tłum poleciał na ziemię,
Jak zwichrzone szpaków stado.
SZATAN
Widzicie tę postać bladą,
Z mętów kotła już na pół urodną;
Twarz uwiędła i wzrok w czarném kole;
Paszczę myśli otwiera wciąż głodną,
Wiecznie dławi księgarnie i mole;
I na krzywych dwóch nogach się chwieje,
Jak niepewne rządowe systema.
Chce mówić; posłuchajmy, co na świat posieje?...
TWÓR
pokazując z kotła głowę.
Czy lepiéj, kiedy jest król? czy kiedy go nie ma?...
SZATAN
Precz z tym sfinksem, co prawi zagadki!
Sam jéj diabeł rozwiązać nie umie;
Niech w szkolarzów zasiewa ją tłumie,
Oplątaną w dziejowe wypadki;
Niech z ministerialnéj ławy,
Nad rozlewem żyźniącym krwi Nilu,
Ze złamanych kolumien podstawy
Gada hieroglifem stylu.
ASTAROTH
Panie! Patrz, tam z kotła pary,
Znów się jakiś twór wylęga.
Twarz ma okropnéj poczwary,
Przez pierś jeneralska wstęga.
SZATAN
Witajcie go! oto twór
Niszczyciel, jakby horda Nogajca.
On w stolicy owłada dział mur,
On z krwi na wierszch wypłynie - to zdrajca!
A gdy zabrzmi nad miastem dział huk,
On rycerzy ginących porzuci;
Z arki kraju wyleci jak kruk,
Strząśnie skrzydła, do arki nie wróci...
Kraj przedany on wyda pod miecz.
GŁOS W POWIETRZU
W imię Boga! precz stąd! precz!...
wszystko znika.
CHÓR ANIOŁÓW
Ziemia - to plama
Na nieskończoności błękicie;
Ciemna gwiazda, w słonecznych gwiazd świcie,
Grób odwieczny potomków Adama.
ARCHANIOŁ
Onego czasu, jedna z gwiazd wiecznego gmachu
Obłąkała się w drodze, jam ją zgonił lotem,
Czułem w dłoni jéj serce bijące z przestrachu,
Jak serce ptaka ludzkim dotkniętego grotem;
I drzącą położyłem przed tronem Jehowy.
A Bóg rzekł do mnie świato-tworzącemi słowy:
Krew ludzka skrzydła twoje rumieni.
Padłem twarzą na boskie podnoże,
Na proch gwiazd, na kobierce z promieni...
Boże! Boże! Boże!
Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,
Krwawa była - widziałem! widziałem!
Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,
Lud konał... gwiazda gasła... za gwiazdą leciałem -
Lud skonał...
Czas, byś go podniósł, Boże, lub gromem dokonał.
A jeśli twoja dłoń ich nie ocali,
Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali...
Zmiłuj się nad niemi, Panie!
A Bóg rzekł: Wola moja się stanie...
CHÓR ANIOŁÓW
Ziemia - to plama
Na nieskończoności błękicie,
A Bóg ją zetrze palcem, lub wleje w nią życie
Jak w posąg gliniany Adama.
Źródła:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/index.htm
http://literat.ug.edu.pl/kordian/korprzy.htm
Zygmunt Krasiński, Nie-Boska komedia* (fragm.),
CZĘŚĆ PIERWSZA
Gwiazdy wokoło twojej głowy - pod twoimi nogi fale morza - na falach morza tęcza przed tobą pędzi i rozdziela mgły - co ujrzysz, jest twoim - brzegi, miasta i ludzie tobie się przynależą - niebo jest twoim. - Chwale twojej niby nic nie zrówna.
Ty grasz cudzym uszom niepojęte rozkosze. - Splatasz serca i rozwiązujesz gdyby wianek, igraszkę palców twoich łzy wyciskasz - suszysz je uśmiechem i na nowo uśmiech strącasz z ust na chwilę - na chwil kilka - czasem na wieki. - Ale sam co czujesz? - ale sam co tworzysz? - co myślisz? - Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością. - Biada ci - biada! - Dziecię, co płacze na łonie mamki - kwiat polny, co nie wie o woniach swoich, więcej ma zasługi przed Panem od ciebie.
Skądżeś powstał, marny cieniu, który znać ó świetle dajesz, a światła nie znasz, nie widziałeś, nie obaczysz! Kto cię stworzył w gniewie lub w ironii? - Kto ci dał życie nikczemne, tak zwodnicze, że potrafisz udać Anioła, chwilą nim zagrząźniesz w błoto, nim jak płaz pójdziesz czołgać i zadusić się mułem? - Tobie i niewieście jeden jest początek. -
Ale i ty cierpisz, choć twoja boleść nic nie utworzy, na nic się nie zda. - Ostatniego nędzarza jęk policzon między tony harf niebieskich. - Twoje rozpacze i westchnienia opadają na dół i Szatan je zbiera, dodaje w radości do swoich kłamstw i złudzeń - a Pan je kiedyś zaprzeczy, jako one zaprzeczyły Pana.
Nie przeto wyrzekam na ciebie, Poezjo, matko Piękności i Zbawienia. - Ten tylko nieszczęśliwy, kto na światach poczętych, na światach mających zginąć, musi wspominać lub przeczuwaé ciebie - bo jedno tych gubisz, którzy się poświęcili tobie, którzy się stali żywymi głosami twej chwały.
Błogosławiony ten, w którym zamieszkałaś, jako Bóg zamieszkał w świecie, nie widziany, nie słyszany, w każdej części jego okazały, wielki, Pan, przed którym się uniżają stworzenia i mówią: "On jest tutaj." - Taki cię będzie nosił gdyby gwiazdę na czole swoim, a nie oddzieli się od twej miłości przepaścią słowa. - On będzie kochał ludzi i wystąpi mężem pośród braci swoich. - A kto cię nie dochowa, kto zdradzi za wcześnie i wyda na marną rozkosz ludziom, temu sypniesz kilka kwiatów na głowę i odwrócisz się, a on zwiędłymi się bawi i grobowy wieniec splata sobie przez całe życie. - Temu i niewieście jeden jest początek.
ANIOŁ STRÓŻ
Pokój ludziom dobrej woli - błogosławiony pośród stworzeń kto ma serce - on jeszcze zbawion być może. - Żono dobra i skromna, zjaw się dla niego - i dziecię niechaj się urodzi w domu waszym.
Przelatuje.CHÓR ZŁYCH DUCHÓW
W drogę, w drogę, widma, idźcie ku niemu! - Ty naprzód, ty na czele, cieniu nałożnicy umarłej wczoraj, odświeżony w mgle i ubrany w kwiaty, dziewico, kochanko poety, naprzód. -W drogę i ty, sławo, stary orle wypchany w piekle, zdjęty z palu, kędy cię strzelec zawiesił w jesieni - leć i roztocz skrzydła, wielkie białe od słońca, nad głową poety. -
Z naszych sklepów wynidź, spróchniały obrazie Edenu, dzieło Belzebuba - dziury zalepiem i rozwiedziemy pokostem - a potem, płótno czarodziejskie, zwiń się w chmurę i leć do poety - wnet się rozwiąż naokoło niego, opasz go skałami i wodami, na przemian nocą i dniem. - Matko naturo, otocz poetę!
*
Wieś - kościół - nad kościołem Anioł Stróż się kołysze.
[ANIOŁ STRÓŻ]
Jeśli dotrzymasz przysięgi, na wieki będziesz bratem moim w obliczu Ojca niebieskiego.
Znika.Wnątrz kościoła - świadki - gromnica na ołtarzu.
KSIĄDZ ślub daje.
Pamiętajcie na to.Wstaje para. - Mąż ściska rękę Żony i oddaje ją krewnemu - wszyscy wychodzą - on sam zostaje w kościele.
[MĄŻ]
Zstąpiłem do ziemskich ślubów, bom znalazł tę, o której marzyłem - przeklęstwo mojej głowie, jeśli ją kiedy kochać przestanę.*
Komnata pełna osób - bal - muzyka - świece - kwiaty. Panna Młoda walcuje po kilku okręgach staje, przypadkiem napotyka Męża w tłumie i głowę opiera na jego ramieniu.
PAN MŁODY
Jakżeś mi piękna w osłabieniu swoim - w nieładzie kwiaty i perły na włosach twoich - płoniesz ze wstydu i znużenia - o wiecznie, wiecznie będziesz pieśnią moją. -PANNA MŁODA
Będę wierną żoną tobie, jako matka mówiła, jako serce mówi. - Ale tyle ludzi jest tutaj - tak gorąco i huczno. -PAN MŁODY
Idź z raz jeszcze w taniec, a ja tu stać będę i patrzeć na cię, jakem nieraz w myśli patrzał na sunących aniołów. -PANNA MŁODA
Pójdę, jeśli chcesz, ale już sił prawie nie mam. -PAN MŁODY
Proszę cię, moje kochanie. -Taniec i muzyka
*
Noc pochmurna. - Duch Zły pod postacią dziewicy, lecąc.
[DUCH ZŁY]
Niedawnom jeszcze biegała po ziemi w taką samą porę - teraz gnają mnie czarty i każą świętą udawać.
Leci nad ogrodem.
Kwiaty, odrywajcie się i lećcie do moich włosów.
Leci nad cmentarzem.
Świeżość i wdzięki umarłych dziewic, rozlane w powietrzu, płynące nad mogiłami, lećcie do jagód moich. -
Tu czarnowłosa się rozsypuje - cienie jej puklów, zawiśnijcie mi nad czołem. - Pod tym kamieniem zgasłych dwoje ócz błękitnych - do mnie, do mnie ogień, co tlał w nich!- Za tymi kraty sto gromnic się pali - księżnę dziś pochowano - suknio atłasowa, biała jak mleko, oderwij się od niej!- Przez kraty leci suknia do mnie, trzepocząc się jak ptak - a dalej, a dalej.*
Pokój sypialny - lampa nocna stoi na stole i blado oświeca Męża śpiącego obok Żony.
MĄŻ przez sen
Skądże przybywasz, nie widziana, nie słyszana od dawna - jak woda płynie, tak płyną twoje stopy, dwie fale białe- pokój świątobliwy na skroniach twoich - wszystko, com marzył i kochał, zeszło się w tobie. (przebudza się) Gdzież jestem! - ha, przy żonie - to moja żona. - (wpatruje się w Żonę) Sądziłem, że to ty jesteś marzeniem moim, a otóż po długiej przerwie wróciło ono i różnym jest od ciebie. - Ty dobra i miła, ale tamta... Boże - co widzę - na jawie!DZIEWICA
Zdradziłeś mnie.
Znika.MĄŻ
Przeklęta niech będzie chwila, w której pojąłem kobietę, w której opuściłem kochankę lat młodych, myśl myśli moich, duszę duszy mojej...[...]
DZIEWICA
Pójdzieszli za mną, w którykolwiek dzień przylecę po ciebie? -MĄŻ
O każdej chwili twoim jestem. -DZIEWICA
Pamiętaj. -MĄŻ
Zostań się - nie rozpraszaj się jako sen. - Jeśliś pięknością nad pięknościami, pomysłem nad wszystkimi myśli, czegóż nie trwasz dłużej od jednego życzenia, od jednej myśli? -Okno otwiera się w przyległym domu.
GŁOS KOBIECY
Mój drogi, chłód nocy spadnie ci na piersi; wracaj, mój najlepszy, bo mi tęskno samej w tym czarnym, dużym pokoju. -MĄŻ
Dobrze - zaraz. -
Znikł duch, ale obiecał, że powróci, a wtedy żegnaj mi, ogródku i domku, i ty, stworzona dla ogródka i domku, ale nie dla mnie.GŁOS
Zmiłuj się - coraz chłodniej nad rankiem. -MĄŻ
A dziecię moje - o Boże!
Wychodzi.*
Salon - dwie świece na fortepianie - kolebka z uśpionym dzieckiem w kącie - Mąż rozciągnięty na krześle z twarzą ukrytą w dłoniach - Żona przy fortepianie,
ŻONA
Byłam u Ojca Beniamina, obiecał mi się na pojutrze. -MĄŻ
Dziękuję ci.ŻONA
Posłałam do cukiernika, żeby kilka tort przysposobił, boś podobno dużo gości sprosił na chrzciny - wiesz - takie czekoladowe, z cyfrą Jerzego Stanisława. -MĄŻ
Dziękuję ci.ŻONA
Bogu dzięki, że już raz się odbędzie ten obrządek - że Orcio nasz zupełnie chrześcijaninem się stanie - bo choć już chrzczony z wody, zdawało mi się zawsze, że mu nie dostaje czegoś. (idzie do kolebki) Śpij, moje dziecię - czy już się tobie coś śni, że zrzuciłeś kołderkę - ot, tak - teraz leż tak. - Orcio mi dzisiaj niespokojny - mój maleńki - mój śliczny, śpij. -MĄŻ na stronie
Parno - duszno - burza się gotuje - rychłoż tam ozwie się piorun, a tu pęknie serce moje? -[…]
wtem grzmot - słychać - zaraz potem muzykę - akord po akordzie i coraz dziksze.
ŻONA
Co to znaczy?Dziecię ciśnie do piersi. Muzyka się urywa. Wchodzi Dziewica.
[DZIEWICA]
O mój luby, przynoszę ci błogosławieństwo i rozkosz - chodź za mną. -
O mój luby, odrzuć ziemskie łańcuchy, które cię pętają. - Ja ze świata świeżego, bez końca, bez nocy.- Jam twoja. -ŻONA
Najświętsza Panno, ratuj mnie! - to widmo blade jak umarły - oczy zgasłe i głos jak skrzypienie woza, na którym trup leży. -MĄŻ
Twe czoło jasne, twój włos kwieciem przetykany, o luba. -ŻONA
Całun w szmatach opada jej z ramion. -MĄŻ
Światło leje się naokoło ciebie - głos twój raz jeszcze - niechaj zaginę potem. -DZIEWICA
Ta, która cię wstrzymuje, jest złudzeniem. - Jej życie znikome - jej miłość jako liść, co ginie wśród tysiąca zeschłych - ale ja nie przeminę. -ŻONA
Henryku, Henryku, zasłoń mnie, nie daj mnie - czuję siarkę i zaduch grobowy. -MĄŻ
Kobieto z gliny i z błota, nie zazdrość, nie potwarzaj- nie bluźń - patrz - to myśl pierwsza Boga o tobie, ale tyś poszła za radą węża i stałaś się, czym jesteś. -ŻONA
Nie puszczę cię.MĄŻ
O luba! rzucam dom i idę za tobą. -
Wychodzi.ŻONA
Henryku - Henryku! -
Mdleje i pada z dzieckiem - drugi grzmot.[...]
Piękna okolica - wzgórza i lasy - góry w oddali.
MĄŻ
Tegom żądał, o to przez długie modliłem się lata i nareszciem już bliski mojego celu - świat ludzi zostawiłem z tyłu - niechaj sobie tam każda mrówka bieży i bawi się dźbłem swoim, a kiedy go opuści, niech skacze ze złości lub umiera z żalu. -GŁOS DZIEWICY
Tędy - tędy. -
Przechodzi.*
Góry i przepaście ponad morzem - Gęste chmury - burza. -
MĄŻ
Gdzie mi się podziała - nagle rozpłynęły się wonie poranku. pogoda się zaćmiła - stoję na tym szczycie, otchłań pode mną i wiatry huczą przeraźliwie. -GŁOS DZIEWICY w oddaleniu
Do mnie, mój luby.MĄŻ
Jakże już daleko, a ja przesadzić nie zdołam przepaści. -GŁOS w pobliżu
Gdzie skrzydła twoje? -MĄŻ
Zły duchu, co się natrząsasz ze mnie, gardzę tobą. -GŁOS DRUGI
U wiszaru góry twoja wielka dusza, nieśmiertelna, co jednym rzutem niebo przelecieć miała ot kona! - i nieboga twoich stóp się prosi, by nie szły dalej - wielka dusza- serce wielkie. -MĄŻ
Pokażcie mi się, weźcie postać, którą bym mógł zgiąć i obalić. - Jeśli się was ulęknę, bodajbym Jej nie otrzymał nigdy. -DZIEWICA na drugiej stronie przepaści
Uwiąż się dłoni mojej i wzleć! -MĄŻ
Cóż się dzieje z tobą? - Kwiaty odrywają się od skroni twoich i padają na ziemię a jak tylko się jej dotkną, ślizgają jak jaszczurki, czołgają jak żmije. -DZIEWICA
Mój luby! -MĄŻ
Przez Boga, suknię wiatr zdarł ci z ramion i rozdarł w szmaty. -DZIEWICA
Czemu się ociągasz? -MĄŻ
Deszcz kapie z włosów - kości nagie wyzierają z łona. -DZIEWICA
Obiecałeś - przysiągłeś. -MĄŻ
Błyskawica źrzenice jej wyżarła. -CHÓR DUCHÓW ZŁYCH
Stara, wracaj do piekła - uwiodłaś serce wielkie i dumne, podziw ludzi i siebie samego. - Serce wielkie, idź za lubą twoją. -MĄŻ
Boże, czy Ty mnie za to potępisz, żem uwierzył, iż Twoja piękność przenosi o całe niebo piękność tej ziemi - za to, żem ścigał za nią i męczył się dla niej, ażem stał się igrzyskiem szatanów?DUCH ZŁY
Słuchajcie, bracia - słuchajcie! -MĄŻ
Dobija ostatnia godzina. - Burza kręci się czarnymi wiry- morze dobywa się na skały i ciągnie ku mnie - niewidoma siła pcha mnie coraz dalej - coraz bliżej - z tyłu tłum ludzi wsiadł mi na barkí i prze ku otchłani. -DUCH ZŁY
Radujcie się, bracia - radujcie! -MĄŻ
Na próżno walczyć - rozkosz otchłani mnie porywa - zawrót w duszy mojej - Boże - wróg Twój zwycięża! -Anioł Stróż ponad morzem
Pokój wam, bałwany, uciszcie się!
W tej chwili na głowę dziecięcia twego zlewa się woda święta. -
Wracaj do domu i nie grzesz więcej. -
Wracaj do domu i kochaj dziecię twoje. -http://literat.ug.edu.pl/~literat/nieboska/001.htm
J.W. Goethe, Faust* (fragm.),
Johann Wolfgang Goethe, Monolog Fausta.
Choć filozofię studiowałem,
medyczny kunszt, arkana prawa
i teologię też, z zapałem
godnym, zaiste, lepszej sprawy,
na nic się zdały moje trudy —
jestem tak mądry, jak i wprzódy!
Zwą mnie magistrem, ba, doktorem!
Od lat dziesięciu za nos wodzę
po krętej poszukiwań drodze
swych uczniów głupkowatą sforę
i widzę, że nic nie wiem przecie.
Ta myśl, jak kamień, serce gniecie!
I cóż, żem jest mędrszy niż owe gaduły
magistry, doktory, pismaki i klechy,
że za nic mam wszelkie moralne skrupuły,
nie boję się diabła ni kary za grzechy —
wraz z trwogą i radość została odjęta,
bo księga poznania jest dla mnie zamknięta!
Czyż stertą uczonych książkowych mądrości
naprawić świat zdołam, dać szczęście ludzkości?
Ni włości nie mam, ni pieniędzy,
obce mi są rozkosze świata.
Pies żyć by nie chciał w takiej nędzy,
w jakiej mijają moje lata!
Ku magii przeto zwracam wzrok:
czy za nieczystych duchów sprawą
nie pryśnie tajemnicy mrok,
nie stanie się przeczucie jawą?
Może wyjawią mi ich usta
siłę, co rządzi we wszechświecie,
przyczynę sprawczą i cel rzeczy,
bym przestał kupczyć słowem pustym.
Księżycu! dziś po raz ostatni
oświetlasz tę ponurą niszę!
Iluż to nocy blask twój bratni
był mi jedynym towarzyszem,
gdym nad pulpitem pochylony
wertował stosy ksiąg uczonych!
O, gdybym mógł na szczyty gór
za twoim jasnym biec promieniem,
z duchami wznosić się wśród chmur,
oddychać łąki świeżym tchnieniem,
skąpać się w blasków twych powodzi
i z próżnych mąk się oswobodzić!
Biada! Wciąż jeszcze tkwię w tej norze!
Zatęchły lochu, bądź przeklęty!
Światło tu ledwie dotrzeć może
przez szyby brudem zarośnięte.
Pod sufit piętrzą się szpargały,
pokryte kurzem książek zwały,
które od dawna robak toczy.
Jak się to wszystko na mnie tłoczy —
te sterty niepotrzebnych sprzętów,
probówek, butli, instrumentów,
wśród których ugrzązł stary grat —
i to jest świat, to jest twój świat!
I ty się pytasz, czemu lęk
przyśpiesza serca twego tętno,
dlaczego bujny życia pęd
tłumi udręka niepojęta?
Zamiast na łonie żyć natury
i oczy krasą jej weselić
ty w lochu gnijesz swym ponurym
wśród trupich czaszek i piszczeli!
Uciekać stąd! W szeroki świat!
Może ta tajemnicza księga,
pisana Nostradama ręką
wskaże mi wreszcie jakiś ślad?
Może wyczytam z niej gwiazd ruchy
i staną mi się oczywiste
natury tajnie i zamysły,
bym pojął, o czym mówią duchy?
Próżno się silą starcze oczy moje,
by sens tajemny pojąć świętych liter.
Czuję, jak krążą wokół duchów roje —
Przemówcie, duchy, jeśli mnie słyszycie!
Przeł. Jerzy Szpotański
http://literat.ug.edu.pl/szpot/0002.htm
Fantastyka w modernizmie (Młodej Polsce)
Wybierz jeden wiersz: Leopold Staff, Deszcz jesienny lub Tadeusz Miciński Lucyfer
Tadeusz Miciński Lucyfer
Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
lecący z jękiem w dal - jak głuchy dzwon północy -
ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.
Ja komet król - a duch się we mnie wichrzy
jak pył pustyni w zwiewną piramidę -
ja piorun burz - a od grobowca cichszy
mogił swych kryję trupiość i ohydę.
Ja - otchłań tęcz - a płakałbym nad sobą
jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach -
jam blask wulkanów - a w błotnych nizinach
idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.
Na harfach morze gra - kłębi się rajów pożoga -
i słońce - mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...
Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby,
A smutek cień kładzie na licu ich miodem...
Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek i życie tułacze,
A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...
Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...
Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...
Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
By w piersi łkające przytłumić rozpacze,
I smutków potwornych płomienne łzy płacze...
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Stanisław Wyspiański, Wesele
Wesele, Akt II
Wesele, SCENA 5.
MARYSIA, WIDMO.
WIDMO
Miałem ci być poślubiony,
moja ślubna ty.
MARYSIA
Bywałeś mój narzeczony,
przyrzekałeś mi.
WIDMO
Byłaś dla mnie słońce złote,
w moim domku zimno mnie.
MARYSIA
Mróz jakisi od wos wionie,
zimnem ubiór dmie.
WIDMO
Ogniem, żarem lico płonie,
zaś krew w tobie wre.
MARYSIA
Miałam ci być poślubiona
i mój ślubny ty.
WIDMO
Maryś, Maryś, narzeczona,
długie moje sny.
MARYSIA
Ka ty mieszkasz, kaś ty jest?
Jechałeś do obcych miest,
czekałam cie długo, długo
i nie doczekałam sie.
Kaś ty jest, kajś ty jest,
gdzie ty mieszkasz, gdzie?
WIDMO
Goniłem do różnych miest,
rozhulaniec, pędziwiatr,
ażem gdziesi w ziemię wpad,
gdzie mnie toczy gad.
MARYSIA
O mój Boze, Boze mój,
to juz ciebie tocy gad.
WIDMO
Zwabiło mnie echo z Tatr,
otom jest, otom jest,
zwabiły mnie głosy z chat,
do myśli mi przyszedł gest
przypomnieć się z dawnych lat;
domek mój, podobnoś grób,
nie jestem wymagający,
przeszedłem niejedną z prób,
ale żebym ja był trup,
nie wierz, Maryś, bo to kłam;
żywie Duch, żywie Duch,
wytężyłem cały słuch,
zwabiły mnie głosy z chat.
MARYSIA
Ka twój grób, ka twój grób?
Pono gdziesi za daleko,
nie dobiegnie, nie doleci...
(Ona przesłania oczy ręką, on zaś jej, nagły, dłoń odrywa).
WIDMO
Łzy mnie palą, łzy mnie pieką,
licho bierz grób mój,
otom jest, otom twój;
czy pamiętasz jeszcze dzień;
jak nas gruszy cienił cień,
tu w tym sadzie, na zieleni,
śród połednia, śród promieni,
przy mnie stałaś: w dłoni dłoń - ?
MARYSIA
Dawno, dawno, tyle lat.
WIDMO
Skłońże ku mnie główkę, skłoń.
MARYSIA
Hańśmy stoli w dłoni dłoń -
szedł od ciebie swat.
WIDMO
Dawno, dawno, tyle lat.
MARYSIA
Miałabym tylo wesele,
co jak dziś, jak to dziś.
WIDMO
Potańcujmy raz dokoła,
potem zaś znów mus mnie iść
MARYSIA
Som tu twoi przyjaciele,
ostań chwile.
WIDMO
Raz dokoła,
potem to już mus mnie iść:
mus mnie woła, mus mnie woła.
MARYSIA
Ano dziś nasze wesele;
raz dokoła, raz dokoła.
WIDMO
Taki smutek idzie z czoła...
MARYSIA
Takie zimno wieje z ust...
WIDMO
Przytul mnie do twoich chust,
przytul mnie do piersi, rąk...
MARYSIA
Nie chytaj sie moich wstąg,
taki wieje trupi ciąg.
WIDMO
Kochaj...!
MARYSIA
Precz, nie sięgaj lic
WIDMO
Nie broń mi się - nic to, nic...
MARYSIA
Zimnem dołu wieje strój,
ty nie mój, ty nie mój!
WIDMO
Mus mnie woła, mus mnie woła,
raz dokoła...
MARYSIA
Stój, ach, stój!
Wesele, SCENA 7.
STAŃCZYK, DZIENNIKARZ.
STAŃCZYK
(idąc)
Ktoś się za mną włóczy wciąż.
DZIENNIKARZ
Ktoś przede mną ciągle stąpa.
STAŃCZYK
(już był usiadł)
Domek mały, chata skąpa:
Polska, swoi, własne łzy,
własne trwogi, zbrodnie, sny,
własne brudy, podłość, kłam;
znam, zanadto dobrze znam.
DZIENNIKARZ
Zacz kto - ?
STAŃCZYK
Błazen.
DZIENNIKARZ
(poznając)
Wielki mąż!
STAŃCZYK
Wielki, bo w błazeńskiej szacie;
wielki, bo wam z oczu zszedł,
błaznów coraz więcej macie,
nieomal błazeńskie wiece;
Salve, bracie!
DZIENNIKARZ
Ojcze, Salve!
Szereg dobrych błaznów zrzedł,
przywdziewamy szarą barwę;
koncept narodowy gaśnie;
gasną coraz te pochodnie,
które do hajduków ręku
przywiązane żarem płoną.
Skapały, zżarły się świece,
a że do rąk przytroczone,
więc jeszcze palą się ręce,
w tę samą zaklęte stronę. -
Trzeba by do służby narodu
błaznów całego zastępu;
palą się hajduki w męce,
z własnego bolu się śmieją;
gasną świece narodowe,
okropne rzeczy się dzieją,
śmiechem i szyderstwem biegu
obudzić, ośmielić zdolne
serce spodlone, niewolne,
które naszą krew zaprawia.
STAŃCZYK
A wolicie spać - -
DZIENNIKARZ
To jedno!
Usypiam duszę mą biedną
i usypiam brata mego;
wszystko jedno, wszystko jedno,
tyle złego, co dobrego,
okropne rzeczy się dzieją.
Patrzeć na przebiegi zdarzeń -
dalekie, dalekie od marzeń,
tak odległe od wszystkiego,
co było wielkie w kraju;
że wszystko, co było, przepadło,
bezpowrotnie w mroku zbladło:
to bajki o trzecim Maju!
Matkę do trumny się kładło,
siostry i rodzinę całą;
ksiądz pokropił i poświęcił,
grabarze gruz przywalili;
epigonów co zostało,
na stypie się weselili
wesołością, co przeklina;
w pijaństwie duszę zabili,
a nie mogli zabić serca.
Zostało serce, co woła,
spłakane u bram kościoła,
skrwawione u wrót świątyni
i jeszcze w męce okrutnej,
w czułej litości rozrzutnej
samo siebie wini.
STAŃCZYK
Asan jako spowiedź czyni,
spowiedź, widzę, cudzych grzechów;
Acan się zalewa łzami,
duszę krwawi, serce krwawi;
ale znać z Acana mowy,
że jest - tak - przeciętnie zdrowy;
jutro humor się naprawi. -
Gotów mi płakać najrzewniej,
rozczulać się cudzych grzechów,
u bliskiego widzieć tramy,
zbrodnie, brudy, grzechy, plamy
i za swojego bliskiego
uczynić publiczną spowiedź. -
A! doprawdy! warte śmiechów -
może jeszcze rozgrzeszenie
wziąć kapłańskie z cudzych zbrodni - ?
DZIENNIKARZ
Wina ojca idzie w syna;
niegodnych synowie niegodni;
ten przeklina, ów przeklina -
ród pamięta, brat pamięta,
kto te pozakładał pęta
i że ręka, co przeklęta,
była swoja. - Rozbrat wieczny
duszy z ciałem, ciała z duszą;
w nim się słabi kruszą -
miecz do walki obosieczny -
myśmy słabi. - Wielkość gniecie,
przekleństwo nosi na grzbiecie:
zbrodnie nosi, czarne kiry,
szatę krwawą Dejaniry;
Wielkość: Zbrodnia; Małość: podła -
Jakaż nasza dzisiaj Wola?!
Czarodziejska dłoń ogrodła
nasze pola.
STAŃCZYK
Łzy ze źródła!
Tyle żalów o nieswoje!?
A cóż tobie niepokoje
tych, co w grobach leżą?
Myślisz - że się trupy odświeżą
strojem i nową odzieżą -
a ty z trupami pod rękę
będziesz szedł na Ucztę-mękę
i jako potrawy żuł,
czym się tylko kiejś kto truł;
wsączał w siebie i pił,
czym tylko kto gdzie gnił;
czy to ma być twoja krew?!
DZIENNIKARZ
Moja krew, moja krew -
czy ja wiem - okrzyk mew,
gdy gonią ponad skały,
okrzyk mew osmętniały,
żałośliwy, straszny,
gdy od brzegu odbiegły daleko.
Morze ciche, strop się chmurzy,
ale burza i orkan daleko
Tylko głuchość i pustka bezmierna -
a tu skrzydła rozchwiane do lotu,
nie pragną, nie pragną powrotu
i wiedzą, że tam, gdzie dążą,
wylądu szukać daremno;
przekleństwu swojemu wierne,
lecą - i nie śmieją ustać,
aż krew do ust pocznie chlustać
ze znużenia - wtedy padną,
łzą nie pożegnane żadną,
bo śmierć ulga, ulga zgon.
STAŃCZYK
Zaśpiewałeś kruczy ton;
tobież tylko dzwoni w głuszy
pogrzebowych jęków dzwon?
A słyszałżeś kiedy, z wieży
jak dźwięczy i śpiewa On?
DZIENNIKARZ
Zygmunt, Zygmunt...
STAŃCZYK
Dzwon królewski: -
Siedziałem u królewskich stóp,
królewski za mną dwór:
synaczek i kilka cór,
Włoszka - a wielki chór
kleru zawodził hymny; -
a dzwon wschodził.
Patrzali wszyscy w górę,
a dzwon wschodził -
zawisnął u szczytów
i z wyżyn się rozdzwonił:
głos leciał, polatał,
kołysał się górnie,
wysoko, podchmurnie -
a tłum się wielki pokłonił.
Pojrzałem na króla,
a król się zapłonił...
Dzwon dzwonił
DZIENNIKARZ
A toć on nam tętni dziś,
jak grzebiemy, kto nam drogi;
zwołuje nas, każąc iść
posłuchać kościelnych szumów,
w wielkim zamęcie rozumów,
w wielkim modlitew rozjęku,
On pan, ten dzwon królewski,
nie ustający w brzęku,
o pękniętym sercu:
nasz ton. - Nad przepaścią stoję
i nie znam, gdzie drogi moje.
STAŃCZYK
Byś serce moje rozkroił,
nic w nim nie najdziesz inszego,
jako te niepokoje:
sromota, sromota, wstyd,
palący wstyd;
jakoweś Fata nas pędzą
w przepaść -
DZIENNIKARZ
Ty Wid!
STAŃCZYK
Ja Wstyd!!
Piekło wiem gorsze niż Dante,
piekło żywe.
DZIENNIKARZ
Żyję w Piekle!,
STAŃCZYK
Społem w przepaść!
DZIENNIKARZ
Społeczeństwo!
Oto tortury najsroższe,
śmiech, błazeństwo -
to my duchy najuboższe.?
"Społem" to jest malowanka,
"społem" to duma panka,
"społem" to jest chłopskie "w pysk","
"społem" to papuzia kochanka,
próżność, nadczłowieczeństwo _
i przy tym to maleństwo:
serce pęknione, co krwawi.
STAŃCZYK
Asan prawi -
jako najwalniejsi gębacze,
odrośl od tych samych pni
z moich dni.
DZIENNIKARZ
Wolałbym już stokroć razy
policzone dni
niż ten bieg, bieg. pęd, gonitwa
ku przepaści, otchłani, zawrotom:
Ach, kresu, ach, kresu lotom
Stacza się sercowa bitwa,
opadam coraz na głazy,
mrze na ustach modlitwa,
ach, kresu, ach, kresu lotom! -
Niechby się raz wszystko spali,
zetrze się, na proch się zsypie,
jak kolumny, na gruz się rozwali,
byśmy padli potruci
jadami w pogrzebowej stypie;
niechajby się raz wszystko spali,
i te nasze polskie posty
dusz do polskich świętych,
i te nasze tęczowe mosty
czułości nad pustką rozpiętych,
malowanki Częstochowskie
w koronach - i wszystkie Wiary! -
Nieszczęścia wołam!!
STAŃCZYK
Puszczyku...
DZIENNIKARZ
Może by Nieszczęście nareście
dobyło nam z piersi krzyku,
krzyku, co by był nasz,
z tego pokolenia. -
Ach, Sumienia, Sumienia!
Już było tych prawd bez liku
dla nas - Prawdy czy Fraszki -?,
Stoimy u polskich granic,
a mamy obecność za nic,
od talentów zawisłe igraszki.
STAŃCZYK
Puszczyku!
Zgrałeś się przy zielonym stoliku
czy z kobietami w gorączce
opętałeś duszę mdłością
i w tej momentu palączce
oślep gnasz we własne próchno.
A gdy na nie wichry dmuchną,
rozleci się zgasłe próchno,
zamurują się otchłanie
i krzyk, i jęk, i wołanie
zda ci się błazeństwem duszy,
które nikogo nie skruszy,
które zeżre siebie samo,
a trzewia mu gniciem cuchną. -
Znam ja, co jest serce targać
gwoźdźmi, co się w serce wbiły,
biczem własne smagać ciało,
plwać na zbrodnie, lżyć złej woli,
ale Świętości nie szargać,
bo trza, żeby święte były,
ale Świętości nie szargać:
to boli.
DZIENNIKARZ
Tragediante...
STAŃCZYK
Commediante,
dla ciebie błazeńska laska.
DZIENNIKARZ
Piastujesz ją, piastun stary;
znasz tylko: status quo ante;
błazeństwo z tobą się zrosło.
STAŃCZYK
Oto naści twoje wiosło:
błądzący w odmętów powodzi,
masz tu kaduceus polski,
mąć nim wodę, mąć.
DZIENNIKARZ
Fatum nas w obłędy wodzi:
u rozstajnych dróg zły Duch!
Tu moje rozstajne drogi;
ty mój Duch-zły - demon, Szatan;
błazeństwem ja z tobą zbratan,
byłem ci duszą poswatan,
nim dusza stała się trup; -
a teraz mi pachnie grób,
czuję trąd.
STAŃCZYK
Naści; rządź!
Masz tu kaduceus polski,
mąć nim wodę, mąć.
DZIENNIKARZ
Nie chcę żadnych więcej prób.
Serce miałem kiedyś młode,
porwałeś mi serce młode,
wlałeś jad goryczny w krew.
Nie widzę, nie widzę dróg,
zaćmił mi się Bóg...
STAŃCZYK
Fata pędzą, pędzą Fata ?
Wielkość ? Nicość ? pusty dzwon,
serce strute ?
uderzyłeś błazna ton:
moją nutę.
Kłam sercu, nikt nie zrozumie,
hasaj w tłumie!
Masz tu kaduceus, chwyć!
Rządź!
Mąć nim wodę, mąć!
Na Wesele! Na Wesele!
Idź!
Mąć tę narodową kadź,
serce truj, głowę trać!
Na Wesele! Na Wesele!
Staj na czele!!!
Wesele, SCENA 9.
POETA, RYCERZ.
POETA
Otwarła się toń!
Upomina się o swoje Umarła.
Szumem, gwarnością, zawrotem
idzie ku nam z powrotem;
jakaś Przemoc wrotom grobu się wydarła,
oto, słyszę, woła:
RYCERZ
Daj dłoń!!
POETA
Puszczaj!
RYCERZ
Ty mój!
POETA
Puszczaj!
RYCERZ
Ty mój!!
POETA
Żelazem owita ręka,
żelazem zakryta skroń.
RYCERZ
Zbieraj się, skrzydlaty ptaku,
nędzarzu, na koń, na koń,
przepadnie przekleństwo, męka!
POETA
Co mówisz, okropne widziadło,
na koń? - gdzie - ? jak?
Żelazna twoja dzwoni szczęka,
żelazna więzi mnie ręka.
RYCERZ
Na koń, zbudź się, ty żak,
ty lecieć masz jak ptak!
Bioręć w pętle.
POETA
Na arkan mnie wiąże.
RYCERZ
Poznasz, ktom jest, gdy zaciążę -
ty więzień mój, mnie służ;
biorę przemocą. Ja Moc:
za mną, przede mną
ognia kurz;
po drogach, po których lecę,
drzewa się palą jak świece,
ciskają się błyskawice,
jak lecę, Duch:
wytężaj, wytężaj słuch!
POETA
Puszczaj, przepadaj w Noc -
o, ręce, ręce martwieją...
RYCERZ
Ty mój!
POETA
Precz. -
RYCERZ
Słysz grom...
POETA
Zatrząsnął się cały dom...
RYCERZ
A czy wiesz, czym ty masz być,
o czym tobie marzyć, śnić-.
POETA
Sen, marzenie, mara, wid.
RYCERZ
Jutro dzień, przede dniem świt!
Wiesz ty, czym ty mogłeś być-
POETA
Słowo, Widmo gończe!
RYCERZ
Zwiastun!!
POETA
Głos jak marzeń moich piastun;
Rycerz, Widmo, urojenie
przyoblekło szatę żywą.
RYCERZ
Krwi, krwi pragnę, krwawe żniwo!
Wracam do dom w noc szczęśliwą,
w noc ponurych wichrów łkań.
Niosę dań, orężną dań.
POETA
Wracasz do dom ze snów, z dali...
RYCERZ
Z dali, hen z zaświatów, z prochów.-
Przeszedłem ogień, co pali,
przeszedłem zapady lochów.
Ścigam, gonię, moc roztrwonię.
Niosę dań, orężną dań.
POETA
W noc ponurych wichrów łkań
wstajesz z lochów, z prochów, skał...
RYCERZ
Na głos mój ty będziesz drżał:
Grunwald, miecze, król Jagiełło!
Hajno się po zbrojach cięło,
a wichr wył i dął, i wiał;
stosy trupów, stosy ciał,
a krew rzeką płynie, rzeką!
Tam to jest!! Olbrzymów dzieło;
Witołd, Zawisza, Jagiełło,
tam to jest!! - Z pobojowiska
zbroica się w skibach przebłyska,
żelezce, połamane groty,
drzewce powbijane do ciał,
z trupów zapora, z trupów wał,
rycerski zgotowiony stos:
Ofiarnica -
tam leć - tam chodź, tam leć!!!
brać z tej zbrojowni zbroje,
kopije, miecz i szczyt
i stać tam wśród krwi,
aż na ogromny głos
bladością się powlecze świt,
a ciała wstaną,
a zbroje wzejdą
i pochwycą kopije, i przejdą!!!
Spiesz, tam leżą stosy ciał;
przeparłem trumniska wieko,
czas, bym wstał, czas, bym wstał.
POETA
Łzy mnie pieką, łzy mnie pieką,
czymże bym ja tam być miał.
RYCERZ
Niosę dań, orężny szał.
POETA
Dech twój zimny, dech grobowy...
RYCERZ
Patrzaj w twarz, patrz mi w twarz,
ślubuj duszę, duszę dasz.
POETA
Za przyłbicą pustość, proch;
w oczach twoich czarny loch,
za przyłbicą Noc;
zbroja głuchym jękiem brzękła.
RYCERZ
Miecz, miecz, siła nieulękła;
patrzaj w twarz, patrzaj w twarz;
ty mnie znasz.
POETA
Ktoś jest?
RYCERZ
Moc.
POETA
- - Przyłbicę wznieś!
RYCERZ
Rękę daj.
POETA
Duszę weź.
RYCERZ
Patrz!!
POETA
Śmierć - - - Noc!
Wesele, SCENA 11.
PAN MŁODY, HETMAN, CHÓR.
CHÓR
Hej, panie, panie Branecki,
nie żałuj grosika, nie żałuj,
pocałuj się z nami, pocałuj,
nie żałuj dukacika, nie żałuj,
dajże go nam z tej kieski!
HET'MAN
Ha, szatańce, sztab moskieski,
znajcie pana, bierzcie złoto,
nie stoję ja pan o złoto;
piekielna mnie dziś gospoda:
hulaj dusza, z wami zgoda.
CHÓR
Hulaj dusza, z nami w zgodzie,
potańcujemy w gospodzie;
pocałuj się z nami, pocałuj,
nie żałujta, hetmanie, kieski,
braliśta pieniążek moskieski,
hej, hetmanie, hetmanie Branecki!
HETMAN
Bierzcie złoto, pali złoto.
CHÓR
Pali pieniążek moskieski?
HETMAN
Piekielna mnie dziś gospoda:
diabły moją piją krew;
szarpają mi pierś, plecyska,
psy zjawiska, łby ogniska;
szarpają, sięgają trzew!
PAN MŁODY
Wojewoda! Wojewoda!
HETMAN
Puszczajcie, litości!
PAN MŁODY
Jezu!!
Wesele, SCENA 12.
PAN MŁODY, HETMAN.
HETMAN
Ha, przepadli kędyś diabli,
ktoś się doli ulitował;
rana jeno straszna boli - -
puste żale, mnie nie szkoda,
bo ja pan, piekielny pan,
drwię z serdecznych ran.
Setkę lat przez puszczę gnam,
przez bór gonię, gęsty las,
przez ugory, łąki, błoń -
upałami bije skroń,
młotami serce wali,
ogień wnętrzności pali - - -
Każ muzyce dla mnie grać,
mnie na Piekło stać.
Ja pan, ćwierć kraju mam w ręku,
a jak kto po cichuteńku
powie "Jezus" - ja wolny na chwilę,
powietrzem się zasilę:
odetchnąłem piersią całą;
bierz ty, ile złota zostało,
patrz, oto niecki,
diabli mi to kazali nieść;
co noc tak świeżych nasypią,
a sztabowi, czerńcy przeklęci,
krzyczą za mną: panie Branecki,
nie żałuj; - krew moją chlipią - -
Masz!
PAN MŁODY
Hetmaniłeś ty, hetmanie,
chocia byłeś łotr,
i sam król był tobie kmotr;
przewodziłeś, przewodziłeś,
a my dzisiaj w psiej niewoli:
nie hetmany, strzęp, łachmany, gruz;
duszę ziębi mróz;
ciebie ogień, ogień pali -
przecz już nic nas nie ocali,
ani król, ani ból,
ani żale, ni płakanie,
hej, hetmanie, hej hetmanie - -
dzisiaj to mój dzień miłości...
HETMAN
Czepiłeś się chamskiej dziewki?!
Polska to wszystko hołota,
tylko im złota;
trza było do bękartów Carycy
iść smalić cholewki:
byłać ta we mnie cnota.
Asan mi tu Polski nie żałuj,
jesteś szlachcic, to się z nami pocałuj,
jesteś wolny!
PAN MŁODY
Bierz cię diabli.
HETMAN
Gębuj, widzęś nie przy szabli.
Wesele, SCENA 13.
PAN MŁODY, HETMAN, CHÓR.
HETMAN
Ścigają psy, kąsają psy.
CHÓR
Przeklęty ty, przeklęty ty.
HETMAN
Sursum corda, serce żreją -
serce mi wyjmują z trzew.
CHÓR
Zaprzedałeś kraj, ty lew;
złotem pysk ci zaleją!
Złoty pan, weselny pan,
pójdźże w tan, pójdźże w tan!
HETMAN
Złoto pali, złoto war;
sursum corda, wiwat Car!
CHÓR
Lejcie mu do pyska żar,
sięgajcie mu dłońmi trzew.
HETMAN
Piją krew, żłopają krew,
cielsko drą po kawale!
CHÓR
Złoty pan, weselny pan,
pójdźże w tan, dalej w tan:
na Weselu hula Śmierć,
garniec pereł, złota ćwierć,
zaprzedałeś Czortu kraj.
HETMAN
Żłopią krew Czarty Moskale,
sursum corda, wiwat Car!
CHÓR
Huś ha, huś - haj go, haj!
Pójdźże w tan, dalej w tan!
Złoty pan! weselny pan!
Wesele, SCENA 15.
DZIAD, UPIÓR.
DZIAD
(za Panem Młodym)
Miałem rzec, cosi miałem rzec:
Szczęść Boże przy weselu.
UPIÓR
Przyjacielu, przyjacielu...
DZIAD
Kto! ty we krwi! precz, piekielny!
UPIÓR
Ja weselny, ja weselny,
dajcie, bracie, kubeł wody:
ręce myć, gębe myć,
chce mi się tu na Weselu
żyć, hulać, pić.
DZIAD
Precz, przeklęty, precz, przeklęty.
UPIÓR
Dajcie, bracie, kubeł wody:
gębe myć, ręce myć...
DZIAD
Krew na sukniach, krew na włosach...
UPIÓR
Nie pyskuj, nie powtarzaj. - -
Już, już wiedzą o tym w niebiosach.
(nuci)
"A stało się to w Zapusty".
DZIAD
Precz, przeklęty, precz, przeklęty.
UPIÓR
Jeno ty nie przeklinaj usty,
boś brat - drżyj! ja Szela!!
Przyszedłem tu do Wesela,
bo byłem ich ojcom kat,
a dzisiaj ja jestem swat!!
Umyje się, wystroje się.
Dajcie, bracie, kubeł wody:
ręce myć, gębe myć,
suknie prać - nie będzie znać;
chce mi się tu na Weselu
żyć, hulać, pić - ?
jeno ta plama na czole...
DZIAD
Cholera!
UPIÓR
Zaraza, grób.
DZIAD
Precz, precz, ty trup!
UPIÓR
Widzisz, w orderach chodzę.
DZIAD
O! plamy na podłodze od nóg.
UPIÓR
To krew, obmyję próg,
dajcie ino, bracie, wody,
kubeł wody - gębe myć,
suknie prać - nie bedzie znać.
DZAD
Przeklęty! Maryjo, strać!
UPIÓR
Gadu, gadu, stary dziadu,
trza się do roboty brać;
kubeł wody, gębe myć,
nie bede próżno stać,
na Wesele, na Wesele,
podź tańcować, bośma brać
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Wesele, SCENA 24.
GOSPODARZ, WERNYHORA.
WERNYHORA
Sława, panie Włodzimierzu,
zjechałem tu gość.
GOSPODARZ
Spocznij, Wasza Mość;
żona stroi się w alkierzu...
WERNYHORA
Ostań, panie Włodzimierzu.
GOSPODARZ
Żona stroi się w alkierzu;
niespodziany gość,
właśnie była przy pacierzu,
bo się dziecka kładło spać.
WERNYHORA
Niechajże żona w alkierzu...
GOSPODARZ
Bo się dziecka kładło spać;
a ci nie przestają grać:
jak wesele, to wesele,
to nie będą w miejscu stać;
ot, tu żona jest w alkierzu.
WERNYHORA
Niechajże żony w alkierzu,
niechże tańcuje Wesele.
Siądźże, panie Włodzimierzu,
mam Asaństwu nowin wiele:
Pomówimy o Przymierzu.
GOSPODARZ
Ano proszę, bardzo proszę.
WERNYHORA
Siadaj.
GOSPODARZ
Siadam - zacny gość -
bardzo proszę, bardzo proszę;
ceremonii dość.
WERNYHORA
Ja z daleka - hen od kresów,
konia zgnałem.
GOSPODARZ
Podły czas.
A do wszystkich spadłych biesów,
toście tu są pierwszy raz;
któż was zwabił w taki czas?
A do wszystkich spadłych biesów,
żeście tak niespodziewanie
w noc i na to weselisko
zechcieli tu, Ichmość Panie?
WERNYHORA
Z daleka, a miałem blisko
i wybrałem Weselisko,
boście som tu jakoś wraz,
i wybrałem Ichmość Mości
dom, gdzie ludzie sercem prości.
GOSPODARZ
Wasza Mość mieliście blisko
serceście zobligowali -
myśmy sobie prości - mali.
WERNYHORA
Z daleka, a miałem blisko;
ledwom wymienił nazwisko,
a zaraz mi pokazali
tacy chłopcy, rześcy, mali.
GOSPODARZ
Co to u nich serce z miską;
przybieżali, powiadali,
Czego nie zjęzykowali:
że pan stary, że Dziad stary,
że Dziad z lirą, brodą siwą...
WERNYHORA
Ot, dziadzisko z siwą brodą.
Dawnoż było w duszy młodo;
żeście sobie prości, mali,
toście wielkich krzywd nie znali.-
Chudobę macie szczęśliwą.
GOSPODARZ
A ot, takie złote żniwo,
złote pola - pokoszone -
Wszystko błoto - zadyszczone; -
sady ciche - kwitną, rodzą,
jedne z drugich same wschodzą:
złote żniwo, serce z miską;
nie trzeba szukać daleko,
kiedy było jakoś blisko.
Pokażę waćpanu żonę.
WERNYHORA
Złote żniwo, serce złote:
jeszcze u was w duszy młodo,
żeście sobie prości, mali,
toście wielkich krzywd nie znali. -
Może żona ma robotę - ?
GOSPODARZ
Żona stroi się w alkierzu,
chce się wydać urodziwa,
że to gość niespodziewany,
każe zaraz podać piwa.
WERNYHORA
Zostaw, panie Włodzimierzu,
że to chwila osobliwa...
GOSPODARZ
Lepiej gwarzy się przy szklenie,
że to z drogi, tyle błoto;
lepiej gada się przy wenie.
WERNYHORA
Kiej się nie rozchodzi o to;
że to chwila osobliwa,
możemy na osobności
porozmawiać.
GOSPODARZ
Słucham Mości;
a to chwila osobliwa.
Wolnoć spytać o nazwisko... - ?
WERNYHORA
Nie poznałeś - ?
GOSPODARZ
Ktoś mi znany,
ktoś serdeczny, ktoś kochany,
ktoś, co groźny - dawny, stary,
jak wiek cały...
WERNYHORA
Dawnej wiary.
GOSPODARZ
Ktoś mi znany, niespodziany...
WERNYHORA
Przypominasz krwawe łuny
i jęk dzwonów, i pioruny,
i rzeź krwawą, krwawe rzeki - - ?
GOSPODARZ
A sen, sen jakiś daleki,
jeszcze w uszach mam te dzwony -
mieszają weselne grajki:
jakieś stare dumy, bajki.
WERNYHORA
Jeszcze w uszach mam te dzwony
ponad ich weselne grajki:
jęk posępny, jęk męczony,
tyle krwi rzezanych ciał;
ja tam był, przy trupach stał;
jeszcze w uszach mam te dzwony.
Patrzyłem się na lud święty,
jako upadał przeklęty,
przekleństwami potępiony:
kiedy ojce klną na synów,
kiedy syny przeklną ojce,
takie jęczące ogrojce,
łez krwawiących, łez serdecznych
słyszałem w tych głosach wiecznych:
w głosach dzwonów jęk szalony -
jeszcze w uszach mam te dzwony.
GOSPODARZ
Dawne czasy - dawne wieki,
a sen, sen jakiś daleki,
jęki przygłuszają grajki;
jakieś stare dumy, bajki.
WERNYHORA
Ja stałem w pożarnej łunie
na siwym, na siwym rumaku,
czekając Bożego znaku.
Za mną piorun po piorunie
bije z chmur, przez niebo łyska.
GOSPODARZ
Rzecz daleka - taka bliska,
ktoś mi znany, niespodziany;
ktoś, o którym jeszcze wczora
tylko we śnie, tylko w marze:
Pan-Dziad z lirą...
WERNYHORA
Wernyhora.
GOSPODARZ
Pan-Dziad z lirą - Wernyhora!
Wy mnie znany - spodziewany,
Wy, o którym jeszcze wczora
tylko we śnié, tylko w marze:
jak owi dawni mocarze,
Wy na koniu, siwym koniu,
poprzed dom mój, z wieścią.
WERNYHORA
Słowem!
GOSPODARZ
Wy ze Słowem - Wy ze Słowem!
WERNYHORA
Ja z Rozkazem.
GOSPODARZ
Rozkaz-Słowo! - -
Dawno serce już gotowo
tem wezwaniem piorunowem.
WERNYHORA
Słowo-Rozkaz, Rozkaz-Słowo;
dla serca serce gotowo.
Słuchaj, panie Włodzimierzu:
oto chwila osobliwa,
pomówimy o Przymierzu.
GOSPODARZ
To jak ze snu prawda żywa,
chwila dziwnie osobliwa.
Jakiż rozkaz?
WERNYHORA
Trzy zlecenia.
GOSPODARZ
Chwila dziwnie osobliwa:
żem niejako jest wezwany.
WERNYHORA
Roześlesz wici przed świtem,
powołasz gromadzkie stany.
GOSPODARZ
To jak ze snu prawda żywa;
prawie że są wszyscy społem
u mnie przez to weselisko.
WERNYHORA
Ma być jawne, co jest krytem;
co dalekie było - blisko.
Dziś u Waści weselisko;
prawie że są wszyscy społem;
roześlesz wici przed świtem;
niech jadą we cztery strony.
GOSPODARZ
Porozsełam konno gońce,
roześlę wici przed świtem;
zaraz się poradzę żony -
ona swoim chłopskim sprytem...
WERNYHORA
Niech jadą we cztery strony!
Bądź gotów, nim wstanie słońce.
Skoro porozsełasz gońce,
zgromadzisz lud przed kościołem,
jak są zdrowi, prości, mali;
ażeby godność poznali,
Bogiem powitasz ich kołem,
a wtedy przykaż im ciszą,
niech żaden brzeszczot nie szczęknie,
a skoro rzesza uklęknie,
niech wszyscy natężą słuch:
czy tętentu nie posłyszą
od Krakowskiego gościńca - ?
GOSPODARZ
Wytężam, wytężam słuch.
WERNYHORA
Ja wiem, żeś jest Asan zuch - -
Od Krakowskiego gościńca
czy tętentu nie posłyszą,
czy już jadę z Archaniołem - ?
GOSPODARZ
Wytężam, wytężam słuch -
choćby i największy zuch,
jak to, co to, rozpoczęcie - - ?
WERNYHORA
Słuchać ślepo, wierzyć święcie;
ja wiem, żeś jest Asan zuch.
GOSPODARZ
Ja mam stanąć przed kościołem?
to jak we śnie prawda żywa.
Któż mnie darzy tym zaszczytem;
któż śle ku mnie dawne gońce:
chwila dziwno osobliwa.
WERNYHORA
Bądź gotów, nim wstanie Słońce.
GOSPODARZ
Wstaną kosy w słońca świcie;
będę gotów!
WERNYHORA
Przysiąż Słowo.
GOSPODARZ
Rzekłem.
WERNYHORA
Przysiąż.
GOSPODARZ
Rośnie życie.
Czyli marą Wy widmową,
czyliś Waść jest upiór grobów,
czy ty próchno, czy ty czarem,
żeś ze słowem przyszedł starem,
żeś na mnie użył sposobów
i co we mnie tajemnicą,
ty mówisz, jak rzecz prawdziwą;
jako żywo, jako żywo - !
WERNYHORA
Mówię Słowo - rzecz prawdziwą;
chwila, chwila osobliwa:
wybrałem dziś weselisko,
twój dworek, dróżkę, zagrodę. -
Słyszysz, jaki wicher wyje!
Słyszysz, wielki deszcz się pluszcze!
Słyszysz, chrzęszczą wielkie drzewa
i jako trzaskają kuszcze:
to tam moja drużba śpiewa,
tysiąc koni grudy bije
ze złotymi podkowami!
GOSPODARZ
Jezus, zmiłuj się nad nami - - !
WERNYHORA
Leć kto pierwszy do Warszawy
z chorągwią i hufcem sprawy,
z ryngrafem Bogarodzicy;
kto zwoła sejmowe stany,
kto na sejmie się pojawi
Sam w stolicy - ten nas zbawi!
GOSPODARZ
Jako żywo, jako żywo;
Waść mi takie dziwa prawi,
i to jako rzecz prawdziwą.
WERNYHORA
Wszystko święte, wszystko żywo;
z daleka, a miałem blisko;
wybrałem twój dom, zagrodę
i wybrałem Weselisko:
Waszmość rękę miej szczęśliwą:
Daję Waści złoty róg.
GOSPODARZ
Złoty róg.
WERNYHORA
Możesz nim powołać chór.
GOSPODARZ
Bratni zbór.
WERNYHORA
Na jego rycerny głos
spotężni się Duch,
podejmie Los.
Daję w twoje ręce róg.
GOSPODARZ
Dziękuj Bóg.
WERNYHORA
Waść masz porozsełać wici,
lud zgromadzić przed kaplicą.
GOSPODARZ
Jutro ? - skoro się zgromadzą?
mają radzić ? - co uradzą?
WERNYHORA
Jutro: wielką tajemnicą,
jutro skoro się zgromadzą,
niech nie radzą, nic nie radzą,
jednoś niechaj w ciszy staną.
Jutro wielką tajemnicą.
A ty wstawszy bardzo rano,
skoro zejdzie pierwsze słońce,
ku drogom natężaj słuch.
GOSPODARZ
Jutro?!
WERNYHORA
Jutro!!!
GOSPODARZ
Wszelki duch!!!
Wesele, Akt III
(Z izby głębnej, od chwili, wszedł był, w tropy za Jaśkiem, kołyszący się słomiany Chochoł).
Wesele, scena 35.
CHOCHOŁ
. . . . . . . . . . . . . . .
Jak ci spadła czapka z piór.
JASIEK
Tom sie chyloł po te copke,
to mi może sie odwinoł.
CHOCHOŁ
Miałeś, chłopie, złoty róg,
miałeś, chłopie, czapkę z piór:
czapkę ze łba wicher zmiótł.
JASIEK
Bez tom wieche z pawich piór.
CHOCHOŁ
Ostał ci sie ino sznur.
JASIEK
Najdę ka gdzie przy figurze.
CHOCHOŁ
Pod figurą ktosik stał.
JASIEK
Strasy u rozstajnych dróg - -
cy to pioł, cy nie pioł kur?
(Wybiega przez drzwi weselne, przeciskając się przez gromadę znieruchomioną; - słychać tupot jego kroków w sieni - to raz się zastanowi, to dalej biegnie;... w trop za nim kołysze się Chochoł, szeleszcząc słomą po potrącanych ludziach).
(Od sadu, od pola, we świetle szafiru,
co idzie jak łuna błękitna -
głosy się cisną przedrannych ptasich świergotań; niebieskie to Światło wypełnia jakby Czarem izbę i gra kolorami na ludziach pochylonych w pół-śnie, pół-zachwycie. - Przeze drzwi w głębi wraca Jasiek i patrzy dokoła, i oczom nie wierzy, i coraz się słania od grozy).
SCENA 38.
JASIEK
Juz świtanie, juz świtanie -
tu trza bydłu paszę nieść,
trza rżnąć sieczki, warzyć jeść;-
jakże ja se rade dam,
oni w śnie - ja ino sam -?
Syćko tak porozwierane -
syćko z rękami na usach,
dech im zaparło w dusach;
jako drzewa wrośli w ziem,
jak tu, co tu radzić jem - ?
Kajsim zabył złoty róg,
u rozstajnych może dróg,
copke strasny wicher zwiał
bez tom wieche z pawich piór;
żebym chocia róg ten miał -
ostał mi sie ino sznur.
Straśnie sie zasumowali,
tak im czoła zmarszczek spion,
jakby ciężko pracowali...
Wesele, scena 37.
(Przez drzwi głębne od chwili wsunał się był za Jaśkiem tropiący Chochoł; a teraz na skrzynię malowaną się wygramolił i ze skrzyni tak do drużby poczyna:)
CHOCHOŁ
To ich Lęk i Strach tak wzion,
posłyszeli Ducha głos:
rozpion sie nad nimi Los.
JASlEK
Tak sie męcą, pot z nich ścieko,
bladość lica przyobleko; -
jak ich zwolnić od tych mąk?
CHOCHOŁ
Powyjmuj im kosy z rąk,
poodpasuj szable z pęt,
zaraz ich odejdzie Smęt.
Na czołach im kółka zrób,
skrzypki mi do ręki daj;
ja muzykę zacznę sam,
tęgo gram, tęgo gram.
JASIEK
(który był uczynił rzecz)
Ka te kosy złożyć - - ?
CHOCHOŁ
W kąt.
JASIEK
(ciska za piec drzewca)
Nik ich ta nie najdzie stąd.
CHOCHOŁ
Ze skałek postrzepuj proch
i ciś je w piwniczny loch.
Lewą nogę wyciąg w zad,
zakreśl butem wielki krąg;
ręce im pozałóż tak:
niech się po dwóch chycą w bok;
odmów pacierz, ale wspak.
Ja muzykę zacznę sam,
tęgo gram, tęgo gram:
będą tańczyć cały rok.
JASIEK
(który był uczynił wszystką rzecz)
Już ni majom kos.
CHOCHOŁ
Rozśmiej im się w nos.
JASIEK
Już ich odszedł Smęt.
CHOCHOŁ
Już nie mają pęt.
JASIEK
Chwytajom sie w tan.
CHOCHOŁ
Już nie czują ran.
JASIEK
Zniknoł czar!
CHOCHOŁ
To drugi CZAR!
(A zaklęte słomiane straszydło, ująwszy w niezgrabne racie podane przez drużbę patyki - poczyna sobie jak grajek-skrzypak - i - słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: - melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany).
JASIEK
(jest teraz kontent a dziwuje się)
Tyle par, tyle par!
CHOCHOŁ
Tańcuj, tańczy cała szopka,
a cyś to ty za parobka?
JASIEK
(z ręką do czoła, jakby se chciał na ucho nasunąć czapki)
Kajsi mi sie zbyła copka -
przeciem druzba, przeciem druzba,
a druzbie to w copce słuzba.
CHOCHOŁ
(w takt się chyla a przygrywa)
Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.
(Kogut pieje).
JASIEK
(jakby tknięty przytomniejąc)
Jezu! Jezu! zapioł kur! - -
Hej, hej, bracia, chyćcie koni!
chyćcie broni, chyćcie broni!!
Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!
CHOCHOŁ
(w takt się chyla a przygrywa)
Ostał ci sie ino sznur.
Miałeś, chamie, złoty róg.
JASIEK
(aże ochrypły od krzyku)
Chyćcie broni, chyćcie koni!!!
(A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy - że ledwo szumią spodnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają - głucho tupocą buty ciężkie - taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni).
JASIEK
Nic nie słysom, nic nie słysom,
ino granie, ino granie,
jakieś ich chyciło spanie...?!
(Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chyla ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; - a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny - zwartym kołem, weselnym -)
(Kogut pieje).
JASIEK
(nieprzytomny)
Pieje kur; ha, pieje kur...
CHOCHOŁ
(nieustawną muzyką przemożny)
Miałeś, chamie, złoty róg...
Źródła:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/micinski/011.htm
http://literat.ug.edu.pl/staff/013.htm
http://literat.ug.edu.pl/wesele/wesakt3.htm
Fantastyka w dwudziestoleciu międzywojennym
Bolesław Leśmian, Ballada dziadowska, 1920
Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą,
Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano.
Szedł skądkolwiek gdziekolwiek - byle zażyć wywczasu,
Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu.
Stał i patrzał tym białkiem, co w nim pełno czerwieni,
Oj da-dana, da-dana! - jak się strumień strumieni!
Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca,
Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica.
Nie wiedziała, jak pieścić - nie wiedziała, jak nęcić?
Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić?
Wytrzeszczyła nań oczy - szmaragdowe płoszydła -
I objęła za nogi - pokuśnica obrzydła.
Całowała uczenie, i łechtliwie i czule,
Oj da-dana, da-dana! - tę drewnianą, tę kulę!
Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy,
Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy.
Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby,
Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby!
"Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną?
Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano?
Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia,
Ty, wymoczku rusalny - ty, chorobo strumienia !
Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu?
Oj da-dana, da-dana ! - umrę chyba ze śmiechu !" -
Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą!
"Pójdźże ze mną, dziadoku - dziaduleńku -dziadygo !
Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali,
Będę ciebie tuczyła kromką żwiru spod fali.
Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne,
Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!"
Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą
Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą.
Nim się zdążył obejrzeć - już miał falę na grzbiecie -
Nim się zdołał przeżegnać - już nie było go w świecie!
Zakłębiły się nurty - wyrównała się woda,
Znikła torba dziadowska i łysina i broda !
Jeno kloc ten chodziwy - owa kula drewniana
Wypłynęła zwycięsko - oj da-dana, da-dana!
Wypłynęła - niczyja, nie należna nikomu,
Wyzwolona z kalectwa, wypłukana ze sromu!
Brnęła tędy - owędy szukająca swej drogi,
Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi !
Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu,
Zapląsała radośnie na swym własnym odbiciu!
I we żwawych poskokach podyrdała przez fale.
Oj da-dana. da-dana! - w te zaświaty - oddale!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/xxx/lesman/baladz.htm
Fantastyka we współczesności
Iwona Krupa, Inni szatani byli tam czynni(felieton)
Źródło:
Iwona Krupa, Inni szatani byli tam czynni http://www.eczytelnia.pl/index.php?op=0&kat=ki_fp&odc=9
Roman Cieślewicz, Dziady, 1967,
http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/52/1/182,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg
Zygmunt Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian (fragm.)
Bogowie mają kształt ludzki. Bogowie są piękni. Te przeświadczenia Greków świecą u samego początku ich sztuki. Bogowie mają kształt ludzki, będąc w tym niezmiernie piękni. Dlatego wykuwa się i ryje takiego Hermesa, takiego Apollina, jacy do dziś zatrzymują nas i porażają. Kształt jest ludzki, bo dla Greków najpiękniejsze, przed wszystkim piękne, piękne po prostu, są: postać ludzka i twarz ludzka. W sztuce greckiej tajemnica metafizyczna przejawia się nie tyle w krajobrazach ziemi i morza, nie tyle w rozgwieżdżonym niebie, ile w uśmiechu kor attyckich w muzeum na Akropolu. [...]
W tej tradycji nie brak dotknięcia absolutu. Gdzie powinniśmy go szukać? W niewyjaśnionych nigdy do końca zagadkach Mojry, w przepaści, jaka się otwiera pod osaczającą nas, gdy obcujemy z mitologią, nierozwiązalnością wewnętrznych sprzeczności życia i nierozwiązalnością (która jest jak stuknięcie w twardy mur) wielkich starć mitycznych, jak Prometeusza z Zeusem, Antygony z Kreonem.
I pod zapierającym dech w piersi zdzieraniem zasłon w tylu tragicznych mitach. Dotknięcie absolutu jest na pewno w miłości Demeter i Kory. A także w niewzruszonym milczeniu greckiej formy w sztuce i literaturze.
Cześć dla tego dziedzictwa winna polegać na wykorzystaniu pouczeń, jakie z niego wynikają. Są to pouczenia gorzkie i ciepłe, wymagające i krzepiące. Już „Iliada”, uwydatniając wzniosłość zmagania się Achillesa z losem, zarazem ukazuje klęskę jego samotnej dumy i jej niższość wobec szarej troski Hektora o rodzinę i ojczyznę. Ciepłą tę treść greckiej sztuki, literatury i wiary podejmuje i wiernie niesie w dalsze wieki i w dzieje państwa i cywilizacji rzymska „Eneida” i kultura łacińska. Jest to zachęta do cierpliwego męstwa, wolnego od skargi, przeciwstawionego niepojętemu, a często przerażającemu, światu. Oto dziedzictwo antyczne, tak wielkie, że niełatwo jest sprostać mu. Ale wytrwale się o to staramy.
Źródło: http://www.kuratorium.bialystok.pl/kuratorium2/konk_przedm/etap_woj_g_2004/jezyk_polski.doc
Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Dialog Inkwizytora (fragm.)*
[…] rzecz dzieje się w XVI wieku, głównie ze względu na wygodę, bo wówczas w dziełach poetyckich zwykło się sprowadzać na ziemię niebiańskie siły.
Akcja toczy się w Hiszpanii, w Sewilli, w najstraszliwszym okresie Inkwizycji, kiedy to każdego dnia, ku chwale Boga, gorzały stosy i w czasie podniosłych autodafé płonęli heretycy oraz sługi Szatana. A Szatan zechciał nawiedzić przez chwilę swych synów tam właśnie, gdzie trzaskały w płomieniach szczapy stosów.
Zszedł więc na rozżarzone ulice południowego miasta, w którym dokładnie w wigilię jego przybycia, (w podniosłym autodafé właśnie), króla, dworu, rycerzy, kardynałów i co bardziej czarujących dam dworu na oczach wszystkich mieszkańców Sewilli, kardynał wielki inkwizytor kazał spalić jednocześnie, ad maiorem Dei gloriam, blisko stu heretyków. Pojawił się po cichu, lecz oto - rzecz dziwna - wszyscy go rozpoznają.
Wtem, dokładnie w tym samym momencie, sam kardynał inkwizytor wchodzi na plac obok katedry. Jest to blisko dziewięćdziesięcioletni starzec, wysoki i wyprostowany, o wychudzonej twarzy i zapadniętych oczach, w których jak iskra wciąż tli się blask.Szatan śmieje się szyderczo, czując, że został rozpoznany i spogląda na starca. Podnosi palec, a straże, niczym zauroczone, otaczają, ściskają Inkwizytora, zakładają kajdany. Siła demona jest tak potężna, a lud do tego stopnia uległy i bojaźliwie posłuszny, że tłum natychmiast rozstępuje się przed prowadzącymi kardynała strażami.
Przez moment cały tłum, jak jeden mąż, skłania się przed Szatanem do samej ziemi; ten przeklina lud w milczeniu i idzie dalej.
Straże wiodą starego więźnia pod sklepieniami ciasnego i mrocznego więzienia mieszczącego się w dawnym budynku Świętego Oficjum i tam go zamykają. Nadchodzi wreszcie parna noc sewilska; powietrze pachnie cytrynami. Skrzypi żelazna brama więzienia - to Szatan z pochodnią w dłoni wchodzi do środka. Inkwizytor, zaniepokojony i zaskoczony jego obecnością bardziej niż absurdalnym aresztowaniem, które przyszło mu znieść, na ten widok przełamuje wahanie i odzywa się, jak nie przemawiał jeszcze nigdy: płaczliwym tonem, jakże różnym od potężnego głosu z dni minionych.
INKWIZYTOR Czy to ty? Czy to naprawdę ty?
SZATAN A kogo się spodziewałeś?INKWIZYTOR Nie! Nie odpowiadaj. Milcz! Dobrze wiem, co mógłbyś mi powiedzieć. Nigdy dotąd nie chciałem tego i posłucham i teraz.
SZATAN Ależ tak, właśnie że posłuchasz. Nikt mi w ten sposób nie odmawia, i ty tego nie zrobisz.
INKWIZYTOR Mów więc, skoro nie chcesz milczeć. Odkryj przede mną swój głos i swoją tajemnicę, żebym mógł wreszcie na stosie i zakończyć w ten sposób nasze porachunki, zakończyć tę grę: żyłem przecież po to, aby spalić twe piekło i dusze potępione, które wprowadzają je tu na ziemi!
SZATAN Nikogo nie spalisz. Usiądź. Uspokój się. Nie widziałeś, komu posłuszny był dziś tłum i żołnierze? Wierzysz, że jutro będzie inaczej?
[…]
INKWIZYTOR Domine, in adiutorium meum itende...
SZATAN Co robisz, modlisz się?
INKWIZYTOR Tak, modlę się, żebyś sobie poszedł.
SZATAN Oszczędzę ci kłopotu mówiąc od razu: nie pójdę sobie. Możesz więc przestać zawodzić. Ile osób skazałeś na stos odkąd zostałeś wielkim inkwizytorem?
INKWIZYTOR Dwanaście.
SZATAN Słabiutko. Innym poszło lepiej.INKWIZYTOR Nie chodzi o to, czy lepiej czy górze przed Bogiem i Kościołem, aja ich skazałem. Niewinnych
SZATAN...winni... niewinni... jak ich rozróżniasz
[…]
INKWIZYTOR Wierzę, że gdy osądzam, Bóg dopomaga mi, abym nie popełnił błędu.
SZATAN Ależ jesteś żałosny i pogubiony. Gdyby Szatanem, zrobiłoby mi się teraz ciebie żal.
INKWIZYTOR Daj mi spokój! Odejdź!
SZATAN Nie. No już: odmów „Ojcze nasz”
INKWIZYTOR Co?SZATAN Odmów „Ojcze nasz"! A może zapomniałeś?
SZATAN A więc ja to zrobię; przynajmniej jedną część: „i odpuść nam nasze winy Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. A teraz odpowiedz: komu odpuściłbyś podczas twych procesów grzech niewiedzy? Komu grzech chwiejności wiary, który nazywacie zabobonem? Komu grzech przyjścia na świat w innej religii? Komu grzech
czasem znieważania was w imię tegoż samego Chrystusa? Przebaczyłbyś te grzechy czarownicom, heretykom, rozpustnikom, pyszałkom, sodomitom, wdowom?INKWIZYTOR Przebaczałem grzesznikowi, lecz nie usprawiedliwiałem jego czynu; oddawałem Bogu duszę winnego, lecz potępiałem zło. To ty nie dostrzegasz różnicy.
SZATAN Ciekawy z was gatunek, inkwizytorzy! A może powinienem powiedzieć: ludzie? Doprawdy, niezwykła rasa! Potraficie rozeznawać tam, gdzie nawet sam Bóg-wasz Bóg, nie jakiś inny – nie mógłby. Przebaczaliście grzesznikowi, wysyłając go jednocześnie na śmierć.
INKWIZYTOR Ale dusza zostawała ocalona!
SZATAN Jego dusza zostawała ocalona! Być może. A wasze? Zadziwiające, że od zawsze tak martwicie się o dusze bliźnich.[…]
Źródło:
Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Dialog inkwizytora, w: Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Inkwizytor, s. 9-16
Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Czarownik*
„Panie Inkwizytorze,
spełniając Waszą prośbę oddaję oto w Wasze ręce ostatnich dni urodzonego w Mesynie rzemieślnika Andrei Caruso, który to zamieszkiwał u Papireta z Palermo trudniąc się pończosznictwem. Za tym to rzemiosłem ukrywał długo obmierzłą praktykę czarodziejską. W 1626 roku, w wieku lat 55, wskazany przez lud, wyżej wspomniany Caruso wydany w ręce inkwizytora Tezmiera. Uwięziono go i uznano za winnego; odebrano majątek zabroniono działalności i skazano na ośmioletnie wygnanie z całego Królestwa Sycylii, z którego został wypędzony 20 grudnia 1634 roku po tym jak przy akompaniamencie razów przeszedł ulicami Palermo.
Po odbyciu kary w okręgu Neapolu, w 1647 r powrócił do Palermo, ze względu jednak na kryzys w pończosznictwie, jaki dotknął Królestwo Sycylii, nie wznowił już rzemieślniczej działalności obróbki jedwabiu.
[…]
w duchu ewangelicznym, broniąc innych przed przemocą i łagodząc rodzinne kłótnie, lecząc męki miłości, zaradzając cierpieniom nędzarzy. Na wszystkie te problemy zalecał uzdrawiające kąpiele w wodzie morskiej, sprzedawał amulety i talizmany – nierządnicom głównie, bo to one posiadały środki na zakup miłosnych czarów, wprowadzając jednak zamieszanie w dzielnicy i w zaułku Fico, gdzie zamieszkiwał.
Zdarzyło się raz, że Caruso, utrzymując się w podobny sposób nie zdołał spłacić długu w pobliskiej galanterii i został przez swego dłużnika wydany krewniakowi, pełniącemu urząd inkwizytora tejże dzielnicy.
Tamten początkowo ze współczuciem przymykał oko na występki Caruso, w końcu jednak donos zmusił go do jego odemknięcia.Na skutek cudownie odzyskanego przez inkwizytora wzroku, który wcześniej stracił był przez litość, Caruso ponownie stanął przed sądem, gdzie z pomocą licznych świadków wyszły na jaw jego dawne, jak i te całkiem niedawne postępki.
Temu drugiemu już procesowi Caruso przewodniczył Juan Lopez Cisneros, ówcześnie urzędnik skarbowy Świętego Oficjum (a obecnie nasz towarzysz i nieoceniony tropiciel herezji, mianowany został w uznaniu postępowania, jakim odznaczył się w owym procesie).
W wyniku spektakularnie przeprowadzonego dochodzenia, zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki, skazano Caruso na
więzienie, co wielu wydało się karą zbyt łagodną w stosunku do oskarżenia.Cisneros zatem - nie poddając się w swej miłości do prawdy Chrystusowej - wznowił dochodzenie z przezornością właściwą każdemu, kto świadom jest faktu, że czarownicy udają lekarzy, a w rzeczywistości są zaś zapamiętałymi heretykami. Ostatecznie doszło do trzeciego procesu, dzięki któremu sprawiedliwość wreszcie dosięgła Caruso - uznano go za heretyka i skazano na stos.
Dzięki niech będą Bogu, który ze względu na miłość Chrystusa pozwolił nam potwierdzić, że próby uzdrawiania dusz
podejmować jedynie ten, kto pozostaje wierny Jego Kościołowi.Źródło:
Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Czarownik. Relacja dla inkwizytora z Palermo, w: Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Inkwizytor, s. 119-120
E. Kerret, Ostatnie opowiadanie i koniec* (fragm.)
Tej nocy, kiedy diabeł przyszedł zabrać mu jego talent, nie kłócił się, nie skamlał i nie robił zamieszania.
- Słowo się rzekło - powiedział i poczęstował diabła kulką czekoladową „Mozart” i szklanką lemoniady.
- Było super, było smacznie, było miło. A teraz się skończyło i oto jesteś, taka twoja robota. Nie ma sprawy. Tylko, jeśli można, chciałbym jeszcze jedno małe opowiadanie, zanim mi go zabierzesz. Ostatnie opowiadanie i koniec. Tak, żeby mi zostało jeszcze coś z tego smaku w ustach.Diabeł popatrzył na pozłacany papierek od czekolady i wiedział już, że popełnił błąd, zgadzając się zjeść. Tacy sympatyczni zawsze narobią ci najwięcej kłopotów. Z wrednymi nigdy nie miał problemów. Przychodzi się, bierze duszę, odpina rzepy, wyrywa talent i koniec. [...]
- Dobrze - westchnął diabeł - jedno ostatnie. Ale żeby było krótkie, hę? Już prawie trzecia, a jeszcze muszę dzisiaj zdążyć co najmniej pod dwa adresy.
- Krótkie - uśmiechnął się chłopak ze zmęczeniem - króciusieńkie nawet. Góra trzy strony. Tymczasem możesz pooglądać telewizję.
Po unicestwieniu jeszcze dwóch „Mozartów” diabeł rozparł się wygodnie na kanapie i wziął do pilota. W tym czasie, z drugiego pokoju, mógł słyszeć, jak chłopak, który mu przyniósł czekoladki, wali bez końca w klawiaturę równym tempem jak ktoś, kto w bankomacie wstukuje jakiś tajny kod z milionem cyfr. Niechby tylko wyszło mu coś naprawdę w porządku, myślał sobie diabeł, gapiąc się na mrówkę drepczącą po ekranie z filmem przyrodniczym na ósmym kanale. „Coś takiego z wieloma drzewami i dziewczynką, która szuka swoich rodziców. Coś z początkiem, co chwyta cię za jaja, i z zakończeniem tak rozdzierającym, że ludzie po prostu zaczną płakać”. [...] Było już po czwartej i w ciągu dwudziestu minut, góra pół godziny, nieważne skończył-nie-skończył, musiał otworzyć człowiekowi rzepy, wyciągnąć towar i zmywać się stamtąd. Inaczej, w magazynie, nażre się potem takiego gówna, że w ogóle nawet nie chciał o tym myśleć.
Tyle że tamten naprawdę był w porządku. I już w pięć minut później wyszedł z drugiego pokoju spocony z wydrukowanymi trzema stronami w ręku. Opowiadanie było naprawdę dobre. Nie o dziewczynce i nie chwytało za jaja, ale szalenie wzruszające. A kiedy diabeł mu to powiedział, chłopak strasznie się ucieszył i też to okazał. I ten uśmiech został mu nawet po tym, kiedy diabeł wyrwał mu talent, zwinął go ciaśniutko i włożył do specjalnego pudełka ze styropianem - przez cały ten czas nie zrobił ani razu nawet miny cierpiącego artysty, tylko przyniósł jeszcze coś słodkiego.
- Przekaż swoim szefom podziękowanie – powiedział do diabła - powiedz im, że było mi naprawdę przyjemnie, z powodu talentu i w ogóle. Nie zapomnij.
A diabeł powiedział mu, że dobrze, i pomyślał sobie, że gdyby zamiast diabłem był też człowiekiem albo po prostu poznaliby się w innych okolicznościach, mogliby być przyjaciółmi.
- Wiesz, co będziesz teraz robił? - zapytał z troską diabeł, kiedy już stał w drzwiach.
- Nie za bardzo, pewnie uda mi się częściej chodzić nad morze, spotykać z przyjaciółmi - takie rzeczy. A ty?
- Praca - powiedział diabeł i zarzucił sobie skrzynię na plecy. - Wierz mi, ja to poza pracą nic specjalnie nie mam w głowie.
- Powiedz - zapytał chłopak - tak dla ciekawości: co się na koniec dzieje z tymi wszystkimi talentami?
- Nie bardzo wiem - poinformował diabeł - po prostu zanoszę je do magazynu, tam mi je podliczają, stemplują w karcie gońca i tyle. Co się z nimi potem dzieje, kompletnie nie mam pojęcia.
- Jak w rachunkach wyjdzie ci o jeden za dużo, zawsze miło mi będzie dostać go z powrotem - zaśmiał się chłopak i klepnął skrzynię. A diabeł też się zaśmiał, ale takim śmiechem przegranym i przez wszystkie cztery pietra w dół myślał tylko o opowiadaniu, które tamten napisał i że ta fucha rewindykatora kiedyś wydawała mu się nawet niezła.
Erich Fromm, Ucieczka od wolności* (fragm.),
Bibliografia: Erich Fromm, Ucieczka od wolności* (fragm.),.
Erich Fromm, Ucieczka od wolności, przeł. O. i A. Ziemilscy, Warszawa 1993, s. 48-49.
Holokaust. Motyw Holokaustu, Szoa (Shoah)
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc wypracowania na temat wykorzystuje motyw (temat, topos) Holokaustu (Szoa) w literaturze, malarstwie i filmie. Jest to temat bardzo trudny. Jest częścią najnowszej historii Europy- tkwi więc w przeszłości, która, pomimo ciągle licznych białych plam, już zaczyna być przekłamywana.
Jak budować akapit?
Jak zbudować dobry akapit?
Co to jest akapit?
to wydzielony graficznie wcięciem lub ozdobnikiem fragment tekstu stanowiący podstawową, samodzielną jednostkę znaczeniową tekstu w rozprawce, eseju, felietonie, reportażu, recenzji i wielu innych gatunkach..
Rodzaje akapitów
- akapity zawierające nową myśl
- akapity powtarzające myśli z poprzednich akapitów
- akapity uszczegółowiające poprzedni(e) akapit(y)
- akapity uogólniajace poprzedni(e) akapit(y)
- akapity podsumowujące poprzedni(e) akapit(y)
- akapity dygresyjne
- akapity łącznikowe – zapewniające spójność pracy
Trójdzielna budowa akapitu - dla początkujących
wprowadzenie do akapitu
Pierwsze zdanie akapitu jest bardzo ważne, jest wprowadzeniem, które musi mieć swoje uzasadnienie w dalszej części akapitu. Najlepiej by zawierało w sobie argument, który w dalszej części jest rowijany i dowodzony. Jest również istotnym wyznacznikiem spójności pracy, dlatego powinno nawiązywać do poprzedniego akapitu, do tematu, tezy lub głównego problemu.
rozwinięcie akapitu
Następne zdania rozwijają jego treść. Zawierają one główną myśl zawartą w akapicie. Dlatego za niedopuszczalną manierę należy uznać zawieranie w akapicie więcej niż jednej myśli. Poprawnie skontruowane rozwinięcie akapitu będzie zawierało takie elementy, jak: dowody (co o tym świadczy?), motywy (dlaczego?), racje (co o tym sądzi bohater?), opinie (co o tym sądzą inni bohaterowie?).
podsumowanie akapitu
Ostatnie zdanie powinno mieć wartość podsumowującą, być wnioskiem cząstkowym (czyli najprościej pisząc: powinno zawierać odpowiedź na pytania: Jakie są tego konsekwencje? Co z tego wynika?) lub zawierać puentę. Warto zwrócić również uwagę na to, że powinno otwierać pole dla następnego akapitu. Taka konstrukcja zapewnia przejrzystość i logiczność wywodu; gwarantuje także spójność całej pracy.
Złożona budowa akapitu - dla zaawansowanych
Bardziej złożony akapit powinien uwzględniać następujące elementy i odpowiedzi na wskazane pytania (kolejność ma znaczenie):
- ARGUMENT: Co jest?
- DOWODY: Co o tym świadczy?
- MOTYWY: Dlaczego?
- RACJE: Co o tym sądzi bohater?
- OPINIE: Co sądzą o tym inni (bohaterowie)?
- WNIOSEK CZĄSTKOWY: Co z tego wynika? Jakie są tego konsekwencje?
Bibliografia:
Kuziak M., Rzepczyński S., Kasterski R., Jak pisać po polsku?, Bielsko-Biała 2004.
Tomczyk Marta: Jak czytać wiersze?, Bielsko-Biała: Park Sp. z o. o., 2007
M. Adamczyk, B. Chrząstowska, J. T. Pokrzywniak. Starożytność-oświecenie. Podręcznik literatury dla klasy pierwszej szkoły średniej, WSiP: Warszawa, 1995 r.
Kobieta. Motyw kobiety w literaturze i sztuce
Kobieta. Motyw kobiety w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc wypracowania na temat, który wykorzystuje motyw (temat, topos) kobiety w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce. Jest to temat bardzo obszerny. Funkcjonowanie motywu kobiety w kulturze europejskiej jest uwarunkowane z jednej strony uwielbieniem kobiet i fascynacją ich pięknem, a z drugiej patriarchalnym charakterem kultury oraz mizoginizmem. W konsekwencji topos kobiety stanowi całe spektrum ujęć od kobiety - matki, która daje życie, po femme fatale, która niszczy itd.Polecamy również lekturę artykułu: Obraz kobiety we współczesnej literaturzeKonflikt – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty
Motyw konfliktu pozwala analizować sprzeczne interesy, wartości i postawy bohaterów oraz sposoby rozwiązywania sporów. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Konteksty i przykłady
Konflikt - metody rozwiązywania konfliktów
Asertywność w sytuacji konfliktu
konflikt to różnica w poglądach, pragnieniach, potrzebach i opiniach
Tak pojmowany należy uznać za zjawisko absolutnie normalne i permanentnie występujące w życiu społecznym.
Lęk przed konfliktem
Oczywiście strach przed konfliktem powoduje, że postrzegany jest tak negatywnie.
Konflikt jest nieunikniony
Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że jest on rzeczą nieuniknioną, bo wynikają z różnic międzyludzkich.
Ucieczka
Zapominają, że często stosowane uniki, ucieczki przed nim, konfliktu nie rozwiązują. Tylko stawianie czoła konfliktom pomaga naprawić sytuację, rozwiązać problem. Każde inne zachowanie odkłada go w czasie, powodując jednocześnie gromadzenie się poczucia krzywdy i agresji.
Stawianie czoła konfliktom
Każdemu konfliktowi należy stawić czoła w momencie, w którym się pojawia. Konflikt sam w sobie jest bardzo pozytywnym zjawiskiem, gdyż pozwala na zmiany złych wzorców wyniesionych z dzieciństwa czy innych doświadczeń.
1. spokój i przyjazny ton
Kiedy się pojawia najgłupszą rzeczą jaką można zrobić to zareagować na niego gniewem, pretensjami. Takie zachowanie jest typowe dla dzieci – wielu ludzi nie nauczyło się jeszcze radzić sobie w takich sytuacjach, dlatego wykorzystuje mechanizmy, których nauczyli się w dzieciństwie.
2. poznaj motywację partnera
Zamiast tego znacznie lepiej jest spróbować zrozumieć przyczyny postawy partnera, zapytać go o nie.
3. powiedz, co czujesz i co myślisz
Następnie najlepiej jest wyrazić swoje uczucia wobec partnera, później wobec jego postawy, by wreszcie
4. twoja motywacja
wyjaśnić motywacje własnej postawy.
5. myśli i uczucia partnera
Kolejnym ważnym krokiem jest zapytanie partnera o uczucia związane z Twoją postawą, z Tobą.
6. rozwiązanie konfliktu:
Warto w tej sytuacji pamiętać, że sukcesem jest rozwiązanie, z którego wszystkie strony są zadowolone. W przeciwnym wypadku powstaje nierówność, prowadząca tylko do następnego konfliktu.
Rozwiązywanie konfliktów wg TOC (Teorii Ograniczeń) - chmurka
http://www.toc.edu.pl/narzedzia-toc/
Konflikt Rykowa ze szlachtą
Konflikt Kapitana Rykowa ze szlachtą
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
Ryków, Podkomorzego zwalczony powagą,
Skłonił się i oddał mu swoję szpadę nagą, [...]
«Ja, panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.
Ruskie przysłowie mówi: kto się mocno lubi,
Ten, panie Podkomorzy, i mocno się czubi. [...]
A was lubię, że z wami sobie zjem, popiję,
Pohulam, pogawędzę, i tak sobie żyję.
Otoż ja was obronię, i jak będzie śledztwo,
Słowo uczciwe, że dam za wami świadectwo.
Powiemy, że my przyszli tu z wizytą, pili
Sobie, tańczyli, trochę sobie podchmielili,
A Płut przypadkiem ognia zakomenderował,
Bitwa! i batalijon tak jakoś zmarnował.
Wy, pany, tylko śledztwo pomazujcie złotem,
Będzie kręcić się.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jak wyglądają relacje polsko-rosyjskie?
- Jaki obraz rosyjskiego systemu sprawiedliwości zawiera ten fragment?
- Co symbolizuje oddanie szpady przez Rykowa?
- Jaką rolę odegrał Rykow w konflikcie polsko-rosyjskim?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt Hrabiego z Kapitanem Rykowem
Konflikt Hrabiego z Kapitanem Rykowem
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
«Panie Soplico! — wołał — z przeproszeniem pana,
Pan wyzwałeś Majora! Ja do Kapitana
Mam dawniejszą urazę: on do zamku mego...»
(«Mów pan — przerwał Protazy — do zamku naszego»)
«On wpadł — rzekł kończąc Hrabia — na czele złodziejów,
On, poznałem Rykowa, wiązał mych dżokejów. [...]
Hrabia i Ryków idą, obróceni bokiem,
Prawą ręką i prawym grożąc sobie okiem;
Wtem lewymi rękami odkrywają głowy
I kłaniają się grzecznie (zwyczaj honorowy,
Nim przyjdzie do zabójstwa, naprzód się przywitać).
Już spotkały się szpady i zaczęły zgrzytać;
Rycerze wznosząc nogi, prawymi kolany
Przyklękają, w przód i w tył skacząc na przemiany.
Ale Płut, Tadeusza widząc przed swym frontem,
Naradzał się po cichu z gifrejterem Gontem,
Który w rocie uchodził za pierwszego strzelca.
«Gonto — rzekł Major — widzisz ty tego wisielca?
Jeśli mu wsadzisz kulę, tam pod piątym żebrem.
To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem».
Gont odwodzi karabin, do zamka się chyli,
Wierni go towarzysze płaszczami okryli;
Mierzy, nie w żebro, ale w głowę Tadeusza:
Strzelił i trafił... blisko, w środek kapelusza.
Okręcił się Tadeusz: aż Kropiciel wpada
Na Rykowa, a za nim szlachta krzycząc: «Zdrada!»
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jakie dostrzegasz przyczyny tego konfliktu?
- Jaki sposób rozwiązania konfliktu wybrano?
- Jak oceniasz taki sposób rozwiązywania konfliktu?
- Jakie cehy narratora dostrzegasz w tym fragmencie?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt Majora Płuta z Polakami
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza i przykładowe zadania pomocnicze.
Fragment 1. Major Płut i Sędzia
«A czy Sędzia — rzekł Major — żółtą księgę czytał?»
«Co to za żółta księga?» pan Sędzia zapytał.
«Księga — rzekł Major — lepsza niż wasze statuty,
A w niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty;
Księga ustaw wojennych, teraz w Litwie całéj
Ogłoszonych: już pod stół wasze trybunały!
Podług ustaw wojennych, za takową psotę,
Pójdziecie już to najmniej w sybirną robotę».
«Apeluję — rzekł Sędzia — do gubernatora». [...]
«Apelujcie, ja może wynajdę w potrzebie,
Mospanie Sędzio, dobry kruczek i na ciebie.
Wszak Jankiel, szpieg, którego już rząd dawno śledzi,
Jest twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.
Mogę teraz was wszystkich wziąć w areszt od razu».
«Mnie — rzekł Sędzia — brać w areszt? jak śmiesz bez rozkazu?»
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Co symbolizuje „żółta księga"? Jaki to kontekst?
- Jaką prawdę o rosyjskiej władzy pokazuje ta rozmowa?
- Jakie archaizmy odnajdujesz w tekście?
- Jakim wierszem został napisany ten fragment?
- Jakie inne romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 2. Major Płut i Tadeusz Soplica
[...] Bo ja po oficersku ukarzę panienkę...»
To mówiąc skoczył, chwycił Telimeny rękę,
I szerokim całusem w blade ramię klasnął;
Gdy Tadeusz, przypadłszy z boku, w twarz mu trzasnął.
I całus, i policzek ozwały się razem,
Jeden za drugim, jako wyraz za wyrazem.
Major osłupiał, oczy przetarł, z gniewu blady
Zawołał: «Bunt! buntownik!» i dobywszy szpady,
Biegł przebić. Wtem ksiądz dostał z rękawa krócicę:
«Pal, Tadeuszku! — krzyknął — pal jak w jasną świécę!»
Tadeusz wnet pochwycił, wymierzył, wypalił,
Chybił, ale Majora zgłuszył i osmalił.
Porywa się z gitarą Ryków: «Bunt! bunt!» woła,
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jakie miejsce zajmuje opisana scena w eposie?
- Jak zachowanie postaci wpływa na ocenę tego bohatera?
- Jak oceniasz postępowanie Tadeusza Soplicy?
- Za pomocą jakich środków językowych autor uzyskał dynamizm w tej scenie?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 3. Zakończenie konfliktu
Klucznik zły, że go Ryków pytaniami dręczył,
Poważnie palec wielki ku ziemi naginał,
A potem machnął ręką, jak gdyby przecinał
Dalszą rozmowę i rzekł: «Klnę się Scyzorykiem,
Że Płut nie wyda! gadać już nie będzie z nikim!» [...]
Aż Ryków rzekł: «Nosił wilk, ponieśli i wilka!»
«Requiescat in pace!» dodał Podkomorzy;
«Już ci — zakończył Sędzia — był w tym palec Boży!
Lecz ja tej krwi nie winien, jam o tym nie wiedział».
Ksiądz porwał się z poduszek i posępny siedział.
Na koniec rzekł, spojrzawszy bystro na Klucznika:
«Wielki grzech bezbronnego zabić niewolnika!
Chrystus zabrania mścić się nawet i nad wrogiem!
Oj Kluczniku! odpowiesz ty ciężko przed Bogiem.
Jedna jest restrykcyja: jeśli popełniono
Nie z zemsty głupiej, ale pro publico bono».
Klucznik głową i ręką kiwał wyciągnioną,
I mrugając powtarzał: «Pro publico bono!»
Więcej nie było mowy o Płucie Majorze;
Nazajutrz daremnie go szukano we dworze,
Daremnie wyznaczano za trupa nagrodę:
Major zginął bez śladu, jak gdyby wpadł w wodę.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Kto i na jaki temat rozmawia we fragmencie?
- Jaką funkcję pełnią łacińskie wtręty pojawiające się we fragmencie?
- Jakie cechy narratora jesteś w stanie wskazać we fragmencie?
- Jak oceniasz wydarzenia opisane we fragmencie? Czy zgadzasz się z oceną narratora i innych bohaterów?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt Domejki z Dowejką
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza i przykładowe zadania pomocnicze.
Wojski głos zabrał: [...]
Pamiętam, za mych czasów żyło dwóch sąsiadów,
Oba ludzie uczciwi, szlachta z prapradziadów,
Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką,
Jeden zwał się Domejko, a drugi Dowejko.
Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili:
Kto zabił, trudno dociec; strasznie się kłócili
I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę:
To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę. [...]
Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką
Jedzie Doweyko, z drugiej na koniu Domeyko.
Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty,
Pas ze skóry niedźwiedziej, porzniętej na szmaty.
Postawiłem Doweykę na źwierza ogonie
Z jednej strony, Domeykę zaś po drugiej stronie:
»Pukajcie teraz — rzekłem — choć przez całe życie,
Lecz póty was nie spuszczę, aż się pogodzicie«.
Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi
Od śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi
Nuż im z Ewangelii, z statutów dowodzić;
Nie ma rady: śmieli się i musieli zgodzić.
Spór ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,
I Doweyko się z siostrą Domeyki ożenił;
Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę,
Podzielili majątek na dwie części równe,
A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,
Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek».
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- O czym jest ten fragment?
- W jaki sposób zostali przedstawieni bohaterowie?
- Kto odegrał w sporze kluczową rolę?
- Jaki obraz szlachty wyłania się z tej historii?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt Asesora z Rejentem o niedźwiedzia
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
«A co? — krzyknął Asesor, kręcąc strzelby rurą —
A co? fuzyjka moja? górą nasi, górą!
A co? fuzyjka moja? niewielka ptaszyna,
A jak się popisała? To jej nie nowina:
Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku.
Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku».
Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty,
Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.
«Ja biegłem — przerwał Rejent, otarłszy pot z czoła —
Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:
»Stój na miejscu!« Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,
Rwąc z kopyta jak zając coraz daléj, daléj;
Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei,
Aż spojrzę w prawo: sadzi, a tu rzadko w kniei,
Jak też wziąłem na oko: postójże, marucha,
Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez ducha!
Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka,
Napis: Sagalas London à Bałabanówka...
(Sławny tam mieszka ślusarz Polak, który robił
Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił)».
«Jak to — parsknął Asesor — do kroćset niedźwiedzi!
To to niby pan zabił? Co też to Pan bredzi?»
«Słuchaj no — odparł Rejent — tu, panie, nie śledztwo,
Tu obława, tu wszystkich weźmiem na świadectwo...»[...]
Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził.
On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził,
Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje
I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje,
Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył,
Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył,
A potem dłoń podnosząc i kulę na dłoni:
«Panowie — rzekł — ta kula nie jest z waszej broni,
Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki
(Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki),
Lecz nie ja wystrzeliłem. [...]
Zesłali mi na pomoc księdza bernardyna».
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Kto występuje we fragmencie?
- Jakie wydarzenia przedstawione zostały we fragmencie?
- Jakie środki językowe posłużyły do indywidualizacji języka bohaterów?
- Jak oceniasz takie rozwiązanie konfliktu?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt między Asesorem i Rejentem o Kusego i Sokoła
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
Fragment 1.
Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,
Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,
Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni.
Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni
Zwycięstwa swoich chartów: gdy pośród równiny
Znalazł się zagon chłopskiej niezżętej jarzyny.
Tam wpadł zając; już Kusy, już go Sokół imał,
Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał.
Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;
Psy powróciły same i nikt pewnie nie wie,
Czy zwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,
Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,
Czyli obydwu razem: różnie sądzą strony,
I spór na dalsze czasy trwał nierozstrzygniony.
Fragment 2.
Tak dzieje się z rozmową. Z wolna się pomyka:
Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.
Dzikiem rozmów strzeleckich, był ów spór zażarty
Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.
Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwilę;
Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,
Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części,
Przycinki, gniew, wyzwanie — i szło już do pięści. [...]
Nastąpił rozejm kłótni, kwestarz ją uśmierzył: [...]
On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze
I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne
Jedną o drugą, jako jaja wielkanocne,
Rozkrzyżował ramiona na kształt drogowskazu
I we dwa kąty izby rzucił ich od razu.
Chwilę z rozciągnionymi stał w miejscu rękami,
I «Pax, pax, pax vobiscum — krzyczał — pokój z wami!»
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- W jakim znaczeniu zostało użyte słowo „dzik"?
- Jakie są trzy fazy sporu?
- Dlaczego Sędzia zatrzymał dojeżdzaczy? Co sądzisz o takim postępowaniu Soplicy?
- Jaką funkcję pełni porównanie do uderzania o siebie jaj wielkanocnych?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 3. Zakład
«Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,
A sądziłem ich nieraz sądem polubownym. [...]
Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?
Oto obrali sędziów i zakład stawili.
Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;
Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!
I wy, panowie, pójdźcie za starych przykładem.
I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.
Słowo wiatr, w sporach słownych nigdy nie masz końca
Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca.
Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,
A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.
Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił
Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;
I tuszę, że tę łaskę otrzymam od pana».
To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.
«Konia — zawołał Rejent — stawię konia z rzędem,
I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,
Iż ten pierścień Sędziemu w salarijum złożę».
«Ja — rzekł Asesor — stawię me złote obroże,
Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,
I smycz tkany jedwabny, którego robota
Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jaki jest temat rozmów? Kto występuje we fragmencie?
- Jak się ma obraz przeszłości do obrazu ówczesności? Co o tym sądzisz?
- Jak oceniasz taki sposób rozwiązywania konfliktów?
- Jaką funkcję pełni przymiotnik: stary? Jakie konsekwencje jego użycia dostrzegasz?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 4. Rozstrzygnięcie konfliktu
Kuchcik stuknął doń w okno: kota spostrzeżono!
Kot, wykradłszy się z łozy, prześmignął po łące
I wskoczył w sad pomiędzy jarzyny wschodzące;
Tam siedzi: wystraszyć go łacno z rozsadniku
I uszczuć, postawiwszy charty na przesmyku.
Bieży Asesor, ciągnąc za obróż Sokoła;
Pośpiesza za nim Rejent i Kusego woła. [...]
Wtem Wojski krzyknął: «Wyczha!» Zając smyk zza płotu
Na łąkę; charty za nim; i wnet bez obrotu
Sokół i Kusy razem spadli na szaraka
Ze dwóch stron w jednej chwili, jak dwa skrzydła ptaka,
I zęby mu jak szpony zatopili w grzbiecie. [...]
«Otóż skończony spór wasz długi i zażarty;
Ja, któregoście sędzią zakładu obrali,
Wydaję wreszcie wyrok: obaście wygrali.
Wracam fanty, niech każdy przy swoim zostanie,
A wy podpiszcie zgodę». Na starca wezwanie
Szczwacze zwrócili na się rozjaśnione lice
I długo rozdzielone złączyli prawice. [...]
Wtem rzekł Rejent: «Stawiłem niegdyś konia z rzędem,
Opisałem się także przed ziemskim urzędem,
Iż pierścień mój sędziemu w salarijum złożę:
Fant postawiony w zakład wracać się nie może. [...]
Przyjm, Asesorze, w dowód mojego szacunku».
A na to rzekł Asesor, wesół z podarunku:
«Ja niegdyś darowane od księcia Sanguszki
Stawiłem w zakład moje prześliczne obróżki [...]
Ale ten sprzęt, Rejencie, proszę uniżenie,
Bądź łaskaw przyjąć w zamian za twój rzęd bogaty
I na pamiątkę sporu, co długimi laty
Toczył się i nareszcie zakończył zaszczytnie
Dla nas obu. Niech zgoda między nami kwitnie».
Więc wracali do domu oznajmić za stołem,
Że się skończył spór między Kusym i Sokołem.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jaki jest temat i kim są bohaterowie tego fragmentu?
- W jakich okolicznościach doszło do rozstrzygnięcia sporu?
- Jaki obraz szlachty wyłania się z tego fragmentu?
- Jak oceniasz zakończenie tego konfliktu?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt między Gerwazym a Protazym
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
Fragment 1. Uczta w zamku
Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę
Stron interesowanych, on pociągnął wagę:
Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe,
Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rozprawę.
«Bracie — rzekł — odłóż nieco twą pilną robotę»
I kończył plan zamiany. Lecz Klucznik na psotę
Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru; [...]
«Mości Kluczniku — krzyknął — lub raczej puszczyku,
Jeśli dziób twój szanujesz, dość mi tego krzyku».
Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył; [...]
«Panie Hrabia! —
Zawołał Klucznik — widzisz pan, co się wyrabia.
Czy nie dosyć się jeszcze pański honor plami,
Że pan jadasz i pijasz z tymi Soplicami;
Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika,
Gerwazego Rembajłę, Horeszków Klucznika,
Lżyć w domu panów moich? i panże to zniesie!»
Wtem Protazy zawołał trzykroć: «Uciszcie się!
Na ustęp! Ja, Protazy Baltazar Brzechalski, [...]
O inkursyją, to jest o najazd granicy,
Gwałt zamku, w którym Sędzia dotąd prawnie włada,
Czego dowodem jawnym jest, że w zamku jada.»
«Brzechaczu! — wrzasnął Klucznik — ja cię wnet nauczę!»
I dobywszy zza pasa swe żelazne klucze,
Okręcił wkoło głowy, puścił z całej mocy.
Pęk żelaza wyleciał jako kamień z procy,
Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci;
Szczęściem, schylił się Woźny i wydarł się śmierci.
Porwali się z miejsc wszyscy; chwilę była głucha
Cichość, aż Sędzia krzyknął: «W dyby tego zucha!
Hola, chłopcy!» — i czeladź rzuciła się żwawo
Ciasnym przejściem pomiędzy ścianami i ławą.
Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę
I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę,
«Wara! — zawołał — Sędzio! nie wolno nikomu
Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu:
Kto ma na starca skargę, niech mi ją przełoży.»
Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Podkomorzy:
«Bez waścinej pomocy ukarać potrafię
Zuchwałego szlachetkę; a waść, mości grafie,
Przed dekretem ten zamek za wcześnie przywłaszczasz:
Nie wać tu jesteś panem, nie wać nas ugaszczasz.
Siedź cicho, jakeś siedział; jeśli siwej głowy
Nie czcisz, to szanuj pierwszy urząd powiatowy.»
«Co mi? — odmruknął Hrabia — dość już tej gawędy;[...]
Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy.
Do widzenia po trzeźwu; pójdź za mną, Gerwazy!»
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz we fragmencie?
- Dlaczego Sędzia i Hrabia wspólnie ucztują?
- Jaką rolę w sporze odegrali służący?
- Jaki stosunek do opisywanych wydarzeń ma narrator?
- Jaką rolę odgrywa ta scena w akcji eposu?
Fragment 2. Zgoda
Ale starce miód piją, tabakierką z kory
Częstując się nawzajem, toczą rozhowory.
«Tak, tak, mój Protazeńku» rzekł Klucznik Gerwazy.
«Tak, tak, mój Gerwazeńku» rzekł Woźny Protazy.
«Tak to, tak!» powtórzyli zgodnie kilka razy,
Kiwając w takt głowami; wreszcie Woźny rzecze:
«Iż proces nasz skończy się dziwnie, ja nie przeczę.
Wszakże, były przykłady: pamiętam procesy,
W których się działy gorsze niż u nas ekscesy,
A intercyza cały zakończyła kłopot [...]
Ja zaś dołożę, lepszy miód od Scyzoryka».
To mówiąc, półgarcówką przepił do Klucznika.
«Prawda! prawda! — rzekł na to Gerwazy wzruszony. [...]
Tu skończyli rozmowę, piją zadumani;
Słychać tylko niekiedy te krótkie wyrazy:
«Tak, tak, panie Gerwazy» — «Tak, panie Protazy».
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Kto rozmawia i jaki jest temat rozmowy?
- Jak kończy się konflikt pomiędzy Gerwazym i Protazym?
- Jakie wydarzenie kończy konflikt pomiędzy Gerwazym i Protazym?
- Za pomocą jakich zabiegów językowych autor kreuje efekt zgody?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt między Hrabią i Tadeuszem Soplicą
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
[Hrabia do Tadeusza Soplicy, który żegna się z Zosią]
Panie Soplico! miałem ciebie za rywala;
Ten błąd był jedną z przyczyn naszej smutnej zwady,
Która mię przymusiła dostać na was szpady.
Postrzegam błąd mój: boś ty wzdychał ku pasterce,
Ja zaś tej pięknej nimfie oddałem me serce.
Niech we krwi wrogów nasze utoną urazy!
Nie będziem się zbójczymi rozpierać żelazy;
Niech się inaczej spór nasz zalotny roztrzygnie:
Walczmy, kto kogo czuciem miłości wyścignie!
Zostawim oba drogie serc naszych przedmioty,
Pośpieszymy obadwa na miecze, na groty;
Walczmy z sobą stałością, żalem i cierpieniem,
A wrogów naszych mężnym ścigajmy ramieniem.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Na czym polegał konflikt między Hrabią a Tadeuszem, o którym tu mowa?
- Dlaczego konflikt zniknął?
- Co łączy dawnych rywali?
- Jaką rolę pełni zmiana liczby gramatycznej zastosowana przez Hrabiego?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt między Stolnikiem a Jackiem Soplicą
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
Fragment 1. Opowieść Gerwazego
Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,
Bogacz i familiant, miał jedyne dziecię,
Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało
Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.
Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,
Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda
Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,
Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie,
I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,
Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,
Szabli i wielkich wąsów od ucha do ucha.
Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha,
I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,
Popularny dla jego krewnych i stronników.
Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawym przyjęciem,
Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.
Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł,
W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł.
I już miał się oświadczać: lecz pomiarkowano,
I czarną mu polewkę do stołu podano.
Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,
Ale przed rodzicami taiła głęboko.
Było to za Kościuszki czasów; pan popierał
Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,
Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,
Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy.
Ledwie był czas z moździerza na trwogę wypalić,
[...]
Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,
Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę
I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;
Obróciwszy się do mnie, rzekł: »Za mną Gerwazy!«
Wtem strzelono spod bramy... Stolnik się zająknął,
Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął:
Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same.
Pan słaniając się, palcem ukazał na bramę:
Poznałem tego łotra Soplicę! poznałem!
Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem
Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry
Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Opisz narratora.
- Jaki konteksty odnajdujesz w tym fragmencie?
- Jakie środki stylistyczne zostały wykorzystane do pokazania emocji?
- Jakie toposy zostały wykorzystane w tym fragmencie?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 2. - Spowiedź Jacka Soplicy
«Wszak sam wiesz, Gerwazeńku, jak Stolnik zapraszał
Często mnie na biesiady, zdrowie moje wnaszał,
Krzyczał nieraz, do góry podniósłszy szklanicę,
Że nie miał przyjaciela nad Jacka Soplicę, [...]
Jedno słowo Stolnika: jakże byśmy byli
Szczęśliwi! Kto wie, może dotąd byśmy żyli,
Może i on przy swoim kochanym dziecięciu,
Przy swojej pięknej Ewie, przy swym wdzięcznym zięciu,
Zestarzałby spokojny, może wnuki swoje
Kołysałby!... Teraz co?... Nas zgubił oboje
I sam... i to zabójstwo... i wszystkie następstwa
Tej zbrodni, wszystkie moje biedy i przestępstwa!... [...]
Żeby już raz otwarcie był mnie zrekuzował!...
Bo znał nasze uczucia... Gdyby nie przyjmował
Mych odwiedzin: to kto wie? może bym odjechał,
Pogniewał się, połajał, w końcu go zaniechał; [...]
A byłem mu potrzebnym: miałem zachowanie
U szlachty i lubili mnie wszyscy ziemianie:
Więc on niby miłości mojej nie dostrzegał, [...]
I ja, zawadyjaka sławny w Litwie całéj,
Co przede mną największe pany niegdyś drżały,
Com nie żył dnia bez bitki, co, nie Stolnikowi,
Ale bym się pokrzywdzić nie dał i królowi,
Co we wściekłość najmniejsza wprawiała mnie sprzeczka:
Ja wtenczas, zły i pjany, milczał jak owieczka,
Jak gdybym Sanktissimum ujrzał! [...]
Soplicy Horeszkowie odmówili dziewkę!
Że mnie, Jackowi, czarną podano polewkę! [...]
Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić:
Zemścić się krwawo, ale powód zemsty taić,
Nie bywać w zamku, miłość z serca wykorzenić,
Puścić w niepamięć Ewę, z inną się ożenić,
A potem, potem jaką wynaleźć zaczepkę,
Pomścić się... [...]
Zacząłem pić.
I tak niedługo żona ma z żalu umarła,
Zostawiwszy to dziecię; a mnie rozpacz żarła! [...]
Było to właśnie wkrótce po jej zaręczynach.
Wszędzie gadano tylko o tych zaręczynach; [...]
Pomyśl o zemście, to wnet szatan broń podsunie.
Ledwiem pomyślił: szatan nasyła Moskali.
Stałem patrząc; wiesz, jak wasz zamek szturmowali.
Bo fałsz, żebym był w jakiej z Moskalami zmowie... [...]
Broniliście się, ty wiesz, dzielnie i przytomnie.
Zdziwiłem się. Moskale padali wkoło mnie.
Bydlęta, źle strzelają! Na widok ich klęski
Złość mię znowu porwała. — Ten Stolnik zwycięski! [...]
I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,
Że mnie poznał i ku mnie rękę tak wyciągał,
Szydząc i grożąc... Chwytam karabin Moskala,
Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył — wypala!
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Opisz narratora, zwróć szczególną na jego subiektywizm.
- Jaki konteksty odnajdujesz w tym fragmencie?
- Jakie środki stylistyczne zostały wykorzystane do pokazania emocji?
- Jakie toposy zostały wykorzystane w tym fragmencie?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Konflikt o zamek między Horeszkami i Soplicami
Poniżej znajdują się fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
Fragment 1.
O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,
Okazały budową, poważny ogromem,
Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;
Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.
Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu,
Bezładnością opieki, wyrokami sądu,
W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,
A resztę rozdzielono między wierzycieli.
Zamku żaden wziąć nie chciał, bo w szlacheckim stanie
Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;
Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,
Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,
Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,
Tłumacząc, że gotyckiej są architektury; [...]
Dość, że Hrabia chciał zamku. Właśnie i Sędziemu
Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.
Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,
W senacie, znowu w ziemstwie i guberskim rządzie;
Wreszcie, po wielu kosztach i ukazach licznych,
Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
Kto był pierwszym właścicielem zamku i w jakich okolicznościach zamek trafił w ręce Sopliców?
Jaki jest stan zamku? Jak to wpływa na jego atrakcyjność?
Dlaczego doszło do ożywienia konfliktu o zamek?
Jaką rolę pełni niewiedza narratora, gdy opowiada o losach zamku?
Co wspólnego z romantyzmem dostrzegasz w tym fragmencie?
Fragment 2.
[Wojski]
«Dobrze mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził
Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.
Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;
Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne
Od dni kilku zbiera się na sądy graniczne,
Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu.
I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;
Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Dlaczego urządza się polowanie, ucztę, dlaczego do Soplicowa zjeżdża tak wielu gości?
- Jaki jest cel wizyty Hrabiego?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w języku tekstu?
- Kto jest stryjem Tadeusza Soplicy?
- Dlaczego Wojski uważa, że najbliższe dni są dla Tadeusza bardzo ważne?
Fragment 3. Gerwazy nakłania Hrabiego do walki o zamek
[Gerwazy]
«[...]Czyż to prawda, mopanku, że pan grosza skąpisz
Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?
Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać».
Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.
«Cóż dziwnego — rzekł Hrabia — koszt wielki, a nuda
Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda
Upiera się; przewidział, że mię znudzić może:
Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,
Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda...»
«Zgody? — krzyknął Gerwazy — z Soplicami zgoda?
Z Soplicami, mopanku?» — To mówiąc wykrzywił
Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.
«Zgoda i Soplicowie! Mopanku, panisko,
Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,
Ma pójść w ręce Sopliców? [...]
«Nie masz zgody, mopanku, pomiędzy Soplicą
I krwią Horeszków; w panu krew Horeszków płynie,
Jesteś krewnym Stolnika, po matce łowczynie,
Która się rodzi z drugiej córki kasztelana,
Który był, jak wiadomo, wujem mego pana.
Słuchaj pan historyi swej własnej rodzinnej,
Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.»
[...]
Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach,
Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach.
[...] Jeden tylko został,
Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał:
Rodzoniutki braciszek owego wąsala!
Żyje dotąd i z swoich bogactw się przechwala,
Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,
Szanowany w powiecie, ma urząd, jest Sędzią!
I pan mu zamek oddasz?»
[...] [Hrabia]
«Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!
Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.
Tak, muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,
Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!
Honor każe»
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jaki stosunek ma Hrabia do sporu o zamek?
- Jaką rolę odegrał Gerwazy w konflikcie?
- Kto był pierwszym właścicielem zamku?
- Jakie środki językowe zdradzają subiektywizm bohaterów?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 4. Konflikt o skórę niedźwiedzia zabitego na polowaniu
[Podkomorzy]«Tadeusz i pan Hrabia; im należy skóra.
Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny),
Jako młodszy i jako gospodarza krewny;
Więc spolia opima weźmiesz, mości Hrabia:
Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia,
Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy,
Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłej sławy».
Umilknął wesół, myśląc, że Hrabię ucieszył;
Nie wiedział, jak boleśnie serce jego przeszył.
Bo Hrabia, na strzeleckiej komnaty wspomnienie,
Mimowolnie wzrok podniósł: a te łby jelenie,
Te gałęziste rogi, jakby las wawrzynów
Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów,
Te rzędami portretów zdobione filary,
Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary,
Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości.
Zbudził się z marzeń, wspomniał gdzie, u kogo gości:
Dziedzic Horeszków, gościem śród swych własnych progów,
Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów!
A przy tym zawiść, którą czuł dla Tadeusza,
Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.
Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: «Mój domek zbyt mały,
Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały;
Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy,
Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy».
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Dlaczego Hrabia i Tadeusz najbardziej zasłużyli na niedźwiedzią skórę?
- Dlaczego Hrabia czuje zawiść do Tadeusza Soplicy?
- Na czym polegał nietakt Podkomorzego?
- Jakie środki poetyckie i językowe wzmacniają ostatnią wypowiedź Hrabiego?
- Jakie konteksty potrafisz wskazać we fragmencie?
Fragment 5. Księga V Gerwazy nakłania Hrabiego do zajazdu
«Stryja, synowca — wołał Hrabia — całe plemię
Wyzywaj!» «Zamek — wołał Klucznik — wieś i ziemie
Zabieraj pan». To mówiąc, zwrócił się do Hrabi:
«Jeśli pan chce mieć pokój, niech wszystko zagrabi.
Po co proces, mopanku! sprawa jak dzień czysta:
Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta; [...]
Mówiłem panu zawsze: najechać, zajechać!
Tak było po dawnemu: kto raz grunt posiądzie,
Ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie.
Co się tycze dawniejszych z Soplicami sprzeczek:
Jest na to od procesu lepszy Scyzoryczek;
A jeśli Maciej w pomoc da mi swą Rózeczkę,
To my we dwóch, Sopliców tych porzniem na sieczkę».
«Brawo! — rzekł Hrabia — plan twój, gotycko-sarmacki
Podoba się mi lepiej niż spór adwokacki.
Wiesz co? na całej Litwie narobim hałasu
Wyprawą niesłychaną od dawnego czasu.
I sami się zabawim. Dwa lata tu siedzę,
Jakąż bitwę widziałem? z chłopami o miedzę!
Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży.[...]
Dżokejów — dodał Hrabia — uzbroić we dworze,
Z włości wezwać wasalów!» «Lokajów? broń Boże! —
Przerwał Gerwazy. Czy to zajazd jest hultajstwem?
Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem?
Mój panie, na zajazdach nie znacie się wcale!
Wąsalów, co innego: zdadzą się wąsale;
Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach,
W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach,
Szlachta odwieczna, w której krew rycerska płynie,
Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie,
Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców!
Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców».
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Kto rozmawia we fragmencie?
- Jaki jest temat rozmowy?
- Dlaczego Gerwazy nie zgadza się na udział lokajów? Na czyją pomoc liczy Gerwazy?
- Jaki jest cel i jakie są konsekwencje tej rozmowy?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 6. Mowa Gerwazego w Dobrzyniu
Gdzież jest wdzięczność na świecie? Nie ma jej w Dobrzynie!
Bracia! chcecie bój z ruskim wieść imperatorem,
A boicie się wojny z Soplicowskim dworem?
Strach wam turmy! Czyż to ja wzywam na rozboje?
Broń Boże! Szlachta Bracia! ja przy prawie stoję.
Wszak Hrabia wygrał, zyskał dekretów niemało:
Tylko je egzekwować! Tak dawniej bywało:
Trybunał pisał dekret; szlachta wypełniała,
A szczególniej Dobrzyńscy, i stąd wasza chwała
Urosła w Litwie! Wszakże to Dobrzyńscy sami
Bili się na zajezdzie myskim z Moskalami,
Których przywiódł jenerał ruski Wojniłowicz
I łotr, przyjaciel jego, pan Wołk z Łogomowicz.
Pamiętacie, jak Wołka wzięliśmy w niewolę,
Jak chcieliśmy go wieszać na belce w stodole,
Iż był tyran dla chłopstwa a sługa Moskali;
Ale się chłopi głupi nad nim zlitowali!
(Upiec go muszę kiedyś na tym Scyzoryku.)
Nie wspomnę innych wielkich zajazdów bez liku,
Z których wyszliśmy zawsze, jak szlachcie przystało,
I z zyskiem i aplauzem powszechnym i z chwałą!
Po cóż o tym wspominać? Dziś darmo pan Hrabia,
Sąsiad wasz, sprawę toczy, dekrety wyrabia:
Już nikt z was pomóc nie chce biednemu sierocie!
Dziedzic Stolnika tego, który żywił krocie,
Dziś nie ma przyjaciela, oprócz mnie, Klucznika,
I ot tego wiernego mego Scyzoryka!»
Zadania pomocnicze do fragmentu:
Gdzie i do kogo przemawia Gerwazy?
- Do czego słuchacze Gerwazego się przygotowywali za sprawą księdza Robaka?
- Jaki jest cel przemówienia Gerwazego?
- Jakich argumentów użył Gerwazy?
- Jakich środków językowych używa Gerwazy w czasie swojej mowy?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 7. Zajazd
Wyskoczył wpół ubrany Sędzia; widzi zgraję
Zbrojną, myśli, że zbójcy, aż Hrabię poznaje.
«Co to jest?» pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął,
Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął:
«Soplico — rzekł — odwieczny wrogu mej rodziny,
Dziś skarzę cię za dawne i za świeże winy,
Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru,
Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!» [...]
Próżno było bronić się, nowy wróg nadchodził:
Postrzeżono w olszynie blask, wystrzał rusznicy!
Most na rzece zahuczał tętentem konnicy
I «Hejże na Soplicę!» tysiąc głosów wrzasło.
Wzdrygnął się Sędzia: poznał Gerwazego hasło;
«Nic to — zawołał Hrabia — będzie tu nas więcéj,
Poddaj się Sędzio, to są moi sprzymierzeńcy». [...]
Było to osobliwsze szczęście dla Sopliców,
Że Hrabia, mając lepsze konie od szlachciców
I chcąc spotkać się pierwszy, zostawił ich w tyle
I biegł przed resztą jazdy, przynajmniej o milę,
Ze swym dżokejstwem, które posłuszne i karne,
Stanowiło niejako wojsko regularne;
Gdy inna szlachta była, zwyczajem powstania,
Burzliwa i niezmiernie skora do wieszania.
Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu,
Przemyślał, jakby skończyć bój bez krwi rozlewu;
Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe
Jako więźniów wojennych; u drzwi stawi straże.
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Czym był zajazd?
- Dlaczego nie doszło do rozlewu krwi?
- Rozstrzygnij czy narrator jest wszechwiedzący czy nie?
- Jakie archaizmy można odnaleźć w tym fragmencie?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Fragment 8. Zakończenie sporu o zamek
[Protazy do Gerwazego]
«Iż proces nasz skończy się dziwnie, ja nie przeczę.
Wszakże, były przykłady: pamiętam procesy,
W których się działy gorsze niż u nas ekscesy,
A intercyza cały zakończyła kłopot:
Tak z Borzdobohatymi pogodził się Łopot,
Krepsztulowie z Kupściami, Putrament z Pikturną,
Z Odyńcami Mackiewicz, z Kwileckimi Turno.
Co mówię! wszak Polacy miewali zamieszki
Z Litwą, gorsze niżeli z Soplicą Horeszki,
A gdy na rozum wzięła królowa Jadwiga,
To się bez sądów owa skończyła intryga.
Dobrze, gdy strony mają panny albo wdowy
Na wydaniu: to zawsze kompromis gotowy.
Najdłuższy proces zwykle bywa z duchowieństwem
Katolickim albo też z bliskim pokrewieństwem:
Bo wtenczas sprawy skończyć nie można małżeństwem.
[...]
Baby patrząc na Zosię, gadały po cichu,
Że pewnie przeznaczeniem będzie tej dziewczyny
Pogodzić dwie od dawna zwaśnione rodziny.
A widzę, że się dzisiaj ziścił omen babi.
Prawdać to, że naonczas myślano o Hrabi,
Nie zaś o Tadeuszu».
Zadania pomocnicze do fragmentu:
- Jaki dominujący środek stylistyczny odnajdujesz w tym fragmencie i jaką funkcję pełni?
- Jak w dawniej Polsce szlachta zachowywała się w trakcie procesów?
- Jak wyglądały relacje polsko-litewskie opisane w tym fragmencie?
- W jaki sposób w Polsce rozwiązywano konflikty?
- Jakie romantyczne elementy dostrzegasz w tekście?
Rzeźba: Internal Conflict-4
Odsyłacz do rzeźby: http://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/yellow-signal-chapter-three-internal-conflict-4/0gGXkfTBuc_WJw?hl=pl&projectId=art-project
Kwiaty. Motyw kwiatów w literaturze i sztuce*
Motyw kwiatów w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc wypracowania na temat, który wykorzystuje motyw (temat, topos) kwiatów w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce. Kwiaty mają wiele znaczeń. Warto o tym pamiętać opracowując ten temat.Lagry. Motyw lagrów, obozów koncentracyjnych w literaturze i sztuce
Motyw lagrów, obozów koncentracyjnych, obozów zagłady w literaturze i filmie
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw (temat, topos) lagrów, obozów koncentracyjnych, obozów zagłady w literaturze, filmie. Jest to temat bardzo trudny. Jest najtrudniejszą częścią najnowszej historii świata - tkwi więc w przeszłości. Istotna jest definicja terminów, które ojawiają sie w temacie maturalnym. Uważaj na częsty błąd popełniony przez zachodnią prasę - jeśli piszesz o obozach na terenie Polski, są to wówczas niemieckie nazistowskie obozy, a nie - polskie!!!Motyw lagrów, obozów koncentracyjnych, obozów zagłady w literaturze i filmie
List. Motyw listu w literaturze i sztuce
Motyw listu wykorzystuje formę korespondencji do ujawniania emocji, relacji, informacji i perspektywy nadawcy. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
List w języku polskim
Definicja listu
pisemna wypowiedź skierowana do osoby lub instytucji; papier, na którym napisano tę wypowiedź (także wraz z kopertą)
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
bumaga, liścik, memo, okólnik, petycja, pisemko, pismo, podanie, postulat, projekt, prośba, wniosek, zawiadomienie, żądanie, e-mail, korespondencja, mail, nota, notatka, poczta, przesyłka, wiadomość, artykuł, depesza, doniesienie, notka, paczka, posyłka, przekaz, przesłanie, wysyłka, akt, dokument, tekst, źródło, awizo, poinformowanie, post,
Słownictwo powiązane z motywem:
epistolografia, epistoła
Etymologia listu
Skąd pochodzi wyraz list?
Rzeczownik list jest wyrazem ogólnosłowiańskim wywodzącym się od formy *leik’-t-u-s o znaczeniu ‘zielona pasza dla bydła’. Z kolei bazą tego słowa jest czasownik *lik’- // *leik’- // *loik’- występujący w znaczeniu ‘zrywać (językiem), paść się (o bydle)’. Początkowo omawianych wyrazów używano do nazywania paszy (zielonych części roślin), z czasem także do nazywania zieleni drzew i krzewów, ich listowia, w końcu – do określania pojedynczego liścia. To ostatnie ze znaczeń przypisane zostało ostatecznie leksemowi liść, a nie list, który już prawdopodobnie w XIII stuleciu zyskał sobie znaczenia wtórne. Otóż za niemieckim blatt oraz łacińskim folium o sensie ‘liść’ i (sekundarnie) ‘kartka’ staropolski list zaczął być stosowany w znaczeniu ‘kartka papieru’. Stąd też wzięła się obecna w XIV-XV wieku praktyka nazywania dokumentu prawnego listem. Dopiero później omawiany rzeczownik zyskał sens – ‘wiadomość przekazana pisemnie’. Takie znaczenie było jednak początkowo charakterystyczne jedynie dla tekstów biblijnych i kościelnych jako przekład łacińskich słów: litterae, epistola (por. A. Bańkowski Etymologiczny słownik języka polskiego). Za przypuszczeniem, że już w XV stuleciu ugruntowuje się znane nam współczesne znaczenie wyrazu list, przemawia ówczesna stabilizacja połączeń wyrazowych, np.: list gończy, list otwarty, listy uwierzytelniające, list żelazny czy list zastawny. Omawiając wyraz list warto przypomnieć, jak doszło do oddzielenia form i znaczeń między listem a liściem. Forma liść została utworzona w oparciu o zbiorowy rzeczownik liście. Zatem początkowo w staropolszczyźnie były następujące słowa: list (lp.), listy (lm.) oraz zbiorowe liście (‘ogół liści’). W XVI stuleciu zbiorowe liście traktowano już jak liczbę mnogą, do której dostosowano formę lp. liść. To spowodowało, iż powstały dwa leksemy z odrębnymi wzorami odmiany, czyli (1) liść (lp.) – liście (lm.) – listowie (zbiorowy) o znaczeniu ‘część rośliny’ oraz (2) list (lp.) – listy (lmn) w znaczeniu etymologicznie wtórnym – ‘korespondencja’. To rozdzielenie sensów omawianych słów nie objęło jednak zdrobnień, bo listek to ‘mały liść’, a liścik to ‘mały list’. Dodajmy ponadto, iż zadomowiony we współczesnej polszczyźnie wyraz listonosz powstały na bazie rzeczownika list jest obecny w naszym języku od XVIII wieku i stanowi kalkę niemieckiego Briefträger.
Joanna Przyklenk
http://poradniajezykowa.us.edu.pl/baza_archiwum.php?POZYCJA=180&AKCJA=&TEMAT=Etymologia&NZP=&WYRAZ=
Związki frazeologiczne:
List gończy, List otwarty, List polecający, List polecony, List przewozowy, Listy odwołujące, Listy uwierzytelniające, List żelazny, List kredytowy, List zastawny, List pasterski, Listy Apostolskie
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Aforyzmy
„Jednym z uroków starych listów jest to, że nie wymagają odpowiedzi.” George Byron
„Gdybym miał więcej czasu, napisałbym krótszy list.” B. Pascal (prawdopodobnie)
„List jest mimo wszystko niemy.” Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli
List w antyku
; .
Horacy, Sztuka poetycka (List do Pizonów)
Humano capiti cervicem pictor equinam
[…] bierzcie, wy, co piszecie, temat odpowiedni
do sił i ważcie długo, jaki ciężar barki
uniosą, jaki zrzucą, kto trafnie wybierze,
nie zdradzi go wymowa ni układ przejrzysty.
a zaletą układu, jeśli się nie mylę,
jest, by to teraz mówić, co właśnie wypada,
całą resztę na później odkładając śmiało.
także w słowach subtelny, użyciem ostrożny,
autor pieśni wybierze jedno, drugie minie.
właściwie się wyrazisz, jeśli słowo znane
udatnym połączeniem nowość swą objawi.
lecz jeśli nazwą świeżą rzeczy skrytą cechę
wyjawić trzeba, słowem Cetegom nie znanym,
wolno użyć licencji, choć zawsze z umiarem,
a słowo świeżo kute pozyska uznanie,
gdy źródło greckie, z lekką zmianą, bo dlaczego
co mógł Cecyliusz z Plautem, ma Rzymianin wzbraniać
Wergilemu z Wariuszem? czy bez złej zawiści
sam nie mogę co nieco przysporzyć, gdy mowa
Katona i Enniusza nasz język ojczysty
ubogaciła, nowe niosąc rzeczom słowa?
było i będzie wolno nazwę znaczyć czasem.
[…]
wiele słów się odrodzi, co sczezły, a zginą,
co teraz błyszczą sławą, jeśli wymóg taki,
bo on stanowi prawa i normy mówienia.
dzieje królów i wodzów i wojen żałosnych
jakim opisać można rytmem, wskazał Homer;
w wierszach łączonych nie do pary najpierw skarga,
potem także sentencja wotywna się mieści;
[…]
wierszy tragicznych rzecz komediowa nie lubi;
zaś potoczną i godną komedii w trzewiku
pieśń odrzuca opowieść o uczcie Tyesta;
niechże miejsce należne ma gatunek każdy.
[…]
idź za podaniem albo zmyślaj rzeczy spójne,
pisarzu. Achillesa kiedy znów przedstawiasz,
ma być ochoczy, gniewny, surowy i twardy,
łamiący dane prawa, łupiący orężem.
Medea zła, zuchwała, a Ino płaczliwa,
Iksjon zdradziecki, lo błędna, smutny Orest.
gdy temat świeży dajesz scenie i masz śmiałość,
by nową tworzyć postać, niech będzie do końca,
czym była na początku, bacząc na tożsamość,
[...]
mądrość jest i początkiem i źródłem pisania.
treść mogą ci ukazać sokratyczne księgi
i słowa chętnie pójdą za powziętym planem.
kto poznał, co ojczyźnie winien, co swym bliskim,
jak rodziców miłować, braci, gości drogich,
co ma czynić senator, a co sędzia, jaką
ma rolę wódz na wojnę idąc, ten z pewnością
potrafi każdą postać oddać i jej cechy.
szanować radzę wzory życia i zwyczaje
uczonemu poecie, stąd brać żywe głosy.
nieraz miejscami celna, z dobrym charakterem
fabuła, choć bez wdzięku, wagi i artyzmu,
lepiej ludzi zabawi i silniej zachwyci
niż wiersze w treść ubogie i dźwięczne błazeństwa.
Grekom dała natchnienie, Grekom dar pięknego
mówienia Muza, bo pragnęli tylko chwały.
chłopiec rzymski się uczy w żmudnych wyliczeniach
podzielić asa na sto części, "niechże powie
synek Albina: gdy od pięciu uncji odjąć
uncję, co będzie? mów już." "asa jedna trzecia."
"oj, umiesz strzec majątku, dodaj uncję, wynik?"
"połowa", gdy raz taka zagnieździ się żądza,
czy można mieć nadzieję, że wiersze powstaną
godne olejku z cedru i skrzyni z cyprysu?
chcą nieść pożytek albo zachwycać poeci
lub zarazem przyjemnie mówić i praktycznie.
cokolwiek więc wykładasz, bądź zwięzły, by szybko
umysł uczony chwytał rzecz i chował wiernie;
wszystko co zbędne z serca pełnego ucieka.
rzecz powabnie zmyślona ku prawdzie niech zmierza:
niech nie żąda fabuła, by wierzyć, w co zechce,
by z brzucha Lamii chłopca wydobyć żywego.
centurie starszych ganią rzeczy bezowocne,
pyszni Ramnowie miną cierpkie poematy:
ten wygra, kto połączył pożyteczne z pięknym,
by zachwycić lektora, ucząc go zarazem.
taka książka Sozjuszom profit niesie, morze
przepłynie i poecie długi żywot wróży.
[...]
o, starszy z braci, chociaż i głos rodzicielski
cię formuje i sam się uczysz, co ci powiem,
chowaj w pamięci, w pewnych zawodach znieść można
przeciętność i miernotę: tak więc średni prawnik
i obrońca sądowy, chociaż mu daleko
do wymowy Messali czy wiedzy Aulusa,
jest przecie jakoś w cenie: być średnim poetą
ni ludzie nie pozwolą, ni bogi, ni półki.
[...]
czy pieśń chwalebną tworzy natura czy sztuka,
wiedziono spory: nie wiem, na co by się zdała
nauka bez zdolności czy talent surowy:
rzecz jedna żąda drugiej i łączą się zgodnie.
Horacy, Dzieła wszystkie. Pieśni – Pieśń wieku – Jamby – Gawędy – Listy – Sztuka poetycka. Przełożył, wstępem i komentarzem opatrzył Andrzej Lam, wyd II zmienione, Warszawa 1996.
List w renesansie
, , , opracowanie Trenów;
Jan Kochanowski, LIST DO STANISŁAWA FOGELWEDERA
Mój łaskawy Panie Fogelweder (a w tym imieniu wszytkie prelatury wszytkich kościolów zamykam), służby swe w łaskę W. M. zalecam. Ille ego qui quondam singulis fere septimanis tabellarium ad te Varsoviam mittebam1 teraz już rzadziej, i to okkurentów czekam. Qui fit, Maecenas?2 Usque metu micuere sinus3, kiedym w liście nalazł: "Król Jego M. już pozwolić raczył", bo to już, rzekę, nie śmiech; nie będzie mi ten mówił: "Radzę, rozmyśl się na to dobrze." Tak żeciem chwilę był raptus4. Alem przedsię z dawną swą fantazyją został. A iżeś mi W.M. był napisał, że takie rzeczy praesentiam postulant5, chciałem był tam W.M. tymi czasy nawiedzić. Ale dum molior6, coraz tam barziej około powietrza w Mazowszu ludzie coś natrącają. A tak, żebych nie został przed bramą jako Bergamaszek, wolałem sam doma poczekać, zwłaszcza że i sejm podobno niedaleko, i moim rzecz snadniej by tam poszła, kiedy będziem w kupie. Więc nie wiem, jeslim to dobrze wymyślił; aveo scire quid tu sentias, Solus viri molles aditus et tempora noras7. Psałterz iżeś W.M. obiecał, dobrześ to W.M. uczynił; quid enim promittere laedit8, ale póki go czekać, żeś W.M. kresu nie założył, i to jest nieźle. Bo to Hessus trzy lata robił, a przedsię źle. Utcumque est9, nie wiem, co za oracyją posłowie na witaniu Królowi Jego Mości przyniosą na sejm; ja się o trzydzieści psalmów staram, tractant fabrilia fabri10(trzydzieści, mówię, i z dawnymi, bych zaś w nieprawdzie nie został). Co się tycze reguły, którąś mi W.M. napisał, abych jej strzegł in vertendo11, jest barzo dobra i pewna, jeno ja miewam czasem pisząc wizyję. Ukazują mi się dwie boginie: jedna jest Necessitas, Clavos trabales et cuneos manu gestans ahena12, a druga Poetica, nescio quid blandum spirans13. Te dwie, kiedy mię obstąpią, nie wiem, co z niemi czynić. Formido: quid ago, da Venus, consilium14.
Wiem, że takich fraszek do W.M. uszu nikt nie przynosi, jeno ja sam, ani on Mojżesz abo raczej gdańszczanin, in arduis illius Reipubl. negociis ad te amandatus15. Ale iż W.M. też w liście swym Musas16 nie przepominasz, tym śmielej ją też earum w liście swym memini17. Wszakże, aby z onych wierszów posteritas18 czego takiego o W.M. nie rozumiała, miasto Mojżesza włożyłem Schenschmida, bo ten czasu mego był in aula frequens19. Et tibi Schenschmid haeret iampridem qua via cumque comes20; bo jeśli W.M. pomnisz, był silny importun. Jego M. ks. referendarza by pytać, jeno że snać nie od gdańszczan przyjeżdżał, ale od elblążan i zatym boję się, aby nie było minus autoritatis21 w tej personie, iż to od mniejszego miasta. Wszakże jeszcze tego nie drukuję, będzie czasu jeszcze dosyć poprawić, si videbitur22. Tak my sam na wsi: kiedy już zasiejemy, komin wkoło obsiędziemy, a lada co i mówiemy, i piszemy. Tu frontem nugis solvere disce meis23. Zatym bądź W.M. po staremu łaskaw.
W.M. życzliwy przyjaciel i sługa
J. Kochanowski
proboszcz poznański
Dat. w Czarnolesie 6 Octobris24 1571.
Memu Wielce Łaskawemu Panu
i Przyjacielowi, Jego Miłości Panu
Stanisławowi Fogelwedrowi,
Sekretarzowi Króla Jego Miłości.
Objaśnienia zwrotów łacińskich
1 Ille ego... mittebam - oto ja, który niegdyś co tydzień prawie posyłałem do ciebie, do Warszawy, gońca.
2 Qui fit, Maecenas? - co się stało, Mecenasie?
3 Usque... sinus - aż grozą zadrgało mi łono.
4 raptus - porwany, uniesiony.
5 praesentiam postulant - wymagają stawienia się osobiście.
6 dum molior - gdy zamierzam to robić.
7 aveo scire... noras - chciałbym wiedzieć, co ty myślisz, bo ty tylko znasz łatwy dostęp do tego człowieka i sposobne chwile.
8 quid... laedit - co to szkodzi obiecać.
9 Utcumque est - jakkolwiek to jest.
10 tractant fabrilia fabri - dosł. "kowale robią rzeczy kowalskie", tj. każdy robi to, co umie.
11 in vertendo - w przekładaniu.
12 Necessitas... ahena - konieczność, w ręce spiżowej niosąca haki i kliny.
13 Poetica... spirans - poezja tchnąca niewysłowionym czarem.
14 Formido: quid ago, da Venus, consilium - Boję się: poradź, o Wenus, co mam czynić.
15 in arduis... ad te amandatus - w trudnych sprawach naszego państwa do ciebie wysłany.
16 Musas - Muz; tu: dzieła.
17 earum... memini - o nich wspominam.
18 posteritas - potomność.
19 in aula frequens - bywający na dworze.
20 Et tibi... comes - ot sterczy przy tobie Schenschmid jako towarzysz w każdej drodze.
21 minus autoritatis - mniej znaczenia.
22 si videbitur - jeśli ci się to spodoba.
23 Tu frontem... meis - postaraj się rozchmurzyć czoło moimi żartami.
24 Octobris - października.
Źródło:http://staropolska.pl/renesans/jan_kochanowski/List_do_St_F.html
List w baroku
John Locke, List o tolerancji - fragmenty tekstu
Tolerancja w stosunku do tych, którzy w sprawach religii wyznają odmienne zapatrywania, do tego stopnia jest zgodna z Ewangelią i zdrowym rozsądkiem, że po prostu wydaje się rzeczą koszmarną, jeżeli ludziom w tak jasnym świetle mrok oczy przesłania. Nie chciałbym tutaj bynajmniej oskarżać pychy, żądzy panowania u jednych ani gwałtowności i fanatyzmu u drugich, bo to są przywary, które prawdopodobnie nie dadzą się całkowicie usunąć ze stosunków ludzkich, lecz mimo wszystko są one tego rodzaju, że nikt by się nie zgodził, aby mu jawnie je zarzucano, ale też nie ma prawie nikogo, kto by tym żądzom dał się na oślep ponosić, a nie szukał zarazem przez nie, przybrane w pozory obcych im właściwości i szlachetności, własnej swej chwały.
Lecz aby jedni prześladowania i okrucieństwa, sprzecznego z duchem chrześcijańskim, nie stroili w barwę troski o państwo i poszanowania dla prawa, i na odwrót, by inni za parawanem religii nie szukali dla siebie swawoli obyczajów i bezkarności występków — krótko mówiąc, ażeby nikt nie mamił siebie lub innych, manifestując, że jest wiernym poddanym panującego bądź szczerym czcicielem Boga — uważam, że w pierwszym rzędzie należy dokonać rozdziału spraw państwa od spraw religii i sprawiedliwie zakreślić granice pomiędzy kościołem i państwem. Jeżeli takiego rozdziału się nie dokona, żadnym sporom nigdy nie będzie można położyć kresu, sporom pomiędzy tymi, którym dobro dusz albo państwa bądź rzeczywiście leży na sercu, bądź też udają, że leży.
Moim zdaniem, państwo, jako społeczność ludzi, zostało ustanowione wyłącznie dla zachowania i pomnażania dóbr doczesnych.
Dobrami doczesnymi nazywam życie, wolność, całość i nietykalność ciała, jak również posiadanie dóbr materialnych, do których należą włości, pieniądze, sprzęty itd.
Ochrona sprawiedliwego posiadania w dobrym nienaruszonym stanie tych rzeczy, mających ścisły związek z życiem doczesnym, tak w odniesieniu do całego łącznie narodu, jak i każdego obywatela z osobna, za pomocą praw, ustanowionych na równi dla wszystkich, jest powinnością władzy publicznej. I jeśli ktoś się poważy, z pogwałceniem praw boskich i ludzkich, łamać owe ustawy, tego zuchwałość należy ukrócić grozą kary, polegającej już to na odebraniu, już to na uszczupleniu owych dóbr, z których w każdym innym przypadku i może, i powinien korzystać. Ponieważ jednak nikt się dobrowolnie nie godzi na karę, która pozbawia go części dóbr własnych, a tym bardziej kiedy w grę wchodzi utrata wolności i życia, z tego powodu urząd publiczny dla możliwości wymierzania kary gwałcicielom cudzego prawa jest uzbrojony w środki przemocy, to znaczy w siłę swoich poddanych.
Że w rzeczy samej jedynie te dobra doczesne ma na względzie cała kompetencja urzędu i na zwiększeniu i zabezpieczaniu wyłącznie tych dóbr kończy się i zamyka wszelkie uprawnienie i panowanie władzy publicznej, że z drugiej strony żadną miarą nie może i nie powinna się ona rozciągać na sprawy zbawienia duszy, słuszność tej tezy jasno, jak mi się zdaje, potwierdzają następujące dowody.
Po pierwsze, z tego powodu, że urząd publiczny nie ma wcale powierzonej pieczy o dusze w większym stopniu niż inni ludzie. Nie ma jej powierzonej sobie od Boga, ponieważ jest . rzeczą oczywistą, że Bóg nie użyczył tego rodzaju władzy ludziom nad ludźmi, by mieli prawo siłą zmuszać innych do przyjmowania własnej religii. Nie ma też urząd takiej władzy udzielonej sobie od ludzi, ponieważ nikt nie może do tego stopnia zaniechać troski o własne zbawienie wieczne, żeby pod przymusem przyjmować wiarę albo obrzędy, które ustanowił ktoś inny, czy będzie to panujący, czy też poddany, z tej prostej przyczyny, że nikt, choćby i chciał, nie jest w stanie w coś wierzyć na polecenie drugiego. A właśnie na wierze polega siła i skuteczność prawdziwej i zbawiennej religii. Cokolwiek bowiem wyznajesz ustami, cokolwiek wykonujesz w zewnętrznych obrzędach, jeżeli jednak nie jesteś głęboko w sercu swym przekonany, że to zarazem jest prawdziwe i podoba się Bogu, nie tylko ci to wszystko nie pomoże do zbawienia, lecz wprost przeciwnie — zaszkodzi. W ten bowiem sposób do wielkiej ilości grzechów, z których się trzeba oczyszczać za pomocą religii, dorzucisz na wierzch jeszcze obłudę, uprawianą na gruncie samej religii, i pogardę dla bóstwa, kiedy na cześć Boga Najlepszego i Wszechmocnego spełniasz takie obrzędy, które, jak ci wiadomo, nie podobają mu się.
Po drugie, troska o dusze nie może wchodzić w zakres kompetencji urzędu publicznego, ponieważ cała jego władza polega na wywieraniu przemocy, podczas kiedy prawdziwa i zbawienna religia — na wewnętrznej wierze ducha, bez której żadna rzecz nie ma u Boga wartości. Taka już jest bowiem natura ludzkiego umysłu, że żadną przemocą z zewnątrz zniewolić się nie da. Niech ktoś zabierze dobra zewnętrzne, niech kaźń więzienia, niech kara tortury katuje ciało, nadaremnie się trudzisz, jeżeli za pomocą tego rodzaju męczarni chcesz zmienić zapatrywania duszy na rzeczy (...)
A teraz rozważmy, czym jest kościół. Otóż kościół, jak mi się zdaje, jest wolnym stowarzyszeniem ludzi, którzy ze sobą się łączą na zasadzie całkowitej dobrowolności w tym celu, żeby publicznie cześć Bogu oddawać, w tej formie, jaka w ich przekonaniu jest bóstwu miła, a dla zbawienia ich duszy skuteczna. Powiadam zatem, że jest to stowarzyszenie wolne i dobrowolne. Nikt bowiem z ludzi nie rodzi się jako członek jakiegoś określonego kościoła. W przeciwnym razie religia ojców i przodków prawem dziedzictwa przechodziłaby na każdego razem z włościami i każdy by wiarą zawdzięczał swemu pochodzeniu. A przecież nie można wymyślić większej od tego niedorzeczności.Jan III Sobieski, Listy do Marysieńki
We Lwowie, 27 VII [l 675].
Najśliczniejsza, najwdzięczniejsza i najukochańsza Marysieńku, jedyny serca mego panie!
Tak okrutnej i niepojętej tęskności, jaka jeszcze większa od urodzenia mego nie była na mnie, przyczyny inszej nie widzę nad tę, że im dłużej się wpatruję w śliczności z ni z kim osoby wszystkiej nieporównaną i we wszystkie przymioty, które P. Bóg i natura tak hojnie rozdały, że całemu światu siła ująć musiały, tym coraz gorętszą muszę pałać miłością ku jedynej mojej pannie; gdy tedy żadnej dla tej nieszczęsnej absencji nie biorę z rąk najpiękniejszej mojej panny ochłody, toć się na koniec i serce w popiół albo perzynę obrócić musi. Niemniej i to jeszcze, moja śliczna Marysieńku, przydaje strachu i utrapienia, że już trzeci dzień, jako żadnej o zdrowiu Wci mojej duszy nie mam wiadomości ani responsu na kilka listów moich.
Ja tu siedzę jako w katuszy, nie mając do przechadzki, tylko kapuściany ogród (a dni są tak wielkie, bo się rano wstaje, że się wiekom równają), gorąco zaś wielkie nie pozwala przejażdżki, chyba ku wieczorowi, i to natenczas spokojnie z myślami się bawić nie pozwolą. I to też zgryzoty nie ujmuje, kiedy coraz większa się zajmuje wojna, a czym co począć nie masz. Kto wie, co się nie tylko z tymi krajami stanie, ale i z dalszymi, za przyjściem na wiosnę cesarza tureckiego; a ja, wydawszy wszystko swoje aż do ostatniej prawie koszuli, gdzie bym to podczas zamieszania i u kogo odszukiwać miał? Owo zgoła, naraził mię P. Bóg z łaski swej na takie nieszczęście, że jedno drugiego gorsze; za co niech imię jego będzie pochwalone, bo mu to wolno, i grzechy moje daleko większej godne kary. Ale zdrowie i głowa pewnie tego dłużej nie wytrzyma.
Z komisarzami naszymi niebożętami co się przynajmniej dzieje, wiedzieć nie możemy. Znać, że tamci prawdziwiej powiadali, co się na jedno zgadzali, że są za wartą turecką, niżeli ten jeden hultaj, który wszystko dobre obiecował. Już snadź cale z nimi nic nie traktują, kiedy wtóry komisarz Alisza aga chodził z swym panem nuradyn sułtanem w Wołyń na zagony; gdzie prawie żadnej nie odnieśli korzyści, bo lud był ostrzeżony wcześnie. Turcy Zbarażu dobywają, jako to lepiej Wć moje serce z listu p. wojewody ruskiego zrozumiesz, który posyłam, i list jmp. wojewodzinie należący.
Aleć i na księcia podkanclerzego jaki mieć muszę żal, racz tylko moje serce uważyć, i dobrze, żeby to księżnie kształtnie jako namieniła Mme la Palatine de Russie. Naprzód, gdym posłał ordynans przed kilką niedziel do wojewody wileńskiego, niesłychanie ostrożnie pisany, aby albo sam poszedł z wojskiem w te kraje, albo żeby nie bronił chorągwiom, które się z swoją ofiarują ochotą (czym by się był niesłychanie uskrzynął wojewoda wileński, bo to oboje z ciężkością mu było uczynić; teraz zaś tryumfuje, że ,,bym był poszedł, gdyby mi był wcześnie dany ordynans"), ten zaś ordynans książę zatrzymał i nie posłał mu go, napisawszy mi przez jakiegoś .swego ks. regenta, którego tu dotąd nie masz, że mu się ten nie podobał ordynans. I tak tedy temu przeszkodził, żeby on nie szedł, i o samym najmniejszej dotąd nie masz wiadomości, wydawszy mnie prawie nieprzyjacielowi, jako na mięsne jatki, bez wszelkiego posiłku, A na ostatek, niechby sobie zdrów siedział w Białej albo Nieświeżu; ale napisawszy, że posłał do wojska p. podskarbiego nadwornego litewskiego na miejscu swym, dotąd ani p. podskarbiego u wojska, ani wojska na naznaczone nie widać miejsce, bo się dotąd z swych konsystencyj nie ruszyli, które mieli koło Korca, i gdzie zdarli na kilkakroć sto tysięcy. A gdyby byli na dzień naznaczony stanęli, a choć w tydzień potem, pod Brodami, toby te zagony tatarskie nie miały były tego chodzenia na Wołyń bezpieczeństwa.
Ale cóż czynić? Mnie to P. Bóg każe! Kiedym sam rządził wojskiem, to dobrze bywało, bo była egzekucja ordynansów; teraz zaś wszystko mi opak czynią. Nadto jeszcze chorągwie książęce, które to leżą dotąd na miejscu, taką mi wyrządzili rzecz: Wiesz Wć moja panno, z jakim kosztem wyprawiłem p. Ulanickiego i jaka moja była w tej dywersji nadzieja. Gdy tedy ten p. Ulanicki przechodził z swymi ludźmi przez Korzec, gdzie stały chorągwie pp. Sapiehów, wstąpił do tego miasta najlepszy rotmistrz tego pułku, niejaki Tokarzewski (któremum ja dał chorągiew po nieboszczyku Piwie, dla samego junactwa) z towarzystwem swoim, bo tam ma swój dworek. Tamże go naszły tamte chorągwie; zabili czterech co najlepszego towarzystwa, drugich wszystkich posiekli i samego rotmistrza, i dwór jeszcze jego ze wszystkim mu spalili. A lubo słyszeli, że nieprzyjaciel, pominąwszy w Brodach księcia p. wojewodę bełskiego, impunement po Wołyniu grasuje, nic to ich nie poruszyło z miejsca, lubo ich trzy moje doszły uniwersały. Czym tedy ci lepsi od Pacowskich, niech mię kto nauczy! -
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/listys/082.htm
List w pozytywizmie
Bolesław Prus, Lalka
List anonim do Stanisława Wokulskiego
„Panie Wokulski! Wybacz, że nie nazywam cię szanownym, ale trudno dawać taki tytuł człowiekowi, od którego już wszyscy odwracają się ze wstrętem. Nieszczęsny człowieku! Jeszcze nie zrehabilitowałeś się ze swych dawniejszych występków, a już hańbisz się nowymi. Dziś o niczym więcej nie mówi całe miasto, tylko o twoich odwiedzinach u kobiety tak źle prowadzącej się jak Stawska. Już nie tylko miewasz z nią schadzki na mieście, nie tylko zakradasz się do niej po nocach, co by jeszcze dowodziło, żeś niezupełnie wstyd zatracił, ale nawet odwiedzasz ją w biały dzień, wobec służby, młodzieży i uczciwych mieszkańców tej skompromitowanej kamienicy.
Nie łudź się jednak, nieszczęsny, że sam tylko romans z nią prowadzisz. Pomaga ci jeszcze twój rządca, ten nędznik Wirski, i ten osiwiały w rozpuście twój plenipotent Rzecki.
Muszę dodać, że Rzecki nie tylko uwodzi ci twoją kochanicę, ale jeszcze okrada cię w dochodach z domu: pozniżał bowiem komorne niektórym lokatorom, a przede wszystkim tej Stawskiej. Skutkiem tego dom twój już nic niewart, ty sam stoisz nad brzegiem przepaści i zaprawdę! wielką wyrządziłby ci łaskę szlachetny dobroczyńca, który by zechciał kupić tę ruderę po Łęckich z małą dla ciebie stratą.
Gdyby więc znalazł się taki dobrodziej, pozbądź się ciężaru, weź z wdzięcznością, co się da, i uciekaj za granicę, pierwej, nim sprawiedliwość ludzka okuje cię w kajdany i wtrąci do lochów: Czuwaj nad sobą!... strzeż się!... i posłuchaj rady życzliwego przyjaciela”
List Węgiełka
„List pochodził z Zasławia, pismo było niewprawne. (...)
"Wielmożny panie ! - pisał Węgiełek. - Najpierwej dziękujemy wielmożnemu panu za pamięć o nas i za te pięćset rubli, którymi nas wielmożny pan znowu obdarzył, i za wszystkie dobrodziejstwa, które otrzymaliśmy z jego szczodrobliwej ręki, dziękujemy: matka moja, żona moja i ja... Po drugie zaś wszyscy troje zapytujemy się o zdrowie i życie wielmożnego pana i czy pan szczęśliwie do dom powrócił. Pewno, że tak jest, bo inaczej nie wysłałby nam pan swego wspaniałego daru. Tylko żona moja jest bardzo o wielmożnego pana niespokojna i po nocach nie sypia, a nawet chciała, ażebym sam do Warszawy pojechał, zwyczajnie jak kobieta.
Bo to u nas, wielmożny panie, we wrześniu, tego samego dnia, kiedy wielmożny pan idąc na zamek spotkał moją matkę przy kartoflach, trafiło się wielkie zdarzenie. Tylko co matka wróciła z pola i nastawiła wieczerzę, aż tu w zamku dwa razy tak strasznie huknęło, jak pioruny, a w miasteczku szyby się zatrzęsły. Matce garnczek wypadł z rąk (...) I ja też zaraz poleciałem.
Chryste Panie! Ledwieżem poznał górę. Z czterech ścian zamku, co się jeszcze mocno trzymały, została tylko jedna, a trzy zmielone prawie na mąkę. Kamień, cośmy, na nim rok temu wycięli wiersze, rozbity na jakie dwadzieścia kawałków, a w tym miejscu, gdzie była zawalona studnia, zrobił się dół i gruzów nasypało w niego więcej niż na stodołę.
Ja myślę, że to mury same zawaliły się ze starości; ale matka mówi, że to może kowal nieboszczyk, com o nim wielmożnemu państwu rozpowiadał, że on taką psotę zrobił.
Nic nie mówiąc nikomu o tym, że wielmożny pan szedł wtedy na zamek, przez cały tydzień grzebałem między gruzami, czy, broń Boże, nie stało się nieszczęście. I dopiero, kiedym śladu nie znalazł, ucieszyłem się tak, że na tym miejscu święty krzyż stawiam, cały z drzewa dębowego, nie malowany, ażeby była pamiątka, jako wielmożny pan od nieszczęścia się ocalił. Ale moja żona, kobiecym obyczajem, wciąż się niepokoi... Więc dlatego pokornie upraszam wielmożnego pana, ażeby nam dał znać o sobie, że żyje i że zdrów jest...
Ksiądz proboszcz jegomość taki poradził mi wyciąć napis na krzyżu: Non omnis moriar... "
Źródło:
Lalka B. Prus - strona Uniwersytetu Gdańskiego
List we współczesności
Tadeusz Borowski, „U nas w Auschwitzu...”
I
...a więc jestem już na kursach sanitarnych. Wybrano nas kilkunastu z całego Birkenau i będą uczyć prawie
na doktorów. Mamy wiedzieć, ile kości ma człowiek, jak krąży krew, co to jest otrzewna, jak się zwalcza
gronkowce, a jak paciorkowce, jak się sterylnie przeprowadza operację ślepej kiszki i po co jest odma’.
Mamy posłannictwo bardzo wzniosłe: będziemy leczyć kolegów, których „zły los” gnębi chorobą, apatią
lub zniechęceniem do życia. Mamy — właśnie my, kilkunastu ludzi na dwadzieścia tysięcy mężczyzn w
Birkenau, zmniejszyć śmiertelność w obozie i podnieść ducha więźniów. Tak mówił na wyjezdnym lagerarzt 2 ,
spytał się jeszcze każdego z nas o wiek i zawód, a gdy odpowiedziałem mu:
— Student.
Podniósł ze zdziwieniem brwi:
— Cóż pan studiował?
— Historię literatury — odrzekłem skromnie.
Kiwnął ze zniechęceniem głową, wsiadł do samochodu i odjechał.
Później szliśmy bardzo piękną drogą do Oświęcimia, widzieliśmy kupę krajobrazu, potem ktoś nas przydzielał
gdzieś, na jakiś szpitalny blok jako gości — flegerów 3 , ale nie bardzo się tym interesowałem, bo poszedłem ze
Staszkiem (wiesz, tym, co mi dał
brązowe spodnie) na obóz, ja — szukać kogoś, kto by Ci ten list zaniósł, a Staszek pod kuchnię i magazyn,
żeby zorganizować na kolację białego chleba, kostkę margaryny i choć zjedna kiełbasę, bo jest nas pięciu.
Oczywiście nikogo nie znalazłem, bo jestem milionowiec, a tu same stare numery i na mnie patrzą bardzo z
góry. Ale Staszek obiecał przez swoje koneksje list przesłać, tylko żeby nie był długi, „bo to musi być nudne
tak do dziewczyny co dzień pisać”.
Więc jak się nauczę, ile kości ma człowiek i co to jest otrzewna, to może poradzę coś na Twoją piodermię 1
i na gorączkę sąsiadki z Twego łóżka. Obawiam się tylko, że nawet wiedząc, jak się leczy ulcus duodeni 2 ,
nie potrafię Ci ukraść głupiej maści Wilkinsona na świerzb, bo aktualnie nie ma jej w całym Birkenau. U nas
polewało się chorych herbatą z mięty, odmawiając przy tym pewne nader skuteczne zaklęcia, niestety, nie do
powtórzenia.
A co do ograniczenia śmierci: chorował na moim bloku prominent, miał się źle, gorączkował, mówił coraz
częściej o śmierci. Pewnego razu zawołał mnie do siebie. Usiadłem na brzeżku łóżka.
— Byłem przecie znany na lagrze, nie? — zapytał, niespokojnie patrząc mi w oczy.
— Któż by ciebie nie znał... i nie zapamiętał — odpowiedziałem niewinnie.
— Patrzaj — rzekł, wskazując ręką na zaczerwienione ogniem szyby.
Paliło się tam, za lasem.
— Wiesz, chciałbym, żeby mnie położyli osobno. Żeby nie razem. Nie na kupie. Rozumiesz?
— Nie miej strachu — rzekłem mu serdecznie. — Już ja ci nawet prześcieradło dam. A z trupiarzami też
pogadam.
Uścisnął mi rękę w milczeniu. Ale na nic się nie zdało. Wyzdrowiał i z lagru przysłał mi kostkę margaryny.
Smaruję nią buty, bo to takaz ryb. Tak przyczyniłem się do zmniejszenia śmiertelności w obozie. Ale chyba
dosyć o tym, bo to zbyt obozowe. Od prawie miesiąca nie mam listu z domu...
II
Rozkoszne dnie: bez apelów, bez obowiązków. Cały obóz stoi na apelu, a my w oknie, wpółwychyleni
widzowie z innego świata. Uśmiechają się do nas ludzie, my uśmiechamy się do ludzi, mówią do nas:
,,Koledzy z Birkenau”, trochę ze współczuciem, że nasz los taki marny; a trochę ze wstydem, że ich taki
dobry. Pejzaż z okna niewinny, kremo nie widać. Ludzie są w Oświęcimiu zakochani, z dumą rnówią: ,,U nas,
w Auschwitzu...”
2 3
Ostatecznie mają się czym chwalić. Wyobraź sobie, czym jest Oświęcim. Weź Pawiak, tę okropną budę, dodaj
Serbię 1 , pomnóż przez dwadzieścia osiem i ustaw wszystko tak blisko koło siebie, aby między Pawiakami
było tylko trochę miejsca, wszystko otocz podwójnym drutem naokoło, a z trzech stron betonowym murem,
błoto wybrukuj, wyhoduj anemiczne drzewka — a między tym wszystkim posadź kilkanaście tysięcy ludzi,
którzy byli po kilka lal w obozie, cierpieli fantastycznie, przetrwali najgorszy czas, a tera| mają uprasowane
na zabójczy kant spodnie i chodzą, kołysząc się w biodrach- zrób to wszystko a zrozumiesz, dlaczego mają
oni w wielkiej pogardzie i politowaniu nas, ludzi z Birkenau, gdzie są tylko drewniane końskie baraki, nie ma
chodników, a zamiast łaźni z gorącą wodą — cztery krematoria.
Z flegerni i , która ma bardzo białe, takie trochę niemiejskie ściany, betonową więzienną podłogę i dużo, dużo
trzypiętrowych prycz, widać doskonale drogę wolnościową, po której czasem przejdzie człowiek, czasem
przejedzie samochód, czasem drabiniasty wóz, a czasem — rowerzysta, pewnie robotnik wracający z pracy.
Dalej, ale bardzo daleko (nie masz pojęcia, ile przestrzeni zmieści się w takim małym oknie, chciałbym
mieszkać po wojnie, jak przeżyję, w wysokim domu z oknami na pole), są jakieś domy, a potem siny las.
Ziemia jest czarna i musi być wilgotna. Jak w sonecie Staffa, pamiętasz Wiosenny spacer!
Ale są na naszej flegerni rzeczy bardziej cywilne: piec kaflowy z kolorowych, majolikowych kafli, takich, jakie
leżały u nas na składzie. Piec ten ma chytrze urządzone ruszta do pieczenia: niby nic nie ma, a piecz choćby
prosię. Są na pryczach „kanadyjskie” koce, puszyste jak futro kota. Są prześcieradła białe i bez zmarszczek.
Jest stół czasem zaścielony obrusem, ale tylko od święta i do jedzenia.
Okno wychodzi na drogę brzozową — Birkenweg. Szkoda, że zima i że bezlistne brzozy „płaczące” zwisają
na dół jak postrzępione miotły, a zamiast trawników leży pod nimi lepkie błoto, pewnie takie samo jak w
„tamtym” świecie zza drogi, tylko że trzeba je miesić nogami.
Po dróżce brzozowej przechadzamy się wieczorem po apelu godnie, z powagą, witając pochyleniem głowy
znajomych. Na jednym ze skrzyżowań stoi drogowskaz z płaskorzeźbą, a płaskorzeźba przedstawia takich
dwóch, co siedzą na ławce i szepcą sobie na ucho, a trzeci pochyla się ku nim, nadstawia swoje i nadsłuchuje.
Ku przestrodze: każda twoja rozmowa jest podsłuchana, skomentowana, doniesiona, gdzie należy. Tu jeden o
drugim wie wszystko: kiedy był muzułmanem, co i od kogo zorganizował, kogo zadusił i kogo zakapował, i
każdy uśmiecha się drwiąco, gdy chwalisz drugiego.
Więc wyobraź sobie Pawiak, ileś tam razy uwielokrotniony otoczony podwójnym drutem,kolczastym. Nie tak
jak w Birkenau, gdzie i zwyżki 1 stoją naprawdę jak bociany na wysokich, dlugich tyczkach, i lampy świecą co
trzy słupy, i drut jest pojedynczy, ale za to odcinków — na palcach nie policzyłabyś!
Więc tu nie tak: lampy świecą co dwa słupy i zwyżki są solidnie podmurowane, drut jest podwójny i jeszcze
mur.
Chodzimy więc po Birkenwegu w naszych cywilnych, prosto z zauny ubraniach — jedyna piątka ludzi, którzy
nie mają pasiaków.
Chodźmy po Birkenwegu, wygoleni, świeży i beztroscy. Tłumek łazi grupkami, wystaje przed blokiem
dziesiątym, gdzie za kratami i zabitymi na głucho oknami siedzą dziewczęta — króliki doświadczalne,
ale najczęściej gromadzi się przed blokiem szrajbsztuby, nie dlatego że tam jest sala orkiestry, biblioteka
i muzeum, lecz po prostu, że na piętrze — puff. Co to jest puff, napiszę Ci innym razem, tymczasem bądź
ciekawa...
Wiesz, jak dziwnie pisać do Ciebie, której twarzy nie widziałem od tak dawna. Obraz Twój rozpierzcha mi się
w pamięci i nawet dużym wysiłkiem woli nie daje się przywołać. Jest coś niesamowitego w śnie, że śnisz mi
się tak wyraźnie i plastycznie. Wiesz, sen nie jest jak obraz, ale jak przeżycie, w którym jest przestrzeń i czuje
się ciężar przedmiotów i ciepło Twojego ciała...
Trudno mi sobie Ciebie wyobrazić na obozowej pryczy, z obciętymi włosami po tyfusie... Pamiętam Ciebie z
Pawiaka: wysoką, smukłą pannę o lekkim uśmiechu i smutnych oczach. Na alei Szucha siedziałaś z pochyloną
głową i widziałem tylko Twoje czarne włosy, które teraz są obcięte.
I to jest najsilniejsze, co we mnie pozostało stamtąd, z tamtego świata: Twój obraz, choć tak trudno mi
Ciebie przypomnieć. I dlatego piszę Ci tak długie listy: bo to są moje z Tobą rozmowy wieczorne, jak wtedy
na Skaryszewskiej. I dlatego te listy są pogodne. Zachowałem w sobie dużo pogody i wiem, że i Ty jej nie
straciłaś. Mimo wszystko. Mimo pochylonej głowy na gestapo, mimo tyfusu, zapalenia płuc i — krótko
obciętych włosów.
A ci ludzie... Widzisz, oni przeszli straszną szkołę obozu, tego obozu z początku, o którym krążą legendy.
Ważyli po trzydzieści kilo, byli bici, wybierani do gazu — rozumiesz, dlaczego mają teraz śmieszne, wcięte
2 3
marynarki, swoisty, kołyszący się chód i pochwałę Oświęcimia na każdym kroku?
A to jest tak... Chodzimy po Birkenwegu, eleganccy, w cywilnych garniturach. Ale cóż — milionowcy! Sto
trzy tysiące, sto dziewiętnaście tysięcy, czarna rozpacz, żeśmy nie zdążyli po wcześniejsze numery! Podszedł
do nas ktoś w pasiaku, dwadzieścia siedem tysięcy, stary numer, aż się w głowie kręci. Młody chłopak o
mętnym spojrzeniu onanisty i chodzie zwierzęcia wietrzącego niebezpieczeństwo.
— Koledzy, skąd wy jesteście?
— A z Birkenau, proszę kolegi.
— Z Birkenau? — popatrzył po nas krytycznie. — I tak dobrze wyglądacie? Przecież to straszne... Jak wy
możecie tam wytrzymać?
Witek, mój wysoki przyjaciel i doskonały muzyk, odrzekł podciągając mankiety:
— Fortepianu u nas, niestety, nie ma, ale wytrzymać idzie. Stary numer popatrzył na nas jak przez mgłę:
— Bo my boimy się Birkenau...
III
Kursy wciąż się odwlekają, bo czekamy na flegerów z okolicznych obozów: z Janiny, z Jaworzna, z Buny.
Mają być także flegerzy z Gliwic i z Mysłowic, dalszych obozów, ale należących jeszcze do Oświęcimia.
Tymczasem wysłuchaliśmy paru wzniosłych przemów czarnego kierownika od kursów, małego zasuszonego
Adolfa, który przyjechał niedawno z Dachau i jest nasiąkły aż po uszy kamerad-schaftem.’ Będzie podnosił
zdrowotność obozu przez kształcenie
flegerów i obniżał śmiertelność przez nauczanie, co to jest system nerwowy. Adolf jest niezwykle sympatyczny
i nie z tego świata, ale jako Niemiec, nie zna proporcji między rzeczami i zjawiskami i czepia się znaczenia
słów, jakby one stanowiły rzeczywistość. Mówi ,,Kameraden” 1 i myśli, że my istotnie jesteśmy Kameraden,
mówi „zmniejszyć cierpienie” i myśli, że to jest możliwe. Na bramie obozu spleciono z żelaza litery: „Praca
czyni wolnym”. Oni chyba w to wierzą, ci esmani i ci więźniowie, którzy są Niemcami. Ci, co się wychowali
na Lutrze, Fichtem, Heglu, Nietzschem. Więc kursów na razie nie ma i włóczę się po obozie, czyniąc
wycieczki krajo-i psychoznawcze. Właściwe włóczymy się w paru: Staszek, Witek i ja. Staszek kręci się
zazwyczaj koło kuchni i magazynu, wyszukując tych, którym kiedyś coś dał i którzy teraz jemu dać powinni.
Jakoż wieczorem zaczyna się procesja. Schodzą się jakieś typy, którym źle z oczu patrzy, uśmiechają się
życzliwie wygolonymi szczękami i wyciągają spod wciętych marynarek: ten kostkę margaryny, ów biały
chleb szpitalny, inny kiełbasę, tamten papierosy. Rzucają to wszystko na dolne łóżko i znikają jak w filmie.
Dzielimy łupy, uzupełniamy z paczek i gotujemy w piecu, który ma kafle barwne i majolikowe.
Witek łazi za fortepianem. Stoi czarne pudło w sali muzycznej w bloku, tam gdzie i puff, ale w arbeitszeicie
grać nie wolno, a po apelu grają sobie muzycy, którzy poza tym dają co niedziela koncerty symfoniczne.
Koniecznie pójdę posłuchać.
Naprzeciw sali muzycznej znaleźliśmy drzwi z napisem „biblioteka”, ale wtajemniczeni twierdzą, że to tylko
dla reichsdeutschów parę kryminalnych powieści. Nie sprawdzałem, bo drzwi są zamknięte na amen.
Obok biblioteki w owym bloku kultury jest oddział polityczny, a koło niego — sala muzeum. Są tam fotografie
skonfiskowanez listów i ponoć nic więcej. A szkoda, mogliby pomieścić tam ową nie dopieczoną wątrobę
ludzką, za której nadjedzenie mój przyjaciel, Grek, dostał dwadzieścia pięć na de.
Ale najważniejsza rzecz mieści się na piętrze. Jest to puff. Puff są to okna, nawet w zimie na wpół uchylone.
W oknach — po apelu wychylają się główki kobiece o różnych odcieniach, a spod niebieskich, różowych
i seledynowych ( bardzo lubię ten kolor) szlafroczków wynurzają się śnieżne jak piana morska ramiona.
Główek jest, zdaje się, piętnaście, a ramion — trzydzieści, jeśli nie liczymy starej Madame o potężnym,
epickim, legendarnym biuście, która czuwa nad główkami, szyjkami, ramionami etc... Madame oknem się nie
wychyla, ale za to urzęduje na piętrze jako cerber u wejścia do puffu.
Naokoło puffu stoi tłum prominencji lagrowej. Jeśli Julii jest dziesięć, to Romeów (i to nie byle jakich) z
tysiąc. Stąd przy każdej Julii tłok i konkurencja. Romeowie stoją w oknach przeciwległych bloków, krzyczą,
sygnalizują rękoma, wabią. Jest lageraltester 1 i lagerkapo, są lekarze ze szpitala i kapowie z komand. Niejedna
z Julii ma stałego adoratora i obok zapewnień o wiecznej miłości,
o szczęśliwym wspólnym życiu po obozie, obok wyrzutów i przekomarzań się słychać bardziej konkretne
dane dotyczące mydła, perfum, jedwabnych majtek i papierosów.
Jest wśród ludzi duże koleżeństwo: nie konkurują nielojalnie. Kobiety z okien są bardzo czułe i ponętne, ale
jak złote ryby w akwarium niedosiężne.
4 5
Tak wygląda puff z zewnątrz. Do środka można się dostać jedynie przez szrajbsztubę za karteczką, która
stanowi nagrodę za dobrą
i pilną pracę. Wprawdzie my, jako goście z Birkenau, i tu mamy pierwszeństwo, ale odmówiliśmy, mamy
czerwone winkle, a niech kryminaliści korzystają z tego, co dla nich. Dlatego żałuj, ale ten opis będzie tylko
pośredni, choć oparty na tak dobrych świadkach i tak
starych numerach, jak fleger (co prawda już honorowy) M... z naszego bloku, który ma numer prawie trzy razy
mniejszy niż dwie ostatnie cyfry mojego. Rozumiesz — członek założyciel! Dlatego kołysze się jak kaczka i
ma szerokie spodnie z klinami, spięte z przodu agrafkami. Wieczorem wraca podniecony i wesoły. Oto idzie
do szrajbsztuby i gdy czytają numery tych „dopuszczonych”, czyha na nieobecnego; krzyczy wtedy hier, łapie
przepustkę i gna do Madame. Wsuwa jej w łapę parę paczek papierosów, ona czyni koło niego szereg zabiegów
natury higienicznej i wyszprycowany fleger gna wielkimi susami na górę. Po korytarzyku przechadzają się
owe Julie z okna, w szlafroczkach niedbale owiniętych dookoła ciała. Czasem któraś przejdzie obok flegera i
zapyta od niechcenia:
— Który pan ma numer?
— Osiem — odpowie fleger, dla pewności patrząc na karteczkę.
— A to nie do mnie, to do tej Irmy, blondyneczki — mruknie rozczarowana i powłóczystym krokiem odejdzie
ku oknu.
Wtedy fleger wchodzi pod ósemkę. Na drzwiach czyta jeszcze, że takich a takich zdrożności uskuteczniać
nie wolno, bo bunkier, że dozwolone tylko to a to (szczegółowy wykaz) i tylko na tyle a tyle minut, wzdycha
w kierunku judasza, przez który czasem zaglądają koleżanki, czasem Madame, czasem komandofuhrer od
puffu, a czasem nawet sam komendant obozu, kładzie na stole paczkę papierosów i... aha, jeszcze dostrzega,
że na szafeczce leżą dwie paczki angielskich. Wtedy dopiero jest to i..., po którym fleger wychodzi, przez
roztargnienie wsadzając do kieszeni owe dwie paczki angielskich papierosów. Podlega znów dezynfekcji i
wesół i szczęśliwy opowiada nam o tym wszystkim.
Ale dezynfekcja czasami zawodzi, w związku z czym wybuchła onegdaj w puffie zaraza. Puff zamknięto,
po numerach sprawdzano, kto był, wezwano ich urzędowo i zaaplikowano kurację. Ponieważ handel
przepustkami jest szeroko uprawiany, wykurowano nie tych, co trzeba. Ha, takie jest życie. Kobiety z puffu
czyniły również wycieczki na lager. W nocy wychodziły po drabinie w męskich ubraniach na pijatyki i orgie.
Ale nie podobało się to postowi z pobliskiej budki i wszystko się urwało.
Są i gdzie indziej kobiety: blok dziesiąty, doświadczalny. Tam się je sztucznie zapładnia (jak powiadają),
szczepi się tyfus, malarię, robi się zabiegi chirurgiczne. Przelotnie widziałem tego, który tę robotę prowadzi:
w zielonym myśliwskim ubraniu, w tyrolskim kapelusiku z natkanymi odznakami sportowymi, o twarzy
dobrotliwego satyra. Podobno profesor uniwersytetu.
Kobiety te bronione są kratami i deskami, ale często gęsto włamują się i tam i zapładniają je zgoła niesztucznie.
Musi się wściekać stary profesor.
Zrozum: to nie są ludzie zboczeni, którzy to czynią. Cały obóz, jak się naje i wyśpi, mówi o kobietach, cały
obóz marzy o kobietach, cały obóz dobiera się do nich. Lageraltester wyleciał w karny transport za to, że
właził nagminnie przez okno do puffu. Dziewiętnastoletni esman złapał w ambulansie kapelmistrza, grubego,
poważnego jegomościa, oraz kilku lekarzy w pozycjach niewątpliwych z partnerkami, które przyszły rwać
zęby, i trzymanym w ręku kijem wymierzył doraźnie odpowiednią porcję w odpowiednie miejsce. Takie
zdarzenie nikogo nie blamuje: po prostu nie mieli szczęścia.
W obozie rośnie psychoza kobiety. Dlatego kobiety z puffu są traktowane jak normalne, którym się mówi o
miłości i o życiu domowym. Tych kobiet jest dziesięć, a obóz liczy kilkanaście tysięcy ludzi.
Dlatego oni tak bardzo rwą się na FKL’, do Birkenau. Ci ludzie są chorzy. I pomyśl: to nie jest tylko jeden
Oświęcim. To są setki
„wielkich obozów” koncentracyjnych, to są oflagi’ i stalagi 2 , to są...
Wiesz, o czym myślę, pisząc Ci to wszystko?
Jest głęboki wieczór; oddzielony szafą od wielkiej sali pełnej ciężko oddychających we śnie chorych, siedzę w
małym pokoiku pod czarnym oknem, które odbija moją twarz, seledynowy klosz lampy i białą kartkę papieru
leżącą na stole. Franz, młody chłopiec z Wiednia, dogadał się ze mną już pierwszego wieczoru i — siedzę
teraz za jego stołem, palę jego lampę i na jego papierze piszę do Ciebie. Ale nie piszę Ci o tym, co mówiliśmy
dzisiaj: o literaturze niemieckiej, o winie, filozofii romantycznej, o problemach materializmu.
Wiesz, o czym myślę, kiedy Ci o tym piszę?
4 5
Myślę o ulicy Skaryszewskiej. Patrzę w ciemne okno, widzę swoją twarz odbitą w szybie, a za szybą noc i
nagłe błyski reflektorów z budek strażniczych, wyrzynających w ciemności fragmenty przedmiotów. Patrzę i
myślę o Skaryszewskiej. Przypominam sobie niebo, blade i wyiskrzone, spalony dom z naprzeciwka i kratę
ramy okiennej, która przecinała obraz jak witraż.
Myślę o tym, jak bardzo tęskniłem do Twego ciała w te dni, i czasem uśmiecham się lekko, gdy przyjdzie mi
na myśl, jak wielki krach musiał być tam, gdy po naszym aresztowaniu znaleziono u nas obok moich książek
i wierszy - Twoje perfumy i szlafrok, czerwony jak brokat z obrazów Velasqueza, ciężki, długi (strasznie go
lubiłem, w jego ramach wyglądałaś najwspanialej, choć Ci o tym nigdy nie mówiłem).
Myślę o tym, jak bardzo byłaś dojrzała, jak dużo dobrej woli i — wybacz, że Ci to teraz piszę — poświęcenia
włożyłaś w nasz stosunek, jak dobrowolnie wchodziłaś w moje życie małego pokoikubez wody, wieczorów
z zimną herbatą, paru na wpół uwiędłych kwiatów, psa, który wiecznie gryzł, i lampy naftowej u moich
rodziców.
Myślę o tym i uśmiecham się pobłażliwie, gdy mi mówią o moralności, o prawie, o tradycji, o obowiązkach...
Albo gdy wyrzekają się wszelkiej miękkości i sentymentalizmu i pokazując pięść, mówią
o wieku twardości. Uśmiecham się i myślę, że człowiek zawsze na nowo odnajduje człowieka — przez
miłość. I że to jest rzecz najważniejsza i najbardziej trwała w życiu ludzkim.
Myślę o tym i przypominam celę na Pawiaku. W pierwszym tygodniu nie mogłem pojąć dnia bez książki, bez
wieczornego kręgu światła, bez kartki papieru, bez Ciebie...
I popatrz, czym jest przyzwyczajenie: chodziłem po celi i w rytm kroków układałem wiersze. Jeden z nich
wpisałem towarzyszowi z celi więziennej do Biblii, ale z innych — były to pieśni horacjańskie — pamiętam
tylko strofki, jak ta z wiersza do przyjaciół z wolności:
Przyjaciele z wolności! Pieśnią więzienną was żegnam po to, byście wiedzieli, że nie odchodzę z rozpaczą. Bo wiem, że po mnie
zostanie i miłość, i moja poezja,
1 póki życia waszego, wspomnienie u przyjaciół.
IV
Dziś — niedziela. Przed południem było się na spacerze, oglądało się z wierzchu doświadczalny blok kobiet
(wystawiają głowy przez kraty zupełnie jak króliki mego ojca, pamiętasz, szare, z jednym oklapniętym
uchem), potem oglądało się uważnie blok SK 1 (tam na podwórzu jest owa czarna ściana, przed którą dawniej
rozstrzeliwano, obecnie robią to ciszej i dyskretniej — w krematorium).
Widzieliśmy paru cywilów: dwie zastraszone kobiety w futrach i mężczyznę o zmiętej, niewyspanej twarzy.
Prowadził ich esman, nie przerażaj się tylko, do tymczasowego miejskiego aresztu, który właśnie mieści się
w bloku SK. Kobiety patrzyły z przerażeniem na pasiastych ludzi i na potężne urządzenia obozu: piętrowe
domy, podwójne druty, mur za drutami, solidne budy strażnicze. A gdyby jeszcze wiedziały, że mur idzie
— jak powiadają — dwa metry w głąb, żeby się nie podkopać! Uśmiechaliśmy się do nich, bo to fraszka:
posiedzą parę tygodni i wyjdą. Chyba że im naprawdę dowiodą, że handlowali na czarno. Wtedy pojadą
do krematorium. Ci cywile są śmieszni. Reagują na obóz jak dziki na widok broni palnej. Nie rozumieją
mechanizmu naszego życia i wietrzą w tym wszystkim nieprawdopodobne, mistyczne, coś ponad ludzkie siły.
Pamiętasz, jak usiadłaś w przerażeniu, gdy Cię aresztowano, pisałaś mi o tym? Ja czytałem u Marii Wilka
stepowego (ona też dobierała lekturę), ale nie bardzo wiem, co i jak.
Dziś za pan brat z nieprawdopodobnym i mistycznym, mając na co dzień krematorium, tysiącami flegmony
i gruźlicę, poznawszy, co to jest deszcz i wiatr, i słońce, i chleb, i zupa z brukwi, i praca, aby nie podpaść, i
niewolnictwo, i władza, będąc, że tak powiem, pod rękę z bestią — patrzę na nich z odrobiną pobłażania, jak
uczony na laika, wtajemniczony na profana.
Wysupłaj ze zdarzeń codziennych całą ich codzienność, odrzuć przerażenie i wstręt, i pogardę i znajdź na to
wszystko formułę filozoficzną. Na gaz i na złoto, na apele i na puff, na cywila i na stary numer.
Gdybym Ci powiedział wtedy, gdy tańczyliśmy we dwoje w małym pokoiku o pomarańczowym świetle:
słuchaj, masz milion ludzi albo dwa, albo trzy miliony, zabij ich tak, żeby nikt o tym nie wiedział, nawet oni,
uwięź kilkaset tysięcy, złam ich solidarność, poszczuj człowieka na człowieka i... — przecież miałabyś mnie
za szalonego i kto wie, czy nie przerwalibyśmy tańca. Ale pewnie tak bym nie powiedział, nawet gdybym znał
obóz, bo nie zmąciłbym nastroju.A tu patrz: najpierw jedna wiejska stodoła pomalowana na biało i — duszą
w niej ludzi. Potem cztery większe budynki — dwadzieścia tysięcy jak nic. Bez czarów, bez trucizn, bez
hipnozy. Paru ludzi kierujących ruchem, żeby tłoku nie było, i ludzie płyną jak woda z kranu za odkręceniem
6 7
kurka. Dzieje się to wśród anemicznych drzew zadymionego lasku. Zwykłe ciężarowe samochody podwożą
ludzi, wracają jak na taśmie i znów podwożą. Bez czarów, bez trucizn, bez hipnozy.
Jakże to jest, że nikt nie krzyknie, nie plunie w twarz, nie rzuci się.
na pierś? Zdejmujemy czapkę przed esmanami wracającymi spod lasu, jak wyczytają, idziemy z nimi na
śmierć i — nic? Głodujemy mokniemy na deszczu, zabierają nam najbliższych.Widzisz: to mistyka. Oto jest
dziwne opętanie człowieka przez człowieka. Oto jest dzika Bierność, której nic nie przełamie. A jedyna broń
— to nasza liczba, której komory nie pomieszczą/
Albo jeszcze tak: kij od łopaty na gardło i stu ludzi dziennie. Albo zupa z pokrzywy i chleb z margaryną, a
potem młody, wyrośnięty esman z pomiętym kawałkiem papieru w łapie, numer wytatuowany na ręce, potem
samochód, jeden z tych —
wiesz, kiedy ostatni raz wybierano „Aryjczyków” do gazu? czwartego kwietnia; a pamiętasz, kiedy
przyjechaliśmy do obozu? dwudziestego dziewiątego kwietnia. A co byłoby z Twoim zapaleniem płuc,
gdybyśmy przyjechali trzy miesiące wcześniej?
... Wiem, że leżysz na wspólnej pryczy z przyjaciółkami, które pewno bardzo dziwią się moim słowom.
„Mówiłaś, że ten Tadeusz jest pogodny, a patrz, pisze same ponure rzeczy”. I pewnie są bardzo oburzone na
mnie. Ale przecież i o tych sprawach, które się dzieją wokół nas, możemy mówić. Nie wywołujemy zła na
próżno i nieodpowiedzialnie, przecież tkwimy w nim — widzisz, jest znów głęboki wieczór po dniu pełnym
dziwacznych wydarzeń.
Po południu wybrałem się na mecz bokserski do wielkiego baraku waschraumu, tam, skąd wpierw odchodziły
transporty do gazu. Wpuszczono nas do środka z ceremoniami, choć sala była nabita po
brzegi. W dużej poczekalni urządzono ring. Światło z góry, sędzia (nb. polski sędzia olimpijski), bokserzy
o sławie międzynarodowej, ale tylko Aryjczycy, bo Żydom występować nie wolno. I ci sami ludzie, którzy
dzień w dzień wybijali dziesiątki zębów, ludzie, z których niejeden sam ma pustą szczękę — pasjonowali
się Czortkiem, Walterem z Hamburga i jakimś młodym chłopcem, który, trenowany w obozie, wyrósł, jak
powiadają, na dużą klasę. Jeszcze tkwi tu pamięć o numerze 77, który niegdyś boksował Niemców, jak chciał,
biorąc na ringu odwet za to, co inni dostali na polu. Sala była zadymiona od papierosów, a bokserzy tłukli się,
ile wlizie. Ale robili to niefachowo, choć z dużym uporem.
— Taki Walter — mówił Staszek — popatrzcie tylko! Na komandzie, jak chce, to jednym uderzeniem kładzie
muzułmana! A tu, patrz, trzy rundy, i nic! Jeszcze jemu mordę nabili. Widocznie za dużo widzów, nie?
Swoją drogą widzowie byli rozanieleni, a my w pierwszym rzędzie, wiadomo, goście.
Zaraz po boksie poszedłem do konkurencji, na koncert. Wy tam, w waszym Birkenau, ani pojęcia nie macie,
jakie tu się dzieją cuda kultury o parę kilometrów od kominów. Wyobraź sobie, grają uwerturę do Tonereda
i coś z Berlioza, i jeszcze jakieś tańce fińskie takiego kompozytora, co miał dużo aaa w nazwisku. Kudy
Warszawie do takiej orkiestry! Ale, ale, po kolei Ci opowiem, a Ty słuchaj, bo warto. Więc wyszedłem z boksu,
podniecony radośnie, i natychmiast wszedłem na blok, na którym i puff. Pod puffem jest sala muzyczna. Było
w niej tłoczno i gwarno, pod ścianami stali słuchacze, muzykanci stroili instrumenty rozsiadłszy się po całej
sali. Naprzeciw okna — podwyższenie, stanął na nim kapo kuchni (razem i kapelmistrz), a kartoflarze i
rollwaga (zapomniałem Ci napisać, że orkiestra w czasie pracy obiera kartofle i popycha wozy) poczęli grać.
Ledwom zdążył dopaść między klarnet II a fagot. Tam przycupnąłem przy nie obsadzonym krzesełku klarnetu
I i oddałem się zasłuchaniu. Nie pomyślałabyś nigdy, jak potężnie brzmi sym-foniczna orkiestra trzydziestu
osób w dużym pokoju! Kapelmistrz machał umiarkowanie, żeby nie uderzyć dłonią o ścianę, i wyraźnie
groził tym, którzy fałszowali. Da im przy kartoflach. Ci z końców sali (z jednego bęben, a z drugiego basetla)
nadrabiali, jak mogli. Wszystko głuszył fagot, może dlatego, że stałem tuż przy nim. Ale basetla! Piętnastu
słuchaczy (więcej się nie pomieściło) zagłębiało się w muzyce ze znawstwem i nagradzało orkiestrę skąpymi
oklaskami.
— — — Ktoś nazwał nasz obóz: Betrugslager, obóz oszustw. Skąpy żywopłot przy białym domku, podwórko
podobne do wiejskiego, tablice z napisami „kąpiel” wystarczą, aby otumanić miliony ludzi, oszukać aż do
śmierci. Jakiś tam boks, jakieś trawniczki przy blokach, dwie marki na miesiąc dla najpilniejszych więźniów,
musztarda w kantynie, cotygodniowa kontrola wszy i uwertura do Tancreda wystarczy, aby oszukać świat i
— nas. Ci tam z zewnątrz myślą, że to jest potworne, ale przecież nie jest tak źle, skoro i orkiestra, i boks, i
trawniczki, i koce na łóżkach... Oszukańcza jest porcja chleba, do której trzeba dokładać, aby żyć.
Oszukańczy jest czas pracy, przy którym nie wolno mówić, siadać, odpoczywać. Oszukańcza jest każda szufla
ziemi, którą niepełną rzucamy na wał rowu.
6 7
Patrz na to wszystko uważnie i nie trać siły, gdy Ci jest źle.
Bo może z tego obozu, z tego czasu oszustw będziemy musieli zdać ludziom żywym relację i stanąć w obronie
zmarłych.
Kiedyś chodziliśmy komandami do obozu. Grała orkiestra do taktu idącym szeregom. Nadeszło DAW i
dziesiątki innych komand i czekały przed bramą: dziesięć tysięcy mężczyzn. I wtedy z FKL-u nadjechały
samochody pełne nagich kobiet. Kobiety wyciągały ramiona i krzyczały:
— Ratujcie nas! Jedziemy do gazu! Ratujcie nas!
I przejechały koło nas w głębokim milczeniu dziesięciu tysięcy mężczyzn. Ani jeden człowiek się nie poruszył,
ani jedna ręka nie podniosła się.
Bo żywi zawsze mają rację przeciw umarłym.
V
Najpierw byliśmy na kursie. W ogóle na kursie jesteśmy już od dawna, tylko nic Ci o tym nie pisałem, bo to na
poddaszu i bardzo zimno. Siedzimy na zorganizowanych stołkach i bawimy się doskonale, zwłaszcza wielkimi
modelami ciała ludzkiego. Ciekawi patrzą, jak to jest, ale my z Witkiem rzucamy sobie gąbką i fechtujemy się
linijkami, co do rozpaczy doprowadza czarnego Adolfa. Macha nad nami rękoma i mówi o kameradschafcie i
o obozie. Siadamy cicho w kącie, Witek wyciąga fotografię żony i pyta się przyciszonym
głosem:
— Ciekawym, ilu on zabił w tym Dachau? Inaczej by się nie
reklamował... Udusiłbyś go?...
— Uhm... ale ładna kobieta. Jakżeś ty do niej?
— Kiedyś byliśmy na spacerze w Pruszkowie. Wiesz, zieleń, boczne dróżki, las na widnokręgu. Idziemy
przytuleni do siebie, a tu z boku wypada pies esmański...
— Już nie bujaj, przecież to w Pruszkowie, a nie w Oświęcimiu.
— Naprawdę pies esmański, bo obok była willa zajęta przez SS. I to bydlę dawaj do dziewczyny! I co byś
zrobił? Wywaliłem z rewolweru do bestii, łapię żonę za rękę i powiadam: „Irka, chodu!” A ta stoi jak wkopana
i patrzy na spluwę. „Skąd to masz?” Ledwom ją wyrwał, bo od willi było słychać jakieś głosy. Przez pola
na przełaj gnaliśmy jak dwa zające. Długo musiałem Irce tłumaczyć, że ten kawałek żelaza jest potrzebny w
moim zawodzie.
W międzyczasie któryś z kolejnych doktorów gada o przełykach i o takich rzeczach, co są w środku człowieka,
a Witek beztrosko referuje mi dalej:
— Pokłóciłem się kiedyś z przyjacielem. Albo on, albo ja, pomyślałem. On też tak zresztą pomyślał, znałem
go dobrze. Łaziłem za nim coś ze trzy dni i tylko patrzyłem, czy mi kto za plecami nie siedzi. Przy dybałem go
na Chmielnej wieczorkiem i wyrżnąłem, ale nie trafiłem, jak trzeba. Przychodzę nazajutrz, ma rękę obwiązaną
i patrzy na mnie spode łba. „Upadłem” mówi.— I co ty — pytam, bo historia bardzo współczesna.
— Nic, bo mnie zaraz wsadzili.
Czy się ów kolega do tego przyczynił, czy nie, trudno rozsądzić, ale Witek losowi się nie dał. Na Pawiaku był
oddziałowym czy kąpielowym — taki pipel od Kronszmidta, który wespół z pewnym Ukraińcem na każdej
wachcie katował Żydów. Znasz piwnice Pawiaka? Te żelazne podłogi? Otóż Żydzi nadzy, z rozparzoną po
kąpieli skórą, czołgali się po nich tam i z powrotem, tam i z powrotem. Widziałaś kiedy buty żołnierskie od
spodu? Ile tam gwoździ? Otóż Kronszmidt właził takimi butami na gołe ciało i jeździł na czołgającym się
człowieku. Dla Aryjczyków było z tym łagodniej, czołgałem się wprawdzie, ale na innym oddziale i nikt na
mnie nie właził. I nie z zasady, ale za zły meldunek. Dla nas była gimnastyka: godzina na dwa dni. Godzina:
to bieg naokoło podwórka, a potem „padnij” i podnoszenie się na rękach, dobre ćwiczenie ze szkoły.
Mój rekord: 76 razy pod rząd i ból rąk do następnego razu. Najlepsze ćwiczenie, jakie znam, to zespołowy
„lotnik, kryj się!” Dwuszereg ludzi, pierś o plecy, niesie drabinę na barkach, podtrzymując ją jedną ręką. Na
okrzyk: „lotnik, kryj się!”, padają na ziemię nie puszczając z barków drabiny. Kto puści, ginie pod kijem lub
zaszczuty przez psa. Następnie po szczeblach leżącej na ludziach drabiny zaczyna chodzić esman, tam i z
powrotem, tam i z powrotem. Potem trzeba wstać i nie mieszając szyków znów padać.
Widzisz, wszystko nieprawdopodobne: kilometrami koziołkować jak w Sachsenhausen, toczyć się godzinami
po ziemi, robić setki przysiadów, całe dnie i noce stać w jednym miejscu, miesiące siedzieć w betonowej
trumnie, w bunkrze, wisieć na słupku przywiązany za ręce albo na drągu zawieszonym na dwu krzesłach,
8 9
skakać jak żaba i czołgać się jak wąż, wiadrami pić wodę aż do uduszenia się, być bitym przez tysiące
najrozmaitszych ludzi — patrz, zachłannie słucham historii więzień nikomu nie znanych, prowincjonalnych,
Małkini, Suwałk, Radomia, Puław, Lublina — potwornie rozwiniętej techniki męczenia człowieka i uwierzyć
nie mogę, żeby wyskoczyła ona z głowy ludzkiej nagle, jak Minerwa z głowy Jowisza. Nie mogę zrozumieć
tego nagłego zachłyśnięcia się mordem, tego wylewu zapomnianego na pozór atawizmu.
A jeszcze i to: śmierć. Opowiadano mi o takim lagrze, do którego przychodziły co dzień transporty nowych
więźniów, po kilkudziesięciu ludzi naraz. Ale obóz miał ustaloną liczbę porcji, już nie pamiętam wiele, może
dwa, może trzy tysiące, i komendant nie życzył sobie, aby więźniowie głodowali. Każdy więzień musiał
otrzymać jedną porcję. Co dzień więc było w obozie kilkudziesięciu ludzi za dużo. Każdego wieczoru na
każdym bloku losowano kartami lub gałkami z chleba i wylosowani nie szli następnego dnia do pracy.
Wyprowadzano ich w południe za druty i rozstrzeliwano.
I w tym wylewie atawizmu stoi człowiek z innego świata, człowiek, który konspiruje po to, aby nie było
konszachtów między ludźmi, człowiek, który kradnie, aby nie było łupiestw na ziemi, człowiek, który zabija,
aby nie mordowano ludzi.
Więc Witek był z tego innego świata i był piplem Kronszmidta, najgorszego kata z Pawiaka. A teraz siedzi
przy mnie i słucha, co jest w człowieku, a jak się to coś zepsuje, to jak je naprawić domowymi środkami.
Potem na kursach była awantura. Doktor zwrócił się do Staszka, który tak świetnie organizuje, i kazał mu
powtórzyć wątrobę. Staszek powtórzył źle. Doktor rzekł:
— Odpowiadacie bardzo głupio, a poza tym moglibyście wstać.
— Siedzę w obozie, to mogę siedzieć i na kursach — odrzekł zaczerwieniwszy się Staszek. — A poza tym
niech pan mnie nie obraża.
— Milczcie, jesteście na kursach.
— Pewnie, chcielibyście, żebym milczał, bo mógłbym za dużo powiedzieć, coście tu robili w obozie.
Na to myśmy zaczęli trzaskać w stołki i krzyczeć: „tak! tak!” i doktor wyleciał za drzwi. Przyszedł Adolf,
nawymyślał nam odkameradschaftu, a potem poszliśmy na blok, akurat w połowie systemu trawiennego.
Staszek zaraz poleciał po swoich kolegach, żeby mu ten doktor nogi nie podstawił. A pewnie nie podstawi,
bo Staszek ma dobre plecy. Tego jednego nauczyliśmy się z anatomii obozowej: kto ma dobre plecy, temu
trudno nogę podstawić. A ten doktor to rzeczywiście różnie z nim było, uczył się chirurgii na chorych. Ilu
ich pochlastał dla nauki, a ilu z nieuctwa — trudno policzyć. Ale chyba dużo, bo w szpitalu zawsze tłok, a i
trupiarnia pełna.
Pomyślisz, czytając to, że już się zupełnie wyzbyłem tamtego świata z domu. Piszę i piszę Ci tylko o obozie,
o jego drobnych zdarzeniach i z tych zdarzeń wyłuskuję ich sens, jakby już nic innego na nas nie czekało...
Pamiętasz nasz pokoik? Litrowy termos, który mi kupiłaś. Nie właził do kieszeni i ostatecznie — ku Twemu
oburzeniu — powędrował pod łóżko. A historię z łapanką na Żoliborzu, z której nadawałaś mi przez cały
dzień reportaże przez telefon? Że wyciągali z tramwajów, ale wysiadłaś przystanek przedtem, że obstawili
blok, ale wyszłaś na pola aż nad Wisłę? I to, jak mówiłaś mi, gdy narzekałem na wojnę, na barbarzyństwo, na
pokolenie nieuków, które z nas wyrośnie:
— Pomyśl o tych, co są w obozach. My tylko marnujemy czas, a oni się męczą.
Dużo było naiwności w tym, co mówiłem, niedojrzałości i szukania wygody. Ale myślę, że chyba nie
marnowaliśmy czasu. Wbrew namiętnościom wojny żyliśmy w innym świecie. Może dla tego, który
nadejdzie. Jeśli są to zbyt śmiałe słowa — wybacz. A to, że teraz tu jesteśmy — to chyba też dla tego świata.
Czy myślisz, że gdyby nie nadzieja, iż ten inny świat nadejdzie, że wrogą prawa człowieka - żylibyśmy w
obozie choć jeden dzień? To właśnie nadzieja każe ludziom apatycznie iść do komory gazowej, każe nie
ryzykować buntu, pogrąża w martwotę. To nadzieja rwie więzy rodzin, każe matkom wyrzekać się dzieci,
żonom sprzedawać się za
chleb i mężom zabijać łudzi. To: nadzieja każe im walczyć o każdy dzień życia, bo może właśnie ten dzień
przyniesie wyzwolenie. Ach,
ijuż nawet nie nadzieja na inny, lepszy świat, ale po prostu na żyie
w którym będzie spokój i odpoczynek. Nigdy w dziejach ludzkich nadzieja nie była silniejsza w człowieku,
ale nigdy tez nie wyrzadziła tyle zła, ile w tej wojnie, ile w tym obozię. nie nauczono nas wvzbvwać się
nadziei i dlategoo giniemy w gazie.
Patrz, w jakim oryginalnym świecie żyjemy: jak mało jest w Euro-pie ludzi którzy nie zabili człowieka! I jak
mało jest ludzi, których by. inni ludzie nie pragnęli zamordować!
8 9
A my tęsknimy do świata, w Którym jest miłość drugiego człowieka, spokój od ludzi i odpoczynek od
instynktów. Widać takie jest prawo miłości i młodości.
PS — ale przedtem, wiesz, tobym tak zarżnął jednego i drugiego^.. tak na rozładowanie kompeksu obozowego,
kompleksu zdejmowania czapki, bezczynnego patrzenia na bitych i mordowanych, kompleksu strachu przed
obozem. (Boję się jednak, że ten kompleks na nas ciąży. Nie wiem, czy przeżyjemy, ale chciałbym, abyśmy
kiedyś umieli nazywać rzeczy ich właściwym imieniem, jak czynią ludzie odważni.
VI
Od paru dni mamy w południowych godzinach rozrywkę stałą: oto z bloku fur Deutsche’ wymaszerowuje
kolumna ludzi i ze śpiewem Morgen nach Heimat 2 obchodzi kilkakrotnie obóz. Dyryguje lager-altester i
podaje laską Schritt und Tritt 3 .
Są to kryminaliści, czyli „ochotnicy“ do wojska. Wyciągniętowszystkie zielone winkle i co lżejszych wyślą
na front. Taki, co to zarżnął żonę i teściową, a kanarka na świeży luft wypuścił, żeby się ptaszek w klatce nie
męczył, ma szczęście, bo zostanie. Na razie jednak są w kupie.
Ćwiczą ich w marszu i czekają, czy też wykażą oni zrozumienie życia społecznego, czy nie. Oni zaś wykazują
społeczność, jak mogą. Są tu zaledwie parę dni razem, a już włamali się do magazynu, nakradli paczek, rozbili
kantynę i zdemolowali puff (w związku z czym ówże znowu ku powszechnemu żalowi zamknięto) — po co,
powiadają bardzo mądrze, mamy iść tłuc się i łba nadstawiać dla esmanów, kiedy nam tu dobrze? Vaterland
vaterlandem, zginie i bez nas, a kto nam będzie buty czyścił na froncie i czy tam są młode chłopaczki?
Idzie więc taka wataha przez drogę i śpiewa Jutro do domu. Wszyscy sławni zabijacy, jeden sławniejszy od
drugiego: Seppel, postrach dachdeckerów 2 , ten, który bezlitośnie każe pracować na deszczu, śniegu i mrozie i
zrzuca z dachu za źle przybity gwóźdź; Arno Bohm, numer 8, wieloletni blokowy, kapo i lagerkapo, ten, który
zabijał sztubowych, jeśli sprzedawali herbatę, i bił po dwadzieścia pięć za każdą minutę spóźnienia i każde
słowo wymówione po wieczornym gongu; ten sam, który starym rodzicom we Frankfurcie pisywał krótkie,
ale wzruszające listy o rozłące i powrocie. Poznajemy ich wszystkich: ten bił na DA W, ten — to postrach
Buny, ów ciapa, ale, gdy był chory, czynił wyprawy do budy blokowego po tytoń, aż zbity na perskie oko
wyrzucony został na lager i dostał jakieś nieszczęsne komando w swe złodziejskie łapy. Idą w szeregu znani
pederaści, alkoholicy, narkomani, sadyści — a na samym końcu idzie Kurt, elegancko ubrany, rozgląda się
wokół, gubi krok i nie śpiewa. Ostatecznie pomyślałem, to ten, który Cię dla mnie odnalazł i nosił nam listy,
zbiegłem więc w te pędy na dół, złapałem go za hals i powiadam:
— Kurt, pewnie jesteś głodny, przyjdź, ochotniku-kryminalisto, na górę — i pokazałem okno należące do
nas.
Jakoż pod wieczór zjawił się u nas, wprost na obiad, nawarzony w piecu o majolikowych kaflach. Kurt jest
bardzo miły (brzmi to egzotycznie, ale o inne określenie trudno) i umie dobrze opowiadać. Chciał kiedyś
być muzykiem, ale ojciec, bogaty sklepikarz, wyrzucił go z domu. Kurt wyjechał do Berlina, poznał tam
dziewczynę, córkę jakiegoś innego sklepikarza, żył z nią, pisywał do gazet sportowych, wpadł na miesiąc do
ula za burdę ze Stahlhelmem, a potem się na oczy nie pokazał dziewczynie. Zdobył wóz sportowy i szmuglował
dewizy. Na jakimś spacerze spotkał swoją dziewczynę, ale się jej nie śmiał przypomnieć. Potem jeździł do
Austrii i Jugosławii, aż złapali i wsadzili. A że recydywa (ów nieszczęsny miesiąc), więc po więzieniu do
obozu, czekaj końca wojny.
Zapada wieczór, na lagrze jest już po apelu. Siedzimy w paru przy stole i opowiadamy. Wszędzie się
opowiadało: idąc po drodze na komando, wracając do obozu, przy łopacie i lorze, wieczorem na pryczy,
stojąc na apelu. Opowiadamy powieści i opowiadamy życie. I to, i tamto spoza drutów. Dziś nam zebrało się
na obóz, może dlatego że Kurt niedługo z niego wyjedzie.
— Właściwie o obozie nikt dokładnie nic nie wiedział. Trochę bzdur o bezcelowej pracy, np. zrywanie i
układanie asfaltu albo rozgarnianie piasku. No i oczywiście to, że jest okropnie. Gadki chodziły między
ludźmi. Ale Bogiem a prawdą, człowiek tym wszystkim za bardzo się nie interesował. I tak wiadomo, że jak
wpadnie, to nie wyjdzie.
— Jakbyś przyjechał dwa lata temu, toby cię na pewno wiatr wywiał kominem — wtrącił sceptycznie Staszek,
który tak świetnie organizuje.
Wzruszyłem ramionami z niechęcią.— Albo i nie. Nie wywiał ciebie, toby nie wywiał i mnie. Ale wiecie, na
Pawiaku był jeden z Auschwitzu.
— Pewnie na rozprawę przyjechał.
10 11
— Właśnie. Pytali my go, a on nic, jakby wody do ust. Tylko mówił: „Przyjedziecie, to zobaczycie. A teraz
— co wam gadać. Jak do dzieci.”
— Bałeś się obozu?
— Bałem się. Wyjechaliśmy z Pawiaka rano. Samochodami na dworzec. Źle: słońce świeci w plecy. Znaczy,
że na Zachodni. Auschwitz. Władowali nas do wagonów w tempie, a droga! Jechaliśmy według alfabetu, po
sześćdziesięciu w wagonie, nawet nie było tłoku.
— Klamoty wziąłeś?
— Pewnie, że wziąłem. Pled i bonżurkę od narzeczonej, i dwa prześcieradła.
— Frajer, trzeba było kolegom zostawić. Nie wiedziałeś, że wszystko zabiorą?
— Szkoda było. Potem wyjęliśmy wszystkie gwoździe z jednej ściany, wyrwaliśmy deski i fraka! Ale na
dachu był karabin maszynowy, od razu utłukł trzech pierwszych. Ostatni wychylił łeb z wagonu i dostał kulę
w kark. Pociąg od razu zatrzymano, a my w kąt! Wrzask, krzyk, piekło! Trzeba było nie uciekać! Tchórze!
Zabiją nas! I przekleństwa, ale jakie!
— Nie gorsze niż z babskiego lagru.
— Nie, nie gorsze. Ale zawsze mocne. A ja siedziałem pod kupą ludzi na samym dnie. Myślę: dobrze, jak będą
strzelać, to nie mnie pierwszego. I dobrze, bo strzelali. Puścili w kupę serię, zabili dwóch, a trzeciego ranili w
bok. I los, aus, bez rzeczy! No, myślę, teraz kaput! Nic, tylko w czapę! Trochę mi się żal zrobiło bonżurki, bo
miałem w niej Biblię, i rozumiecie, zawsze od narzeczonej.
— Pled, zdaje się, też był od narzeczonej?
— Był. Też mi go było żal. Ale nic nie wziąłem, bo mnie zrzucili ze stopni. Nie macie pojęcia, jak wielki jest
świat, gdy człowiek wyleci z zamkniętego wagonu! Niebo wysokie...
—... niebieskie...
— Właśnie, niebieskie, drzewa aż pachną, las, że w ręce brać! Naokoło esmani, automaty w łapach. Czterech
odprowadzili na bok, a nas zagonili do drugiego wagonu. Jechaliśmy stu dwudziestu, trzech zabitych, i jeden
ranny. Mało cośmy się nie udusili w wagonie. Było tak duszno, że z sufitu lała się woda, ale dosłownie.
Ni jednego okienka, nic, wszystko zabite deskami. Krzyczeliśmy za powietrzem i za wodą, ale jak zaczęli
strzelać, tośmy się uspokoili od razu. Potem zwaliliśmy się na podłogę i leżeliśmy jak porznięte prosiaki.
Zdjąłem z siebie sweter, potem dwie koszule. Ciało opływało potem. Z nosa ciekła powoli krew. W uszach
szumiało. Tęskniłem do Oświęcimia, bo znaczyło to świeże powietrze. Gdy otworzono drzwi na rampie,
z pierwszym łykiem odzyskałem zupełnie siły. Noc była kwietniowa, wygwieżdżona, zimna. Nie czułem
zimna, choć naciągnąłem na siebie zupełnie mokrą koszulę. Ktoś z tyłu objął mnie i pocałował. „Bracie,
bracie” — zaszeptał. W czarnej, przyziemnej ciemności szeregami błyszczały światła obozu. Nad nimi rwał
się niespokojny rudy płomień. Ciemność zbiegała się ku niemu. Zdawało się, iż płonie na niebotycznej górze.
„Krematorium” — przeleciało szeptem po szeregach.
— Ale zawalasz, widać, żeś poeta — rzekł z uznaniem Witek.
— Szliśmy do obozu niosąc trupy. Słyszałem za sobą ciężkie oddechy ludzi i myślałem, że za mną idzie
moja narzeczona. Raz po raz głuche uderzenia. Tuż przed bramą dostałem bagnetem w udo. Nie bolało, tylko
zrobiło się bardzo ciepło. Krew spływała wzdłuż uda i łydki. Po paru krokach zdrętwiały mięśnie i zacząłem
kuleć. Eskortujący esman uderzył jeszcze paru przede mną i rzekł, gdy wchodziliśmy w kratowaną bramę
obozu:
— Tu będziecie mieli dobry odpoczynek.
To było w czwartek w nocy. A w poniedziałek poszedłem na komando, siedem kilometrów od obozu. Na
Budy, nosić telegraficzne słupy. Noga bolała jak sto choler. Ale odpoczynek jest, i to dobry!— A z tego nic
— rzekł Witek — bo Żydzi jeżdżą jeszcze gorzej. I nie masz czym się chwalić.
Zdania były podzielone i co do jazdy, i co do Żydów.
— Żydzi, wiecie, jacy są Żydzi! — dorwał się Staszek do głosu. — Zobaczysz, oni jeszcze geszeft zrobią na
tym swoim obozie! Oni i w krematorium, i w getcie, a rodzoną matkę sprzeda za miskę brukwi! Stoimy kiedyś
z rana na arbeitskomando, koło nas sonder, chłopy jak byki, zadowolone z życia, bo jakże? Przy mnie mój
przyjaciel, Mojsze, ten od gryzioków. On z Mławy i ja z Mławy, wiecie, jak to jest, przyjaciele i handlarze,
pewność i zaufanie. „Co u ciebie, Mojsze? Coś taki nieswój?” „Dostałem fotografię swojej rodziny”. „To
czego się martwisz, to dobrze”. „Żeby ty się wściekł z takim dobrze, ja ojca do komina posłałem!” „Nie może
być!” „Może, bo posłałem. Przyjechał z transportem, zobaczył mnie przed komorą, zaganiałem ludzi, rzucił
mi się na szyję, zaczął mnie całować i pytać, co to będzie i że on jest głodny, bo dwa dni jadą bez jedzenia.
10 11
A tu komandofiihrer krzyczy, żeby nie stać, że trzeba pracować! Co miałem robić? «Idź, ojciec — mówię
— wykąp się w łaźni, a potem pogadamy, widzisz, że teraz nie mam czasu.» I ojciec poszedł do komory. A
zdjęcia wyciągnąłem potem z ubrania. I powiedz, gdzie tu jest dobrze, że mam fotografie?”
Roześmieliśmy się. Swoją drogą, dobrze, że Aryjczyków teraz nie gazują. Wszystko, byle nie to.
— Gazowali dawniej — rzekł „tutejszy” fleger, który się do nas zawsze przysiada. — Ja na tym bloku jestem
od dawna i dużo pamiętam. Ile przez moje ręce przeszło ludzi do gazu, kolegów i znajomych z jednego
miasta! Już człowiek nawet twarzy nie pamięta. Ot, zwyczajnie — masa. Ale jeden wypadek będę pamiętał
chyba przez całe życie. Byłem wtedy flegerem w ambulansie. Opatrunków za bardzo delikatnie nie robię,
wiadomo, czasu nie ma na dyrdymałki. Pogmera się w łapie czy na plecach, czy tam gdzie jeszcze, lignina,
bandaż i won! Następny! Nawet człowiek na twarz nie spojrzy. Nikt też nie dziękuje, bo nie ma za co. Ale raz
zrobiłem
opatrunek jakiejś flegmony, a ktoś mi od drzwi mówi: „Spasibo, panie fleger!” Takie to blade, mizerne, ledwo
trzyma się na opuchniętych nogach. Poszedłem go odwiedzić i zaniosłem mu zupy. Miał flegmonę prawego
pośladka, potem całego uda, kieszeń ropną. Cierpiał okropnie. Płakał i mówił o matce. „Cicho bądź —
mówiłem mu — my przecież też mamy matki, a nie płaczemy”. Pocieszałem go, jak mogłem, bo skarżył się,
że nie wróci. Cóż mu mogłem dać? Miskę zupy i czasem kawałek chleba. Ukrywałem Toleczkę, jak mogłem,
przed wybiórkami, ale raz go znaleźli, zapisali. Przyszedłem zaraz do niego. Był w gorączce. Mówił do mnie:
„To nic, że idę do gazu. Tak widać trzeba. Ale jak się skończy wojna i ty przeżyjesz...” „Nie wiem, Toleczka,
czy przeżyję” — przerwałem mu. „Przeżyjesz — dorzucił z uporem — i pojedziesz do mojej matki. Po wojnie
na pewno nie będzie granic, nie będzie państw, nie będzie obozów, ludzie nie będą się zabijać. Wied eto
poslednij boj — rzekł z naciskiem. — Poslednij, ponimajesz? 2 ” — „Rozumiem” — odrzekłem. „Pojedziesz do
mojej matki i powiesz jej, że zginąłem. Żeby nie było granic. Ani wojny. Ani obozów. Powiesz?” „Powiem”.
„Zapamiętaj: moja matka mieszka w Dalniewostoc znym Kraju, gorod Chabarowsk, ulica Lwa Tołstowo
dwadcat’ piat’, powtórz”. Powtórzyłem. Poszedłem do blokowego, Szarego, który mógł jeszcze Toleczkę
wyciągnąć z listy. Strzelił mnie w pysk i wyrzucił z budy. Toleczka poszedł do gazu. Szary w parę miesięcy
później pojechał w transport. Na odjezdnym prosił o papierosy. Poszczułem, żeby nikt mu nie dał. Nie dali.
Może źle zrobiłem, bo jechał na wykończenie do Mauthausen. A adres matki Toleczki zapamiętałem dobrze:
Dalniewostocznyj Kraj, gorod Chabarowsk, ulica Lwa Tołstowo...
Milczeliśmy. Zaniepokojony Kurt spytał, co się stało, ponieważ on i tak nic z rozmowy nie rozumie. Witek
mu streścił:
— Gadamy o obozie i czy świat będzie lepszy. Mógłbyś i ty co opowiedzieć.Kurt popatrzył na nas z uśmiechem
i rzekł powoli, abyśmy wszyscy zrozumieli:
— Ja opowiem bardzo krótko. Jak byłem w Mauthausen, złapano tam dwóch uciekinierów, akurat w Wigilię.
Postawiono szubienicę na placu, koło wielkiej choinki. Cały obóz był zebrany na apelu, gdy ich wieszano. Na
choince akurat zapalono światła. Wtedy wystąpił lagerfuhrer, zwrócił się do więźniów i zakomenderował:
— Haftlinge, Miitzen ab!
Zdjęliśmy czapki. Lagerfuhrer rzekł na tradycyjną przemowę wigilijną:
— Kto się zachowuje jak świnia, będzie jak świnia traktowany. Haftlinge, Miitzen auf!
Założyliśmy czapki.
— Rozejść się! Rozeszliśmy się.
Zapaliliśmy papierosy. Milczeliśmy. Każdy myślał o swoich rzeczach.
VII
Gdyby opadły ściany baraków, tysiące ludzi zbitych, stłamszonych na pryczach zawisłoby w powietrzu. Byłby
to widok wstrętniejszy niż średniowieczne obrazy sądów ostatecznych. Najbardziej wstrząsa człowiekiem
widok drugiego człowieka śpiącego na swoim kawałku buksy, miejsca, które musi zajmować, bo ma ciało.
Ciało wykorzystali, jak się da: wytatuowali na nim numer, żeby zaoszczędzić obroży, dali tyle snu w noey,
żeby człowiek mógł pracować, i tyle czasu w dzień, aby zjadł. I jedzenia tyle, żeby bezproduktywnie nie
zdechł. Jedno jest tylko miejsce do życia: kawałek pryczy, reszta należy do obozu, do państwa. Ale ani ten
kawałek miejsca, ani koszula, ani
łopata nie jest twoja. Zachorujesz, odbiorą ci wszystko: ubranie, czapkę, przemycony szalik, chusteczkę do
nosa. Jak umrzesz — wyrwą ci złote zęby, już poprzednio zapisane w księgi obozu. Spalą, popiołem wysypią
pola albo osuszą stawy. Co prawda marnotrawią przy spalaniu tyle tłuszczu, tyle kości, tyle mięsa, tyle ciepła!
12 13
Ale gdzie indziej robią z ludzi mydło, ze skóry ludzkiej abażury, z kości ozdoby. Kto wie, może na eksport dla
Murzynów, których kiedyś podbiją?
Pracujemy pod ziemią i na ziemi, pod dachem i na deszczu, przy łopacie, lorze, kilofie i łomie. Nosimy wory
z cementem, układamy cegły, tory kolejowe, grodzimy grunta, depczemy ziemię... Zakładamy podwaliny
jakiejś nowej, potwornej cywilizacji. Teraz dopiero poznałem cenę starożytności. Jaką potworną zbrodnią są
piramidy egipskie, świątynie i greckie posągi! Ile krwi musiało spłynąć na rzymskie drogi, wały graniczne
i budowle miasta! Ta starożytność, która była olbrzymim koncentracyjnym obozem, gdzie niewolnikowi
wypalano znak własności na czole i krzyżowano za ucieczkę. Ta starożytność, która była wielką zmową ludzi
wolnych przeciw niewolnikom!
Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży
ciężka, krwawa praca człowieka. To myśmy budowali piramidy, rwali marmur na świątynie i kamienie na drogi
imperialne, to myśmy wiosłowali na galerach i ciągnęli sochy, a oni pisali dialogi i dramaty, usprawiedliwiali
ojczyznami swoje intrygi, walczyli o granice i demokracje. Myśmy byli brudni i umierali naprawdę. Oni byli
estetyczni i dyskutowali na niby.
Nie ma piękna, jeśli w nim leży krzywda człowieka. Nie ma prawdy, która tę krzywdę pomija. Nie ma dobra,
które na nią pozwala.
Cóż wie starożytność o nas? Zna przebiegłego niewolnika z Teren-cjusza i Plauta, zna trybunów ludowych
Grakchów i imię jednego tylko niewolnika — Spartakusa.Oni robili historię i byle zbrodniarza — Scypiona,
byle adwokata — Cycera czy Demostenesa, pamiętamy doskonale. Zachwycamy się wycięciem Etrusków,
wybiciem Kartaginy, zdradami, podstępem i łupiestwem. Prawo rzymskie! I dziś jest prawo!
Co bgdzie o nas wiedzieć świąt, jeśli zwyciężą Niemcy? Powstaną olbrzymie budowle, autostrady, fabryki,
niebotyczne pomniki. Pod każdą cegłą będą podłożone nasze ręce, na naszych barkach będą noszone podkłady
kolejowe i płyty betonu. Wymordują nam rodziny, chorych, starców. Wymordują dzieci.
I nikt o nas wiedzieć nie będzie. Zakrzyczą nas poeci, adwokaci, filozofowie, księża. Stworzą piękno, dobro
i prawdę. Stworzą religię.
Trzy lata temu były tu wioski i osiedla. Były pola, drogi polne i grusze na miedzach. Byli ludzie, którzy nie
byli lepsi ani gorsi od innych.
Potem przyszliśmy my. Wygnaliśmy ludzi, rozbiliśmy domy, zrównaliśmy ziemię, umiesiliśmy ją na błoto.
Postawiliśmy baraki, płoty, krematoria. Przywlekliśmy ze sobą świerzb, flegmonę i wszy.
Pracujemy w fabrykach i kopalniach. Dokonujemy olbrzymiej pracy, z której ktoś ciągnie niesłychany zysk.
Dziwne są dzieje tutejszej firmy Lenz. Firma ta wybudowała nam obóz, baraki, hale, magazyny, bunkry,
kominy. Obóz wypożyczał jej więźniów, a SS dawało materiały. Przy rozliczeniu rachunek okazał się tak
fantastycznie milionowy, że za głowę złapał się nie tylko Auschwitz, ale sam Berlin. Panowie, powiedziano,
to niemożliwe, za dużo zarobiliście, aż tyle a tyle milionów! A jednak, odrzekła firma, oto są rachunki. No
tak, rzekł Berlin, ale my nie możemy. To połowę, zaproponowała patriotyczna firma. Trzydzieści procent,
potargował się jeszcze Berlin, i na tym stanęło. Od tego czasu wszystkie rachunki firmy Lenz są odpowiednio
obcinane. Lenz nie martwi się jednak: jak wszystkie firmy niemieckie powiększa kapitał zakładowy. Zrobił
na Oświęcimiu olbrzymi interes i spokojnie czeka końca wojny. Tak samo firma Wagner i Continental od
wodociągów, firma Richter od studzien, Siemens od oświetleń i drutów
elektrycznych, dostawcy cegły, cementu, żelaza i drzewa, wytwórcy części barakowych i ubrań pasiastych.
Tak samo olbrzymia firma samochodowa Union, tak samo zakłady rozbiórki szmelcu DAW. Tak samo
właściciele kopalń w Mysłowicach, Gliwicach, Janinie, Jaworznie. Ten z nas, który przeżyje, musi kiedyś
zażądać równoważnika tej pracy. Nie pieniędzy, nie towaru, ale twardej, kamiennej pracy.
Kiedy ludzie chorzy i ci po pracy idą spać, rozmawiam z Tobą z daleka. Widzę w ciemności Twoją twarz i
choć mówię z goryczą i nienawiścią obcą Tobie, wiem, że słuchasz uważnie.
Jesteś wprzęgnięta w mój los. Tyle tylko, że masz dłonie nie do kilofa i ciało nie przyzwyczajone do świerzbu.
Wiąże nas nasza miłość i miłość bezgraniczna tych, co pozostali. Tych, co żyją dla nas i stanowią nasz świat.
Twarze rodziców, przyjaciół, kształty przedmiotów, które pozostały. I jest to najdroższe, czym możemy się
dzielić: przeżycie! I choćby nam zostawiono tylko ciała na szpitalnej pryczy, będzie jeszcze przy nas nasza
myśl i nasze uczucie.
I sądzę, że godność człowieka naprawdę leży w jego myśli i w jego uczuciu.
VIII
12 13
Nie masz pojęcia, jak jestem szczęśliwy.
Przede wszystkim — długi elektryk. Chodzę do niego co rano z Kurtem (bo to jego znajomy) i oddajemy
listy do Ciebie. Elektryk, fantastycznie stary numer, tysiąc z małym okładem, obładowuje się kiełbasami,
woreczkami z cukrem, bielizną damską, a gdzieś do buta wkłada kupę listów. Elektryk jest łysy i nie ma
zrozumienia dla naszej miłości. Elektryk się krzywi na każdy list, który mu przynoszę. Elektryk powiada, gdy
chcę elektrykowi wręczyć papierosy:
— Kolego, u nas, w Auschwitzu, nie bierze się za listy! A odpowiedź, jak będę mógł, to przyniosę.Jakoż
wieczorem idę do niego. Następuje procedura odwrotna: elektryk sięga do buta, wyciąga kartkę od Ciebie,
oddaje mi i krzywi się niechętnie. Bo elektryk nie ma zrozumienia dla naszej miłości. I na pewno nie lubi
bunkra, klatki o wymiarach metr na półtora. Ponieważ elektryk jest bardzo długi i byłoby mu w bunkrze
niewygodnie.
Więc przede wszystkim — długi elektryk. Po drugie zaś — ślub Hiszpana. Bronił Hiszpan Madrytu, uciekł
do Francji i przywieźli go do Oświęcimia. Jak to Hiszpan: miał jakąś Francuzkę, a z nią dziecko. Jak dziecko
nieźle podrosło, a Hiszpan wciąż w obozie, Francuzka w krzyk, że chce ślubu! Więc podanie do samego H.,
H. oburzył się: Taki nieporządek w nowej Europie, natychmiast dać im ślub!
Przywleczono Francuzkę z dzieckiem do obozu, z Hiszpana na gwałt ściągnięto pasiaki, dopasowano
elegancki, przez samego kapę pralni wyprasowany garnitur, z bogatych zbiorów obozowych dobrano starannie
krawat do skarpetek i dano ślub.
Potem szli nowożeńcy do zdjęcia: ona z synkiem i bukietem hiacyntów na ręku, a on z nią pod pachę. Za nimi
orkiestra in corpore’, za orkiestrą zaś wściekły esman od kuchni:
— Ja wam meldung zrobię, że gracie w czasie pracy zamiast obierać kartofle! Mnie zupa stoi bez kartofli! Ja
wszystkie śluby mam w...
— Cicho... — zaczęli go uspokajać inni dostojnicy. — Berlin kazał. A zupa może być przecież bez kartofli.
Nowożeńców tymczasem sfotografowano i odstąpiono im na noc poślubną apartamenta puffu, który wygnano
na dziesiątkę. Nazajutrz Francuzkę odesłano do Francji, a Hiszpana w pasiaczkach na komando.
Cały zaś obóz chodzi, jakby kija połknął.
— U nas, w Auschwitzu^ to nawet śluby dają.
Więc przede wszystkim — długi elektryk. Po drugie — ślub Hiszpana. Po trzecie zaś — kończymy kursy.
Niedawno skończyły je flegerki z FKL. Żegnaliśmy je muzyką kameralną. Zasiadły wszystkie u okna
dziesiątego bloku, a z okien naszego grały im wyjątki z orkiestry: bęben, saksofon i skrzypce. Najcudowniejszy
jest saksofon: łka i płacze, śmieje się i błyska!
Szkoda, że Słowacki nie znał go, na pewno zostałby saksofonistą dla bogactwa jego wyrazu.
Najpierw kobiety, a teraz my. Zebraliśmy się na stryszku, przyszedł lagerarzt Rhode (ten „porządny”, co nie
robi różnicy między Żydami a Aryjczykami), przyszedł, popatrzył na nas i nasze opatrunki, powiedział, że
jest bardzo zadowolony i że teraz na pewno będzie u nas, w Auschwitzu, lepiej. I prędko wyszedł, bo stryszek
zimny.
U nas, w Auschwitzu, żegnają nas dziś przez cały dzień. Franz, ten od Wiednia, zrobił mi ostateczny
wykład o sensie wojny. Trochę zacinając się, mówił o ludziach, którzy pracują, i o ludziach, którzy niszczą.
O zwycięstwie pierwszych i o klęsce drugich. O tym, że się bije za nas towarzysz z naszego pokolenia z
Londynu i Uralska, z Chicago i Kalkuty, z lądu i wyspy. O nadchodzącym braterstwie ludzi tworzących. „Oto
— myślałem — rodzi się mesjanizm wśród zniszczenia i śmierci, zwykła droga ludzkiej myśli”. Potem Franz
rozłożył swoją paczkę, którą właśnie dostał z Wiednia, i piliśmy wieczorną herbatę. Śpiewał Franz pieśni
austriackie, a ja mówiłem wiersze, których on nie rozumiał.
U nas, w Auschwitzu, dali mi na drogę trochę lekarstw i parę książek. Wtłamsiłem je do paczki pod jedzenie.
Wyobraź sobie — myśli Anioła Ślązaka. Więc jestem szczęśliwy, bo wszystko do kupy: długi elektryk, ślub
Hiszpana, kończymy kursy. Po czwarte zaś — dostałem wczoraj listy z domu. Długo mnie szukały, ale
znalazły.
Od prawie dwu miesięcy nie miałem znaku życia z domu i niepokoiłem się strasznie, bo tu wieści są
fantastyczne o stosunkachw Warszawie, począłem pisać już rozpaczliwe listy i właśnie wczoraj, pomyśl tylko!
dwa listy: jeden od Staszka i jeden od brata.
Staszek pisze słowami bardzo prostymi, jak człowiek, który w obcym języku pragnie oddać treść od serca.
„Lubimy cię i pamiętamy o tobie, pisze, i pamiętamy też o Tuśce, twojej narzeczonej. Żyjemy, pracujemy i
tworzymy.” Żyją, pracują i tworzą, tylko Andrzej zginął i Wacek „nie żyje”.
14 15
Jakże to fatalne, że ci dwaj najzdolniejsi z pokolenia, o największej pasji tworzenia, że właśnie ci musieli
zginąć!
Wiesz, jak ostro stałem przeciw nim: ich imperialnej koncepcji budowania żarłocznego państwa, ich
nieuczciwości w rozumowaniu społecznym, ich teoriom sztuki narodowej, ich filozofii mętnej jak sam mistrz
Brzozowski, ich praktyce poetyckiej, czołem bijącej o mur Awangardy, ich stylowi życia świadomego i
nieświadomego zakłamania.
I dziś, gdy oddziela nas próg dwu światów, próg, który i my przekroczymy, podejmuję ten spór o sens świata,
styl życia i oblicze poezji. I dziś zarzucę im ugięcie się wobec sugestywnych idei potężnego, zaborczego
państwa, podziw dla zła, którego wadą jest to, że nie jest naszym złem. I dziś zarzucę im bezideowość poezji,
nieobecność w niej człowieka, nieobecność w niej poety.
Ale widzę ich twarze przez próg innego świata i myślę o nich, o chłopcach z mego pokolenia, i czuję, że
pustka wokół nas robi się coraz większa. Odeszli tak niesłychanie żywi, tak ze środka dzieła, które budowali.
Odeszli tak bardzo należący do tego świata. Żegnam ich, przyjaciół z innej barykady. Oby na drugim świecie
znaleźli prawdę i miłość, której tu nie spotkali!
... Ewa, ta, która tak pięknie mówiła wiersze o harmonii i gwiazdach, i o tym, że „jeszcze nie jest tak źle”, też
rozstrzelana. Pustka, pustka coraz większa. Odchodzą dalsi i bliżsi i już nie o sens walki, ale o życie dla ludzi
kochanych niech modlą się ci, którzy modlić się umieją.
Myślałem, że na nas się skończy. Że jak wrócimy, wrócimy do
świata, który nie zaznał tej okropnej atmosfery dławiącej nas. Że tylko my zeszliśmy na dno. Ale stamtąd
ludzie odchodzą — wprost ze środka życia, walki, miłości.
Jesteśmy niewrażliwi jak drzewa, jak kamienie. I milczymy jak ścinane drzewa, jak rąbane kamienie.
Drugi list jest od brata. Wiesz, jak serdeczne listy pisuje Julek do mnie. I teraz pisze mi, że myślą o nas, że
czekają, że chowają wszystkie książki i wiersze...
Jak wrócę, na moich półkach bibliotecznych zastanę nowy swój tomik. „Są to wiersze o twojej miłości”
— pisze brat. Myślę, że to symbolicznie splata się miłość nasza i poezja i że te wiersze, które pisane były tylko
dla Ciebie i z którymi Cię aresztowano, to pewne już z daleka zwycięstwo. Wydano je — może jako pamiątkę
po nas? Jestem wdzięczny przyjaźni ludzkiej, że zachowuje po nas — poezję i miłość i że nasze prawo do
nich uznała.
I pisze mi jeszcze brat o Twojej Matce, że myśli ona o nas i wierzy, iż wrócimy i będziemy zawsze razem, bo
takie jest prawo ludzkie.
... W pierwszej kartce, którą dostałem od Ciebie w parę dni po przyjeździe do obozu, pamiętasz, co mi pisałaś?
Pisałaś, że jesteś chora i że jesteś zrozpaczona, bo mnie „wtrąciłaś” do obozu. Że gdyby nie Ty, to ja itd. A
wiesz, jak to było naprawdę?
Było tak, że czekałem na umówiony Twój telefon od Marii. Po południu był u mnie komplet — jak zwykle w
środę — zdaje się, że mówiłem coś o swojej pracy językowej, i zdaje się, że zgasła karbidówka.
Potem czekałem na Twój telefon. Wiedziałem, że musisz zadzwonić, bo przyrzekłaś. Nie dzwoniłaś. Nie
pamiętam, czy byłem na obiedzie. Jeśli byłem, to wróciwszy, siedziałem znów przy telefonie, bałem się, że
może z sąsiedniego pokoju nie usłyszę. Czytałem jakieś wycinki gazetowe i nowelę Maurois o człowieku,
który ważył dusze po to, aby nauczywszy się zamykać ludzkie dusze w naczynia wiecznotrwałe, zamknąć w
nie duszę swoją i kochanej kobiety. Ale zamknął tylko dusze dwu przygodnych cyrkowychbłaznów, a jego
dusza i dusza kobiety musiały się rozwiać we wszechświecie. Nad ranem zasnąłem.
Z rana poszedłem do domu, jak zwykle z teczką, z książkami. Zjadłem śniadanie, powiedziałem, że będę na
obiedzie i że się bardzo śpieszę, wykręciłem psu ucho i poszedłem do Twojej Matki. Matka była zaniepokojona
o Ciebie. Pojechałem tramwajem do Marii. Przypatrywałem się długo drzewom Łazienek, bo je bardzo lubię.
Dla odprężenia poszedłem piechotą przez Puławską. Na schodach leżały niezwykłe ilości niedopałków i
jeśli dobrze pamiętam, ślady krwi. Ale może to sugestia. Podszedłem do drzwi i zadzwoniłem umówionym
znakiem. Otworzyli mężczyźni z rewolwerami w ręku. Od tego czasu minął rok. Ale piszę to po to, abyś
wiedziała, że nigdy nie żałowałem, iż jesteśmy razem. I nigdy nie myślę, że mogłoby być inaczej. Lecz myślę
często o przyszłości. O życiu, którym będziemy żyć, jeżeli... O wierszach, które napiszę, o książkach, które
będziemy czytać, o przedmiotach, które będą u nas. Wiem, że to są głupstwa, ale myślę o nich. Mam nawet
pomysł na nasz ekslibris. Będzie to róża rzucona na zamkniętą grubą księgę z wielkimi średniowiecznymi
okuciami.
14 15
IX
Wróciliśmy już. Poszedłem po staremu na swój blok, nasmarowałem chorych na kręcę herbatą z mięty, a
dziś z rana umyliśmy pospołu podłogę. Potem postałem z mądrą miną koło doktora, który robił punkcję.
Potem wziąłem dwa ostatnie zastrzyki prontosilu i posyłam Tobie. Wreszcie nasz fryzjer blokowy (z cywila
restaurator spod Poczty w Krakowie) Heniek Liberfreund uznał, że teraz to na pewno będę najlepszym
flegerem wśród literatów. Poza tym cały dzień łażę za listem do Ciebie. List do Ciebie — to te
kartki, ale żeby doszły, gdzie trzeba, muszę mieć nogi. A o te nogi się staram. Wreszcie znalazłem jedną
parę — w długich, czerwonych sznurowanych butach. Nogi mają poza tym czarne okulary, są barczyste i
chodzą co dzień na FKL po trupy dzieci płci męskiej. Te bowiem muszą przejść przez naszą szrajbsztubę,
naszą trupiarnię i nasz SDG’ musi je własnoręcznie obejrzeć. Na porządku świat stoi, czyli mniej poetycznie
— Ordnung muss sein 2 .
Więc nogi chodzą na FKL i są wcale dla mnie życzliwe. Same, powiadają, mają żonę na babskim i wiedzą, jak
jest ciężko. Dlatego list zabiorą ot tak, dla przyjemności. A mnie też, jak się nadarzy okazja. List tedy wysyłam
natychmiast, a sam staram się przyjść do Ciebie. Czuję się nawet w nastroju podróżnym. Moi przyjaciele radzą
wziąć pled i — podłożyć go, gdzie należy. Przy moim szczęściu i obozowej zaradności, słusznie rozumują,
przy pierwszej wycieczce muszę wpaść. Chyba że pójdę pod opieką. Radziłem im wysmarować się balsamem
peruwiańskim na świerzb.
I jeszcze rozglądam się po krajobrazie. Nie zmieniło się nic, tylko błota dziwnie przybyło. Wiosną pachnie.
Będą się ludzie topić w błocie. Z lasu ciągnie raz zapach sosen, a raz dymu. Raz jadą samochody z łachami, a
raz muzułmani z Buny. Raz obiad na efekty, a raz esmani na zmianę warty.
Nie zmieniło się nic. Że wczoraj niedziela, byliśmy na lagrze na kontroli wszy. Okropne są bloki obozowe
zimą! Brudne buksy, wymiecione klepiska i zastarzały zapach ludzki. Bloki nabite ludźmi, ale wszy ani
jednej. Nie darmo odwszenia trwają przez całe noce.
Wychodziliśmy już z bloków po skończonej kontroli, gdy na lager wróciło z kremo sonderkomando. Szli
odymieni, nalani tłuszczem, uginając się pod ciężkimi tobołami. Im wolno wszystko przynosić prócz złota,
lecz tego szmuglują najwięcej.
Spod bloków wyrwały się grupki ludzi, wpadały w maszerujące szeregi i porywały upatrzone pakunki. Krzyki,
przekleństwa i razykotłowały się w powietrzu. Wreszcie sonder znikło w bramie swego, odgrodzonego od
reszty obozu murem, podwórza. Zaraz jednak chyłkiem poczęli się wymykać Żydzi na handel, na organizację
i w odwiedziny.
Zahaczyłem jednego z nich, przyjaciela z naszego byłego komanda. Ja zachorowałem i poszedłem na KB.
On miał więcej „szczęścia” i poszedł do sonder. Zawsze lepiej niż łopatą robić o misce zupy. Wyciągnął
serdecznie rękę.
— A, to ty? Potrzebujesz czego? Jak masz jabłka...
— Nie, jabłek nie mam dla ciebie — odrzekłem przyjaźnie. — Nie umarłeś jeszcze, Abramek? Co słychać?
— Nic ciekawego. Czeski my zagazowali.
— To wiem i bez ciebie. A osobiście?
— Osobiście? Jakie u mnie może być „osobiście”? Komin, blok i znowu komin? Albo ja mam tu kogo? A,
chcesz wiedzieć — osobiście: wykombinowali my nowy sposób palenia w kominie. A wiesz jaki?
Byłem bardzo uprzejmie ciekaw.
— A taki, że bierzemy cztery dzieciaki z włosami, przytykamy głowy do kupy i podpalamy włosy. Potem pali
się samo i jest gemacht.
— Winszuję — rzekłem sucho, bez entuzjazmu. Roześmiał się dziwnie i popatrzył mi w oczy:
— Te, fleger, u nas, w Auschwitzu, my musimy bawić się, jak umiemy. Jak by szło inaczej wytrzymać?
I wsadziwszy ręce w kieszeń odszedł bez pożegnania. Ale to jest nieprawda i groteska, jak cały obóz, jak,cały świat
Ewa Lipska: List
Kiedy umrę napisz mi list.
Długi list — jak świat nieobeszły.
Napisz jak w życiu umierasz. Jak poetom
zbiory wierszy tego lata przeszły.
Jak otwierasz widoki przez okno.
Czy zapinasz na wietrze płaszcz.
I czy rzeki w deszczu jeszcze mokną
albo suche płyną odwrotnie.
I czy dalej się dziwisz że poeta W
pisze tak bardzo podobnie jak poeta A.
I że pan w czerwonej koszuli lubi z tobą mówić.
I że dwa dodać dwa też równa się dwa.
Napisz jak chodzisz teraz:
ostrożniej? bardziej smutno? czy w berecie?
Napisz jak w życiu umierasz.
Na list twój czekam. Wiesz przecież.
A jeśli będę umiała
odpiszę ci i przez sen podam.
Albo przyjdę. Tak bardzo bym chciała.
Ale nie wiem jaka będzie pogoda.
Strona 1 z 4