motyw

motyw

  • Utopia – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw utopii przedstawia projekty idealnego ładu i pozwala pytać o cenę doskonałego społeczeństwa. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Utopia w języku polskim

    Definicja utopii

    1. nieziszczalny pomysł, mrzonka;
    2. nie liczący się z możliwościami realizacji ideał społeczeństwa szczęśliwego.

    Źródło: Słownik języka polskiego, PWN 2003.

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    bujanie w obłokach, chimera, marzenie, mrzonka, rojenie

    Słownictwo powiązane z utopią:

    antyutopia, dystopia, sprawiedliwość społeczna, ład społeczny,wolność, totalitaryzm

    Związki frazeologiczne:

    czarna utopia, biała utopia

    Utopia w renesansie

    T.Morus: Utopia - tekst (fragment)

    W Utopii jest 54 przestronnych i wspaniałych miast. Mowa ich mieszkańców i obyczaje, urządzenia i prawa są zupełnie jednakowe. Wszystkie miasta założone są według jednego planu i takie same mają budynki, jeśli tylko pozwalają na to warunki miejscowe. Najmniejsza odległość między miastami wynosi 24000 kroków, największa zaś wymaga jednego dnia drogi pieszej. Corocznie z każdego miasta trzej starsi i doświadczeni obywatele udają się jako posłowie do miasta do Amaurotum na obrady, dotyczące wspólnych spraw całej wyspy. To miasto jest stolicą, ponieważ leżąc w środku kraju najbardziej odpowiada wszystkim posłom. [...]
    [...] Żadnemu miastu nie zachciewa się rozszerzać swoich posiadłości, ponieważ mieszkańcy ich nie uważają się za właścicieli ziemi, lecz raczej za włodarzy. Wśród pól widać wszędzie domy, zaopatrzone w sprzęty gospodarskie i  odpowiednio urządzone; służą one za mieszkania obywatelom, których miasta wysyłają kolejno na wieś.
    Każda rodzina wiejska składa się przynajmniej z 40 osób, mężczyzn i kobiet, oraz dwóch niewolników i podlega kierownictwu dwojga poważnych rozumnych ludzi, to jest ojca i matki rodziny. [...]
    Kto pozna jedno miasto Utopii, pozna wszystkie, tak dalece podobne są do siebie, o ile tylko pozwala na to naturalne położenie miejsca. [...] Każdy dom ma bramę od ulicy i tylną do ogrodu. [...] Każdy może swobodnie wejść: tak dalece nie ma tam żadnej własności prywatnej. Nawet domy zmieniają co dziesięć lat, losując, który komu ma przypaść w udziale. [...]

    Przecież głównym celem całego ustroju społecznego Utopii, obok zaspokojenia koniecznych potrzeb ogólnych, jest zapewnienie wszystkim obywatelom jak największej ilości czasu, aby, oderwawszy się od trosk materialnych, mogli swobodnie poświęcać się kulturze duchowej. W tym bowiem upatrują życie szczęśliwe. [...]
    4. Ludność miasta składa się z rodzin [...]. Ludność każdego miasta powinna składać się z 6000 rodzin, nie licząc senatu, żadna zaś rodzina nie może posiadać mniej niż 10, a więcej niż 16 dorosłych osób. Ilości dzieci nieletnich nie można z góry ograniczać. [...] gdy bowiem jakaś rodzina zanadto się powiększa się, wówczas nadmiar dzieci przydziela się rodzinie uboższej w potomstwo. Podobnie jak jakieś miasto posiada więcej mieszkańców, niż powinno mieć, wtedy tą nadwyżką uzupełniają słabiej zaludnione miasta. A jeśliby przypadkiem nastąpiło przeludnienie na całej wyspie, w takim razie wysiedlają z każdego miasta pewną ilość obywateli i na najbliższym lądzie stałym [...] zakładają osadę zgodnie ze swoimi zwyczajami i proponują miejscowej ludności wzajemne współżycie. [...]

    Całe miasto podzielone jest na 4 równe części. W środku każdej dzielnicy jest rynek, gdzie można wszystko dostać. Tutaj zwozi się do składnic dorobek pracy wszystkich rodzin, a potem sortuje się wyroby i przechowuje się w magazynach. Każdy ojciec rodziny przychodzi tu i prosi o to, czego on sam bądź też jego rodzina potrzebuje, i otrzymuje bez pieniędzy czy jakiegoś innego wynagrodzenia. [...]

    5. [...] jeśliby ktoś samowolnie, bez listu od księcia, przekroczył granicę swej prowincji i został przychwytany, naraża się na haniebne skutki: [...] karę, a w razie ponownego wykroczenia traci wolność. [...]

    [...] w Utopii pod żadnym pozorem nie wolno oddawać się próżniactwu i lenistwu. Nie ma tam ani jednej winiarni czy piwiarni, ani domu rozpusty, nie ma żadnej sposobności do zepsucia, żadnych brudnych nor ani tajemnych schadzek. Ciągły dozór publiczny zmusza wszystkich bądź do ustalonej zwyczajem pracy, bądź do przyzwoitej rozrywki. [...]

    10. [...] ustrój tego państwa, które [...] nie tylko najlepiej jest urządzone, lecz także jest jedynym, które może zupełnie słusznie nazywać się rzeczpospolitą. Gdzie indziej bowiem ci, którzy zawsze na ustach mają dobro publiczne, dbają tylko o swój własny interes, tu natomiast, gdzie nie ma żadnej własności prywatnej, wszyscy poważnie troszczą się o sprawy publiczne i w obu wypadkach nie można się temu dziwić. Jeśli bowiem chodzi o inne kraje, któż nie wie, że jeśliby prywatnie nie zabiegał o własne interesy, zginąłby z głodu pomimo kwitnącego stanu państwa; toteż konieczność przynagla każdego, aby raczej o sobie myślał niż o państwie; czyli o swoich rodakach. Natomiast w Utopii, gdzie wszystko należy do wszystkich, nikt nie wątpi, że nikomu nie zabraknie niczego, co potrzebne do osobistego użytku, byleby spichlerze publiczne były pełne; w tym bowiem kraju nie rozdziela się skąpo dóbr narodowych. Nie widać tam ani biednych, ani żebraków i choć nikt nie nazywa niczego swoją własnością, każdy jest bogaty.

    Źródło:

    http://www.historycy.org/index.php?showtopic=29371

    Utopia w pozytywizmie

    ; .

    Karol Marks, Fryderyk Engels: Manifest partii komunistycznej

    Robotnicy nie mają ojczyzny. Nie można im odebrać tego, czego nie mają. Wobec tego, że proletariat musi przede wszystkim zdobyć sobie wiedzę polityczną, wznieść się do stanowiska klasy narodowej, ukonstytuować się jako naród - jest sam jeszcze narodowy, aczkolwiek bynajmniej nie w znaczeniu burżuazyjnym.

    Odosobnienie i przeciwieństwa narodowe między ludami zanikają coraz bardziej już z rozwojem burżuazji, wolnością bandlu, rynkiem światowym, uniformizmem produkcji przemysłowej i odpowiadających jej warunków życia.
    Panowanie proletariatu jeszcze bardziej spotęguje icb zanikanie. Zjednoczona akcja, przynajmniej krajów cywilizowanycb, jest jednym z pierwszycb warunków jego wyzwolenia. W miarę tego jak będzie usuwany wyzysk jednostki przez jednostkę, będzie też usuwany wyzysk jednego narodu przezdrugi. Z zanikiem przeciwieństwa między klasami w łonie narodu znikać będzie wzajemna wrogość między narodami.
    Oskarżenia wysuwane przeciw komunizmowi z religijnych, filozoficznych i w ogóle ideologicznych punktów widzenia nie zasługują na szczegótowe roztrząsanie. Czyż trzeba głębokiej wnikliwości, by zrozumieć, że wraz z warunkami życia ludzi, ich stosunkami społecznymi, bytem społecznym zmieniają się także icb wyobrażenia, poglądy i pojęcia - słowern, także ich świadomość? Czegóż dowodzi historia idei, jeżeli nie tego, że produkcja duchowa przeobraża się wraz z materialną? Ideami panującymi każdej epoki były zawsze tylko idee klasy panującej.

    Mówi się o ideach rewolucjonizujących cale społeczeństwo; w ten sposób stwierdza się tylko fakt, że w tonie starego społeczeństwa wytworzyły się pierwiastki nowego, że rozkwitowi dawnych warunków życia towarzyszy rozkwit dawnych idei. Gdy świat starożytny chylił się ku upadkowi, dawne religie zostały zwyciężone przez religię chrześcijańską. Gdy w wieku XVIII idee chrześcijańskie zostały pokonane przez idee Oświecenia, społeczeństwo feudalne toczyło przedśmiertną walkę z rewolucyjną naówczas burżuazją. Idee wolności sumienia i wyznania wyrażały tylko panowanie wolnej konkurencji w dziedzinie sumienia.

    „Ale" - powiedzą - „idee religijne, moralne, filozoficzne, polityczne, prawne itp. przeobrażały się oczywiście w przebiegu rozwoju historycznego. Religia, moralność, filozofia, polityka, prawo ostawały się jednak zawsze mimo tych przeobrażeń. Istnieją nadto prawdy wieczyste, jak wolność, sprawiedliwość itp., wspólne wszystkim ustrojom społecznym. A komunizm znosi wieczyste prawdy, znosi religię, moralność, zamiast nadać im nową formę, staje więc w sprzeczności z całym dotychczasowym rozwojem historycznym".

    Do czego się sprowadza to oskarżenie? Cała dotychczasowa historia społeczeństwa przebiegała w przeciwieństwach klasowych, przybierających w różnych okresach różne formy.
    Jakiekolwiek jednak formy przybierały te przeciwieństwa, wyzysk jednej części społeczeństwa przez drugą byl faktem wspólnym dla wszystkich ubiegłych stuleci. Nic więc dziwnego, że świadomość społeczna wszystkich tych stuleci, mimo całej różnorodności i odmienności, obraca się w pewnych wspólnych formach, w takich formach świadomości, które zanikną doszczętnie dopiero z zupełnym zniknięciem przeciwieństw klasowych.

    Rewolucja komunistyczna jest najradykalniejszym zerwaniem z tradycyjnymi stosunkami własności; nic dziwnego, że w swym przebiegu przyniesie ona również najradykalniejsze zerwanie z tradycyjnym i ideami. Dość jednak o zarzutach burżuazji przeciw komunizmowi.

    Widzieliśmy już wyżej, że pierwszym krokiem rewolucji robotniczej jest wydźwignięcie proletariatu do stanowiska klasy panującej, wywalczenie demokracji. Proletariat użyje swego panowania politycznego na to, by krok za krokiem wyrwać z rąk burżuazji cały kapilal, scentralizować wszystkie narzędzia produkcji w ręku państwa, tzu. w ręku zorganizowanego jako klasa panująca proletariatu, i możliwie szybko zwiększyć masę sil wytwórczych. Początkowo może się to oczywiście dokonać tylko za pomocą despotycznych wtargnięć w prawo własności i w burżuazyjne stosunki produkcji, a więc za pomocą posunięć, które ekonomicznie wydają się niedostateczne i nieuzasadnione, które jednak w przebiegu ruchu przerastają same siebie i są nieuniknione jako środki przewrotu w całym sposobie produkcji.

    Posunięcia te będą oczywiście w różnych krajach odpowiednio różne. Jednakże w krajach najdalej w rozwoju zaawansowanych będą mogły na ogół znaleźć powszechne zastosowanie posunięcia następujące:
    1. Wywłaszczenie własności ziemskiej i użycie renty gruntowej na wydatki państwowe.
    2. Wysoka progresja podatkowa.
    3. Zniesienie prawa dziedziczenia.
    4. Konfiskata własności wszystkich emigrantów i buntowników.
    5. Scentralizowanie kredytu w rękach państwa poprzez bank narodowy o kapitale państwowym i o społecznym monopolu.
    6. Scentralizowanie środków transportu w rękach państwa.
    7. Zwiększenie liczb fabryk państwowych, narzędzi produkcji, udostępnianie grunutów do uprawy i ich melioracja według społecznego planu.
    8. Jednaki przymus pracy dla wszystkich, utworzenie armii przemysłowych, zwłaszcza dla rolnictwa.
    9. Zespolenie rolnictwa i przemysłu, oddziałuje w kierunku stopniowego usunięcia przeciwieństwa między miastem a wsią.
    10. Publiczne i bezpłatne wychowanie wszystkich dzieci. Zniesienie pracy fabrycznej dzieci w jej dzisiejszej postaci. Połączę nie wychowania z produkcją materialną itd. itd.

    Gdy w przebiegu rozwoju znikną różnice klasowe i cała produkcja zostanie skupiona w rękach zrzeszonych jednostek, władza publiczna utraci swój charakter polityczny. Wfcidza polityczna we właściwym znaczeniu jest zorganizowaną przemocą jednej klasy w celu uciskania innej. Gdy w walce z burżuazją proletariat suą rzeczy jednoczy siew klasę, poprzez rewolucję staje się klasą panującą i jako klasa panująca znosi przemocą dawne stosunki produkcji, to wraz z tymi stosunkami produkcji znosi warunki istnienia przeciwieństw klasowych, znosi w ogóle klasy i tym samym swoje własne panowanie jako klasy.
    Miejsce dawnego społeczeństwa burżuazyjnego z jego klasami i przeciwieństwami klasowymi zajmuje zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich.

    Źródła:

    http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/marks-engels01.pdf

    https://www.marxists.org/polski/marks-engels/1844/rekopisy/index.htm

    Utopia w dwudziestoleciu międzywojennym

    Stefan Żeromski: Przedwiośnie, Szklane domy (fragment)

    Baryka zaczął dawać odpowiedź, dlaczego mają do Polski podążać. W wagonie było powietrze tak zepsute i ciężkie, iż Seweryn był niby owa wieszczka grecka, której trójnóg znajdował się nad szczeliną wydzielającą gazy odurzające. Mówił z przymkniętymi oczyma w odurzeniu od trującego zaduchu wędrowców przemierzających równiny Rosji niezmierzonej.

    Dlatego do Polski — mówił — że tam się zaczęła nowa cywilizacja. [...] Narodził się był w Polsce człowiek jeden, a nazywa się tak samo jak my obaj — Baryka — człowiek genialny. [...]

    Nasz kuzyn Baryka torf wysuszony w specjalnych suszarniach sprzedał na opał, a w ogromnym torfowisku wybierał wciąż kanał idący w półokrąg, na dziewięć metrów głęboki i kilkanaście szeroki a zawracający wylotem swoim znowu do morza. Utworzył coś w rodzaju ogromnej litery U, brzuścem dolnym zwrócone do lądu, a górnymi, szeroko rozstawionymi szczytami łączące się z morzem. Te dwa szczyty połączył z morzem, gdy kanał został obustronnie drzewem ocembrowany.

    — Ciekawy kanał ! I cóż dalej ?.

    — Cały ów kanał leży niżej od poziomu morza, niżej nawet od jego dna przy brzegach, gdzie się od wyrzucanych wciąż piasków poziom dźwignął w górę. Cała ta kombinacja zależała od studium morza w tej jego części. Nasz imiennik przeprowadził pilne badanie morza, gdy tam początkowo defilował po wybrzeżu — a zwłaszcza badanie pewnego silnego prądu przybrzeżnego, który z oceanu poprzez Zund, Kattegat i Skagerrak idzie ku wschodowi. Lewe ramię kanałowej litery U nasz Baryka podstawił niejako pod ów prąd zachodni i wpuścił olbrzymią siłę wodną do wnętrza. Wpuszczał ów prąd zachodni jednym ramieniem kanału, a drugim go wylewał. Olbrzymia siła wodna nagłym pędem przebiegała przez jego kanał. Wzdłuż owego kanału pobudował fabryki, poruszane przez turbiny, ustawione tu i tam na całej długości. Była to po prawdzie jedna wielka fabryka: olbrzymia huta szklana. [...] Od tego się ta cywilizacja zaczęła.

    — Od jednej szklanej huty?

    — Tak!

    — Jakaś — mam wrażenie — krucha i łatwo tłukąca się cywilizacja.

    — Przeciwnie! Najmocniejsza na tym padole z żelaza i betonu.

    — Szkło się łatwo tłucze.

    — Nie takie szkło! Baryka — nasz imiennik — produkuje szkło belkowe. Za pomocą olbrzymiej siły, którą ma darmo od prądu zachodniego, zwłaszcza wobec wiatrów zachodnich, które tam trwają niemal stale, otrzymuje niezmierną masę popędu elektrycznego, z które— go pomocą topi piasek nadmorski... [...] Z olbrzymiej masy płynnej wyciąga gotowe belki, tafle, kliny, zworniki, odlane, a raczej ulane według danego architektonicznego planu. Cały szklany parterowy dom, ze ścianami ściśle dopasowanymi z belek, które się składa na wieniec, a spaja w ciągu godziny, Z podłogą, sufitem i dachem z tafel — oddaje nabywcy gotowe. W domach tego typu, wiejskich, czyli jak się dawniej mówiło, chłopskich, nie ma pieców. Gorąca woda w zimie idzie dokoła ścian, wewnątrz belek, obiegając każdy pokój. Pod sufitem pracują szklane wentylatory normujące pożądane ciepło i wprowadzające do wnętrza zawsze świeże powietrze.

    — W lecie musi być w takim domeczku niczym w Baku na rynku podczas kanikuły.

    — Mylisz się, niewierny! Tymi samymi wewnętrznymi rurami idzie w lecie woda zimna obiegająca każdy pokój. Woda ochładza ściany, wskutek czego jest w takim domku podczas największego upału jak w bakińskiej naszej piwnicy, tylko bez jej zgnilizny i odoru. Tąż wodą zmywa się stale szklane podłogi, ściany i sufity, szerząc chłód i czystość. Nawet nie wymaga ci to żadnej pracy specjalnej, gdyż rury od— prowadzające zużytą wodę i wszelką nieczystość uchodzą do szklanych kloak, wkopanych opodal w ziemię.

    — Jakieś gablotki, do licha, nie ludzkie mieszkania!

    — Istne gablotki. Chłop polski, niezbyt, powiedzmy, przepadający za czystością, jak to jest wszędzie na wsi, przy pracy koło krów, koni, kóz i owiec — choćby nie chciał, musi sobie w izbie zaprowadzić, zapuścić — uważasz — czystość, żeby mu snadź w izbie szklanej nie było gorąco. Wciąż mu baba zmywa izbę, ściany, podłogę — a wilgoci ani krzty, bo nie ma co gnić ani pleśnieć, ani śmierdzieć widzialnym czy niewidzialnym brudem, jako że naczynia wszystkie, sprzęty, graty, meble — szklane.

    — Oszaleć!

    — Oszaleć, ale z zachwytu. Bo te domy komponują artyści. Wielcy artyści. Dzisiaj są ich tam już setki. I powiem ci, nie są to nudziarze, snoby, żebraki, produkujące bzdury i głupstwa, śmieszne cudactwa i małpiarstwa dla znudzonych sobą i nimi bogaczów, lecz ludzie mądrzy, pożyteczni, twórcy świadomi i natchnieni, wypracowujący przedmioty ozdobne, piękne a użyteczne, liczne, wielorakie, genialne a godne jak najszerszego rozmnożenia — dla pracowników, braci swych, dla ludu. Domy są kolorowe, zależnie od natury okolicy, od natchnienia artysty, ale i od upodobania mieszkańców. Są na tle okolic leśnych domy śnieżnie białe, w równinach — różowe, w pagórkach — jasnozielone, z odcieniem fioletu albo koloru nasturcji. Domy te są najwymyślniej, najfantastyczniej, najbogaciej zdobione, według wskazań artystów i upodobań nabywców, bo belkę ściany i taflę dachu można w stanie jej płynnym zabarwić, jak się żywnie podoba. Co tylko bezgraniczna fantazja kolorysty może począć i ujrzeć w boskiej tajemnicy organu oka, w darze niebios, we wzroku — jaka tylko barwa jawi się w przepychu kwiatów na łące pod koniec czerwca, to wszystko, to wszystko ujęte w natchnieniu, sformułowane przez twórczą świadomość, artystyczną mądrość i akty pracowitej woli, zobaczysz w zewnętrznych i wewnętrznych kompozycjach kolorowych chat nowoczesnych polskich chłopów. Są to istne marzenia futurystyczne, ucieleśnione w podatnym i posłusznym szklanym materiale.

    — I tyś to widział tam'? Takie wsie? Tata!

    — Jakże! Całe okolice, powiaty, województwa! [...] Szklane domy kosztują niezmiernie tanio, gdyż przecie przy ich budowie nie ma mularzów, cieślów, stolarzy i gonciarzy. Sam materiał jeno, transport na miejsce i dwu, trzech monterów. Sam dom — bez robót ziemnych — buduje się w ciągu trzech, czterech dni. Jest to bowiem tylko składanie części dopasowanych w fabryce. Materiał, nawet z wynagrodzeniem artystów, nie kosztuje nad morzem drożej niż na miejscu drzewo budulcowe. Nie mówię już o cegle, wapnie i płacy robotnika, strajkującego wciąż z racji rosnącej drożyzny.

    — A w fabryce tego naszego kuzynka już nie strajkują?

    — Nie. Fabryka jest kooperatywną własnością pracowników, techników i artystów. Sam ów Baryka zakłada wciąż nowe turbiny, buduje huty i idzie dalej. Taka jest wola jego geniuszu.

    — Dokądże on tak idzie dalej?

    — Do swoich odległych celów. Teraz wieś polska jeszcze nie jest dobrze zabudowana. Każdy domek szklany jeszcze się w zimie ogrzewa, a w lecie oziębia przy pomocy swego własnego, indywidualnego kotła i własnej kuchni, przypartej do budynku. Już teraz bardzo mała ilość paliwa ogrzewa kocioł, rozprowadza rurami ciepło i tworzy z małego domu wiejskiego pewien rodzaj termosu, który trzyma własne ciepło. Ale to nie jest ideał. Każda wieś powinna mieć wspólną ogrzewalnię i wspólną chłodniç. Do tego jednak potrzebna jest powszechna elektryfikacja kraju. To samo stosuje się do pompowania wody. Dziś zużytkowuje się domowe studzienki, nieraz zabrudzone i źle urządzone.

    Jednak wzrost spożycia i użycia w domach wody przegotowanej już dziś wpłynął na zmniejszenie chorób zaraźliwych.

    — Czy już koniec?

    — Jeszcze nie, mój synku. Skoro rzeka Wisła w całej swojej długości i ze wszystkimi dopływami toczyć się poczęła poprzez państwo narodowe polskie, Baryka zużył bieg jej wód tak samo jak słony prąd morski, z zachodu zdążający ku wschodowi. [...] Wody, ujęte w ciasne łożysko, zimą i latem pracują. Obracają szeregi turbin, a będą wkrótce obracać tysiąc tysięcy. Niezmierzona siła elektryczna zastąpiła siłę koni i wołów. W całym dorzeczu już opanowanym pracują pługi i wszelakie narzędzia rolne popędzane elektrycznie. Już dziś na tych obszarach drzewo staje się rzeczą nietykalną, świętą, a szlachetnemu zwierzęciu zwraca się jego godność — Apisa i czarnego rumaka Swarożyca.

    — Godność wołu idącego do szlachtuza w celu przemienienia Się na godne bifsztyki.

    — Niekoniecznie. W nowej cywilizacji niekoniecznie będzie się pożerało mięso starszych naszych braci w Darwinie. Chłopom polskim nie przyjdzie to z trudnością, nie będą oni ponosili żadnego wyrzeczenia się, gdyż dziś prawie wcale mięsa nie jadają. Rzadko kiedy, jedynie bodaj na tak zwane godne święta. Jeżeli się odejmie od nich dzisiejsze zaraźliwe choroby, brud i złe powietrze chlewów mieszkalnych, to będą oni rasą najzdrowszą na ziemi. Przy zmniejszeniu okropnej ich pracy na roli — tym mniej będą potrzebowali jeść mięsa.

    — Marzenia! Marzenia!

    — Marzenia, o młody rewolucjonisto? Mówmy o nowych wsiach szklanych. Już się one nie palą, a i piorun w nie nie bije. Chaty w niektórych osiedlach połączone już są szklanymi chodnikami. Obszerne gromadzkie szklane obory i gromadzkie chlewy dają możność rozwinięcia nowych przemysłów mlecznych, kooperatywnej hodowli świń. [...]

    — Można by więc tę nową lechicką cywilizację nazywać nie tyle szklaną, ile świńską.

    — Dlaczego, synku? Nie jest ona ufundowana jedynie na poczciwych świnkach. Szkło tam gra główną rolę. Reforma rolna, którą właśnie tam przedsiębiorą i rozważają, chociażby jak najbiedniej wypadła, nie będzie papierową, teoretyczną, niezniszczalną, lecz rzeczywistą i skuteczną. Rozciągnie ona nowe szklane domy, rozrzuci je po szerokich pustkach, ugorach, polach, lasach dawnych latyfundiów. Trudniej będzie o światło i siłę elektryczną. Ale tego światła i tej siły będzie z miesiąca na miesiąc przybywać w miarę obwałowania szklanym murem rzeki Wisły. Siły i światła będzie taki ogrom, iż ono wszędzie dosięgnie. Zobaczymy wnet narzędzia do orki, siewu, żniwa i omłotu, poruszane przez tę moc błogosławioną.

    — Ano — zobaczymy.

    — A cóż powiesz o szkołach szklanych! O kościołach zakwitających na wzgórzach, według marzenia i skinienia artystów, w formach tak pięknych, iż wobec nich zagaśnie i zblednie wszystko, co dotąd było. [...] Mój synku! Domy robotnicze pod Warszawą, które Baryka planuje — a miałem szczęście widzieć te plany — są wygodniejsze, zdrowsze, czyściejsze, piękniejsze od najwyszukańszych pałaców arystokracji, od will bogaczów amerykańskich, a lepsze od siedlisk królów. Dwa pokoje, lecz dwa pokoje najczystsze, najzdrowsze, najładniejsze, czyż to nie szczyt marzeń dla samotnego człowieka?

    — Wydaje mi się, że cokolwieczek za dużo tam ma być czystości. Przydałoby się cokolwiek brudnej zakwaski. Co zaś do wyż wzmiankowanych burżujów tudzież ci-devant królów, to wolą oni, jak sądzę, mieszkać po staremu. Wolą taki, dajmy na to, apartamencik, jaki my niegdyś zajmowaliśmy w Baku — co, tatku? — jak my ongi w Baku — pięć, sześć pokojów, choćby tam już — niech będzie! — kamiennych, niż te szklanki ciągle opłukiwane w wodzie.

    — Nigdy! Przenigdy! Okazuje się przecie, właśnie wskutek i wobec wynalazku naszego Baryki, że wyrazem bogactwa nie jest pieniądz ani nagromadzenie wartości realnych, drogocennych przedmiotów i rzadkich fatałachów, tylko — zdrowie. [...] Cóż to oznacza? Oto zdrowie — apetyt i pragnienie, twardy sen po ciężkiej pracy fizycznej — stało się jedynym bogactwem bogacza. A zdrowie zupełne da, zabezpieczy i podtrzyma właśnie dom szklany. Higiena, wygoda, absolutna czystość. Praca, spokój, zadowolenie wewnętrzne, wesołość.

    Adolf Huxley, Nowy wspaniały świat, rozdział I (fragmenty)

  • Uzależnienie – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw uzależnienia pokazuje utratę kontroli, zniewolenie, konsekwencje nałogu i próby odzyskania wolności. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Uzależnienie w języku polskim

    Definicja uzależnienia

    stan psychicznej i fizycznej zależności od jakiegoś psychoaktywnego środka chemicznego, przejawiający się przymusem jego przyjmowania w oczekiwaniu na efekty działania tego środka lub dla uniknięcia objawów abstynencyjnych;
    np. uzależnienia: lekowe, toksykomanie, lekomanie, narkomanie, nikotynizm; niekiedy za uzależnienia uznaje się wszystkie nawykowe zachowania z zatraceniem indywidualnej niezależności (np. uzależnienie od mody, telewizji, komputera). 

     Źródło: http://encyklopedia.pwn.pl/haslo.php?id=3992023

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    nałóg

    Słownictwo powiązane z uzależnieniem:

    alkoholizm, nikotynizm, narkomania, lekomania, odwyk, grupa wsparcia, głód narkotykowy/nikotynowy/alkoholowy,

    marihuana, cannabis, gandzia, gówno, gram, holender, jaranie, konopie indyjskie, marycha, maryśka, trawa, trawka, ziele, zielone, zielsko, zioło

    alkohol, gorzała, okowita, woda ognista, wóda, wódzia, małpka, flaszka,

    Związki frazeologiczne:

    narkotyki twarde, narkotyki miękkie, alkohol uderza komuś do głowy, alkohol poszedł komuś w nogi, topić smutki w alkoholu, alkohol wywietrzał komuś z głowy,

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Gorszy nałóg niż przyzwyczajenie.

    Co w czyim sercu na dnie, to wódka wywiedzie snadnie.

    Kto się przerzuci z wódki na mleko, nie pociągnie daleko.

    Od wódki rozum krótki.

    Przyjaźń zawarta przy kieliszku wódki zwykle ma żywot krótki.

    Stare wino, żona młoda, niejednemu życia doda.

    Nie masz wina nad węgrzyna.

    Do trzydziestki grzeje żona, po trzydziestce wódka, a potem nawet piec nie ogrzeje. (rosyjskie)

    Lek nie uleczy zmyślonej choroby, a wódka nie uleczy prawdziwego smutku. (chińskie)

    Aforyzmy

    Za to, co kosztuje jeden nałóg, można wychować dwoje dzieci.

    Benjamin Franklin

    Nałóg to dowód człowieczeństwa.

    Emanuel Schmitt

    Panie, daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę; daj mi cierpliwość, abym zniósł to, czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżniał jedno od drugiego.

    Friedrich Christoph Oetinger

    Jest tylko jeden sposób, aby czuć się dobrze: należy nauczyć się być zadowolonym z tego, co się otrzymało, a nie dążyć do tego, czego akurat nie ma.

    Theodor Fontane

    Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy. Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go.

    Seneka

    Inne ciekawe cytaty:

    "Te odwiedziny trwały bardzo krótko, pogrążyły jednak Małego Księcia w głębokim  smutku.                                           

    Co ty tu robisz? - spytał Pijaka, którego zastał siedzącego w milczeniu przed baterią butelek pełnych i baterią butelek pustych.

    Piję - odpowiedział ponuro Pijak.

    Dlaczego pijesz? - spytał Mały Książe.

    Aby zapomnieć - odpowiedział Pijak.

    O czym zapomnieć? - zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu współczuć.

    Aby zapomnieć, że się wstydzę - powiedział Pijak, schylając głowę.

    Czego się wstydzisz? - dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc.

    Wstydzę się, że piję - zakończył Pijak rozmowę i pogrążył się w milczeniu."

    Antoine de Saint Exupery "Mały książę"

    "Piliśmy, aby zyskać wolność, a staliśmy się niewolnikami. 
    Piliśmy, aby osiągnąć szczęście, a staliśmy się nieszczęśliwi. 
    Piliśmy, aby zdobyć przyjaźń, a zyskaliśmy wrogów. 
    Piliśmy, aby zapomnieć, a to niechciane stale do nas wraca. 
    Piliśmy, aby się bawić, a wpadliśmy w przygnębienie. 
    Piliśmy, aby pozbyć się problemów, a pomnożyliśmy je."

    Wanda Sztander "Poza kontrolą"

    Uzależnienie w romantyzmie

    Alkoholizm w Panu Tadeuszu A. Mickiewicza

    Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga X

    Poniżej znajduje się fragment spowiedzi Jacka Soplicy.

    Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić:

    Zemścić się krwawo, ale powód zemsty taić,

    Nie bywać w zamku, miłość z serca wykorzenić,

    Puścić w niepamięć Ewę, z inną się ożenić,

    A potem, potem jaką wynaleźć zaczepkę,

    Pomścić się.

    I zdało mi się zrazu, żem już serce zmienił,

    I rad byłem z wymysłu, i - jam się ożenił

    Z pierwszą, którąm napotkał dziewczyną ubogą!

    Źlem zrobił - jakże byłem ukarany srogo!

    Nie kochałem jej. Biedna matka Tadeusza,

    Najprzywiązańsza do mnie, najpoczciwsza dusza -

    Ale ja dawną miłość i złość w sercu dusił,

    Byłem jakby szalony, darmom siebie musił

    Zająć się gospodarstwem albo interesem;

    Wszystko na próżno! Zemsty opętany biesem,

    Zły, opryskliwy, znaleźć nie mogłem pociechy

    W niczem na świecie -

    i tak z grzechów w nowe grzechy...Zacząłem pić.

    I tak niedługo żona ma z żalu umarła

    Zostawiwszy to dziecię, a mnie rozpacz żarła!

    Jakże mocno musiałem kochać tę niebogę,

    Tyle lat! gdziem ja nie był! a dotąd nie mogę

    Jej zapomnieć i zawżdy jej postać kochana

    Stoi mi przed oczyma jakby malowana!

    Piłem, nie mogłem zapić pamięci na chwilę

    Ani pozbyć się, chociaż przebiegłem ziem tyle!

    Uzależnienie w pozytywizmie

    Hazard w Lalce B. Prusa

    B. Prus, Lalka Tom I rozdział 13

    Maruszewicz otarł pot z czoła, widząc, że Wokulski znowu przypatruje mu się badawczo.

    — Więc to baron potrzebuje pieniędzy?

    — Tak — szybko odparł młody człowiek.

    — Tysiąca rubli nie dam, ale tak trzysta... czterysta... I to na kwit z podpisem barona.

    — Czterysta! — powtórzył machinalnie młody człowiek i nagle dodał: — Za godzinę przywiozę kwit barona... Pan tu będzie?

    — Będę...

    Maruszewicz opuścił gabinet i za godzinę istotnie wrócił z kwitem podpisanym przez barona Krzeszowskiego. Wokulski, przeczytawszy dokument, włożył go do kasy i wzamian dał Maruszewiczowi czterysta rubli.

    — Baron postara się w jak najkrótszym czasie... — mruczał Maruszewicz.

    — Nic pilnego — odpowiedział Wokulski. — Podobno baron chory?

    — Tak... trochę... Jutro lub pojutrze wyieżdża... Zwróci w jaknajkrótszym...

    Wokulski pożegnał go bardzo obojętnym ruchem głowy.

    Młody człowiek prędko opuścił sklep, zapomniawszy nawet zwrócić Rzeckiemu rubla wziętego na dorożkę. Gdy zaś znalazł się na ulicy, odetchnął i począł myśleć:

    „Ach, podły kupczyk!... Ośmielił się dać mi czterysta rubli, zamiast tysiąca... Boże, jak srogo karzesz mnie za lekkomyślność... Bylem się odegrał, słowo honoru, cisnę mu w oczy te czterysta rubli i tamtych dwieście... Boże, jak nisko upadłem...

    Przyszli mu na myśl kelnerzy różnych restauracyj, markierzy bilardów i szwajcarzy hotelowi, od których również bardzo rozmaitemi sposobami wydobywał pieniądze. Ale żaden z nich nie wydał mu się tak wstrętnym i godnym pogardy, jak Wokulski.

    „Słowo honoru — myślał, — dobrowolnie wlazłem mu w te obrzydliwe łapy... Boże, jak karzesz mnie za lekkomyślność..."

    Lecz Wokulski, po odejściu Maruszewicza, był kontent.

    „Zdaje mi się — myślał, — że jest to hultaj dużej ręki, a przy tem sprytny. Chciał ode mnie posady, lecz sam ją znalazł: śledzi mnie i donosi innym. Mógłby mi narobić kłopotu, gdyby nie te czterysta rubli, które wziął, jestem pewny, za sfałszowanym podpisem. Krzeszowski, przy całem swojem bzikowstwie i próżniactwie, jest człowiek uczciwy... (Czy próżniak może być uczciwym?....) W żadnym razie nie poświęciłby interesów, czy kaprysów swojej żony, za pożyczkę wziętą odemnie..."

    Lalka, Tom II, rozdział IX

    W październiku, jakoś w tym czasie, kiedy Matejko skończył malować bitwę grunwaldzką (duży to obraz i okazały, tylko nie trzeba go pokazywać żołnierzom, którzy przyjmowali udział w bitwach), wpada do sklepu Maruszewicz, ten przyjaciel pani baronowej Krzeszowskiej. Widzę - magnat całą gębą! Na brzuchu, a raczej w tym miejscu, gdzie ludzie mają brzuch, złota dewizka gruba na pół palca, a długa - że choć psy na niej ciągnij. W krawacie brylantowa spinka, na rękach nowe rękawiczki, na nogach nowe buty, na całym ciele (mizerne to ciało, pożal się Boże!) nowy garnitur. Przy tym mina, jakby jednej nitki nie miał na kredyt, tylko wszystko za gotówkę. (Później Klejn, który mieszka w tym samym domu, objaśnił-mnie,. że Maruszewicz grywa w karty i że od pewnego czasu szczęście mu służy.) [...]

    Drugie moje spostrzeżenie odnosiło się do Maruszewicza, który mieszkał prawie vis a vis pani Stawskiej. Człowiek ten prowadzi bardzo osobliwy tryb życia cechujący się niezwykłą regularnością. Regularnie nie płaci komornego. Regularnie co parę tygodni wynoszą mu mnóstwo gratów z mieszkania: jakieś posągi, lustra, dywany, zegary... Ale co ciekawsze - również regularnie do lokalu przynoszą mu nowe lustra, nowe dywany, nowe zegary i posągi...

    Po każdym fakcie wynoszenia rzeczy pan Maruszewicz przez kilka następnych dni ukazuje się w jednym ze swych okien. Goli się w nim, czesze, fiksatuaruje, nawet ubiera się, rzucając bardzo dwuznaczne spojrzenia w kierunku okien pani Stawskiej. Lecz gdy jego lokal napełni się nowymi artykułami wygody i zbytku, wówczas pan Maruszewicz zasłania swoje okna na kilka dni sztorami.

    Wtedy (rzecz nie do uwierzenia) palą się u niego dniem i nocą światła, a w mieszkaniu słychać głosy wielu mężczyzn, czasami nawet i kobiet...

    Alkoholizm w Zbrodni i Karze F. Dostojewskiego

    Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara, Część I

    Marmieładow był tu znany od dawna. A i zamiłowania do hałaśliwych rozpraw nabył przypuszczalnie wskutek częstych szynkownianych rozmów z różnymi nieznajomymi. Czasem ten nawyk przeistacza się u alkoholików w prawdziwą potrzebę, szczególnie zaś u tych, których w domu traktuje się szorstko i którymi się pomiata. Dlatego też w kompanii pijaków usiłują oni zawsze jakby zdobyć sobie usprawiedliwienie, gdy się zaś uda, to i szacunek.[...]

    Katarzyna Iwanowna, moja małżonka, jest osobą wykształconą, córką oficera sztabowego. Niechaj, niechaj będę szubrawcem, natomiast ona jest i wzniosłego serca, i pełna uczuć wyszlachetnionych przez edukację. [...] Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem przepił nawet jej pończochy? Nie trzewiki, bo to by jeszcze choć trochę przypominało zwykłą kolej rzeczy, ale przepiłem jej pończochy, pończochy! Chusteczkę jej z koziej wełny także przepiłem - darowaną,

    dawną, jej własną, nie moją; mieszkamy zaś w zimnym kącie, tak że tejże zimy przeziębiła się i zaczęła kaszleć, już krwią. A drobnych dziatek mamy troje i Katarzyna Iwanowna jest zaharowana od rana do nocy, szoruje, pucuje, dzieci myje, albowiem od maleńkości przywykła do ochędóstwa, a pierś ma słabą, skłonną do suchot, i ja to odczuwam. Czyż me odczuwam? Owszem. Im więcej piję, tym więcej odczuwam. Właśnie dlatego piję, że w trunku tym szukam współczucia i serca. Nie wesela szukam, lecz jedynie boleści... Piję, albowiem pragnę dotkliwiej cierpieć! I jakby w rozpaczy, oparł głowę o stół. […]

    A tymczasem Katarzyna, załamując ręce, chodzi po pokoju, na policzkach jej ukazują się wypieki - jak to zawsze bywa w tej chorobie. Że niby: "Mieszkasz tu u nas, darmozjadzie jeden, jesz, pijesz, korzystasz z ciepła..." Bogiem zaś a prawdą, cóż ona tam "je i pije", kiedy w domu chuda fara, że nawet dziatwa po trzy dni z rzędu nie widuje skórki chleba ja leżalem wtedy... ha, nie będę obwijał w bawełnę! leżałem pijaniusieńki, a wtem słyszę, jak moja Sonia mówi [...]: "Więc jakże, Katarzyno Iwanowno? Czyż mam się puścić na taką rzecz?" A trzeba panu wiedzieć, że niejaka Daria Francowna, niewiasta złej woli i policji wielokrotnie znana, już ze trzy razy dopytywała się przez gospodynię. "Ha - odpowiada Katarzyna z przekąsem - o cóż masz się drożyć? To mi dopiero skarby!" [...] I oto widzę o jakiej szóstej godzinie: Sonieczka wstała, włożyła chusteczkę, włożyła paletko i wyszła z mieszkania, a o dziewiątej wróciła. Przyszła, idzie wprost do Katarzyny i w milczeniu kładzie przed nią na stole trzydzieści rubli. Ani słówka przy tym nie pisnęła, nie spojrzała nawet, tylko wzięła nasz duży, dradedamowy, zielony pled (mamy taki wspólny pled, z dradedamu), nakryła nim głowę i twarz i położyła się na łóżku, twarzą do ściany, że tylko ramionka i ciało dygocą... Ja zaś leżałem w takimże stanie jak uprzednio... […]

    Szanowny pan zna jego ekscelencję Iwana Afanasiewicza?... Nie? W takim razie nie zna pan bożego człowieka! Jest to wosk... wosk przed obliczem Pańskim, jako wosk tający!... Raczył wszystkiego wysłuchać i nawet łzę uronił. „Ha, Marmieładow! Już raz mnie zawiodłeś... Biorę ciebie raz jeszcze na swoją osobistą odpowiedzialność [...]” Działo się to, panie łaskawy, przed pięcioma tygodniami. Tak... […]

    Gdy zaś przed sześciu dniami przyniosłem, nic nie uszczknąwszy, pierwszą swoją pensję, dwadzieścia trzy ruble czterdzieści kopiejek […] nazajutrz po wszystkich tych rojeniach (czyli dokładnie przed pięcioma dobami), pod wieczór, za pomocą podstępnego fortelu, jak złodziej nocny, przywłaszczyłem sobie klucz od kuferka małżonki mojej, wydobyłem wszystko, co zostało z przyniesionej pensji, już nie pamiętam ile mianowicie - no i proszę spojrzeć na mnie! Pięć dni, jak wyszedłem z domu, a tam mnie szukają, z posadą amen, mundur leży w szynkowni przy moście Egipskim, za co też otrzymałem w zamian to oto obleczenie. Wszystko skończone! […] A dzisiaj byłem u Soni, poprosiłem o gotóweczkę na poprawiny! Che-che-che! […] Dała mi trzydzieści kopiejek własną rączką, ostatnie, wszystko, co miała, sam widziałem... Nie powiedziała nic, tylko w milczeniu przyjrzała mi się... […] Otóż ja, rodzony ojciec, capnąłem te trzydzieści kopiejek na poprawiny w szynku! I piję! I już przepiłem!... Więc któż pożałuje takiego jak ja? hę? Czy pan mnie teraz żałuje, .czy nie żałuje? Mów pan: żałujesz czy nie? Che-che-che-che! Chciał sobie dolać, ale nic z tego. Flaszka była próżna.

    Uzależnienie w dwudziestoleciu międzywojennym

    Konstanty Maria Sopoćko, Płaskie Extra. Jeszcze lepsze niż papierosy płaskie, 1936,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/15/1/81,mXh55WesrVTak8TcmebVon9ilZucdXOkbLHTV6lp.jpg\

    Uzależnienie we współczesności

    Dżem, Whisky

      1. Tekst: http://www.tekstowo.pl/piosenka,dzem,whisky.html
      2. Nagranie: http://www.youtube.com/watch?v=QYy2iW5Wsmc

    B.L. Saunders, wybrane obrazy

    http://www.theillest.pl/brian-lewis-saunders-i-obrazy-namalowane-pod-wplywem-narkotykow/

    Jan Rybowicz, Narkotyki, narkomani, narkomanie*

    1. Tekst:  http://malowane-wierszem.blogspot.com/2011/11/narkotyki-narkomani-narkomanie-jan.html;
    2. Recytacja: https://www.youtube.com/watch?v=yu5FattE7-Q

    Zobacz też:

    1. O twórczości Jana Rybowicza: https://www.youtube.com/watch?v=SPn3MRHiDqM
    2. Inne teksty Jana Rybowicza: http://www.rybowicz.maxplast.net/books.php

    Jerzy Pilch, Pod mocnym aniołem* (fragm.)

    Ciemnoskóry zapaśnik

    Śniło mi się, że szukam przedmiotów na dnie oceanu, śniło mi się, że ciemnoskóry zapaśnik ku uciesze gawiedzi zabiera mi sprzed nosa pełny kufel piwa, we śnie nie wiedziałem, że jest zapaśnikiem, chciałem go upodlić, daremnie, daremnie, to on mnie upodlił, i we śnie nieskończonym, i na jawie nie zaczętej byłem upodlony. Sny pijaka dzieli od jawy tekturowa ściana, nocą pijakowi śni się to, co przeżył za dnia, trzeba raczej powiedzieć: nocą pijakowi pokazują się jego dzienne majaczenia. Brodziłem, pływałem, tonąłem w morzu czterdziestopięcioprocentowego alkoholu, budziłem się zlany brunatnym potem, spoglądałem na zegarek, była czwarta rano, cyferblat parował gorzką żołądkową.
    Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków, w końcu doktor Granada w majestacie swej władzy i w majestacie swej atletyczności wydał polecenie, by mnie więcej nie przyjmowano. Byłem nieuleczalny - to pestka, nikt nie jest uleczalny (zwłaszcza zdrowi są nieuleczalni), ale ja nie rokowałem, nie było we mnie woli poprawy, nie chciałem nie pić. Ze skomplikowanych jak fizyka kwantowa testów, które roztrzęsionym pacjentom polecały rozwiązywać wyciszone i niezłomne pod względem cielesnym i duchowym terapeutki, wynikało, że mam tendencje samobójcze.
    - Chce się pan zapić na śmierć? - zapytał doktor Granada.
    - Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam - odparłem, ponieważ w żadnej sytuacji nie byłem w stanie zrezygnować z finezyjnej frazy. Za późno zrozumiałem, że nie jest to dar, ale przekleństwo. Każda rozmowa telefoniczna obracała mi się w powieściowy dialog, każde pozdrowienie w poetyczny aforyzm, każde pytanie o godzinę w teatralną kwestię. Mój złakniony wyższości, a może nawet nieśmiertelności, język rządził mną. Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu. - Skoro chce się pan zapić na śmierć, czemuż fatyguje nas pan swą rzekomo zdesperowaną osobą? Czemuż trudzi pan mój personel? Po cóż uczęszcza pan na wykłady i konwersatoria? Po cóż pisze pan deliryczne konfesje i prowadzi dziennik uczuć? Na jakąż jasną cholerę siostra Viola kłuje pańskie owadzie żyły? Po cóż przepompowujemy przez pańskie wydelikacone ciało hektolitry życiodajnych kroplówek, skoro świadomie ma pan zamiar oddalić się od wszystkiego, co życiodajne?
    - Kiedy ja nie chcę umrzeć.
    - Wie pan, panie J., to z kolei brzmi trochę zbyt ambitnie.
    - Nie chcę się zapić na śmierć, w każdym razie nie teraz. Prawdę powiedziawszy, najchętniej zapiłbym się na śmierć po długim i szczęśliwym życiu.
    - Pan ma jednak umysłowość dziecka, i to dziecka mało rozgarniętego.
    - Ach, panie doktorze, ja wiem, przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc, żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?
    Na ogół lubiłem rozmowy z doktorem Granadą, choć niekiedy przeistaczały się one w koszmar czczej formy. Najdotkliwszy stan rzeczywistości: nieprawdziwość bezobjawowa. Doktor Granada wygłaszał rozumne, gładkie i z pozoru przekonujące kwestie godne ordynatora oddziału deliryków. Ja skwapliwie wypowiadałem prostackie paradoksy, jakbym pragnął najdobitniej poświadczyć, iż część mych komórek mózgowych obumarła i ich miejsce wypełnia nieaktywna tkanka łączna zwana glejem. Obaj nie dotykaliśmy istoty rzeczy, obaj zdawaliśmy sobie sprawę, iż nie dotykamy istoty rzeczy, obaj byliśmy udręczeni nieuchwytnością istoty rzeczy. Ale też pijak, a nawet doktor pijaka, pragnący dotknąć istoty rzeczy, znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Szekspir dotknął istoty rzeczy, Newton dotknął istoty rzeczy, Tołstoj dotknął istoty rzeczy, Einstein dotknął istoty rzeczy. A pijak? Pijakowi zawsze trudniej.
    - Jak można długo i szczęśliwie żyć bez picia? - Wypowiadałem to pełne kontuarowego polotu zdanie, twarz moja nabierała figlarnego wyrazu i natychmiast pragnąłem plunąć w sam środek swej znieprawionej przez gorzałkę duszy. Rzecz jasna, dobrze wiedziałem, że można, można, tak jest, można długo i szczęśliwie żyć bez picia. Osobiście znałem ludzi, co bez picia żyli długo i szczęśliwie. A nawet, jak nie znałem ich osobiście (bo chyba faktycznie ja nikogo szczęśliwego osobiście nie znałem, a nawet nie chciałem poznać, jak słyszałem, że o kimś mówią: ten to szczęśliwy, temu to się wiedzie, ten to udane życie prowadzi, uciekałem przed takimi szczęściarzami, uciekałem jak przed zarazą), nawet jak nie znałem ich osobiście, to inni ich znali, a nawet jak inni ich nie znali, to tamci szczęśliwcy i tak byli. Byli i są. W końcu bez przesady z pijakami, pijacy stanowią margines, przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego. Dlaczego, w gruncie rzeczy, przeważająca część ludzkości nie pije? Jakie są powody? Oto jedna ze słynnych fundamentalnych kwestii. Kwestyj - bestyj. Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili powstać może jakaś fundamentalna kwestia. Gdziekolwiek oblicze swe obrócisz, którąkolwiek ze ścieżek wiodących przez grzęzawiska wybierzesz, wszędy natknąć się możesz na anioła z mieczem ognistym, i przemówi anioł do ciebie (a głos jego będzie jako głos wielu wód), zapyta: czemuż nie pijesz, bracie mój? I jeśli ty, bracie mój, odpowiesz, że nie pijesz, bo nie masz takiej potrzeby, albo że nie pijesz, bo wódka ci nie smakuje, albo, nie daj Boże, odpowiesz, że nie pijesz, ponieważ nie potrzeba ci żadnych sztucznych podniet, albo coś równie głupiego powiesz, na przykład powiesz, że nie pijesz, bo świetnie sobie radzisz bez alkoholu, jeśli ty, grzeszny człowiecze, w naiwności, ale i w bezczelności swej coś takiego powiesz, to wiedz: surowa kara cię spotka. A jak mówi Pismo: karą za grzech jest śmierć. Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków, subtelne blizny po wszytych esperalach zdobią me ciało, tak jak igliwie zdobi drzewo iglaste, moja wątroba ma niepowtarzalny zapach mieszaniny perfum, wód kolońskich i spirytusu salicylowego, a był przecież i w moim życiu taki niepojęty czas, kiedy i ja mówiłem: nie piję, kiedy wątroba moja nie pachniała perfumami i kiedy skóra moja była gładka. A dlaczegoż to ty nie pijesz, bracie nasz? - pytali siedzący za kontuarem bracia moi i źli byli, i duch Wieniedikta Jerofiejewa unosił się nad ich głowami, i ich bezwolne języki mówiły jego językiem, i ja zapisywałem kilka linijek pod jego wpływem i, oddawszy cześć, wyzwalałem się spod jego wpływu. Pomiędzy najzręczniejszą nawet literaturą a porywczą prostotą własnej trwogi nie ma bowiem wyboru. Czemuż nie pijesz, bracie nasz? - pytali siedzący za kontuarem. - Nie piję - odpowiadałem, bo nie mam chęci, bo mi nie smakuje, nie potrzebuję żadnych sztucznych podniet, świetnie sobie radzę bez alkoholu. Tak odpowiadałem i prawda to była, tyle że do czasu. Do czasu, aż wybiła godzina tryumfalnego klina. Do czasu, aż zajrzałem w paszczę fundamentalnej flaszce. Opowiem o tym, gdy przyjdzie czas opowieści o tryumfalnym klinie, fundamentalnej butelce i wciąż jeszcze nie wypitej szklance ciężkiego jak wieko napitku. Na nieruchomej powierzchni wbita w plasterek cytryny wiruje maleńka czarna parasolka.

    Źródło: http://merlin.pl/HTML/83-08-03072-6.html

    Polecam także:

    recenzję Bartosza Staszczyszyna, http://culture.pl/pl/dzielo/jerzy-pilch-pod-mocnym-aniolem

  • Wieś. Motyw wsi, motywy rustykalne w literaturze i sztuce

    Wieś. Motyw wsi, motywy rustykalne w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce

    W kulturze europejskiej wieś zajmuje ważne miejsce. Dowodzi tego ogromna liczba tekstów kultury podejmująca tematykę rustykalną (motywy rustykalne), czyli wiejską. Zarówno w sztuce jak i w literaturze można spotkać dwa podstawowe ujęcia wsi. Z jednej strony pisarze, malarze, filmowcy poddają wieś idealizacji, mitologizacji, przedstawiając ją jako idyllę, arkadię, sielankę, często przy tym korzystając z konwencji wspomnienia. Jednocześnie jednak przedstawiają wieś w sposób realistyczny czy wręcz naturalistyczny. Poniżej znajdziesz wybrane przykłady realizacji motywu wsi w literaturze, malarstwie i filmie.

  • Wina. Motyw winy w literaturze i sztuce*

    Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw winy w literaturze, malarstwie, filmie...

  • Władza – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw władzy obejmuje pragnienie panowania, odpowiedzialność rządzących, mechanizmy podporządkowania i oporu. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Władza w języku polskim

    Definicja władzy

    prawo rządzenia państwem, panowanie, rządzenie; stosunek społeczny między dwiema grupami, polegający na tym, że jedna z grup może w sposób trwały oddziaływać na postępowanie grupy drugiej w realizacji zadań społecznych i ma środki zapewniające jej kontrolę tego postępowania; także: rządzenie kimś, kierowanie kimś, np. członkami rodziny, instytucji, stowarzyszeń itp.

    Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    jurysdykcja, kompetencja, panowanie, przewaga, zwierzchnictwo, potęga, siła, przemoc, siła, wojsko, przywództwo, rząd

    Słownictwo powiązane z władzą:

    cesarz, car, król, władca, rządzący, rząd, prezydent, premier, przełożony, zwierzchnik, despotyzm, totalitaryzm, autorytaryzm, demokracja, anarchia, umowa społeczna, legitymizacja władzy,

    Związki frazeologiczne:

    coś bierze/wzięło kogoś we władanie,

    malowany władca,

    pan i władca,

    czwarta władza,

    być w pełni władz umysłowych,

    mieć władzę nad sobą,

    pan władza,

    komuś władza uderzyła do głowy

    Przysłowia

    Koryto to samo, tylko świnie się zmieniają.

    Bądź panem dla tego, który cię nie lubi; niewolnikiem dla tego, który cię kocha. (tureckie)

    Aforyzmy

    Kto chce rządzić ludźmi, nie powinien ich gnać przed sobą, lecz sprawić, by podążali za nim. Monteskiusz

    Jeżeli chcesz poznać prawdziwy charakter człowieka, daj mu władzę. Abraham Lincoln

    Wiedza to władza. Ale niewiedza, niestety, nie oznacza jeszcze braku władzy. Niels Bohr

    Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. Józef Stalin

    Władza w antyku

    .

    Władca i władza w dramacie Sofoklesa: Król Edyp

    Poniżej znajdują się fragmenty Króla Edypa Sofoklesa.

    Edyp jako władca

    Fragment 1. Edyp (Prolog)

    Edyp
    O dzieci, Kadma starego potomstwo,
    Czegoście na tych rozsiedli się progach,
    Trzymając w ręku te wiązki błagalne?
    Czemuż nad miastem dym wonnych kadzideł
    Wznosi się razem z modlitwą i jękiem?
    Ja, Edyp, sławą cieszący się ludzi. –
    Rzeknij więc, starcze, boś ty powołany
    Za innych mówić, co was tu zebrało,
    Strach czy cierpienie? Wyjaw to mężowi,
    Co chce wam ulżyć; bo byłby bez serca,
    Gdyby ten widok mu serca nie wzruszył.

    Kapłan
    O Panie, który ziemicą tą władasz, [...]
    Bo miasto – sam widzisz – odmęty
    Złego zalały i lud bodaj głowę
    Wznosi wśród klęski i krwawej pożogi,
    Mrąc w ziemi kłosach i ziemi owocach,
    Mrąc w stadach bydła i niewiast porodach,
    Płonnych od kiedy bóg ogniem zionący
    Zaciężył srogą nad miastem zarazą,
    By grody Kadma pustoszyć, a jękiem
    Czarne Hadesu wzbogacić ostępy.
    Choć więc my ciebie nie równamy bogom
    Ani te dzieci, siedliśmy w tych progach,
    Bo ciebie pierwszym mienimy wśród ludzi,
    Wśród ciosów życia i wśród nieba gromów.
    Tyś bo przybywszy, gród stary Kadmosa
    Od strasznych ofiar dla Sfinksa wyzwolił,
    Nic od nas wprzódy się nie wywiedziawszy
    Nie pouczony; nie! z ramienia bogów
    Dałeś nam życia ochłodę i ulgę.
    A więc ku tobie, któryś nam najdroższym,
    Ślemy, Edypie, tę prośbę błagalną,
    Byś nas ratował, czy z bogów porady
    Znajdując leki, czy z ludzi natchnienia. [...]

    Edyp
    O biedna dziatwo! Nazbyt ja świadomy
    Próśb waszych celu; wiem, że wszystkie domy
    Gnębi choroba, lecz wśród zła powodzi
    Najgorsza nędza w mą osobę godzi.
    Bo was jedynie własne brzemię dręczy,
    Gdy moja dusza za mnie, za was jęczy,
    Za miasto całe; ze snu się nie budzę
    Na wasze głosy; wiedzcie, że łzy ronię
    I częstym troski błąkaniem się trudzę,
    By co obmyśleć ku ludu obronie.
    I uczyniłem, co dobrem się zdało,
    Syna Menojka, a żony mej brata
    Do Apollina pityjskich wyroczni
    Posłałem, aby Kreon się wywiedział,
    Co czyniąc, mówiąc, zbawiłbym to miasto. [...]

    Kreon
    Czy chcesz, bym mówił od razu przed ludźmi
    Lub wszedł do domu; na wszystko ja gotów.

    Edyp
    Mów tu, wszem wobec; bo tamtych katusze
    Bardziej mnie dręczą niż strach o mą duszę.

    Kreon
    Niech więc wypowiem, co Bóg mi obwieścił. –
    Febus rozkazał stanowczo, abyśmy
    Ziemi zakałę, co w kraju się gnieździ,
    Wyżęli i nie znosili jej dłużej. [...]

    Edyp
    Więc od początku ja rzeczy ujawnię.
    Bo słusznie Febus i ty równie słusznie
    Ku umarłemu zwróciliście troskę;
    Z wami ja wspólnie siły złączonemi
    Spłacę dług bogu i dług naszej ziemi,
    A tym nie dalszym z pomocą ja idę,
    Lecz sam ze siebie tę zrzucę ohydę.
    Bo ów morderca mógłby równie łacno
    Zbrodniczą na mnie podnieść rękę.
    Zmarłemu służąc, usłużę więc sobie.

    Fragment 2. Edyp i Tyrezjasz (Epejsodion I)

    Edyp
    O Tyrezjaszu, co sprawy przenikasz
    Jasne i tajne, na ziemi i niebie!
    Chociaż ty ślepym, nie uszło twej wiedzy,
    Jako choruje gród ten, przeto w tobie
    Upatrzyliśmy zbawcę i lekarza.
    Bo Febus, jak ci już może donieśli,
    Po wieściach naszych tę wróżbę obwieścił,
    Że wyzwolenie li wtedy nastąpi,
    Skoro odkrywszy morderców Laiosa
    Na śmierć ich albo wygnanie skażemy.
    Ty przeto, lotu ptaków nie niechając
    Ni innych środków twej wróżbiarskiej sztuki,
    Siebie i miasto, ratuj mą osobę,
    I zbaw nas z wszelkiej zakały tej zbrodni.
    W tobie nadzieja; kto, czym tylko może,
    Wesprze bliźniego, spełni dzieło boże. [...]

    Tyrezjasz
    Puść mnie do domu; bo łacniej co twoje
    I ja co moje zniosę, gdy usłuchasz.

    Edyp
    Miastu, któregoś dzieckiem, służyć radą
    Jest obowiązkiem miłości i prawa. [...]

    Tyrezjasz
    Wy wszyscy w błędzie. Ja nigdy złych rzeczy
    Moich, by nie rzec... twoich, nie wyjawię.

    Edyp
    Ze złych najgorszy – bo nawet byś skałę
    Obruszył – wiecznie więc milczeć zamierzasz
    I niewzruszony tak wytrwać do końca?

    Tyrezjasz
    Upór mój ganisz, a w sobie nie widząc
    Obłędów gniewu, nade mną się znęcasz. [...]

    Edyp
    A więc wypowiem, co mi w błyskach gniewu
    Już świta; wiedz ty, iż w moim mniemaniu
    Tyś ową zbrodnię podżegł i zgotował
    Aż po sam zamach; a nie byłbyś ślepym,
    To i za czyny bym ciebie winował.

    Tyrezjasz
    Doprawdy? a więc powiem ci, byś odtąd
    Twego wyroku pilnując, unikał
    Wszelkiej i ze mną, i z tymi rozmowy,
    Jako ten, który pokalał tą ziemię.

    Edyp
    Jakie bezczelne wyrzucasz ty słowa?
    I gdzież zamyślasz przed srogą ujść karą? [...]

    Tyrezjasz
    Którego szukasz, ty jesteś mordercą. [...]

    Edyp
    Skarby, królestwo i sztuko, co sztukę
    Przewyższasz w życia namiętnych zapasach,
    Jakże was zawiść natrętnie się czepia,
    Jeżeli z tronu, którym mnie to miasto
    W dani, bez prośby mojej zaszczyciło,
    Kreon, ów wierny, ów stary przyjaciel
    Zdradą, podstępem zamierza mnie zwalić
    I tak podstawia tego czarodzieja,
    Kuglarza, który zysk bystro wypatrzy,
    A w swojej sztuce dotknięty ślepotą. [...]

    Że bliskim będziesz przy Kreona tronie.
    Lecz ciężko i ty, jak ów, co podżega,
    Odpokutujesz, a gdyby nie starość,
    Wraz byś otrzymał kaźń za twe zamysły. [...]

    Tyrezjasz
    Rzekłszy, co miałem – idę, nie z obawy
    Przed twym obliczem, bo próżne twe groźby.
    A powiem jeszcze: człek, którego szukasz,
    Z dawna pogróżki i wici o mordzie
    Laiosa głosząc, jest tutaj na miejscu.
    Obcym go mienią, ale się okaże,
    Iż on zrodzony w Tebach; nie ucieszy
    Tym się odkryciem; z widzącego ciemny,
    Z bogacza żebrak – na obczyznę pójdzie,
    Kosturem drogi szukając po ziemi.
    I wyjdzie na jaw, że z dziećmi obcował
    Własnymi, jak brat i ojciec, że matki
    Synem i mężem był, wreszcie rodzica
    Współsiewcą w łóżku i razem mordercą.
    Zważ to, a jeśli to prawdę obraża,
    Za niemądrego ogłoś mnie wróżbiarza.

    Fragment 3. Edyp i Kreon (Epejsodion II)

    Kreon
    Drodzy ziomkowie, doszło moich uszu,
    Że Edyp władca ciężko mnie winuje. [...]

    Chór
    Zarzut ten jednak w gniewliwym zapale
    Raczej się począł, a nie w głębi duszy. [...]

    Edyp
    Tyś tutaj? A więc śmiesz tak być bezczelnym,
    Aby do moich przybliżać się progów,
    Ty, coś zamierzył popełnić morderstwo
    I z władzy króla mnie gwałtem ograbić?
    Rzeknij, na bogów, czy słabość czy głupstwo
    We mnie spostrzegłeś, by snuć te zamiary?
    Czyś mniemał, że twych ukrytych podstępów
    Nie dojrzę, że się obronić, nie zdołam?
    Czyż nie przewrotnym twoje przedsięwzięcie,
    Bez sił, wspólników, tak rwać się na trony,
    Które się ludźmi zdobywa i złotem?

    Kreon
    Radzę ci naprzód wysłuchać mej mowy,
    A potem, rzeczy poznawszy, osądzić.

    Edyp
    W słowach ty dzielny, lecz złym ci ja będę
    Uczniem, bo mam cię za zdrajcę i wroga. [...]

    Kreon
    Jeśli mniemasz, że upór jest skarbem,
    Choć bezrozumny, to mniemasz przewrotnie.

    Edyp
    Jeśli sądzisz, iż krzywdząc krewnego
    Nie zaznasz kary, to sądzisz fałszywie. [...]

    Kreon
    Mów więc – maszli ty mą siostrę za żonę?

    Edyp
    Tego pytania zaprzeczyć nie mogę.

    Kreon
    Czy nie dopuszczasz onej do współrządów?

    Edyp
    Cokolwiek zechce, przyznaję jej chętnie.
    [...]
    Kreon
    Cóż więc zamierzasz? Czy z kraju mnie wygnać?

    Edyp
    Nic mniej; chcę śmierci twojej, nie wygnania.

    Kreon
    Dowiedź mi naprzód, w czym moja jest wina.

    Edyp
    Więc ani folgi mi nie dasz, ni wiary?

    Kreon
    Bo ci rozwagi brak.

    Edyp
    Mam ją dla siebie.

    Kreon
    Trza jej i dla mnie.

    Edyp
    Ty złym jesteś człekiem.

    Kreon
    A gdybyś błądził?

    Edyp
    Jednak słuchać trzeba.

    Kreon
    I złego pana? [...]

    Jokasta
    Czemuż, nieszczęśni, jątrzycie się słowy?
    Nie wstyd wam ludzi, gdy ogół chorzeje,
    Własne poruszać spory i zatargi?
    Idź więc do domu ty i pójdź, Kreonie,
    By błahych żalów nie spiętrzać nad miarę.

    Kreon
    O siostro! Mąż twój straszne miota na mnie
    Groźby, podwójne wydziela mi kaźnie:
    Albo wygnanie, lub życia utratę.

    Edyp
    Tak jest, bom schwycił na złych go zamysłach
    Podstępnie przeciw mej knutych osobie.

    Kreon
    Niechbym nie uszedł, lecz zginął pod klątwą,
    Jeśli prawdziwe twoje oskarżenia.

    Jokasta
    Zawierz, na bogów, Edypie, tej mowie,
    Bacząc nasamprzód na święte zaklęcia,
    A potem na mnie i tych, co obecni. [...]

    Edyp
    Wiedz ty, iż tego żądając ode mnie,
    Żądasz mej śmierci i mego wygnania.

    Kreon jako władca

    Chór
    Kiedy tak błagasz, właśnie w samą porę
    Nadszedł tu Kreon, by działać i radzić,
    Bo on po tobie tej ziemi jest stróżem.

    Edyp
    Biada mi! Cóż ja do niego wyrzeknę?
    Czyż on zawierzy? W ostatnich bo czasach
    Srodze ja wobec niego zawiniłem.

    Kreon
    Nie by urągać przyszedłem, Edypie.
    Lecz jeśli nie wstyd wam zwykłych śmiertelnych,
    Baczcie przynajmniej na to wszechwidzące
    Światło Heliosa, aby nie wystawiać
    Na widok takiej ohydy; nie ścierpi
    Jej ani ziemia, dżdże święte, ni słońce.
    A więc zawrzyjcie go w domu co prędzej,
    Bo tylko krewni mogą bez pochyby
    Krwi swojej grozy i widzieć, i słyszeć.

    Edyp
    Na bogów, skoroś mą trwogę rozprószył
    I dobrotliwie do złego się zwrócił,
    Usłuchaj prośby, którą ci wypowiem,
    Raczej na ciebie bacząc niż na siebie.

    Kreon
    O co więc błagasz mnie z takim naciskiem?

    Edyp
    Wyrzuć co żywo mnie z tej tu krainy
    Tam, gdzie bym żadnych nie spotykał ludzi.

    Kreon
    Byłbym to spełnił, wiesz dobrze, lecz wprzódy
    Bóstwa chcę spytać, co czynić należy. [...]

    Edyp
    [...]
    Niech więc się moje spełnia przeznaczenie!
    A z dzieci moich – o chłopców Kreonie,
    Nie troszcz się zbytnie: są oni mężami
    I nie zabraknie im życia zasobów.
    Lecz o biedaczki, sieroce dziewczęta,
    Które siadały tu ze mną po społu,
    Z którymi, skoro wyciągły rączęta,
    Każdą się strawą dzieliłem ze stołu,
    O te się troskaj; pozwól je rękami
    Objąć, rzewnymi opłakać je łzami.
    Uczyń to, książę szlachetny!
    Zrób to! Bo gdy je przytulę, ukoję,
    Choć ich nie dojrzę, czuć będę, że moje.

    Wprowadzają małą A n t y g o n ę i I s m e n ę.

    Cóż to?
    Czyż mnie słuch zwodzi, na bogi, czy słyszę
    Głos moich pieszczot, jak kwilą, czyż Kreon
    Litośnie wezwał najdroższe me dzieci?
    Czyż to nie złuda?

    Kreon
    O nie! zrobiłem po twojej ja woli,
    Wiedząc, co serce twe zwykło radować.

    Edyp
    [...] Synu Menojka! Żeś ojcem ty jednym
    Dla tych sierotek, nie żałuj zachodu,
    Gdy nas im zbrakło, nie pozwól tym biednym
    Tułać się samym wśród nędzy i głodu.
    Nie zrównaj nigdy niedoli ich z moją,
    Niech twe litości je przed tym osłonią,
    Boś dla tych ofiar jedyną ostoją;
    Przyrzeknij, poręcz to, książę, mi dłonią.
    Gdyby nie wiek wasz, o dzieci, ni głosu,
    Ni rad bym szczędził; dziś prośbą zakończycie,
    Bym żył, gdzie dadzą, a wam z ręki losu
    Lepsze niż ojcu przypadło tu życie.

    Kreon
    Łez już dosyć, dość już żalu, wstępuj więc do wnętrza już. [...]

    Kreon
    Co nastąpi, wskaże bóg.

    Edyp
    Lecz ja w bogów nienawiści.

    Kreon
    Toż osiągniesz, czego chcesz.

    Edyp
    A więc zgoda?

    Kreon
    Co nie w myśli, tego w fałsz nie stroję słów.

    Edyp
    A więc stąd mnie już uprowadź.

    Kreon
    Idź, lecz wprzódy dzieci puść.

    Władza w średniowieczu

    ,.

    Władca i władza w Dziejach Tristana i Izoldy cz. IX *

    Poniżej znajdują się fragmenty Dziejów Tristana i Izoldy.

    Król rozwiązuje płaszcz o zapinkach ze szczerego złota i odsłania swe piękne ciało. Dobywa miecza z pochwy i powtarza w sercu, że chce zginąć, jeśli ich nie zgładzi. Leśny idzie za nim, król daje znak, aby się wrócił.

    Wchodzi sam jeden do szałasu z nagim mieczem i podnosi go... Ha! cóż za żałoba, jeśli wymierzy ten cios! Ale zauważył, iż usta ich nie stykają się i że nagi miecz rozdziela ich ciała.

    „Boże — rzekł do siebie w myśli — cóż ja widzę! Trzebaż ich zabić? Żyjąc od tak dawna w tym lesie, gdyby się miłowali występną miłością, żali położyliby ten miecz między siebie? Żali każdy nie wie, że nagi brzeszczot, który rozdziela dwa ciała, jest zakładnikiem i stróżem czystości? Gdyby się miłowali występną miłością, czyż odpoczywaliby tak niewinnie? Nie, nie zabiję ich; to byłby wielki grzech ich ugodzić; gdybym obudził śpiącego i gdyby jeden z nas poległ, mówiono by o tym długo i na naszą hańbę. Ale tak uczynię, aby przy obudzeniu wiedzieli, że zastałem ich śpiących, że nie chciałem ich śmierci i że Bóg ulitował się nad nimi".

    Słońce, przechodząc przez sklepienie szałasu, paliło białą twarz Izoldy; król zdjął rękawiczki oszyte gronostajem: „To ona — myślał — przywiozła mi je niegdyś z Irlandii!..." Umieścił je wśród liści, aby zamknąć dziurę, przez którą wnikał promień; następnie zdjął ostrożnie pierścień z kamieniem szmaragdu, który był dał królowej. Niegdyś trzeba go było siłować po trosze, aby nawlec na palec; teraz palce jej były tak wątłe, iż pierścień zsunął się bez trudu! Na jego miejsce król włożył pierścień, z którego Izolda niegdyś uczyniła mu podarek. Wreszcie podjął miecz, który rozdzielał kochanków, ten sam — poznał go — który wyszczerbił się na czaszce Morholta, położył swój w jego miejsce, wyszedł z altany, skoczył na siodło [...]

    Władza w renesansie

    Władza i władca w Księciu N. Machiavellego*

    Poniżej znajdują się fragmenty Księciai zadania pomocnicze.

    XVIII W jaki sposób powinni książęta dotrzymywać wiary

    Musicie bowiem wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden – prawem, drugi - siłą; pierwszy sposób jest ludzki, drugi zwierzęcy, lecz ponieważ częstokroć pierwszy nie wystarcza, wypada uciekać się do drugiego. Dlatego książę musi umieć dobrze posługiwać się naturą zwierzęcia i człowieka. [...] Przeto książę, zmuszony umieć posługiwać się dobrze naturą zwierząt, powinien spośród nich wziąć za wzór lisa i lwa, albowiem lew nie umie unikać sideł, a lis bronić się przed wilkami. Trzeba przeto być lisem, by wiedzieć, co sidła, i lwem, by postrach budzić u wilków. Nie rozumieją się na rzeczy ci, którzy wzorują się wyłącznie na lwie. Otóż mądry pan nie może ani powinien dotrzymywać wiary, jeżeli takie dotrzymywanie przynosi mu szkodę i gdy zniknęły przyczyny, które spowodowały jego przyrzeczenie. Zapewne gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy, ten przepis nie byłby dobry, lecz ponieważ są oni nikczemni i nie dotrzymywaliby tobie wiary, więc ty także nie jesteś obowiązany im jej dotrzymywać.

    XIX Jako należy unikać ściągania na siebie pogardy i nienawiści

    Nienawistnym czyni księcia, jak już powiedziałem, przede wszystkim chciwość i porywanie się na mienie i niewiasty poddanych, tego więc powinien unikać, bo ogół ludzi żyje zadowolony, byle tylko nie nastawać na ich mienie i cześć, i wtedy ma się do zwalczenia jedynie ambicje małej grupy, którą łatwo w różny sposób trzymać można na wodzy.

    Popada książę w pogardę, gdy uważa się go za zmiennego, lekkiego, zniewieściałego, tchórzliwego i wahającego się, tego więc powinien wystrzegać się, jak żeglarz rafy, i usilnie starać się, by w jego czynnościach widziano wielkość, dzielność, powagę i siłę, a co się tyczy prywatnych spraw poddanych, dążyć do tego, by jego wyrok był nieodwołalny i by on sam wyrobił sobie wśród ludzi taką opinię, żeby nikt nie pomyślał o oszukaniu go ani o podejściu. Książę, który cieszy się taką opinią jest bardzo szanowany, a przeciw temu, kto jest szanowany, bardzo trudno spiskować i trudno napadać na niego, ponieważ widzi się w nim człowieka znakomitego i przez swoich szanowanego. Bowiem książę musi mieć dwie troski, jedną wewnętrzną, odnośnie do swych poddanych, drugą zewnętrzną, odnośnie do możnych sąsiadów; przed tymi ostatnimi obroni się dobrym wojskiem i dobrymi przyjaciółmi, a nigdy nie braknie mu dobrych przyjaciół, ilekroć będzie miał dobre wojsko; zawsze zaś, gdy stoją pewnie sprawy zewnętrzne, stać również pewnie będą wewnętrzne, jeżeli tylko nie zakłóci ich jaki spisek [...]

    Źródło: Niccollo Machiavelli: Książę - tekst, [dostęp dnia 28.01.2014]

    Władza i władca w Makbecie W. Szekspira

    Poniżej znajdują się fragmenty Makbeta.

    Makbet, Akt I, scena 3.
    Makbet
    do siebie
    Glamis i Kawdor! Najważniejszej jeszcze
    Brakuje rzeczy. [...]
    na stronie do Banka
    Wątpiszże widzieć twe dzieci królami,
    Gdy ci te same usta to przyrzekły,
    Które nazwały mnie tanem Kawdoru?
    Banko
    podobnież do niego
    Wieszczba ta, jeśli wiarę w niej położysz,
    Może zapalić w tobie niebezpieczną
    Żądzę korony. Często, przyjacielu,
    Narzędzia piekła prawdę nam podają,
    Aby nas w zgubne potem sieci wplątać;
    Łudzą nam duszę uczciwym pozorem,
    Aby nas znęcić w przepaść następstw; [...]
     
    Makbet
    do siebie
    Dwie wróżby, będące
    Niby prologiem świetniejszej przyszłości,
    Już się sprawdziły. […]
     
    Makbet
    wciąż do siebie
    Chceli los, abym był królem,
    Niech mię bez przyczynienia się mojego
    Ukoronuje. […]
    Makbet, Akt II, scena 2.
    Makbet
    Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,
    Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
    Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
    Ciągle cię widzę. Fatalne widziadło!
    Słyszeć się daje odgłos dzwonka.
    Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanie
    Daje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie,
    Bo tego dzwonka melodia straszliwa
    Do nieba ciebie lub do piekła wzywa.
    […]
    Makbet, Akt III, scena 1.
    Makbet
    […] Toż więc sumienie sobie splugawiłem
    Dla rodu Banka, dla jego korzyści
    Zamordowałem zacnego Dunkana;
    Spokojność sobie zatrułem jedynie
    Dla rodu Banka i wieczny mój klejnot
    Wspólnemu ludzi nieprzyjacielowi
    Na łup oddałem po to tylko, żeby
    Ukoronować ród, nasienie Banka!
    O, niech się raczej ostateczność stanie.
    Losie, wyzywam cię w zapasy! […]
    Makbet, Akt III, scena 6.
    Lennox
    […] Słyszałem, że Makduf
    Z powodu kilku wyrazów niebacznych
    I nieprzybycia na ucztę tyrana
    Popadł w niełaskę. […]
    Lord
    Starszy syn Dunkana,
    Co go z praw rodu wyzuł przywłaszczyciel,
    Żyje na dworze Anglii, […]
    Abyśmy w czasie uczt, zabezpieczeni
    Od zbójczych nożów, mogli niezmyślone
    Hołdy oddawać i przyjmować prawe
    Nagrody, czego wszystkiego dziś łakniem. […]
     
    Lennox
    [...]Oby
    Błogosławieństwo prędzej mogło wrócić
    Temu krajowi, gniecionemu jarzmem
    Przeklętej ręki. […]
    Makbet Akt IV, scena 1.
    Zjawisko
    Makbet! bądź mężny, nieugięty, srogi,
    Gardź siłą ludzką i skrytymi wrogi,
    Z tych bowiem, których rodziła kobieta,
    Nikt potężnego nie zmoże Makbeta.
    Znika.
    Makbet
    Żyj więc, Makdufie, niestrasznyś mi teraz.
    Wolę się jednak podwójnie zapewnić
    I wziąć od losu zakład: musisz umrzeć,
    Bym mógł fałsz zadać trwodze i spokojnie
    Spać przy łoskocie gromów. […]
     
    Lennox
    To dwóch rycerzy, panie, którzy waszej
    Królewskiej mości przywieźli wiadomość,
    Że Makduf zbiegł do Anglii.
     
    Makbet
    Zbiegł do Anglii?
     
    Lennox
    Tak, panie.
    Makbet
    Czasie, ty uprzedzasz straszne
    Moje ocknienie. Zamiary są wiatrem,
    Kiedy nie idą z wykonaniem w parze.
    Od dziś dnia każdy płód mojego mózgu
    Będzie bliźniącym bratem mojej ręki
    I przedsięwzięcie to ziszczę natychmiast:
    Napadnę zamek Makdufa, zdobędę
    Cały Fajf, oddam na pastwę żelazu
    Jego niewiastę, jego dzieci, wszystko,
    Co ma z krwią jego jakikolwiek związek.
    Dość tych przechwałek! Niech skutek dowodnie
    Odpowie słowom, nim zamiar ochłodnie. […]
    Makbet Akt IV, scena 3.
    Makduf
    Idźmy wznieść raczej miecz nieubłagany
    I, jak przystoi prawym mężom, walczyć
    Za poniżone nasze gniazdo. Z każdym
    Nowym porankiem nowe wdów jęczenia,
    Nowy płacz sierot, nowe skargi głośno
    Biją w niebiosa, tak że te wydają
    Żałobny odgłos, jak gdyby toż samo
    Czuły co Szkocja i tak samo pomsty
    Wzywały. […]
    Malkolm
    […] Wierzę, iż kraj nasz upada pod jarzmem,
    Że jęczy, we krwi się pławi, że z każdym
    Nowym dniem nowa przybywa mu rana. […]
    Makduf
    Nie ma
    W zastępach piekieł szatana zdolnego
    Przewyższyć w złości Makbeta.
    Malkolm
    To prawda,
    Że on jest krwawy, gwałtowny, złośliwy,
    Fałszywy, chytry, drapieżny, wszeteczny,
    Pełen wszelkiego rodzaju ohydy,

    Władza w baroku

    Władca i władza w malarstwie barokowym

    Jan Tricius, Jan III Sobieski w skórze leoparda,1680,http://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/portrait-of-john-iii-sobieski-in-a-leopard-skin/5AFdPYUh-EgN3A?hl=pl&projectId=art-project

    Władza w oświeceniu

    Władca i władza w Umowie społecznej J.J. Rousseau

    Poniżej znajdują się fragmenty Umowy społecznej.

    „Przez umowę społeczną traci człowiek swoją wolność przyrodzoną i nieograniczone prawo do wszystkiego, co go nęci i co może osiągnąć, zyskuje natomiast wolność społeczną i własność nad wszystkim co posiada".

    „Przyznaję, że z tego, co każdy przez umowę społeczną oddaje, swojej mocy, swych dóbr, swej wolności, tylko część potrzebna jest wspólnocie; ale trzeba przyznać również, że tylko zwierzchnik jest sędzią w sprawie tej potrzeby. Wszystkie usługi, jakie obywatel może oddać państwu, winien natychmiast wykonać, skoro państwo tego żąda. Jednakże zwierzchnik nie może obarczać poddanych żadnym ciężarem niepotrzebnym dla wspólnoty. Nie może nawet chcieć tego, bo wobec praw rozumu nic nie powstaje bez przyczyny, podobnie jak przy prawach natury".

    „Czymże jest właściwie akt zwierzchnictwa? Nie jest to układ przełożonego z podwładnym, ale układ całości z każdym ze swych członków; układ prawowity, bo opiera się na umowie społecznej; słuszny, bo wspólny dla wszystkich; korzystny, bo przedmiotem jego może być tylko dobro powszechne; i trwały, bo posiada gwarancję w sile publicznej i władzy najwyższej. Dopóki poddani polegają tylko takim układom, nie słuchają nikogo prócz własnej woli. Dlatego zapytać o to, jak daleko rozciągają się odnośne prawa zwierzchnika i obywateli, znaczy tyle co pytać, jak dalece ci ostatni mogą się zobowiązywać wobec siebie samych, każdy wobec wszystkich i wszyscy wobec każdego."

    Źródło: http://piotrnapierala.blogspot.com/2011/02/1762-jj-rousseau-umowa-spoeczna.html

    J.J.Rousseou: Umowa społeczna - tekst

    Władza w romantyzmie

    Władza i władca w Dziadach cz. III Adama Mickiewicza

    Poniżej znajdują się fragmenty Dziadów IIIi zadania pomocnicze.

    Dziady III Improwizacja Konrad jako władca

    KONRAD
    [...]

    Ja kocham cały naród! - objąłem w ramiona

    Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,

    Przycisnąłem tu do łona,

    Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:

    Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,

    Chcę nim cały świat zadziwić,

    Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec. [...]

    Tę władzę, którą mam nad przyrodzeniem,

    Chcę wywrzeć na ludzkie dusze,

    Jak ptaki i jak gwiazdy rządzę mym skinieniem,

    Tak bliźnich rozrządzać muszę. [...]

    Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;

    Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie:

    Co ja zechcę, niech wnet zgadną,

    Spełnią,tym się uszczęśliwią,

    A jeżeli się sprzeciwią,

    Niechaj cierpią i przepadną.

    Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,

    Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; -

    Mówią, że Ty tak władasz!

    Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;

    Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,

    Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,

    I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,

    Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!

    Daj mi rząd dusz! - Tak gardzę tą martwą budową,

    Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,

    Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo

    Nie mogłoby jej wnet zwalić.

    Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę

    Ścisnął, natężył i razem wyświecił,

    Może bym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił -

    Bo jestem nieśmiertelny! [...]

    Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,

    Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.

    (Długie milczenie)

    (z ironią)

    [...]

    Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony?

    Ciałem połknąłem jej duszę,

    Ja i ojczyzna to jedno.

    Nazywam się Milijon - bo za milijony

    Kocham i cierpię katusze.

    Patrzę na ojczyznę biedną,

    Jak syn na ojca wplecionego w koło;

    Czuję całego cierpienia narodu,

    Jak matka czuje w łonie bole swego płodu.

    Cierpię, szaleję - a Ty mądrze i wesoło

    Zawsze rządzisz,

    Zawsze sądzisz,

    I mówią, że Ty nie błądzisz! [...]

    Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,

    Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły,

    Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły [...]

    Dziady III Akt I, scena 6. Car jako władca we śnie Senatora.

    BELZEBUB

    Jak zbyt nastraszysz raz,

    Gotów przypomnieć sen,

    Gotów oszukać nas,

    Wypuścisz ptaka z rąk.

    DIABEŁ I

    (pokazując sennego)

    Ależ braciszek ten,

    Ten mój najmilszy syn,

    Będzież on spał bez mąk?

    Nie chcesz? - ja męczę sam. [...]

    SENATOR

    (przez sen)

    Pismo! - to do mnie - reskrypt Jego Carskiej Mości!

    Własnoręczny, - ha! ha! ha! - rubli sto tysięcy.

    Order! - gdzie - lokaj, przypnij - tu. Tytuł książęcy!

    A! - a! - Wielki Marszałku; a! - pękną z zazdrości.

    (przewraca się)

    Do Cesarza! - przedpokój - oni wszyscy stoją;

    Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.

    Marszałek - Grand Contrôleur - ledwie poznasz, w masce.

    Ach, jakie lube szemrania,

    Dokoła lube szemrania:

    Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce, w łasce.

    Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,

    Jak śród nałożnic moich łoskotania!

    Każdy się kłania,

    Jestem duszą zebrania.

    Patrzą na mnie, zazdroszczą - nos w górę zadzieram.

    O rozkoszy! umieram, z rozkoszy umieram!

    (przewraca się)

    Cesarz! - Jego Imperatorska Mość - a! Cesarz wchodzi,

    A! - co? - nie patrzy! zmarszczył brwi - spójrzał ukosem?

    Ach! - Najjaśniejszy Panie - ach! - nie mogę głosem -

    Głos mi zamarł - ach! dreszcz, pot, - ach! dreszcz ziębi, chłodzi. -

    Ach, Marszałek! - co? do mnie odwraca się tyłem.

    Tyłem, a! senatory, dworskie urzędniki!

    Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem,

    I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.

    Uciekają ode mnie. Ha! jak pusto! głucho.

    Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczyrza zęby -

    Dbrum - ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.

    (spluwa)

    Jaki dźwięk! - to kalambur - o brzydka mucho;

    (opędza koło nosa)

    Lata mi koło nosa

    Jak osa.

    I epigramy, żarciki, przytyki,

    Te szmery - ach, to świerszcze wlazły mi w ucho:

    Moje ucho, moje ucho!

    (wytrząsa palcem ucho)

    Jaki szmer! - kamerjunkry świszczą jak puszczyki,

    Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki,

    Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski:

    Senator wypadł z łaski, z łaski! z łaski, z łaski.

    Historia kupca Kanissyna

    LOKAJ

    Człowiek kupca Kanissyna

    Czeka i jakiś Panu rejestr przypomina.

    SENATOR

    Rejestr? jaki tam rejestr? - kto?

    SEKRETARZ

    (wstając od stolika)

    On powiada, że jeśli Pan zapłatę zwleka,

    On zrobi proces.

    SENATOR

    Napisz grzecznie, niechaj czeka.

    (zamyśla się)

    A propos - ten Kanissyn - trzeba mu wziąć syna

    Pod śledztwo. - Oj, to ptaszek!

    SEKRETARZ

    To mały chłopczyna.

    SENATOR

    Oni to wszyscy mali, ale patrz w ich serce -

    Najlepiej ogień zgasić, dopóki w iskierce.

    SEKRETARZ

    Syn Kanissyna w Moskwie.

    SENATOR

    W Moskwie? - a, voyez-vous,

    Emisaryjusz klubów. - Czas zabieżeć temu,

    Wielki czas.

    SEKRETARZ

    On podobno u kadetów służy.

    SENATOR

    U kadetów? - voyez-vous, on tam wojsko burzy.

    SENATOR

    [...] Hej, dyżurny! - We dwadzieście cztery

    Godzin wysłać kibitkę i zabrać papiery.

    Zresztą ojciec lękać się nas nie ma przyczyny,

    Jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.

    Historia młodego Rollisona

    PELIKAN

    Niech Pan Senator uważy,

    Iż mimo tajemnicy i czujności straży

    O biciu Rollisona niechętne osoby

    Wieść roznoszą, i może wynajdą sposoby

    Oczernić przed Cesarzem nasze czyste chęci,

    Jeśli się temu śledztwu prędko łeb nie skręci.

    DOKTOR

    Właśnie ja rozmyślałem nad tym, Jaśnie Panie.

    Rollison od dni wielu cierpi pomieszanie;

    Chce sobie życie odjąć, do okien się rzuca,

    A okna są zamknięte...

    PELIKAN

    On chory na płuca;

    Nie należy w zamknionym powietrzu go morzyć;

    Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć.

    Mieszka na trzecim piętrze - powietrza użyje... [...]

    Jakże Pan z Rollisonem każe decydować?

    Jeżeli on dziś jeszcze... umrze, to?...

    SENATOR

    Pochować; [...]

    Zadania pomocnicze do fragmentu:

    Jaki jest temat rozmowy?

    Jaką władzą dysponuje Nowosilcow i do czego ją wykorzystuje?

    Jakim systemem wartości kieruje się Senator?

    Co sądzisz o takim postępowaniu Nowosilcowa?

    Jakie konteksty dostrzegasz w tekście?

    Rozmowa z Księdzem Piotrem

    KS. PIOTR

    Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jej słucha;

    Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha.

    SENATOR

    Jeżeli cię powieszę, a Cesarz się dowie,

    Żem zrobił nieformalnie, a wiesz, co on powie?

    "Ej, Senatorze, widzę, że się już ty bisisz".

    A ty, mnichu, tymczasem jak wisisz, tak wisisz. [...]

    Rozmowa Senatora z Doktorem

    DOKTOR

    Właśnie przedstawiam pokornie,

    To jest rzecz umówiona,i te wszystkie spiski

    Kieruje, jak wiem pewnie, Książę Czartoryski.

    [...]

    DOKTOR

    Przynajmniej jest mowa o księciu

    W tych listach i o całym jego przedsięwzięciu,

    I wielu profesorów - a głównym ogniskiem

    Jest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem. [...]

    Mnie też to kosztowało niemało zabiegów:

    Ze szczupłej mojej płacy opłacałem szpiegów;

    A wszystko z gorliwości o dobro Cesarza.

    SENATOR

    (biorąc go pod rękę)

    Mon cher, idź zaraz, weźmij mego sekretarza.

    Wziąć te wszystkie papiery i opieczętować;

    (do Doktora)

    Wieczorem będziem wszystko razem trutynować.

    (do siebie)

    Ja pracowałem, śledztwo prowadziłem całe,

    A on z tego odkrycia miałby zysk i chwałę!

    (zamyśla się)

    (do Sekretarza w ucho)

    Przyaresztuj Doktora razem z papierami. [...]

    Władza we współczesności

    Władca i władza w wierszu J. Tuwima Do prostego człowieka

    Akurat,Do prostego człowieka(tekst: Julian Tuwim),

    J.Tuwim, Do prostego człowieka - tekst

    Władza w Tangu S. Mrożka

    Tango Akt II

    ALA - (ziewając) Czego chciałeś? [...]

    ARTUR - Czy pomyślałaś już o tym, o czym ci mówiłem dziś rano? Zgadzasz się?

    ALA - Żeby wyjść za ciebie za mąż? Przecież już mówiłam, że nie widzę potrzeby. [...]

    ALA - Co mam zrobić?

    ARTUR - Zgodzić się na ślub. Od tego zaczniemy. Żadne nielegalne związki, żadne życie ułatwione. Ślub jest mi potrzebny. [...] Kiedy ich tak dopadniemy, znienacka, raz wzięci w formę, już później się z niej nie wydostaną. Wciągnę ich w ślub, a ślub będzie taki, że nie będą mieli innego wyjścia, jak tylko wziąć w nim udział na moich warunkach. Zrobię z nich orszak weselny i mój ojciec będzie się musiał nareszcie pozapinać. Co ty na to? [...]

    ALA – Poczekaj... [...]

    Wchodzi ostrożnie do pokoju, zamykając za sobą drzwi po cichu. Artur czeka w napięciu. Cisza niczym nie zmącona. Artur przechadza się nerwowo. Scena oczekiwania przedłuża się, Artur patrzy na zegarek, chodzi coraz szybciej. Decyduje się wreszcie i z rozpędem otwiera na oścież oba skrzydła drzwi, tak aby ukazało się całe wnętrze pokoju. Ukazuje się tam obraz następujący: pod nisko zwieszoną lampą, która rzuca silne światło na okrągły stolik, siedzą: Eleonora, Edek, Eugenia i Stomil, grając w karty. Stomil właśnie wykłada kartę.[...]

    ARTUR - (uderzając pięścią w stolik) Dosyć tego!

    ELEONORA - Ależ myśmy dopiero zaczęli! [...]

    ARTUR - Nie chcieliście po dobroci, to ja was zmuszę! Koniec gry! [...]

    STOMIL - (siląc się na surowy ton) Posłuchaj no, Arturze, nie jesteś już dzieckiem i przykro mi, że muszę do ciebie przemawiać w tym tonie, ale ze względu na matkę... Artur wyciąga mu rewolwer z kieszeni piżamy. Wszyscy zrywają się od stolika.

    EUGENIA - Przecież to furiat! Stomilu, dlaczegoś go spłodził? Co za lekkomyślność!

    STOMIL - A mama to niby nie wie?

    EDEK - Panie Arturku, co pan...

    ARTUR - Milczeć! Wszyscy do salonu! (zebrani wychodzą pojedynczo na środek sceny. Artur przepuszcza ich obok siebie. Do ojca, kiedy ten przechodzi koło niego) My jeszcze porozmawiamy. [...]

    EUGENIUSZ - (do Artura) Co? Już?

    ARTUR - Jeszcze nie. Czekam na odpowiedź.

    EUGENIUSZ - Myślałem, że już. Słyszałem jakieś krzyki, przybiegłem czym prędzej.

    ARTUR - Nic nie szkodzi, dobrze, że wujcio przyszedł. Niech wujcio tu zostanie i popilnuje ich trochę. Ja zaraz wrócę, (oddaje mu rewolwer)

    EUGENIUSZ - Tak jest. [...]

    ELEONORA - Czy wyście obaj zwariowali?

    ARTUR - W razie czego kula w łeb. Zrozumiano?

    EUGENIUSZ - Tak jest.

    ELEONORA - To jakiś spisek! Mamo, twój brat jest gangsterem!

    EUGENIA - Genek, rzuć to w tej chwili! Kto widział bawić się w Indian w twoim wieku! (próbuje wstać)

    EUGENIUSZ - Hej tam, nie ruszać się!

    EUGENIA - (zdumiona) Genek, przecież to ja, twoja siostra Eugenia!

    EUGENIUSZ - Nie mam siostry, kiedy jestem na służbie.

    EUGENIA - Na jakiej służbie, opamiętaj się!

    EUGENIUSZ - Jestem na służbie idei.

    ARTUR - Bardzo dobrze. Widzę, że mogę na wujciu polegać. Zostawiam was na chwilę. [...]

    ELEONORA - Co chcecie z nami zrobić?

    EUGENIUSZ - Przywrócimy wam godność, wy, upadłe społeczeństwo. Zrobimy z was z powrotem ludzi z zasadami.

    ELEONORA - Siłą?

    EUGENIUSZ - Choćby i siłą, jeżeli nie można inaczej.

    STOMIL - To kontrreformacja.

    EUGENIUSZ - To wybawienie.

    STOMIL - Wybawienie? Od czego?

    EUGENIUSZ - Od waszej przeklętej wolności. [...]

    ARTUR - Kto mógł przewidzieć? Byłem pewien, że ją przekonałem, (woła) Ala, Ala! (ze złością) Żeby przez jedną głupią kuzynkę... To niemożliwe! (woła) Ala, Ala!

    EUGENIUSZ - Przez kobietę upadły imperia.

    ALA - (wchodzi) Ojej, nikt jeszcze nie śpi? [...]

    ARTUR - Ja nie pytam o pogodę. Czy się zgadzasz?

    ALA - Wolałabym się jeszcze zastanowić.

    ARTUR - Odpowiedz natychmiast. Miałaś dosyć czasu. Pauza.

    ALA - Tak.

    EUGENIUSZ - Brawo!

    ARTUR - Bogu niech będą dzięki. Przystąpmy więc do dzieła! (bierze Ale za rękę i prowadzi ja do sofy, na której siedzi Eugenia) Babciu, błogosławieństwo!

    EUGENIA - (przestraszona, wskazuje na sofę) Zostawcie mnie w spokoju, ja wam nie przeszkadzam! [...]

    ARTUR - (groźnie) Błogosławieństwo, babciu!

    STOMIL - To jakieś niesmaczne żarty, dajmy temu spokój.

    EUGENIUSZ - (tryumfalnie) Żarty się skończyły, żartujecie już od pięćdziesięciu lat. Stomil, pozapinaj się natychmiast! To są zaręczyny twojego syna, skończyło się porozpinanie. Genia, błogosław.

    EUGENIA - Eleonora, co mam robić?

    ELEONORA - Niech mama błogosławi, kiedy o to proszą. [...]

    EUGENIA - (kładzie ręce na głowach Ali i Artura) Błogosławię was, moje dzieci... A niech was wszyscy diabli!

    EUGENIUSZ - (wzruszony) Jak przed laty, jak przed laty...

    ARTUR - (wstaje i całuje Eugenię w rękę) Dziękuję, babciu.

    EUGENIUSZ - Stomil się zapiął! Nowe życie przed nami! [...]

    ELEONORA - (przez łzy) Kiedy ślub?

    ARTUR - Jutro.

    EUGENIUSZ - Hurrra! Wygraliśmy!

    Tango Akt III Władza totalitarna

    ARTUR - Oszustwo, wszystko oszustwo... (zapada się w sobie)

    STOMIL - (pochyla się nad nim) Jest zupełnie pijany. [...]

    ARTUR - To nie była szansa. Myśmy się pomylili, to beznadziejne... [...]

    STOMIL - Nie opowiadaj nam tu historyjek. Z rozpaczy się upiłeś.

    ARTUR - Tak. Z rozpaczy także. Z rozpaczy, że forma nie zbawi świata.

    EUGENIUSZ - A co?

    ARTUR - (wstaje z klęczek, uroczyście) Idea!

    EUGENIUSZ - Jaka?

    ARTUR - A żebym to ja wiedział? Ale konwencja zawsze brała się z idei. [...]

    ARTUR - [...] Edek! (wchodzi Edek) Zamknij wszystkie drzwi.

    ELEONORA - Zamknij, Edziu, bo przeciąg. [...]

    ARTUR - (zasuwając kotarę przed katafalkiem) Edek, do mnie! (Edek podchodzi do niego i staje na baczność. Artur bada mu bicepsy) Masz dobry cios?

    EDEK - Niezły, proszę pana.

    ARTUR - A umiałbyś w razie czego... (przeciąga palcem po gardle)

    EDEK - (flegmatycznie, po pauzie) Pan się o coś pytał, panie Artku? Nie dosłyszałem... (pauza. Artur śmieje się niepewnie, jakby na próbę - i wyczekuje. Edek odpowiada podobnym "che che", Artur z kolei "che che" nieco już pewniejszym i głośniejszym, na co Edek"che che" crescendo. Artur klepie go po ramieniu) [...]

    ARTUR - Skończone wszystkie niepewności. Przed nami droga jasna i czysta. Jedno będzie prawo i jedna owczarnia. [...]

    ARTUR - Możliwa jest tylko władza! [...] Tylko władza da się stworzyć z niczego. Tylko władza jest, choćby niczego nie było. Oto jestem w górze, nad wami. W dole was widzę, w dole!

    EUGENIUSZ - A to wymyślił!

    ELEONORA - Arturze, zejdź natychmiast, pobrudzisz obrus!

    ARTUR - Czołgacie się w prochu i pyle!

    EUGENIUSZ - Czy pozwolimy, żeby on nas tak traktował? [...]

    STOMIL - E tam, nie trzeba się przejmować. To tylko szczeniackie zabawy. Słowa, słowa, słowa. Jaką on ma władzę nad nami?

    EUGENIUSZ - Słusznie. Na czym on opiera to swoje gadanie? Łączą nas tylko więzy krwi, a nie jakaś abstrakcja. Nic nam nie może zrobić.

    ARTUR - Jaką? To bardzo proste. Mogę was zabić.

    STOMIL - (unosząc się z fotela i opadając z powrotem) Zabraniam ci... wszystko ma swoje granice!

    ARTUR - Granice można przekroczyć. Czyście mnie tego nie uczyli? Władza nad życiem i śmiercią, co może mi dać większe panowanie? Odkrycie proste i genialne. [...] Edek, ty mój posępny aniele boskiej abstrakcji, czy jesteś gotowy?

    EDEK - Gotowy, szefku. [...]

    ARTUR - Na początek rozwalimy wujcia.

    ELEONORA - "Rozwalimy"... Fuj, co za uliczne wyrażenia!

    STOMIL - I to właśnie teraz, kiedy mam niedobre ciśnienie... [...]

    EUGENIUSZ - (uciekając) Szaleniec, zbrodniarz!

    ARTUR - (wstaje z krzesła i wznosi rękę) Nie! Tylko człowiek, który się nie cofa przed jedyną możliwością. Jestem czysty jak sama natura. Czuję się wolny! wolny!

    ALA - Artur...

    ARTUR - Poczekaj. Najpierw zbawienie świata.

    ALA - Ja cię zdradziłam z Edkiem. [...]

    ARTUR - (ryczy) Mnie? [...] Ja chciałem was uratować, ja już byłem blisko... Wszystko psujecie, świat jest zły, zły, zły!

    ALA - Chodź do mnie Arturku. (zbliża się do niego) Moje biedactwo, tak mi ciebie żal...

    ARTUR - (odtrąca ją) Mnie? Żal? Ty śmiesz mnie żałować? [...] Odchodzę, ale nie zostawię was na ziemi. I tak nie wiecie, po co żyć. Gdzie jest ten twój słodki amant? Gdzie ten zgniły brzuch? Niech ja go wypatroszę, twego rannego ptaszka, (kręci się rozpaczliwie po pokoju, szukając po omacku na stole, na stolikach, nawet na sofie) Rewolwer!

    Gdzie jest rewolwer?! Przez te przeklęte porządki nie można niczego znaleźć. Mama nie widziała gdzieś rewolweru.

    (Edek zakrada się do niego od tyłu, wyjmuje z zanadrza rewolwer i kolbą z. rozmachem uderza Artura w kark. Artur osuwa się na kolana.[...])

    ELEONORA - (biegnie do Stomila i szarpie go) Obudź się, twój syn umiera!

    STOMIL - (otwierając oczy) Więc jeszcze i to? Niczego nie oszczędzicie? (wstaje z trudem i podtrzymywany przez Eleonorę zbliża się do Artura. Artur na środku sceny, wciąż w tej samej pozycji. Eleonora, Stomil i Eugeniusz stoją nad nim, Ala klęczy. Edek, na boku, siada wygodnie na fotelu)

    ARTUR - (osuwając się na podłogę) Ja chciałem! Ja chciałem! (pauza)

    ALA - (wstając z klęczek, mówi rzeczowo) Nie żyje. [...]

    EDEK - Myślał dobrze, tylko był za nerwowy. Taki się nie uchowa.

    Pozostali odwracają się ku niemu.

    STOMIL - Milcz, kanalio, i opuść ten dom. Ciesz się, że nie żądamy od ciebie rachunku.

    EDEK - A dlaczego miałbym teraz sobie pójść? Powtarzam: on myślał dobrze. Ja tu zostanę.

    STOMIL - Po co?

    EDEK - Teraz moja kolej. Wy będziecie mnie słuchać.

    STOMIL - My? Ciebie?

    EDEK - A dlaczegóż by nie? Widzieliście, jaki mam cios. Ale nie bójcie się, byle cicho siedzieć, nie podskakiwać, uważać, co mówię, a będzie wam ze mną dobrze, zobaczycie. Ja jestem swój chłop. I pożartować mogę, i zabawić się lubię. Tylko posłuch musi być.[...]

    EUGENIUSZ - Ulegam przemocy, ale w duszy będę nim gardził.

    EDEK - A gardźże sobie pan, tylko zdejmuj. No, ruszać się, raz-dwa! (Eugeniusz przyklęka i zdejmuje buty Edkowi) [...]

    EDEK - Panie Geniu, zatańczymy sobie?

    EUGENIUSZ - Z panem?... A wie pan, że nawet i zatańczę

    Władca i władza w Cesarzu R. Kapuścińskiego*

    Ryszard Kapuściński: Cesarz* fragm.

    Bibliografia: Ryszard Kapuściński: Cesarz* fragm..

    Wiktor Sadowski, Macbeth. Verdi. Teatr Wielki. Warszawa, 1985,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/56/1/274,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg

  • Wojna – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw wojny pokazuje przemoc, doświadczenie graniczne, heroizm, cierpienie ludności i rozpad dotychczasowego ładu. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Wojna w języku polskim

    Definicja wojny

    zorganizowana walka zbrojna między państwami, narodami lub grupami społecznymi, religijnymi itp., prowadzona dla osiągnięcia zamierzonych celów (np. zagarnięcia obcego terytorium lub obrony własnego);

     Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    konfrontacja, konflikt zbrojny, działania wojenne, kampania, starcie, walka, batalia, bój,

    Słownictwo powiązane z wojną:

    pacyfizm, batalia, bitwa, pole walki, agresor, wojna obronna, wojna partyzancka, wojna handlowa, wojna nerwów, zbrodnia wojenna, zbrodnia przeciw ludzkości, ludobójstwo, strategia, taktyka, uzbrojenie, broń, obronność, napaść, prowokacja, propaganda, dezinformacja, odwet, eskalacja, wojownik, rycerz, etos rycerski, spiskowanie, konspiracja, powstaniec, żołnierz, weteran, kombatant.

    Związki frazeologiczne:

    zimna wojna, psy wojny, wojna domowa, wojna totalna, święta wojna, wojna religijna, wojna nerwów, wojna psychologiczna, wojna pozycyjna, wojna partyzancka, wojna prewencyjna, wojna na górze, wydać komuś wojnę.

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Łatwiej wojnę zacząć niż ją skończyć.

    Aforyzmy

    Ludzkość musi położyć kres wojnie, bo inaczej wojna położy kres ludzkości.  J.F. Kennedy

    Wojna i miłość są dwiema jedynymi rzeczami, dla których rodzić się i żyć warto. Henryk Sienkiewicz

    Wojna - to życie; które nie może istnieć bez śmierci. Emil Zola

    Wojna w antyku

    ; .

    1 Księga Samuela (1 Sm 17) Dawid i Goliat

    Saul ubrał Dawida w swoją zbroję: włożył na jego głowę hełm z brązu i opiął go pancerzem. Przypiął też Dawid miecz na swą szatę i próbował chodzić, gdyż jeszcze nie nabrał wprawy. Po czym oświadczył Dawid Saulowi: «Nie potrafię się w tym poruszać, gdyż nie nabrałem wprawy». I zdjął to Dawid z siebie. Wziął w ręce swój kij, wybrał sobie pięć gładkich kamieni ze strumienia, włożył je do torby pasterskiej, którą miał zamiast kieszeni, i z procą w ręce skierował się ku Filistynowi. Filistyn przybliżał się coraz bardziej do Dawida, a giermek jego szedł przed nim. Gdy Filistyn popatrzył i przyjrzał się Dawidowi, wzgardził nim dlatego, że był młodzieńcem, i to rudym, o pięknym wyglądzie. I rzekł Filistyn do Dawida: «Czyż jestem psem, że przychodzisz do mnie z kijem?» Złorzeczył Filistyn Dawidowi [przyzywając na pomoc] swoich bogów. Filistyn zawołał do Dawida: «Zbliż się tylko do mnie, a ciało twoje oddam ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom». Dawid odrzekł Filistynowi: «Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, którym urągałeś. Dziś właśnie odda cię Pan w moją rękę, pokonam cię i utnę ci głowę. Dziś oddam trupy wojsk filistyńskich na żer ptactwu powietrznemu i dzikim zwierzętom: niech się przekona cały świat, że Bóg jest w Izraelu. Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani dzidą Pan ocala. Ponieważ jest to wojna Pana, On więc odda was w nasze ręce».

    I oto, gdy wstał Filistyn, szedł i zbliżał się coraz bardziej ku Dawidowi, Dawid również pobiegł szybko na pole walki naprzeciw Filistyna. Potem sięgnął Dawid do torby pasterskiej i wyjąwszy z niej kamień, wypuścił go z procy, trafiając Filistyna w czoło, tak że kamień utkwił w czole i Filistyn upadł twarzą na ziemię. Tak to Dawid odniósł zwycięstwo nad Filistynem procą i kamieniem; trafił Filistyna i zabił go, nie mając w ręku miecza.

    Dawid podbiegł i stanął nad Filistynem, chwycił jego miecz, i dobywszy z pochwy, dobił go; odrąbał mu głowę. Gdy spostrzegli Filistyni, że ich wojownik zginął, rzucili się do ucieczki. Powstali mężowie Izraela i Judy, wydali okrzyk wojenny i ścigali Filistynów aż do Gat i bram Ekronu; a trupy filistyńskie leżały na drodze z Szaaraim aż do Gat i Ekronu. Izraelici wracając potem z pościgu za Filistynami, złupili ich obóz. Dawid zaś zabrał głowę Filistyna i przeniósł ją do Jerozolimy, a zbroję umieścił w przybytku.

    Gdy Saul zauważył Dawida wychodzącego do walki z Filistynem, zapytał Abnera, dowódcy wojska: «Czyim synem jest ten chłopiec6, Abnerze?» Abner odrzekł: «Na życie twej duszy, królu, nie wiem». Król dał rozkaz: «Masz się dowiedzieć, czyim synem jest ten młodzieniec». Kiedy Dawid wrócił po zabiciu Filistyna, wziął go Abner i przedstawił Saulowi. W ręce niósł on głowę Filistyna. I zapytał go Saul: «Czyim jesteś synem, młodzieńcze?» Dawid odrzekł: «Jestem synem sługi twego, Jessego z Betlejem».

    Źródło:

    http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1170

    Wojna w średniowieczu

    , .

    Pieśń o Rolandzie

    LXXXIII

    Oliwier powiada: "Poganie są bardzo silni, a naszych Francuzów (tak mi się zda) jest bardzo skąpo. Rolandzie, towarzyszu mój, zadmijże w róg; Karol usłyszy i wojsko wróci." Roland odpowiada: "Chybabym oszalał! Postradałbym w słodkiej Francji moje imię. Wnet zacznę walić Durendalem6 co wlezie. Brzeszczot zakrwawi się po złotą rękojeść. Zdrajcy poganie przyszli w ten wąwóz na swoje nieszczęście. Przysięgam ci, wszyscy naznaczeni są przez śmierć!"

    CXXVI

    Bitwa jest cudowna i wielka. Francuzi walą ciemnymi kopiami. Gdybyście widzieli tyle cierpień, tyle ludzi nieżywych, rannych, okrwawionych! Leżą kupami, twarzą ku niebu, twarzą ku ziemi. Saraceni nie mogą strzymać dłużej; po woli czy po niewoli opuszczają pole. Frankowie pilnie gonią za nimi.

    CXXXV

    Hrabia Roland ma zakrwawione usta. Skroń mu pękła. Dzwoni w róg boleśnie, z lękiem. Karol słyszy i Francuzi słyszą. Król powiada: "Ten róg ma długi dech." Książę Naim7 odrzecze: "To dlatego, że dzielny rycerz weń dmie. Wydaje bitwę, jestem tego pewien. Ten sam, który go zdradził, namawia cię teraz, abyś chybił swej powinności. Uzbrój się, krzyknij swój okrzyk wojenny i wspomóż swych wiernych. Słyszysz wyraźnie: to Roland jest w rozpaczy!"

    CLXVIII

    Roland czuje, że śmierć jest blisko. Uszami mózg mu się wylewa. Modli się do Boga za swoich parów8, aby ich przyjął do nieba; następnie prosi anioła Gabriela za samego siebie. Bierze róg, iżby mu nikt nie robił wyrzutu, i drugą ręką swój miecz zwany Durendalem. Nieco dalej niż na strzelanie z kuszy idzie ku Hiszpanii przez pole9. Wstępuje na wzgórek. Tam, pod pięknym drzewem, są cztery głazy z marmuru. Na zielonej trawie upada na wznak. Omdlewa, śmierć jego się zbliża.

    CLXXIII

    Roland uderzył mieczem o krzemień! Walił nim więcej, niżbym zdołał powiedzieć. Miecz zgrzyta, nie pryska ani się nie łamie. Odskakuje ku niebu. Kiedy hrabia widzi, że go nie złamie, żałuje go w duszy bardzo łagodnie: "Ha! Durendalu, jakiś ty piękny i święty! Twoja złota gałka pełna jest relikwij: ząb świętego Piotra, krew świętego Bazylego i włosy wielebnego świętego Dionizego, strzęp szaty Najświętszej Panny10. Nie godzi się, by poganie cię posiedli; chrześcijanie powinni pełnić twoją służbę. Obyś nigdy nie dostał się w ręce tchórza! Tobą zdobyłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol, cesarz siwobrody; przez ciebie jest potężny i bogaty."

    CLXXIV

    Roland czuje, że śmierć go bierze całego: z głowy zstępuje do serca. Biegnie rycerz pędem pod sosnę11, położył się na zielonej murawie, twarzą do ziemi12. Pod siebie kładzie swój miecz i róg13. Obrócił głowę ku zgrai pogan; tak czyni chcąc, aby Karol powiedział i wszyscy jego ludzie, że umarł jako zwycięzca i jako zacny hrabia. Raz po raz słabnącą ręką uderza się w piersi. Za grzechy swoje wyciąga ku Bogu swoją rękawicę14.

    CLXXV

    Roland czuje, że dobiegł już kresu. Leży na stromym pagórku twarzą ku Hiszpanii. Jedną ręką bije się w pierś: "Boże, przez twoją łaskę, mea culpa15; za moje grzechy, wielkie i małe, jakie popełniłem od godziny urodzenia się aż do dnia, w którym oto poległem!" Wyciągnął do Boga prawą rękawicę16. Aniołowie z nieba zstępują ku niemu.

    Dzieje Tristana i Izoldy

    Fragment 1.

    Rohałt Dzierżący Słowo przygarnął sierotę. Już ludzie diuka Morgana wdzierali się do zamku; w jakiż sposób Rohałt zdołałby długo wytrzymać bitwę? Słusznie powiadają: „insza rzecz dzielność, insza szaleństwo”; mus mu był zdać się na łaskę diuka Morgana. Ale z obawy, by Morgan nie zamordował Riwalenowego syna, marszałek podał go za własne dziecię i chował ze swymi.

    Fragment 2.

    — Panowie miłościwi, za długoście spali! Wstawajcie, Ryjol szturmuje do zamku!

    Rycerze i mieszczany uzbroili się i pobiegli na mury. Ujrzeli na równinie błyszczące hełmy, rozwiane pióropusze i całą wiarę Ryjolową, która posuwała się w pięknym porządku. Diukowie Hoel i Kaherdyn rozwinęli natychmiast przed bramą pierwsze szyki rycerzy. Przybywszy na strzelenie z łuku, opatrzyli konie i czekali ze spuszczonymi włóczniami, a strzały padały na nich na kształt kwietniowego deszczu.

    Pojedynek, Rycerz, WojnaTristan zbroił się takoż wraz z tymi, których czaty pobudziły ostatnich. Opasuje pludry, naciąga kaftan, ciasne kamasze i złote ostrogi; wdziewa pancerz, nakłada hełm wraz z przyłbicą; siada na koń, pędzi rumaka ostrogą aż w równinę i ukazuje się z tarczą wyciągnioną przed pierś, krzycząc: „Karheń!”. Był czas; już ludzie Hoelowi cofali się ku bramom. Pięknie to było wówczas widzieć powalone konie i spłoszonych wasali, ciosy zadawane przez młodych rycerzy i trawę czerwieniącą się pod ich stopami od krwi! Na czele wszystkich Kaherdyn zatrzymał się śmiało, widząc, jak pędzi ku niemu mężny baron, brat hrabiego Ryjola. Zderzyli się pochylonymi kopiami. Nantejczyk złamał swoją, nie wstrząsnąwszy w siodle Kaherdyna, który pewniej wymierzonym ciosem uchylił tarcz przeciwnika i wbił mu szmelcowane żelazo w bok aż po drzewce. Wyważony z siodła jeździec opuszcza strzemiona i pada.

    Na krzyk brata hrabia Ryjol rzucił się na Kaherdyna z puszczonymi cuglami. Ale Tristan zagrodził mu drogę. Kiedy się zderzyli, lanca Tristana złamała się w ręku, zasię kopia Ryjolowa, napotkawszy pierś konia, wnikła w ciało i rozciągnęła rumaka martwo na błoniu. Tristan, zerwawszy się natychmiast z błyszczącym mieczem w dłoni:

    — Tchórzu — rzekł — hańba temu, kto niecha jeźdźca, aby znęcać się nad koniem! Nie wyjdziesz żyw z tego miejsca.

    — Sądzę, że łżesz! — odparł Ryjol, napierając koniem.

    Ale Tristan uchylił się przed ciosem i podnosząc ramię, opuścił ciężko brzeszczot na hełm Ryjolowy, którego obręcz uszkodził i zerwał przyłbicę. Lanca ześlizgnęła się z ramienia jeźdźca po boku konia, który zachwiał się i runął martwy. Ryjol zdołał się wyplątać spod niego i zerwał się: z pociętą, podziurawioną tarczą, połamaną zbroją, obaj pieszo, szukają się i nacierają wzajem. Wreszcie Tristan ugodził Ryjola w guz hełmu. Obręcz puszcza, cios zaś był tak mocno wymierzony, iż baron pada na kolana i dłonie.

    — Podnieś się, jeśli zdołasz, wasalu — krzyczy Tristan — w nieszczęsną godzinę przyszedłeś na te błonia; trzebać umrzeć!

    Ryjol zrywa się na nogi, ale Tristan sięga go nowym ciosem, który rozwalił hełm, przeciął czapkę i otworzył czaszkę. Ryjol błagał łaski, prosił o darowanie życia: Tristan przyjął jego miecz. Wziął go w porę, ze wszystkich bowiem stron Nantejczycy śpieszyli na pomoc swemu panu. Ale już pan był w niewoli.

    Ryjol przyrzekł udać się do więzienia diuka Hoela, przysiąc mu na nowo hołd i wiarę i odbudować spalone wsie i grody. Na jego rozkaz bitwa uciszyła się i orszak się oddalił.

    Skoro zwycięzcy wrócili do Karhenia, Kaherdyn rzekł do ojca:

    — Panie, wezwij Tristana i zatrzymaj go; nie masz w świecie dzielniejszego rycerza, a twój kraj wymaga barona tej mocy.

    Naradziwszy się ze swymi ludźmi, diuk Hoel przywołał Tristana:

    — Przyjacielu, nie mógłbym ci okazać zbyt wiele miłości, ty bowiem ocaliłeś mi tę ziemię. Chcę oto wypłacić się wobec ciebie. Córka moja, Izold o Białych Dłoniach, zrodzona jest z książąt, królów i królowych. Weź ją, przyzwalam.

    — Panie, biorę ją! — rzekł Tristan.

    Wojna w renesansie

    , , , opracowanie Trenów;

    Wiliam Szekspir, Makbet

    Scena druga[edytuj]

    Obóz pod Forres.

    Wojenna wrzawa za sceną. Król Dunkan, Malkolm, Donalbein, Lennox z orszakiem wchodzą i spotykają rannego Żołnierza.

    DUNKAN

    Cóż to za człowiek krwią zbroczony?

    Wnosząc z jego ran,

    będzie on mógł nam udzielić

    najświeższą wieść o bitwie.

    MALKOLM

    Jest to mężny

    Wojownik, panie, którego odwadze

    Winienem wolność. Witaj, przyjacielu!

    Powiedz królowi, jaki był los bitwy,

    Kiedyś jej pole opuszczał.

    ŻOŁNIERZ

    Wątpliwy,

    Jak los dwóch burzą miotanych pływaków.

    Którzy o siebie zwarci wysilają

    Całą swą sztukę. Okrutny Makdonwald

    (Godzien haniebnej nazwy buntownika,

    Bo go natura mnóstwem wszelkich złości

    Uposażyła), wsparty posiłkami

    Kemów z zachodnich wysp i galloglasów.

    Brał już nad nami górę i fortuna,

    Jak nierządnica, zdała się uśmiechać

    Przeklętej jego sprawie: gdy wtem Makbet,

    Dzielny nasz Makbet, gardząc szalą szczęścia,

    Mieczem, dymiącym się krwią jak kadzidłem,

    Torując sobie drogę wśród zastępów,

    Przedarł się aż do zdrajcy i dopóty

    Nieubłagane zadawał mu cięcia,

    Aż go rozrąbał od czaszki do szczęki

    I głowę jego zatknął u blank naszych.

    DUNKAN

    O zacny mężu, waleczny Makbecie!

    ŻOŁNIERZ

    Jak gdy ze wschodu, skąd słońce zabłysło,

    Wypada burza brzemienna gromami,

    Tak z radosnego nam przed chwilą źródła

    Wynikła nagle bieda. Uważ, królu:

    Zaledwie słuszność, uzbrojona męstwem,

    Zmusiła nędznych kemów do ucieczki.

    Aliści szczęścia próbując na nowo,

    Wzmocniony świeżym ludem i rynsztunkiem,

    Natarł norweski władca.

    DUNKAN

    Nie strwożyłoż

    To naszych wodzów, Makbeta i Banka?

    ŻOŁNIERZ

    Jak wróble orła albo lwa zające.

    Zaprawdę, zdało się, że to dwa działa

    Podwójnie ostrym ładunkiem nabite.

    Z tak podwojoną uderzyli siłą

    Na nieprzyjaciół. Czy chcieli się skąpać

    W gorących ranach, czy też upamiętnić

    Drugą Golgotę, tego już nie umiem

    Powiedzieć. Siły już mnie opuszczają

    I rany moje wzywają pomocy.

    Wchodzi Rosse. [...]

    DUNKAN

    Witaj, szlachetny tanie! skąd przybywasz?

    ROSSE

    Z Fajf, miłościwy królu, gdzie norweski

    Sztandar przed naszym pochylony wieje

    I chłodzi nasze wojska. Dumny Norweg,

    Sam przez się silny, a do tego jeszcze

    Wsparty przez tego nikczemnego zdrajcę

    Tana Kawdoru, srogi bój rozpoczął —

    Gdy wtem Bellony szczęsny oblubieniec,

    Makbet, okryty zbroją, jako skała

    Stanął przeciwko niemu i samowtór

    Ramię z ramieniem, ostrze z ostrzem starłszy,

    Ukrócił hardy jego umysł: słowem,

    Zwycięstwo przy nas.

    Jan Kochanowski, Pieśń V

    Wieczna sromota i nienagrodzona

    Szkoda, Polaku! Ziemia spustoszona

    Podolska leży, a pohaniec sprosny,

    Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny!

    Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje,

    Którzy zagnali piękne łanie twoje

    Z dziećmi pospołu a nie masz nadzieje,

    By kiedy miały nawiedzić swe knieje.

    Jedny za Dunaj Turkom zaprzedano,

    Drugie do hordy dalekiej zagnano;

    Córy szlacheckie (żal się mocny Boże!)

    Psom bisurmańskim brzydkie ścielą łoże.

    Zbójce (niestety), zbójce nas wojują,

    Którzy ani miast, ani wsi budują;

    Pod kotarzami tylko w polach siedzą,

    A nas nierządne, ach, nierządne, jedzą!

    Tak odbieżałe stado więc drapają

    Rozbójce wilcy, gdy po woli mają,

    Że ani pasterz nad owcami chodzi,

    Ani ostrożnych psów za sobą wodzi.

    Jakiego serca Turkowi dodamy,

    Jesli tak lekkim ludziom nie zdołamy?

    Ledwieć nam i tak króla nie podawa;

    Kto się przypatrzy, mała nie dostawa.

    Zetrzy sen z oczu, a czuj w czas o sobie,

    Cny Lachu! Kto wie, jemu czyli tobie

    Szczęście chce służyć? A dokąd wyroku

    Mars nie uczyni, nie ustępuj kroku!

    A teraz k'temu obróć myśli swoje

    Jakobyć szkody nieprzyjaciel twoje

    Krwią swą nagrodził i omył tę zmazę,

    Którą dziś niesiesz prze swej ziemie skazę.

    Wsiadamy? Czy nas półmiski trzymają?

    Biedne półmiski, czego te czekają?

    To pan, i jadać na śrebrze godniejszy,

    Komu żelazny Mars będzie chętniejszy.

    Skujmy talerze na talery, skujmy,

    A żołnierzowi pieniądze gotujmy!

    Inszy to darmo po drogach miotali,

    A my nie damy, bychmy w cale trwali?

    Dajmy; a naprzód dajmy! Sami siebie

    Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.

    Tarczej niż piersi pierwej nastawiają,

    Pozno puklerza przebici macają.

    Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie":

    Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,

    Nową przypowieść Polak sobie kupi,

    Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

    Miguel Cervates de Saavedra, Don Kichot z La Manchy, Rozdział VII fragm.

    O powodzeniu, jakiego doznał rycerz Don Kichot w straszliwej i niesłychanej przygodzie z wiatrakami i o tym, co się później stało.

    Kiedy tak rozmawiają, Don Kichot spostrzegł z daleka ze trzydzieści lub czterdzieści wiatraków, i jak je tylko spostrzegł, zawołał: „Fortuna sprzyja nam bardziej, niżbyśmy sami pragnęli. Przyjacielu Sancho, czy widzisz tę gromadę niezmiernych olbrzymów? Ja na nich uderzę i wszystkich zgładzę z tego świata — taki mój zamiar. Piękny będzie początek, z ich łupu wzbogacimy się, co się nazywa. Taka wojna uczciwa, bo na chwałę boską; ród ten olbrzymi trzeba z ziemi wyplenić, tak Bóg każe”.

    — Co za olbrzymy? gdzie? — pyta Sancho Pansa.

    —A tam, czyż ich nie widzisz? — rzecze Don Kichot — z takimi okropnymi rękoma, że u niektórych i na pół mili sięgają.

    — Ależ przyjrzyjcież się dobrze, wielmożny panie — odpowie Sancho — toć to nie olbrzymy, to są wiatraki, a te ręce, to śmigi, którymi wiatr obraca.

    — Ha, jak to widać zaraz — rzecze Don Kichot — że nie masz doświadczenia w rycerskiej sztuce. To olbrzymy, mówię ci, a jeżeli cię strach bierze, to ruszaj sobie gdzie w kąt pacierz mówić. Ja rzucę się na nich sam, chociaż ich tylu. — I mówiąc to, spiął ostrogami Rosynanta. Sancho klął się na duszę i ciało, że to wiatraki, a nie olbrzymy, ale dla naszego rycerza były to takie olbrzymy, że nie tylko nie słyszał krzyków swojego giermka, ale im bardziej się do nich zbliżał, tym więcej wierzył swemu urojeniu. „Nie uciekajcie, tchórze! — wrzeszczał na całe gardło — nie uciekajcie, podły i nikczemny rodzie, jeden tylko rycerz na was idzie”. Że właśnie wiatr się zerwał, wiatraki zaczęły się obracać, a Don Kichot jeszcze głośniej wrzeszczał: „Próżne to rzeczy, próżne, żebyście tam tylu rękami machali, co sam Bryjareusz, to nic nie pomoże, zaraz ja się tu z wami sprawię”. I nie tracąc czasu, poleca się natychmiast z całej duszy pani serca swego, pięknej Dulcynei, błagając ją o pomoc w tak wielkim niebezpieczeństwie. Zasłania się tarczą, wyszczerza dzidę i co tylko sił w Rosynancie, pędzi na wiatrak najbliższy, wpada na śmigę, która mu dzidę łamie w kawałki, a samego razem z koniem wyrzuca daleko na pole, w nader biednym stanie. Sancho przybiega kłusem na ośle i widzi, że pan jego ani się ruszyć nie może. O, bo ciężki był to upadek!

    — A co do milionset — woła Sancho — czym nie mówił, że to wiatraki! dosyć było mieć oczy! chyba, że w głowie świeciło co innego.

    — Cicho bądź, Sancho — rzecze Don Kichot — w wojennym rzemiośle los rządzi wszystkim, nic nie ma stałego. Wiesz, co ja myślę! to niezawodna prawda, to ten czarnoksiężnik Fresto; co mi porwał książki wszystkie razem z biblioteką, poprzemieniał teraz tych olbrzymów w wiatraki, żeby mi odjąć chwałę zwycięstwa, taki na mnie zawzięty i wściekły. Ale obaczymy, obaczymy, sztuka jego przed mieczem moim musi ustąpić.

    [...]

    Usłyszawszy taką mowę, podróżni pewni już byli, że Don Kichot ma źle w głowie i bardzo się dziwowali tej niezwyczajnej chorobie. Vivaldo że był bardzo wesoły i chciał się w drodze zabawić, wyrozumiawszy rzecz dobrze, w ten sposób Don Kichota zagadnął, żeby go rozochocić:

    —Zdajemi się, mości błędny rycerzu, że obrałeś sobie jedno z najtwardszych powołań na świecie; wątpię nawet, żeby zakon kartuzów większej wymagał surowości.

    — W surowości może nam wyrównywają — odpowiedział nasz rycerz — ale nigdy w użyteczności i sławie, bo dla nich dosyć modlić się spokojnie i cicho do Boga, dla dobra innych ludzi, a my rycerze i wojownicy urzeczywistniamy to, o co oni się tylko modlą, zapewniając ludziom pomyślność i sprawiedliwość dzielnością ramienia naszego i ostrzem oręża. Ale za to narażeni jesteśmy na wszystkie niewygody i utrapienia; latem ciągle na piekącym słońcu, a zimą na trzaskających mrozach. Mamy więc prawo nazywać się zesłańcami bożymi na tej ziemi i wykonawcami sprawiedliwości. Wojna i trudy żołnierskie ciągną za sobą tysiące innych mozołów, dlatego też, kto ten stan sobie obierze, wielkie ma zasługi, jeżeli cały się poświęca dla dobra bliźniego. Z tym wszystkim niechże mnie Bóg broni, abym miał twierdzić, że stan rycerza błędnego jest równie święty i bezpieczny, jak stan duchowny; ale to rzecz niezawodna i z doświadczenia dobrze mi znana, że przecierpieć w nim wszelakich udręczeń, głodu, pragnienia, bólu i niewczasu trzeba daleko więcej, słowem, że to stan daleko nędzniejszy, niż o tym przekonać się można z nieszczęść rozmaitych rycerzy, które historia opisuje. Byli wprawdzie między nimi i tacy, co dzielnością oręża korony sobie zdobyli, ale wierzajcie mi, dobrze oni to krwią i trudami przypłacili; a gdyby nie mieli przy sobie mędrców i czarnoksiężników do pomocy, to bądźcie pewni, że niewiele by wskórali.

    Wojna w baroku

    Mikołaj Sęp Szarzyński SONET IV O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem

    Pokój - szczęśliwość, ale bojowanie

    Byt nasz podniebny: on srogi ciemności

    Hetman i świata łakome marności

    O nasze pilno czynią zepsowanie.

    Nie dosyć na tym, o nasz możny Panie,

    Ten nasz dom - Ciało, dla zbiegłych lubości

    Niebacznie zajżrząc duchowi zwierzchności,

    Upaść na wieki żądać nie przestanie.

    Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,

    Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?

    Królu powszechny, prawdziwy pokoju,

    Zbawienia mego jest nadzieja w tobie.

    Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie

    Będę wojował i wygram statecznie.

    Źródło:

    http://staropolska.pl/barok/Sep_Szarzynski/sonety_04.html

    Wacław Potocki Pospolite ruszenie *

    Dano znać do obozu od placowej straży,

     Że nieprzyjaciel nocą na imprezę waży,

    Że Kozacy strzelają często z samopałow.

     Toż rotmistrz: dobosz obudź Ichmości do wałow;

    Niechaj każdy przy swoim zbrojno stawa koszu;

     Nie mijajże żadnego namiotu, doboszu!

    A ten: wstawajcie Waszmość czym prędzej dla Boga,

     Pan rotmistrz rozkazuje, bo już w polu trwoga.

    Aż jaki taki w swoim ozwie się namiecie:

     Bij kto skurwego syna kijem, niech nie plecie.

    Kto widział ludzi budzić w pierwospy? oszalał

     Pan rotmistrz, abo sobie gorzałki w czub nalał?

    Niechże sam strzeże, jeśli tak dalece tchórzy,

     A wolnej równej szlachty sobie, snem nie morzy.

    Sprawi się w Proszowicach za pomocą Bożą,

      Że braciej rozkazuje z chłopami na stróżą.

    Widząc dobosz, że go nikt zgoła nie usłucha

     Poszedł i sam spać, nim kto strzepie mu kożucha,

    I rotmistrz, towarzystwo kiedy się nie trwoży,

     Zdjąwszy zbroję ze grzbieta, znowu się położy

    Wojna w oświeceniu

    Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichot z La Manchy, Księga pierwsza

    W którym opisane są stan i zajęcia wielce słynnego hidalga Don Kichota z Manchy.

    W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają. Rosolina powszednia, z baraniny częściej niż z wołowiny wygotowana na obiad, bigosik z resztek obiadu prawie co wieczór na kolację, co piątek soczewica, co sobota jaja sadzone po hiszpańsku, a na niedzielę gołąbeczek jakiś w dodatku do codziennej strawy, zjadały mu corocznie trzy czwarte części całego dochodu. Reszta szła na przyodziewek: na opończę z sukna cienkiego, hajdawery aksamitne z takimiż łapciami i na świtkę z krajowego samodziału dobornego, którą się w powszednie dni tygodnia obchodził. [...]

    Wiekiem hidalgo nasz już na pięćdziesiątkę zarywał, ale ciałem był krzepki, w sobie kościsty, na twarzy suchy, zawiędły, do rannego stawania od ptaka skorszy, a do polowania bez miary zapalony. Przydomek miał podobno Quixada albo Quesada, bo co do tego nie ma zgodności między historykami, którzy o nim pisali; ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zdaje się, że się zwał Quijana. Mniejsza wszakże o to dla naszej historii; tu rzecz główna w tym, ażeby opowieść na jedno źdźbło z prawdą się nie rozminęła.

    Owóż tedy, trzeba wam wiedzieć, mili czytelnicy, że ów jegomość hidalgo, w chwilach wolnych, kiedy nie miał nic do roboty (co bodajże cały rok się wydarzało), strasznie lubił wczytywać się w książki rycerskie, przygody opisujące, i tak się do nich zapalił, że nawet o polowaniu całkiem zapomniał i starunku o gospodarkę zaniechał. Zaciekłość ta jego do owych ksiąg do takiego stopnia doszła, że sprzedał spory szmat ziemi, byle mieć za co tych ksiąg nakupić. Zebrało się też to tego w domu co niemiara; bo gdzie jeno jaką rycerską książkę zobaczył, zaraz kupował. [....]

    Zagłębiając się w takie mądrości, nasz biedny szlachetka tracił po trosze rozum i zachodził w głowę, szukając w nich sensu, a podziwiając je tym bardziej, im mniej rozumiał. [...] Krótko mówiąc, szlachetka nasz tak się zaciekł w czytaniu, że dnie i noce nad książkami trawił; doszło do tego, że wskutek zbytecznego natężenia i niewywczasu, mózg mu jakoś scieńczał, iż, po prostu mówiąc, zgłupiał na piękne. Nabił sobie mózgownicę wszystkimi tymi andrybajami, które czytał, tak dalece, że mu się zamieniła całkiem w ładowny lamus czarów, uroków, zabijatyk, potyczek, ran, miłości, sercowych żałości, zapałów, udręczeń, srogości i tym podobnych niedorzeczności. I tak to wszystko, co czytał, wbił sobie krzepko w biedną głowinę, że ani mu gadaj, ażeby mogło być co prawdziwszego w dziejach świata. [...]

    Straciwszy nareszcie rozum z kretesem, przyszła mu do łba myśl najgłupsza, na jaką kiedy bądź szaleniec się zdobył. Ubrdał sobie, że tak dla blasku własnej sławy, jako i dla dobra ojczyzny, wypada mu koniecznie zrobić się błędnym rycerzem, puścić się w świat szeroki konno i zbrojnie na wielkie przygody i te wszystkie praktyki, których się naczytał o słynnych rycerzach błędnych, żeby jak oni, mszcząc krzywdy cudze, narażając się na wszelkie niebezpieczeństwa, na boje i trudy, dojść chwały nieśmiertelnej. [...]

    Przypomniawszy zaś sobie, że Amadisowi dzielnemu nie dość było na własnym nazwisku poprzestać i że dodał jeszcze do niego nazwę ojczyzny swej i królestwa, dla większego ich uświetnienia przezwał się Amadisem z Galii, nasz rycerz uczynił tak samo i przezwał się Don Kichotem z Manchy, myśląc, że tym sposobem rozgłosi po świecie całym i zaleci na wieki imię swej rodziny i miejsca rodzinnego.

    Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichot z La Manchy, Rozdział VIII

    O powodzeniu, jakiego doznał rycerz Don Kichot w straszliwej i niesłychanej przygodzie z wiatrakami, i o tym, co się później stało.

    Kiedy tak rozmawiają, Don Kichot spostrzegł z daleka ze trzydzieści lub czterdzieści wiatraków, i jak je tylko spostrzegł, zawołał: „Fortuna sprzyja nam bardziej, niżbyśmy sami pragnęli. Przyjacielu Sancho, czy widzisz tę gromadę niezmiernych olbrzymów? Ja na nich uderzę i wszystkich zgładzę z tego świata – taki mój zamiar. Piękny będzie początek, z ich łupu wzbogacimy się, co się nazywa. Taka wojna uczciwa, bo na chwałę boską; ród ten olbrzymi trzeba z ziemi wyplenić, tak Bóg każe”.

    – Co za olbrzymy? Gdzie? – pyta Sancho Pansa.

    – A tam, czyż ich nie widzisz? – rzecze Don Kichot – z takimi okropnymi rękoma, że u niektórych i na pół mili sięgają.

    – Ależ przyjrzyjcież się dobrze, wielmożny panie – odpowie Sancho – toć to nie olbrzymy, to są wiatraki, a te ręce, to śmigi, którymi wiatr obraca.

    – Ha, jak to widać zaraz – rzecze Don Kichot – że nie masz doświadczenia w rycerskiej sztuce. To olbrzymy, mówię ci, a jeżeli cię strach bierze, to ruszaj sobie gdzie w kąt pacierz mówić. Ja rzucę się na nich sam, chociaż ich tylu. – I mówiąc to, spiął ostrogami Rosynanta. Sancho klął się na duszę i ciało, że to wiatraki, a nie olbrzymy, ale dla naszego rycerza były to takie olbrzymy, że nie tylko nie słyszał krzyków swojego giermka, ale im bardziej się do nich zbliżał, tym więcej wierzył swemu urojeniu. „Nie uciekajcie, tchórze! – wrzeszczał na całe gardło – nie uciekajcie, podły i nikczemny rodzie, jeden tylko rycerz na was idzie”. Że właśnie wiatr się zerwał, wiatraki zaczęły się obracać, a Don Kichot jeszcze głośniej wrzeszczał: „Próżne to rzeczy, próżne, żebyście tam tylu rękami machali, [...] to nic nie pomoże, zaraz ja się tu z wami sprawię”. I nie tracąc czasu, poleca się natychmiast z całej duszy pani serca swego, pięknej Dulcynei, błagając ją o pomoc w tak wielkim niebezpieczeństwie. Zasłania się tarczą, wyszczerza dzidę i co tylko sił w Rosynancie, pędzi na wiatrak najbliższy, wpada na śmigę, która mu dzidę łamie w kawałki, a samego razem z koniem wyrzuca daleko na pole, w nader biednym stanie. Sancho przybiega kłusem na ośle i widzi, że pan jego ani się ruszyć nie może. O, bo ciężki był to upadek!

    – A co do milionset – woła Sancho – czym nie mówił, że to wiatraki! Dosyć było mieć oczy! Chyba że w głowie świeciło co innego.

    – Cicho bądź, Sancho – rzecze Don Kichot — w wojennym rzemiośle los rządzi wszystkim, nic nie ma stałego. Wiesz, co ja myślę! To niezawodna prawda, to ten czarnoksiężnik Fresto, co mi porwał książki wszystkie razem z biblioteką, poprzemieniał teraz tych olbrzymów w wiatraki, żeby mi odjąć chwałę zwycięstwa, taki na mnie zawzięty i wściekły. Ale obaczymy, obaczymy, sztuka jego przed mieczem moim musi ustąpić.

    Źródło:

    https://epodreczniki.pl/a/po-co-walczyc-z-wiatrakami-don-kichotnbspmiguela-de-cervantesa-saavedry/D1K5FRezE

     Zobacz też: 

    MIŁOŚĆ. OBRAZ MIŁOŚCI W DON KICHOCIE

    Jego ukochana (raczej: dama serca) to Dulcynea z Toboso.

    Wojna w romantyzmie

    Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, fragm.

    Księga IX Bitwa

    Tadeusz, który został w domu kobiet bronić

    Z rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzej

    Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,

    Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;

    Śpieszy, łączy się z szlachtą i staje na czele.

    Bieży, broń wzniosłszy, szlachta rusza jego śladem,

    Jegry, przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.

    Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;

    Zaczem wstrzymują szlachtę, Robak z jednej strony,

    A z drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,

    Ogląda się, cofa; widzą to Moskale;

    Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,

    Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.

    "Formuj się do ataku! - zawołał - na sztyki!

    Naprzód!" Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki,

    Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku;

    Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,

    Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;

    Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,

    Krzyczy: "Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!"

    "Pal - woła Sędzia - ja cię w tym ogniu usmażę".

    O dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe

    Świecą się pod lipami twoje ściany białe

    Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada

    Za gościnnemi stoły Sędziego zasiada,

    Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie;

    Bez niego już by było dziś po Soplicowie!

    Konewka dotąd małe dał męstwa dowody;

    Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,

    Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,

    Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę,

    Nie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa

    Na czczo; szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa,

    Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił;

    Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,

    Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,

    Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę

    I spojrzał na plac boju; widzi, że błyszcząca

    Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;

    Przeciw tej fali płynie, schyla się do ziemi

    I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi

    Środkiem dziedzińca, aż tam, gdzie rosła pokrzywa,

    Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.

    Sak, broniąc dworu, stanął z szturmakiem u proga,

    Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,

    Od której choć w zalotach został pogardzony,

    Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.

    Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,

    Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza

    Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;

    Sak puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.

    Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija,

    Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/xxx/panfull/0009.htm

    Adam Mickiewicz REDUTA ORDONA. OPOWIADANIE ADIUTANTA

    Nam strzelać nie kazano. - Wstąpiłem na działo

    I spójrzałem na pole; dwieście armat grzmiało.

    Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,

    Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;

    I widziałem ich wodza: przybiegł, mieczem skinął

    I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął;

    Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota

    Długą czarną kolumną, jako lawa błota,

    Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy

    Czarne chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.

    Przeciw nim sterczy biała, wąska, zaostrzona,

    Jak głaz bodzący morze, reduta Ordona.

    Sześć tylko miała armat; wciąż dymią i świecą;

    I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,

    Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,

    Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.

    Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,

    Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;

    Pęka śród dymu granat, szyk pod niebo leci

    I ogromna łysina śród kolumny świeci.

    Tam kula, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.

    Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; -

    Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,

    Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.

    Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,

    Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:

    Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,

    Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.

    Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?

    Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?

    Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,

    Król wielki, samowładnik świata połowicy;

    Zmarszczył brwi, - i tysiące kibitek wnet leci;

    Podpisał, - tysiąc matek opłakuje dzieci;

    Skinął, - padają knuty od Niemna do Chiwy.

    Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,

    Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,

    Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, -

    Warszawa jedna twojej mocy się urąga,

    Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,

    Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,

    Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

    Car dziwi się - ze strachu. drzą Petersburczany,

    Car gniewa się - ze strachu mrą jego dworzany;

    Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara

    Jest Car. - Car gniewny: umrzem, rozweselim Cara.

    Posłany wódz kaukaski z siłami pół-świata,

    Wierny, czynny i sprawny - jak knut w ręku kata.

    Ura! ura! Patrz, blisko reduty, już w rowy

    Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;

    Już czernią się na białych palisadach wałów.

    Jeszcze reduta w środku, jasna od wystrzałów,

    Czerwieni się nad czernią: jak w środek mrowiaka

    Wrzucony motyl błyska, - mrowie go naciska, -

    Zgasł - tak zgasła reduta. Czyż ostatnie działo

    Strącone z łoża w piasku paszczę zagrzebało?

    Czy zapał krwią ostatni bombardyjer zalał?

    Zgasnął ogień. - Już Moskal rogatki wywalał.

    Gdzież ręczna broń? - Ach, dzisiaj pracowała więcej

    Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcej;

    Zgadłem, dlaczego milczy, - bo nieraz widziałem

    Garstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.

    Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;

    Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;

    A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;

    Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,

    Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,

    Żołnierz jako młyn palny nabija - grzmi - kręci

    Broń od oka do nogi, od nogi na oko:

    Aż ręka w ładownicy długo i głęboko

    Szukała, nie znalazła - i żołnierz pobladnął,

    Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;

    I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;

    Upuścił ją i upadł; - nim dobiją, skona.

    Takem myślił, - a w szaniec nieprzyjaciół kupa

    Już łazła, jak robactwo na świeżego trupa.

    Pociemniało mi w oczach - a gdym łzy ocierał,

    Słyszałem, że coś do mnie mówił mój Jenerał.

    On przez lunetę wspartą na moim ramieniu

    Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.

    Na koniec rzekł; "Stracona". - Spod lunety jego

    Wymknęło się łez kilka, - rzekł do mnie: "Kolego,

    Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,

    Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?" - "Jenerale,

    Czy go znam? - Tam stał zawsze, to działo kierował.

    Nie widzę - znajdę - dojrzę! - śród dymu się schował:

    Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy

    Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. -

    Widzę go znowu, - widzę rękę - błyskawicę,

    Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,

    Biorą go - zginął - o nie, - skoczył w dół, - do lochów"!

    "Dobrze - rzecze Jenerał - nie odda im prochów".

    Tu blask - dym - chwila cicho - i huk jak stu gromów.

    Zaćmiło się powietrze od ziemi wylomów,

    Harmaty podskoczyły i jak wystrzelone

    Toczyły się na kołach - lonty zapalone

    Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął

    Prosto ku nam; i w gęstej chmurze nas ochłonął.

    I nie było nic widać prócz granatów blasku,

    I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.

    Spojrzałem na redutę; - wały, palisady,

    Działa i naszych garstka, i wrogów gromady;

    Wszystko jako sen znikło. - Tylko czarna bryła

    Ziemi niekształtnej leży - rozjemcza mogiła.

    Tam i ci, co bronili, -i ci, co się wdarli,

    Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.

    Choćby cesarz Moskalom kazał wstać, już dusza

    Moskiewska. tam raz pierwszy, cesarza nie słusza.

    Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona:

    Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.

    On będzie Patron szańców! - Bo dzieło zniszczenia

    W dobrej sprawie jest święte, Jak dzieło tworzenia;

    Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.

    Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,

    Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona

    Obleją, jak Moskale redutę Ordona -

    Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zatrute,

    Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0060.htm

    Juliusz Słowacki, SOWIŃSKI W OKOPACH WOLI.

    W starym kościołku na Woli

    Został jenerał Sowiński,

    Starzec o drewnianej nodze,

    I wrogom się broni szpadą;

    A wokoło leżą wodze

    Batalionów i żołnierze,

    I potrzaskane armaty

    I gwery: wszystko stracone!

    Jenerał się poddać nie chce,

    Ale się staruszek broni,

    Oparłszy się na ołtarzu,

    Na białym Bożym obrusie,

    I tam łokieć położywszy,

    Kędy zwykle mszały kładą,

    Na lewej ołtarza stronie,

    Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

    I wpadają adjutanty,

    Adjutanty Paszkiewicza,

    I proszą go: »Jenerale

    Poddaj się... nie giń tak marnie«

    Na kolana przed nim padli,

    Jak ojca własnego proszą:

    »Oddaj szpadę Jenerale

    Marszałek sam przyjdzie po nią...«

    »Nie poddam się wam panowie —

    Rzecze spokojnie staruszek —

    Ani wam, ni marszałkowi

    Szpady tej nie oddam w ręce,

    Choćby sam Car przyszedł po nią,

    To stary — nie oddam szpady, 

    Lecz się szpadą bronić będę,

    Póki serce we mnie bije.

    Choćby nie było na swiecie

    Jednego już nawet Polaka,

    To ja jeszcze zginąć muszę

    Za miłą moją ojczyznę,

    I za ojców moich duszę

    Muszę zginąć... na okopach,

    Broniąc się do smierci szpadą

    Przeciwko wrogom ojczyzny,

    Aby miasto pamiętało,

    I mówiły polskie dziatki,

    Które dziś w kołyskach leżą

    I bomby grające słyszą,

    Aby mówię, owe dziatki

    W yrosłszy wspomniały sobie,

    Ze w tym dniu poległ na wałach

    Jenerał — z nogą drewnianą.

    Kiedym chodził po ulicach

    I smiała się często młodzież,

    Żem szedł na drewnianej szczudle

    I często stary utykał.

    Niechże teraz mię obaczy,

    Czy mi dobrze noga służy,

    Czy prosto do Boga wiedzie,

    I prędko tam zaprowadzi.

    Adjutanty me, fircyki,

    Że byli na zdrowych nogach,

    To też usłużyli sobie

    W potrzebie — temi nogami,

    Tak że muszę na ołtarzu

    Oprzeć się człowiek kulawy,

    Więc smierci szukać nie mogę,

    Ale jej tu dobrze czekam.

    Nie klękajcie wy przedemną,

    Bo nie jestem żaden święty,

    Ale Polak jestem prawy,

    Broniący mego żywota;

    Nie jestem żaden męczennik,

    Ale się do smierci bronię,

     kogo mogę zabiję,

    I krew dam — a nie dam szpady...«

    To rzekł jenerał Sowiński,

    Starzec o drewnianej nodze,

    I szpadą się jako fechmistrz       

    Opędzał przed bagnetami;

    Aż go jeden żołnierz stary

    Uderzył w piersi i przebił...

    Opartego na ołtarzu

    I na tej nodze drewnianej.

    Źródło:

    https://pl.wikisource.org/wiki/Sowi%C5%84ski_w_okopach_Woli

    Wojna w pozytywizmie

    Prus, Lalka, Rozdział X. Pamiętnik starego subiekta fragm.

    Z tej długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie karabinowych strzałów, a w tamtych białych chmurach szalała burza armat.

    - Phy! - odezwałeś się wtedy, Katz - i to ma być bitwa?... Miałem się też czego bać...

    - Zaczekaj no - mruknął podoficer.

    - Przygotuj broń!... - rozległo się po szeregach.

    Klęcząc zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo się szczękanie stalowych stempli i trzask odciąganych kurków... Podsypaliśmy proch na panewki i znowu cisza.

    Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi gościniec. Spostrzegłem, że na jego żółtym tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce utworzyły białą linię, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu leżącego o kilkaset kroków na lewo od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas huknął strzał armatni i nad białym oddziałem austriackim ukazał się siwy obłoczek dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół minuty - znowu strzał i znowu obłoczek...

    - Her Gott! -- zawołał stary podoficer - jak nasi strzelają... Bem komenderuje czy diabeł...

    Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym... trzeci dym... czwarty...

    - Mądre bestie! - mruknął podoficer.

    - Batalion!... naprzód marsz!... - wrzasnął ogromnym głosem nasz major. [...]

    W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na lewo, zrobiło się zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział trzymając się rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do mnie, alem go nie słyszał ; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam wpadła kropla wody. [...]

    Nareszcie dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką cenę chciałem wydobyć się z niego. Cofnąłem się z początku wolno, później biegiem, widząc ze zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu wyciągniętych szeregów zobaczyłem kupę uciekających ludzi.

    -" Czego oni, u diabła, uciekają?..." - myślałem przyspieszając kroku. Nie był to już bieg, ale koński galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś nowy batalion, a na szczycie wzgórza walą z armat.

    - Rezerwy w ogniu!... Naprzód, łajdaki!... Świnie wam paść, psubraty!... - wołali czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiając nas na powrót w szeregi i płazując każdego, kto nawinął się im pod rękę

    Majora między nimi nie było.

    Powoli zmieszani w odwrocie żołnierze znaleźli się w swoich plutonach, ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do porządku. Ubyło jednak ze czterdziestu ludzi.

    - Gdzież oni się rozbiegli? - spytałem podoficera.

    - Aha, rozbiegli się - odparł zachmurzony.

    Nie śmiałem pomyśleć, że zginęli.

    [...]

    Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i - zobaczyłem ze sto wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas przeleciał wicher pocisków.

    - Stój!... Pal!...

    Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja ; czułem, że zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi ; bałem się zobaczyć leżącego człowieka.

    Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: " Naprzód!" i - nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem... Strzały prawie ucichły i odzywały się tylko pojedyńczo... Z impetem uderzyłem o coś piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja...

    - Kłuj Szwaba!... - krzyczał nieludzkim głosem Katz rwąc się naprzód. A że nie mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry stojących przed nami kolegów.

    Nareszcie zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się giąć klatka piersiowa i uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że nie stoję na ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za nogę. W tej chwili wrzeszczący tłum posunął się naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka poślizgnęła mi się we krwi.

    Obok mnie leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek młody, o bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem:

    - Nie trzeba deptać... Niemcy są też ludźmi...

    Wsunął rękę pod bok i jęczał żałośnie.

    Pobiegłem za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały austriackie baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną armatę przewróconą, drugą zaprzężoną i otoczoną przez naszych.

    Trafiłem na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła armaty, drudzy ściągali woźnicę z siodła; Katz przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a kanonier austriacki chciał zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za kołnierz i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię. Katz i jego chciał przebić.

    - Co robisz, wariacie?!... - zawołałem odbijając mu karabin.

    Wtedy rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer pałaszem odtrącił mu bagnet.

    - Czego się tu mieszasz?... - krzyknął Katz na oficera i - oprzytomniał. [...]

    Około czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było po bitwie. Tylko na zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały się pojedyncze strzały lekkiej artylerii, jak odgłosy burzy, która już przeszła.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/lalka/0010.htm

    Henryk Sienkiewicz, Potop fragm.

    Ledwie tedy rozbłysło na niebie, rozpoczęła się walka artylerii; lecz tym razem pierwsze zagrały działa szwedzkie. Działa klasztorne odpowiadały grzmotem na grzmot, błyskawicą na błyskawicę, ile mogły, ile ludziom sił i tchu w piersi starczyło. Ziemia zdawała się trząść w posadach. Morze dymu rozciągnęło się nad klasztorem i nad kościołem.Co za chwile, co za widoki dla ludzi, którzy nigdy w życiu nie patrzyli w krwawe oblicze wojny!

    Ów huk nieustający, błyskawice, dymy, wycia kul rozdzierających powietrze, straszliwy chychot granatów, szczękanie pocisków o bruki, głuche uderzenia o ściany, dźwięk rozbijanych szyb, wybuchy pękających kul ognistych, świst ich skorup, chrobot i trzaskanie dylowań1, chaos, zniszczenie, piekło!...

    Nagle na wieży odezwały się trąby wspaniałą harmonią pobożnej pieśni. Płynęła z góry ta pieśń i słychać ją było naokół, słychać wszędy, aż na bateriach szwedzkich. Do dźwięku trąb dołączyły się wkrótce głosy ludzkie i wśród ryku, świstu, okrzyków, łoskotu, grzechotania muszkietów rozlegały się słowa:

    Bogurodzica, Dziewica,

    Bogiem sławiena Maryja!...

    Tu wybuchło kilkanaście granatów; trzask dachówek i krokwi, a potem krzyk: „Wody!”targnął słuchem i … znów pieśń płynęła dalej spokojnie:

    U Twego Syna, hospodyna

    Spuści nam, ziści nam

    Chlebny czas, zbożny czas.

    Jak czasem stada wędrownych żurawi, znużone długim lotem, obsiadają wzgórza wyniosłe, tak roje ognistych posłanników padały na szczyt kościoła i na drewniane dachy zabudowań. Kto nie brał udziału w walce, kto nie był przy armatach, ten siedział na dachach. Jedni czerpali wodę w studniach, drudzy ciągnęli sznurami wiadra, trzeci tłumili pożar mokrymi płachtami. (…)

    Ledwie pogaszono jedne pociski, ledwie wody spłynęły po zrębach, leciały nowe stadarozpalonych kul, płonących szmat, skier, żywego ognia. Cały klasztor był nim objęty, rzekłbyś: niebo otworzyło się nad nim i ulewa piorunów nań spada; jednak gorzał, a nie palił się, płonął i nie zapadał w rumowisko; co więcej, wśród tego morza płomieni śpiewać począł jak ongi młodzieńcy w piecu ognistym.

    Ludziom stojącym na murach i pracującym przy działach, którzy w każdej chwili mogli sądzić, że tam już wszystko płonie i w gruzy się wali za ich plecami, pieśń ta była jakby balsam kojący, zwiastowała im bowiem ciągle i ustawicznie, że stoi klasztor, stoi kościół, że płomień dotąd nie zwyciężył wysileń ludzkich.

    Źródło:

    http://xn--jzyk-polski-rrb.pl/matura/zadania-maturalne/121-dwa-obrazy-wojny

    Eliza Orzeszkowa, Gloria victis* (fragm.)

    Ilekroć rozdzierało się na chwilę napowietrzne morze dymu, widać było bliżej i dalej, z jednej strony i z drugiej, postacie ludzkie rozciągnięte na mchach i wiklinach jak czarne, leżące cienie.

    Po obu stronach padały trupy. Lecz nie wszyscy upadający byli trupami.

    Upadł stąd niedaleko i rozciągnął się na paprociach mały Tarłowski. Ale żył…

    Od początku bitwy, za rosochatą olchą na jedno kolano klęcząc, nabijał strzelbę, celował i strzelał, bez ustanku, zapamiętale, szybko, z wprawą, którą obdarzyły go ćwiczenia obozowe. Jakby nigdy pragnieniem był nie biegł ku rajskiej erze wiecznego pokoju świata, jakby nigdy razem z poetą nie wyrzekał na wlaną w serce człowiecze kroplę wściekłości lwiej… Coś lwiego czy tygrysiego błyszczało mu w oczach o rozpalonym błękicie, pod czołem ściągniętym w jedną zmarszczkę uwagi wytężonej i zaciętości srogiej; w linię srogą jak krwawa uraza zaciskały mu się usta albo rozwarte, dyszące, w pierś wątłą chłonęły węże dymu ziejące prochową wonią.

    Wtem nadleciało coś mającego w szarym dymie podobieństwo do wydłużonego ciała czarnej pszczoły i w ramię go ugodziło. Ramię to zwisło u boku, strzelba z ręki wypadła, chciał porwać się z klęczek, zachwiał się i na wysokie paprocie upadł. Ale żył i po długiej chwili dwie pary silnych ramion zdjęły go z okrwawionych paproci i wniosły do tego namiotu, u stóp moich stojącego, który już nie był pusty.

    Pod dachem wysokim, z zielonych gałęzi uplecionym, na mchowych i paprociowych pościelach leżało już kilkunastu ludzi, w których trzewia lub członki żądła swe pogrążyły czarne pszczoły. Nad nimi, od jednego do drugiego przechodząc, przyklękali dwaj ludzie z twarzami zatroskanymi, z czołami  oblanymi potem, z rękoma czynnymi. Lekarze obozowi.

    Ale wówczas dokoła polany tej stawało się już bardzo gorąco. Z coraz częstszymi, z coraz dłuższymi, gęstszymi grzmotami karabinowego ognia, szara masa zbliżyła się już na odległość, z której można było rozpoznawać wzrokiem pojedyncze postacie, twarze, ubrania, bronie. Z żelaznym prawem liczby zaokrąglała się ona w obręcz i opasywała polanę coraz zupełniej, coraz bliżej. Ludzie z tej i z tamtej strony poczęli spotykać się oko w oko i zwierać się pierś z piersią.

    W stukach i grzmotach obustronnych ogni dym gęstniał, napełniony ognistymi błyskawicami, krzykami, przekleństwami i wybijającymi się nad wszystko głosami komend krótkich, zdyszanych, coraz śpieszniejszych, zapalczywych, śmiertelniejszych. Duszność i ciemność od dymu wzrastały; lały się w nich strumienie potu, ciekły strugi krwi. Coraz ciaśniej stawało się tam, wrzaskliwiej, krwawiej, wścieklej, przeklęciej. Piekło, piekło, mówię ci, wietrze prędki, szalało w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju leśnym. Piekło ludzkie.

    I zdawać się mogło, że nad to, co się już działo, nic na ziemi straszniejszego dziać się nie może. A jednak… Kiedy na ludzi spoglądasz, wietrze prędki, nie mów nigdy: „Tu kres ich tragedii!” Bo nikt wśród wszechświata odgadnąć ani obliczyć nie zdoła tego szczytu najwyższego, na który wzbijać się mogą ich tragedie, ich zbrodnie i ich niedorównany we wszechświecie ból.

    I oto… Zza gęstwiny olch i osin, zza tej, co to, widzisz, naprzeciw mnie, spośród krzaczastych zarośli wyrasta, wysunął się oddział wojska konnego, lasem pik długich nad głowami najeżony, nad końskimi grzbietami pochylony i krzyk wydając przeraźliwy począł przez pustą polanę ku temu namiotowi pędzić. Zoczył namiot ten ludzi pełen i pędzić ku niemu począł, ku namiotowi, w którym sił i broni pozbawieni leżeli ludzie ranni, a nad nimi z rękoma czynnymi klęczeli lekarze.

    Pędził oddział, zbrojny w piki, na koniach chyżych pochylony, z krzykami przeraźliwymi, z twarzami opalonymi w ogniu bitwy, i szalała mu w żyłach wściekłość lwia…

    Lecz za mną tuż rozległ się głos stalowy, wrzask boju przewyższający:

    — Jazda! Na obronę rannych.

    W mgnieniu oka z dowódcą swym na czele wlecieli na polanę. Czarni od dymów piekielnych, na zziajanych koniach wypadli zza drzew i zarośli naprzeciw tamtym z podniesionymi szablami w rękach…

    Słońce miało się ku zachodowi i zza dymu świeciło tarczą z rozżarzonej miedzi. Na ten poczet lecący, na jego spalone twarze i obnażone szable padł rdzawoczerwony blask, bezpromienny, ponury. W tym blasku dopadli namiotu, już przez tamtych okrążonego, z wątłą ścianą gałęzi już rozwaloną. Straszliwy panował tam tłok i rozlegały się nieludzkie wycia i ryki. Całą siłą rozpędu koni w tłok ten uderzyli, z rąk sypiąc błyskawice szabel i pistoletowe strzały. Dowódca czarnowłosy, do Archanioła z mieczem płomiennym podobny, pierwszy szerokiego otworu doskoczył i jakby nogi konia jego ziemia do siebie przykuła — stanął.

    O, Jezu! Nie było już w namiocie rannych ani lekarzy. Były tylko trupy w krwi broczące i jeszcze otrzymujące nowe rany, umilkłe albo w strasznym konaniu charczące. A w pośrodku tego pola ordów dokonanych dokonywał się już ostatni. Na ostrzach kilku pik osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze mały Tarłowski twarz białą jak chusta wystawiał na rdzawoczerwony blask słońca.

    Męczeńska twarz ta o umierających oczach, z czerwonym sznurkiem krwi od złotych włosów do ust konwulsją wstrząsanych poznała jednak przyjaciela, ręka szybkim ruchem rzuciła ku niemu jakiś przedmiot czerwony i głos mdlejący zawołał:

    — Jagmin! Siostrze!

    Ostatni dar, ostatnia myśl, ostatnie słowo! Jak ptak czerwony chusta krwią ociekająca zleciała na szeroką pierś dowódcy jazdy, lecz w tejże chwili upadł pod nim koń jego, kulą ugodzony i on sam wśród tłoku, dymu, wrzasku, stuku wystrzałów, ulewy ognistych błyskawic — zniknął!…

    Źródło:

    https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/gloria-victis-tom-opowiadan/

    Adam Asnyk, W dwudziestopięcioletnią rocznicę powstania 1863 roku 

    współuczestnikom poświęca autor

    Ruchliwe fale czasu nie zatarły

    Twych krwawych śladów, o nieszczęścia roku!

    Dotąd w swej grozie posępnej zamarły

    Ciężysz nad nami - i z przeszłości mroku

    Przez lat szeregi kroczysz, widmo blade,

    Wlokąc za sobą, jak całun - zagładę.

    Wieleż to razy ciebie przeklinano,

    A z tobą marzeń zdradliwych ponętę;

    Za każdą świeżą z ręki wroga raną

    Zawsze twe imię wracało przeklęte

    I zamrażało żywsze serc porywy

    Krzykiem zwątpienia i bojaźni mściwej.

    Z twoich doświadczeń czerpano nauki

    I niewolnicze wysławiano cnoty,

    Gaszono skrzętnie święty żar - dopóki

    Męskim zapałem tchnęła pierś heloty,

    Sądząc, że lekiem najlepszym na rany

    Jest gwałt polskiemu uczuciu zadany.

    Za twoje grzechy Polskę z mieczem w dłoni

    Z szat obnażono jak jawnogrzesznicę

    I urągano, że praw swoich broni,

    I z ran szydzono, i plwano jej w lice,

    I z czci ją chciano odrzeć do ostatka,

    Jakby to była nie ich własna matka!

    Wszystko to w spadku zostało po tobie:

    Grzeszne ofiary i grzeszniejsza skrucha,

    Bunt tych, co widząc malejące już ciało,

    Śmieli doradzać samobójstwo ducha -

    I więzy, które mocniej się nam wpiły,

    I łzy palące... i wstyd... i mogiły...

    A jednak pamięć obchodzimy twoją,

    Jak ci, co dawno z niedolą zbratani,

    Nieszczęściu w oczy spojrzeć się nie boją

    I nawet z ciemnej wynoszą otchłani

    Tę nieśmiertelną nadzieję, co z dala

    Pracę pokoleń wiąże i utrwala.

    My obchodzimy twą rocznicę smętną,

    Bo dawnych zwycięstw święcić dziś nie śmiemy;

    Niewolnik, hańby swej noszący piętno,

    W rocznicę chwały ojców stoi niemy -

    A tylko ta mu droga jest i święta,

    W której sam skruszyć chciał krzywdzące pęta.

    My obchodzimy w twym żałobnym święcie

    Najbliższą z naszych dziejowych pamiątek

    I rycerskiego rapsodu zamknięcie,

    Tego rapsodu, co jak krwawy wątek

    Przebiegał dziejów pogrobowych kartę,

    Zbrojąc wciąż serca pokoleń uparte.

    Boś ty nie przyszedł jako klątwa nieba

    Ani nie spadłeś jak grom niespodzianie,

    Lecz jak duchowa narodu potrzeba

    W krwawej wypadków wypłynąłeś pianie -

    Aby ostatnim orężnym protestem

    Zapisać w dziejach nieśmiertelne: jestem!

    Ty byłeś dzieckiem ostatnim epoki,

    Która tradycję przechowując żywą,

    Z dumnej przeszłości czerpała swe soki

    I, wolnych marzeń snując wciąż przędziwo,

    Ku zmartwychwstaniu stale naprzód biegła -

    Tak jeszcze bliska... a tak już odległa.

    Nad tą epoką jaśniał jeszcze w górze

    Duch niepodległej ojczyzny widomy,

    Jeszcze francuskiej rewolucji burze

    Świat wstrząsające rozrzucały gromy,

    I biła na nią krwawych świateł fala

    Z wojennych ognisk "małego kaprala".

    To pokolenie, które wówczas wzrosło,

    Dni Listopada było niedalekiem

    I swoich ojców rycerskie rzemiosło

    Z krwią wzięło w spadku - i wyssało z mlekiem

    Żywą tradycję krótkiej zwycięstw chwały

    I majestatu Polski zmartwychwstałej.

    W cudownej przed nim spływały legendzie

    Postacie wodzów, strojne w liść wawrzynu,

    Wieszczów krwawiących swe piersi łabędzie

    I męczenników, rwących się do czynu -

    Więzienia, groby, szubienice, krzyże

    I śnieżna, mroźna otchłań na Sybirze...

    Więc silniej każde uderzało tętno,

    I klątwa wieszczów na grunt padła żyzny,

    Budząc gniew, zemstę i boleść namiętną

    Nad poniżeniem i hańbą ojczyzny.

    I wszystkie serca zbroiły się harde

    W niewolniczego żywota pogardę.

    Jeszcze ten łańcuch duszącej niewoli

    Nie zatamował męskiego oddechu,

    Jeszcze męczeńskiej naszej aureoli

    Nie tknęło błoto urągań i śmiechu,

    I pokutnicze nie straciły tłumy

    Ostatnich błysków narodowej dumy.

    Nie było nawet podówczas w zwyczaju

    W dyplomatycznej ślizgać się zabawce,

    W lada koniuszym lub dworskim lokaju

    Zaraz ojczyzny upatrywać zbawcę

    I tym, co jawnie wyparli się Polski,

    Dawać na kredyt mandat apostolski.

    Kiedy kto z wrogiem chciał wchodzić w konszachty

    I stawiać złote zjednoczenia mosty,

    Nie powiadano w gronie braci szlachty,

    Że to mąż stanu, lecz że zdrajca prosty -

    I nie wróżono nowej szczęścia ery,

    Widząc na piersiach błyszczące ordery.

    Jeszcze przybierać nie umiała Polska

    Postaci gadu, co się u stóp czołga;

    Wolała, żeby w drodze do Tobolska

    Trupy jej synów unosiła Wołga -

    Wolała ponieść ofiary najkrwawsze,

    Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

    O! wtedy jeszcze nurtem tajnych koryt

    Płynęły na świat idealne mary

    I nadawały cudowny koloryt

    Tkanej przez losy przędzy życia szarej,

    A na niebiosach jaśniał blask nadziemski,

    Niby wschodzącej znów gwiazdy betlemskiej.

    Męki wygnania, tęsknoty sieroctwa

    Tonęły w wielkim mistycznym zachwycie;

    Sny mesjaniczne, natchnione proroctwa

    Nad ziemią inne wytwarzały życie,

    Gdzie rzeczywistość znikała sprzed oczu

    W gwiaździstym, sennym marzenia przeźroczu.

    Pamiętam dotąd chwile owych wiosen,

    Gdy serca nasze paliła tęsknota,

    A bór nam szumem dębów swych i sosen

    Śpiewał, jak stary pieśniarz wajdelota,

    Rycerskie pieśni dawnej przodków chwały,

    Które nas czarem swoim upajały.

    Pamiętam dotąd, jak nam szmer strumieni,

    Słowików śpiewy, powiew kwiatów woni

    I zorza, która błękity rumieni,

    I wszystko wkoło wciąż mówiło o Niej,

    O nieśmiertelnej, co w grobowcu czeka

    Na odwalenie kamiennego wieka...

    A w piersiach naszych z każdą chwilą rosła

    Miłość bezbrzeżna, wyłączna, jedyna,

    Co na swych skrzydłach duszę w błękit niosła,

    Jakby do matki stęsknionego syna,

    Z wiarą, że w górze poza chmur zasłoną

    Ujrzy ją znowu - jasną i zbawioną.

    Myśmy ją wszyscy przed sobą widzieli -

    Cudowną postać w złotej gwiazd koronie,

    W niepokalanej czystości i bieli,

    Ze zmaz obmytą przez anielskie dłonie,

    Z twarzą podobną do Najświętszej Panny

    I blask z swych włosów siejącą poranny.

    Każdy ją wieńczył w własnych rojeń kwiaty

    I jej piękności odczuwał inaczej,

    Każdy w odmienne ubierał ją szaty -

    Lecz nikt nie wątpił, iż po dniach rozpaczy

    Nadpłynie w blasków różanych powodzi

    I swą pięknością cały świat odmłodzi.

    Więceśmy ręce do niej wyciągali,

    Wołając: "Zstępuj z błękitów, królowo!

    Krzywdy nędzarzów zważ na prawa szali

    I sprawiedliwość wymierz im na nowo,

    Zawieś miecz pomsty nad fałszem i zbrodnią

    I bądź ludzkości gwiazdą znów przewodnią.

    My ci pod stopy ciała swe uścielem,

    Abyś stanęła na nich jak na tronie

    I praw zgwałconych stała się mścicielem,

    Z błogosławieństwem wyciągając dłonie

    Ku tym, co cierpiąc niesłusznie skrzywdzeni,

    Wzywają ciebie z czyśćcowych płomieni.

    My nic dla szczęścia swego, nic dla siebie

    Nie pragniem - nawet nie żądamy dożyć

    Chwili, gdy z jutrznią zabłyśniesz na niebie.

    Chcemy na zawsze w prochu się położyć

    I za swe wiano wziąć niepamięć wieczną,

    Byłeś Ty jasność rozlała słoneczną".

    To wszystko teraz w przepaść się zapadło,

    I już przeminął czas rycerskiej służby;

    Z błękitów jasne zniknęło widziadło,

    Umilkły wieszcze natchnienia i wróżby,

    A burza nieszczęść strąciła nam z głowy

    Nawet ostatni wieniec nasz - cierniowy.

    Śpiewne serc głosy, idealne hasła,

    Płomienne słowa, mistyczne zachwyty

    Przebrzmiały - lampa cudowna zagasła,

    Na ziemię runął ideał rozbity...

    I w naszych oczach rozpadło się w gruzy

    Tęczowe państwo romantycznej muzy.

    Prąd czasu innym popłynął korytem,

    Nastała nowa epoka, żelazna,

    Która wciąż ziemskim zaprzątnięta bytem,

    Niebiańskich widzeń słodyczy nie zazna

    I tylko w ziemi wnętrznościach się grzebie,

    Zajęta myślą o codziennym chlebie.

    Uboga duchem i uczuciem skąpa,

    Dokoła cień swój roztacza ponury,

    Ciężko po ciałach swoich ofiar stąpa -

    I chciwą dłonią szarpiąc pierś natury,

    Pragnie zasłonę zedrzeć tajemniczą,

    Za coraz nową zdążając zdobyczą.

    Choć na chorągwi kładzie prawdy znamię

    I ludzkiej wiedzy skarbnicę bogaci -

    Czynami swymi wiecznym prawdom kłamie

    I fałsz podaje w misternej postaci,

    I jadem zbroi węże i padalce,

    By zwyciężały w strasznej o byt walce.

    Nastała nowa epoka, z obliczem

    Nieubłaganem, lodowatem, chmurnem;

    Jej bóg jest owym, nie wzruszonym niczem,

    Pożerającym swe dzieci Saturnem -

    A jej religia, dziką tchnąca grozą,

    Drapieżnej siły jest apoteozą.

    Z nową religią nowi są prorocy,

    Co słabszym niosąc wyrok unicestwień,

    Głoszą królestwo gwałtu i przemocy,

    I ewangelię plemiennych rozbestwień,

    Jako pociechę wskazując w rozbiciu

    Nędzę i nicość i w śmierci, i w życiu.

    Pod ich chorągwie spieszą ludzie nowi,

    Widząc, że wiara przeszłości zawiodła -

    Urągać czystych poświęceń duchowi,

    Kruszyć braterstwa i wolności godła,

    Przed złotym cielcem korzyć się tyranii -

    Panmoskwicyzmu albo pangermanii.

    I u nas przyszło nowe pokolenie,

    Wpatrzone w ziemię z chłodem i rozwagą,

    Pragnące teraz na dziejowej scenie

    Odgrzebać z gruzów rzeczywistość nagą,

    Podstawę bytu, mniej od dawnej chwiejną,

    By na niej znowu budować kolejno.

    W twardej nieszczęścia urobione szkole,

    Zrzekło się marzeń zdradliwych słodyczy;

    Krępuje skrzydła młodości sokole,

    W każdym porywie z siłami się liczy -

    I wchodzi z prądem dziejowym w przymierza,

    Biorąc w rachubę instynkt i moc zwierza.

    Spragnione prawdy, za nią jedną goni,

    Choćby nią miało zatruć czyste zdroje,

    Gdyż pragnie świeżej doszukać się broni,

    Z którą by mogło przyszłe staczać boje -

    A w tej pogoni - stopą nieoględną

    Depcze wawrzyny, co na grobach więdną.

    To pokolenie, milczące i smutne,

    Daleko myślą od dawnych odeszło;

    Oskarża serca miłością rozrzutne

    I lekceważy ich zasługę przeszłą,

    Nie wiedząc nawet, ile w niej się mieści

    Wielkich poświęceń, cnoty i boleści.

    Myśmy przez piękność, sercami odczutą,

    W dobra i prawdy chcieli wejść krainę,

    A oto kończym nasze dni pokutą,

    Zbyt śmiałych lotów opłakując winę...

    Nie może m jednak bez goryczy patrzeć,

    Widząc, jak chcecie ślad przeszłości zatrzeć.

    Lecz chociaż droga nasza się rozchodzi,

    A chłód wasz lodem spada nam na serce -

    My błogosławim wam, rycerze młodzi,

    Narodowego długu spadkobiercę,

    I na trud przyszłych, mozolnych wyzwoleń

    Niesiem życzenia gasnących pokoleń.

    Idźcie, jak światła przystoi czcicielom,

    Oświecać drogi ludzkiego pochodu

    Ku coraz wyższym i jaśniejszym celom!

    Szukajcie prawdy dla swego narodu,

    Ażeby przez nią posiąść mógł helota

    Stracone piękno i dobro żywota.

    Lecz wiedzcie: prawda, której wy szukacie,

    Jest jak Proteusz kryjący się zdradnie,

    Który wciąż swoje odmienia postacie,

    Gdy śmiały nurek w głębi go napadnie,

    I pokolenia ciekawych żeglarzy

    Coraz to nową odpowiedzią darzy...

    22-24 styczeń 1888

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/~literat/asnyk/085.htm

    Wojna w modernizmie (Młodej Polsce)


    Stefan Żeromski, Rozdziobią nas kruki, wrony*

     Ani jeden żywy promień nie zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez wichry. Skąpa jasność poranka rozmnożyła się pokryjomu, uwidoczniając krajobraz płaski, rozległy i zupełnie pusty. Leciała ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku ukośnym i ciskał o ziemię.
     Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach wszystko, co żyło. Obdarte z liści, zczerniałe rokiciny żałośnie szumiały, zniżając pręty aż do samej ziemi. Kartofliska, ściernie, a szczególniej role świeżo uprawne i zasiane, rozmiękły na przepaściste bagna. Bure obłoki, podarte i rozczochrane leciały szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i przez deszcz chłostanych.
     Właśnie o samym świcie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranem nazwiskiem Szymona Winrycha), wyjechał z za pagórków rajgórskich i skierował się pod Nasielsk, na szerokie płaszczyzny. Porzuciwszy zarośla, trzymał się przez czas pewien śladu polnej drożyny, gdy mu ta jednak zginęła w kałużach, ruszył wprost przed siebie, napoprzek zagonów.
     Przez dwie noce już czuwał i trzeci dzień wciąż szedł przy wozie. Buty mu się w rządkiem błocie rozciapały tak misternie, że przyszwy szły swoim porządkiem, podeszwy swoim porządkiem, a bose stopy w zupełnem odosobnieniu. Bardzo przemókł i przeziąbł do szpiku kości. Któżby zdołał poznać w tym obdartusie byłego prezesa najweselszej pod księżycem konfraternii t. zw. śrubstaków, dawnego Jędrka, króla i padyszacha syren warszawskich? Włosy mu wyrosły «w orle pióra», paznogcie «w dzikie szpony», chodził teraz w przepoconej sukmanie, żarł chciwie razowiec ze sperką i żłopał gorzałę z taką naiwnością, jakby to była woda sodowa z sokiem porzeczkowym.
     Konie były głodne i zgonione tak dalece, że co pewien czas ustawały. Nic dziwnego: koła zarzynały się w błoto po szynkle, a na drabiniastym wozie pod trochą olszowego chróstu, siana i słomy leżało samych karabinów sztuk sześćdziesiąt i kilkanaście pałaszów, nie licząc broni drobniejszej. Były to wcale niezłe szkapy: rosłe, podkasane, prawie chude, ale ze świetnej rasy pociągowej. Mogły jak nic robić dziesięć mil na dobę, byleby im pozwolić dobrze wytchnąć dwa razy i uczciwie je popaść. Konie należały do pewnego szlachetki z okolic Mławy. Stanowiły one znaczną część jego majątku, bo posiadał suma sumarum trzy szkapy, jednakże pożyczał ich Winrychowi na każde zapotrzebowanie. Ten ostatni przychodził zazwyczaj późno w nocy, stukał do okna domostwa, — wychodzili obydwaj z gospodarzem, wyprowadzali konie cichaczem, aby nie budzić parobka, wytaczali wóz i jazda! Letnią porą była to rzecz wcale łatwa, owa jazda. We dnie Winrych spał w gąszczach leśnych, a konie się pasły. Teraz niepodobna było, ani spać, ani popasać. Winrych liczył na to, że go ktoś zluzuje, zwłaszcza, że najuciążliwsze posterunki i przeszkody szczęśliwie wyminął. Ale nie takie to już były czasy... Jeżeli kto jeszcze na tej ziemi walczył w całem i zupełnem znaczeniu tego słowa, to on, Winrych. On jeden chodził jeszcze po broń, jeden nie upadał na duchu. Gdyby nie on i sama partya byłaby się oddawna rozleciała na cztery strony świata. Przez długi czas tych ludzi ściganych, głodnych, przeziębłych i wylęknionych wspierał swemi szyderczemi półsłowami i podniecał, jak chłostą. Teraz, gdy już wszystko runęło na łeb w bezdenną jamę trwogi, on się, jak to mówią, zawziął. W miarę tego, jak nietylko do głębi nastrojów i sumień, ale do podstaw t. zw. polityki rewolucyjnej wciskać się poczęła coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna zasada: fratres, rapiamus, capiamus, fugiamusque, — on czuł w sobie upór coraz zuchwalszy, coraz straszliwiej bolesny i już prawie szalony...
     Gdy tak zmoknięty, głodny i bardzo znużony brnął przy wozie, poczęło, jakoby wraz z zimnem, wsiąkać w niego uczucie nędzy. W kieszeni nie miał już ani okruszyny chleba i ani kropli wódki we flaszce. Dziurawe buty, absolutnie wzięte (jeżeli, nota bene, był w nich milimetr rzemienia zasługujący na to, aby był absolutnie, czy tam inaczej brany), nie mogły być przyczyną owego uczucia nędzy. Nie sam głód również i nie samo zimno je wywoływało. Ale po śladach, zostawionych na błocie przez te dziurawe buty, szła za Winrychem ironia spostrzeżeń, owa bieda okrutna, co nie waha się wtargnąć do miejsca świętego świętych, co odważnie, jak plugawy lichwiarz, bierze w szachrajską swą rękę bezcenne klejnoty ludzkiego ducha i drwi z ich wartości, ubierając tę podłość w najlogiczniejsze syllogizmy.
     — Wszystko przełajdaczone, — szepce Winrych, pogwizdując, — przegrane nietylko do ostatniej nitki, ale do ostatniego westchnienia wolnego. Teraz dopiero wyleci na świat strach o wielkich ślepiach, ze stojącymi na łbie włosami i wypędzi z mysich nor wszystkich metafizyków reakcyi i proroków ciemnoty. Czego dawniej nie ważyłby się jeden drugiemu do ucha powiedzieć, to teraz będą opiewali heksametrem. Ile w człowieku jest zbója i zdrajcy, tyle z niego wywleką, na widok publiczny ukażą i ku czci, oraz naśladowaniu podadzą. I pomyśleć, że to my taki sprawiliśmy postęp wyobrażeń, ponieważ przegraliśmy...
     Mocniej zacisnął pas wełniany, osłonił piersi sukmaną i ruszył dalej, zwiesiwszy głowę. Czasami ją podnosił i mówił przez zęby:
     — Psy parszywe!
     Deszcz ostry zacichł i siał tylko ów pył wodny, nieustanny, zawieszający tuż przed okiem jakby nieprzejrzystą zasłonę. Podmuchy wiatru szalały dokoła wozu, gwizdały między sprychami, wydymały długie poły sukmany i targały koszulę na Winrychu.
     Za zasłoną mgły dał się nagle spostrzec jakiś ruch jednostajny, równoległy do ledwie widocznego horyzontu. Mógł to być szereg wozów, stado bydła — albo wojsko.
     Winrych patrzał przez chwilę, przymrużywszy powieki. Doznał takiego wrażenia, jakby ktoś zagiął palec pod żyłą krwionośną w jego piersiach i wydzierał ją na zewnątrz.
     — Moskale... — wyszeptał.
     Dał koniom po siarczystym bacie, ściągnął lejce, zawrócił prawie na miejscu i zaczął uciekać. Nie chciał, a raczej nie mógł odwrócić głowy, ażeby się obejrzeć po za siebie i zbadać, co się tam dzieje. Zdawało mu się, że umknie na bok niepostrzeżony. Nieszczęście chciało, że miejsce było gołe i puste w promieniu wiorst kilku.
     Uciekający wóz spostrzeżono. Z szeregów postępującego wojska odłamała się grupa jeźdźców, wysunęła przed front i pomknęła co koń skoczy. Winrych, patrząc już na to zjawisko, nie mógł zrozumieć, czy ci ludzie sadzą ku niemu, czy się oddalają w kierunku przeciwległym. Dopiero, zobaczywszy chorągiewki przy schylonych lancach i łby końskie, zorjentował się dobrze. Wtedy krew szarpiąca się w jego pulsach — jakby stężała i stanęła w biegu... Zatrzymał konie, omotał dokoła luśni parciane lejce i namyślał się, co wywlec z wozu do obrony: pałasz, czy sztucer nienabity?
     Zanim wszakże cokolwiek przedsięwziąć zdołał, machinalnie zbliżył się do zmordowanych koni swoich i zaczął jednemu z nich zdejmować kantar ze łba i ściągać chomąto, jakby z zamiarem puszczenia na wolność tych towarzyszów niewoli. Czyniąc to, na chwilę przytulił się do szyi końskiej i westchnął.
     Ośmiu ułanów rosyjskich na pięknych koniach dopadło wozu i w mgnieniu oka ze wszystkich stron go otoczyło. Jeden z nich, nie mówiąc ani słowa, począł zrzucać lancą suche gałęzie, oraz snopki kłoc i sondować głąb wozu.
     Gdy grot dźwięknął, uderzywszy o lufy sztucerów — żołnierz poklepał Winrycha po ramieniu i mrugnął na towarzyszów. Tamci sięgnęli po karabinki, założone na plecy. Winrych stał na miejscu, jak przedtem, obejmując ramieniem kark konia. Usta mu się skrzywiły wzgardliwie i w sercu zsiadło nie to męstwo, lecz pogarda bezbrzeżna, pogarda wszystkiego na tej ziemi.
     — Ty do czyjej partyi to wiozłeś? — zapytał go ów rewidujący.
     — Głupiś! — odrzekł Winrych, nie podnosząc głowy.
     — Do czyjej partyi to wiozłeś? Słysz, polaczyszka!
     — Głupiś!
     — To nie chłop — rzekł do podwładnych starszy, z naszywką na ramieniu — to powstaniec.
     — Głupiś! — rzekł Winrych, patrząc w ziemię.
     — Bierz psiego syna! — wrzasnął żołdak.
     Dwu z nich odsądziło się natychmiast o kilkadziesiąt kroków i szybkim ruchem nastawiło lance poziomo. Skazany spojrzał na nich, gdy mieli ukłuć konie ostrogami, i zaraz, jak małe dziecko, zasłaniając głowę rękami, cichym, szczególnym głosem wymówił:
     — Nie zabijajcie mnie...
     Zerwali się w skok z miejsca zgodnym susem i wraz go przebili. Jeden ohydnie rozpłatał mu brzuch, a drugi złamał dekę piersiową. Trzeci ułan odjechał o kilkanaście kroków i gdy dwaj pierwsi, wyrwawszy lance i splunąwszy, usunęli się na bok, wziął na cel głowę powstańca. Pociągnął za cyngiel wtedy właśnie, gdy nieszczęsny zsunął się w brózdę. Kula, przeszywszy czaszkę naręcznego konia, zabiła go na miejscu. Zwierzę stęknęło żałośnie i padło na nogi konającego Andrzeja. Żołnierze zsiedli z koni i zrewidowali puste kieszenie sukmany. Rozgniewani o to, że Winrych wypił wszystką gorzałkę, rozbili butelkę na jego czaszce I i podarli mu ostrogami policzki. Na głos sygnału, wzywającego ich do powrotu, wskoczyli na siodła i nabrawszy z wozu po kilka sztuk dobrych pałaszów belgijskich, odjechali za oddziałem, który zanurzył się już we mgłę i szarugę. Dowódca szwadronu ścigał forsownie jakiś topniejący oddziałek powstańczy, to też nie miał czasu zawrócić po broń, zostawioną w polu na Winrychowym wozie.
     Tymczasem deszcz rzęsisty puścił się znowu i na małą chwilę ocucił powstańca.
     Powieki jego, zaciśnięte przez ból i popłoch śmiertelny, dźwignęły się i oczy po raz ostatni zobaczyły obłoki. Usta mu drgnęły i wymówiły do tych chmur szybko pędzących ostatnią myśl:
     —...Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...
     Wielka nadzieja nieśmiertelności ogarnęła umierającego, niby przestrzeń bez końca. Z tą nadzieją w sercu umarł.
     Głowa jego wygniotła w błocie dołek, do którego teraz spływać poczęły maleńkie strumyki i tworzyły coraz większą kałużę. Krople, trzepiąc w nią, wzbijały duże, wysoko wzdęte bańki, rozpryskujące się w nicość tak szybko i zupełnie, jak ludzkie święte złudzenia. Zabity koń stygł szybko na zimnie, a pozostały przy życiu szarpał się w zaprzęgu tak gwałtownie, jakby go kto smagał batem rzemiennym. Nagle przechylił się przez dyszel, przez martwego towarzysza i obwąchał głowę Winrycha. Skoro poczuł trupa, ślepie mu krwią nabiegły, grzywa na karku wzburzyła się dziko, szarpnął się w tył, potem cisnął naprzód całym korpusem, bił nogami w ziemię i wierzgał na wszystkie strony w takiej furyi, że tylna jego noga wpadła między sprychy przedniego koła wozu. Szarpnął ją z całej mocy i okropnie złamał powyżej pęciny. Ból wprawił go we wściekłość tem większą. Rozjuszony, wściekłymi skokami rzucać się począł. Kość pękła na dwoje w taki sposób, ze ostry i jak nóż śpiczasty jej kawałek przebił skórę i coraz bardziej, wskutek targania, ją okrawał.
     Dopiero nazajutrz rano pluchota bić przestała, choć wiatr wcale nie ucichł. Chmury leciały wysoko, poprzedzielane głębiami cieniów o kształtach dziwacznych. Pod wiatr i jakby na spotkanie obłoków ciągnęły już stadami, już pojedynczo kruki i wrony. Podmuchy wichrów odnosiły je i odpychały napowrót, nieraz zabawnie wyłamywały im skrzydła do góry, albo kamieniem ciskały ku ziemi. Nad padliną w polu leżącą ptactwo krążyć poczęło, zniżało lot usilnie i po długiem mocowaniu się z wichurą siadało na zagonach zdaleka.
     Koń żyjący wciąż stał ze złamaną nogą, zamkniętą między sprychami. Wyciągnąć jej dla wielkiego bólu już nie usiłował. Obnażona kość przy każdem poruszeniu zaczepiała się o drzewo i krajała skórę.
     Ujrzawszy wrony, powolnymi kroki, z nogi na nogę postępujące ku wozowi, koń zarżał. Zdawał się wołać na ludzi osiadłych, na plemię ludzkie;
     — O ludzie nikczemni, o rodzie występny, o plemię morderców!...
     Krzyk ten rozlegał się nad pustą okolicą i ginął W szalonym głosie wiatru, tylko na chwilę wstrzymując postęp trupojadów. Wrony z wielką rozwagą, taktem, statkiem, cierpliwością i dyplomacyą zbliżały się, przekrzywiając głowy i uważnie badając stan rzeczy. Szczególnie jedna zdradzała największy zasób energii, żądzy odznaczenia się, czy nienawiści. Było to może zresztą, poprostu namiętne odczuwanie interesów własnego dzioba i żołądka, czyli jak przywykliśmy mówić, odwagi (co «było dawniej paradoksem, ale w nowszych czasach okazało się pewnikiem»...) Przymaszerowała aż do nozdrzy zabitego konia, z których sączył się jeszcze sopel krwi skrzepłej, okrytej błoną rudawą. Bystre i przenikliwe jej oczy dojrzały, co należy. Wtedy bez namysłu skoczyła na głowę zabitej szkapy, podniosła łeb do góry, rozkraczyła nogi, jak drwal, zabierający się do rąbania, nakierowała dziób prostopadle i, jak żelaznym kilofem palnęła nim martwe oko trupa. Za przykładem śmiałej wrony ruszyły się jej towarzyszki. Ta preparowała żebro, inna szczypała nogę, jeszcze inna rozrabiała ranę w czaszce. Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta — (należy jej się tytuł «tej miary»), co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania.
     Nim wszakże skosztowała warcholskięgo mózgu i zdążyła osiągnąć t. zw. tytuł do sławy, spłoszył ją nowy przybysz, co zbliżał się niepostrzeżenie, chyłkiem, podobny do dużej, szarej bestyi. Nie był to wcale poetyczny szakal, lecz człowiek ubogi, chłop z wioski najbliższej. Na działku, który odtąd miał do niego należeć na zawsze, znalazły się trupy — szedł tedy zabrać je stamtąd.
     Bał się srodze Moskali, to też prawie pełzał na czworakach. Paliła go żądza poucinania rzemieni i podniecała słodka nadzieja znalezienia jeszcze, pomimo lustracyi żołnierskiej, żelastwa, postronków i odzieży na trupie. Stanąwszy wreszcie nad zwłokami Winrycha, począł kiwać głową i wzdychać — potem ukląkł na ziemi, zdjął kaszkiet, przeżegnał się i zmówił głośno pacierz.
     Wyrzekłszy ostatnie amen, już z błyskiem pożądliwości w oczach, rzucił się przedewszystkiem do kieszeni i zanadrza i począł szukać trzosa. Nic tam już nie znalazł. Obdarł tedy trupa z sukmany, szmat zgrzebnych, zzuł mu buty, zabrał nawet zbłocone onuczki, owinął tymi łachmanami część broni i szybko się oddalił. Po upływie godziny wrócił, aby zabrać resztę zdobyczy. Około południa przyprowadził parę koni i wyprzągł konia kalekę. Obejrzawszy jak najstaranniej jego przetrąconą nogę, przyszedł do wniosku, że jest zepsuta zupełnie. Trzeba było szkapę na nic niezdatną udusić. Założył jej też, nie zwlekając, linkę na kark, przywiązał ją do wagi od orczyków, wlokącej się za parą jego koni, plunął w garść i popędził je, tnąc z całej mocy. Konie nagle szarpnęły, pętlica zdusiła gardziel skazańca i zwaliła go na ziemię. Za chwilę jednak moriturus zerwał się i pobiegł cwałem za ciągnącą go parą, stąpając ostrym szpicem nagiej piszczeli po błocie i po kamieniach.
     Chłop spojrzał i aż zakrył sobie oczy z obrzydzenia. Zaraz odwiązał linkę i dał pokój egzekucyi. Zaprzągł konie do wozu i odjechał. Po południu zjawił się z kozikiem i zdjął skórę z konia, zastrzelonego przez ułanów. Została tylko do usunięcia skóra na koniu jeszcze żywym. Chłopowina medytował, roztrząsał sprawę i rozpatrywał ją z rozmaitych punktów. Mógłby zdechlaka zarznąć kozikiem i załatwić całą rzecz za jednym zamachem, ale nie chciało mu się «paprać» moralnie i fizycznie. Z drugiej strony — bał się nie na żarty, aby ktoś w nocy nie zakradł się cichaczem, nie zatłukł szkapy i skóry z niej nie ściągnął. Koniec końców, tknięty jakimś skrupułem, rzekł do leżącej:
     — Ej — a dychaj se tu... I tak na jutro na rano kopyta wyciągniesz. Spracowałem się! Pan Jezus miłosierny pobłogosławił mnie grzesznemu...
     Na uboczu, względnie do tego kierunku, w jakim zdążał Winrych, były w równem polu doły kartoflane. Ponieważ okazało się, że grunt przepuszczał wodę do wnętrza tych dworskich piwnic zimowych, więc przeniesiono je w inne miejsce, a jamy owe chwastem zarosły. Krzaki berberysu zagaiły ich dno i ściany. Belki ocembrowania pozapadały się wraz z bryłami gliny, tworząc lochy i katakumby, pełne teraz wodnistego błota. Do jednej z tych dziur zaciągnął włościanin nad wieczorem trupa powstańca i zwłoki konia, obdartego ze skóry. Zepchnął je pospołu do jednego lochu, uwikłał żerdzią między dylami i zielskiem i narzucił z wierzchu trochę gliny, aby tego żeru wrony nie wytropiły.
     Tak bez wiedzy i woli zemściwszy się za tylowieczne niewolnictwo, za szerzenie ciemnoty, za wyzysk, za hańbę i za cierpienie ludu, szedł ku domowi z odkrytą głową i z modlitwą na ustach. Dziwnie rzewna radość zstępowała do jego duszy i ubierała mu cały widnokrąg, cały zakres umysłowego objęcia, całą ziemię barwami cudnie pięknemi. Głęboko, prawdziwie, z całej duszy wielbił Boga za to, że w bezgranicznem miłosierdziu swojem zesłał mu tyle żelastwa i rzemienia...
     Nagle w śmiertelnej ciszy jesiennego zmroku przeleciało nad ziemią rozpaczliwe końskie rżenie. Chłop się zatrzymał, i nakrywszy oczy dłonią od blasku, patrzał pod zachód słońca.
     Na tle zorzy liliowej widać było konia, wspartego na przednich nogach. Miotał łbem, wykręcał go w stronę grobu Winrycha i rżał.
     Trzepały się nad tym żywym trupem, wzlatywały, spadały i krążyły wron całe gromady. Zorza szybko gasła. Z za świata szła noc, rozpacz i śmierć.

    Źródło:

    https://pl.wikisource.org/wiki/Rozdziobi%C4%85_nas_kruki,_wrony

    Wojna w dwudziestoleciu międzywojennym

    Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Część pierwsza — Szklane domy, fragm.

    Miasto Baku znalazło się w położeniu fatalnym. Bronione przez artylerię angielską, która silnie i umiejętnie ufortyfikowała się na wzgórzach, i przez pułki ormiańskie, które teraz nic nie miały do stracenia, skoro jeszcze Gruzini pociągnęli do domu, znalazło się pod ogniem artylerii tureckiej. Na mocy układu zawartego przez dowódcę Szaumianca z Anglikami miasto Baku miało wystawić coś w rodzaju wojska czy pospolitego ruszenia w sile co najmniej sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Poczęto tedy pędzić do okopów, cokolwiek w mieście i okolicy nosiło spodnie, od niedorosłych młokosów do starców zgrzybiałych. Mimo to nie zdołano wystawić więcej ponad trzydzieści — czterdzieści tysięcy ludzi, nie przygotowanych i nie przydatnych do wojny. Nadto nie zdołano wykarmić tej ormiańskiej armii, złożonej z najrozmaitszych żywiołów krzątających się około nafty bakińskiej. Waliły się od tureckich pocisków nie tylko domy Ormian, bogaczów, przemysłowców, kapitalistów, lecz i kruche domostwa tatarskie. Ulice były zarzucone rumowiskiem. Nikt z mieszkańców nie przebywał nad poziomem, lecz chronił głowę w piwnicy. Czarne miasto naftowe stało się podwójnie czarnym: od dymu i kurzawy wojennej.

    Życie Cezarego Baryki upływało podczas bombardowania Baku w warunkach opłakanych. Po upadku pierwiastkowej rewolucji wypędzony został z izby, którą mu na mieszkanie przeznaczono. Dom, w którym niegdyś mieszkali rodzice, runął właśnie pod pociskami tureckimi. Jednak w piwnicy, która niegdyś zawierała skarb rodzicielski, Cezary znalazł kryjówkę dla siebie i kilku współtowarzyszów. Przeżywał czasy głodu. Chadzał półnagi, brudny, obrośnięty kłakami, nie wiedząc dnia ani godziny, kiedy go niewiadomy pocisk porazi. Od świtu do nocy tudzież w nocy czyhał na sposobność zdobycia jakiego takiego pożywienia, sposobem niewiele mającym wspólnego z prawem normalnego kupna albo uspołecznioną wymianą jakichkolwiek walorów.

    Patrzył na rzeczy fenomenalne, gdyż Tatarzy i Ormianie nie próżnowali w tym czasie, zagryzając się wzajem na śmierć i mordując, gdzie się tylko zdarzyło. Okazało się naocznie, że nie tylko rewolucjoniści, lecz i wszyscy inni mają w sobie żyłkę do rzezi. Cezary nie wiedział, kim właściwie jest i gdzie jest jego miejsce w tych zatargach. Nie mógł stać po stronie Ormian ani Tatarów, ani Turków, ani Anglików, ani Rosjan, którzy tu niegdyś władali, a później obalili swą władzę przynosząc hasła rewolucji. Rewolucja jednak upadła i nie było o niej mowy w ogniu dwu frontów rozjuszonych. Natura, Ogień, Religia, Ziemia, InteresJedyną rzeczywistością realną i niezmienną został znowu, jak przed nieprzeliczonymi wiekami, gaz, pałający węglowodór[83], którego pochwycenie odpokutował ongi Prometeusz przybiciem rąk do skał Kaukazu. Nie z taką już pogardą, jak niegdyś, Cezary Baryka myślał teraz o świątyni ognia między kopalniami nafty Barachan i Surachan, gdzie niegdyś wyznawcy Zoroastra czcili tę wieczystą moc niszczyciela. Nic innego przecie, tylko tajemne nagromadzenie skalnego oleju[87] we wnętrzu ziemi zegnało w to miejsce tyle nacji wszelakich i rozmaitych, a tak je między sobą skłóciło. Komuż było oddać pierwszeństwo, a choćby słuszność w wyścigu do najobfitszego, samorodnego źródła? Zaiste — nie było komu.

    Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Część druga — Nawłoć, fragm.

    Wybuchła wojna z bolszewikami. Cezary wstąpił do wojska, jak wszyscy jego koledzy z fakultetu. Nie pałał ci on entuzjazmem do wojaczki, ani myślowo i przekonaniowo pragnął wojować z Sowietami, ale musiał iść w obawie niesławy. Ów snobizm wojenny silniejszy był niż przekonania i sympatia dla tamtej strony. [...]

    Cezary Baryka niemało się nachodził w tej narodowej wojnie. Wykonywał wraz z kolegami z oddziału wściekłe marsze i wypady, obroty i zasadzki, to znowu wiał przed siłą przemożną. Zdarzało mu się iść w sam środek nieprzyjaciół, uczestniczyć w brawurowym przedsięwzięciu generała Sikorskiego, jak pchnięcie bagnetu rozpruwającym front bolszewicki. Zdarzało mu się maszerować dniami i nocami, naprzód, wciąż na wschód za wrogiem uciekającym. Przesunęły mu się przed oczyma niezliczone wsie i miasteczka, lasy i pola. Przebrnął rozlewne rzeki wśród łęgów. Ojcowskich szklanych domów nigdzie a nigdzie nie było. Z wolna przestał o nich myśleć. Nie myślał także o ideologii najeźdźców ze wschodu. Nie widać jej było w ruinie, w zniszczeniu, tratowaniu, w śladach rabunków, rzezi i gwałtów.

    Wróg śmiertelny ludzi ubogich szedł przed nim wszystkimi drogami na wschód — niszczyciel i rabuś. Gdzie były żelazne mosty, wisiały poprzetrącane ich gnaty — gdzie były mosty drewniane, sterczały osmalone pale. Gdzie były wsie, stały porozwalane pustki. Gdzie cokolwiek pięknego, wzniosłego przeszłość zostawiła potomnym na tej ziemi ubogiej, widniała kupa gruzów. Jakże tu było doczytać się w tym piśmie najeźdźców ze wschodu idei głoszonych przez mówców wiecowych? Nadto sama wojna, jako przedsięwzięcie gromadne, jako dzieło kunsztowne a nowe i nieznane, zajęła go, a raczej przytłoczyła. Baryka nie myślał teraz, o co walczy i z kim, gdzie jest i dokąd dąży. Maszerował według rozkazu, nocował, jadł, spał, zrywał się na nogi, stał na warcie albo chytrze podkradał się pod placówki. [...]

    W kompanii zaprzyjaźnił się specjalnie z pewnym młodzieńcem, również studentem Warszawskiego Uniwersytetu a obecnie tęgim żołnierzem, imieniem Hipolit, nazwiskiem Wielosławski. W pewnej przygodzie w okolicach Łysowa pod Łosicami Cezary wyratował tego Wielosławskiego z opresji. W potyczce Wielosławski wpadł między bolszewików, został poźgany bagnetami, potłuczony kolbami i porzucony w lesie zwanym Rogacz. Cezary nie znalazłszy go w kompanii wrócił się co tchu do lasu, wyszukał kolegę, wziął go na ramię i odniósł między swoich.

    Źródło:

    https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/przedwiosnie.html

    Wojna we współczesności

    Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat,

    Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat,.

    Różewicz, Lament, 1947

    Podmiot „Lamentu” mówi jako człowiek młody metrykalnie, lecz przedwcześnie pozbawiony niewinności przez doświadczenie wojny. Zwróć uwagę na zestawienie młodego ciała z pamięcią przemocy i śmierci.

    Zwracam się do was kapłani

    nauczyciele sędziowie artyści

    szewcy lekarze referenci

    i do ciebie mój ojcze

    Wysłuchajcie mnie.

    Nie jestem młody

    niech was smukłość mego ciała

    nie zwodzi

    ani tkliwa biel szyi

    ani jasność otwartego czoła

    ani puch nad słodką wargą

    ni śmiech cherubiński

    ni krok elastyczny

    Nie jestem młody

    niech was moja niewinność

    nie wzrusza

    ani moja czystość

    ani moja słabość

    kruchość i prostota

    mam lat dwadzieścia

    jestem mordercą

    jestem narzędziem

    tak ślepym jak miecz

    w dłoni kata

    zamordowałem człowieka

    i czerwonymi palcami

    gładziłem białe piersi kobiet.

    Okaleczony nie widziałem

    ani nieba ani róży

    ptaka gniazda drzewa

    świętego Franciszka

    Achillesa i Hektora

    Przez sześć lat

    buchał w nozdrza opar krwi

    Nie wierzę w przemianę wody w wino

    nie wierzę w grzechów odpuszczenie

    nie wierzę w ciała zmartwychwstanie

    Motyw wojny zostaje ukazany poprzez jej trwały wpływ na psychikę i system wartości. Wojna odbiera możliwość prostego powrotu do dawnej niewinności, wiary i kulturowych wzorców, dlatego jej skutki trwają również po zakończeniu walk.

    Źródło: Tadeusz Różewicz, „Lament”, [w:] tegoż, „Niepokój”, Kraków 1947, s. 7–8.

    Kazimierz Wierzyński, Muzy, 1951, 

    Nie przekroczę tej nocy,

    Ciemność jest twarda

    I zegar zmęczony i senny.

    Zapalcie u progu

    Zorzę pomocy,

    Świecznik dziewięcioramienny.

    Nie przekroczę tych zwłok,

    Nie przejdę tych ruin,

    Przed którymi tu stoję

    I cofam się wciąż przerażony.

    Waszego światła mi trzeba,

    Chórów, liry i nieba,

    Anioły moje

    I dziwożony.

    Nie pomogły mi znaki tajemne,

    Nie pomogli ziemscy prorocy

    Ani długie nocne godziny:

    Silniejsza jest śmierć i gruzy.

    Za wami się błąkam tej nocy,

    U Wag i Plejad szukam pomocy,

    Córki Jowisza i Mnemozyny,

    Panny moje, Muzy.

    Wyprowadźcie mnie stąd, lutnistę

    Ciemnego czasu i losu,

    Wyprowadźcie ze zbrodni i zdrad.

    Waszych chcę dotknąć włosów

    I waszej skrzydlatej głowy,

    Wasze światło jest czyste,

    Wasza prawda prawdziwa,

    Wasze sny rzeczywiste

    I poza zgubą Jedyny zaiste

    Jest Orfeuszowy Świat.

    z tomu Korzec maku, 1951

    Źródło:

    Stanisław Rosiek, Zbigniew Majchrowski, Między tekstami. Język polski. Część 5 Wiek XX. Współczesność, Gdańsk 2005 r., s.219

    Staff, Podwaliny, 1954

    Budowałem na piasku

    I zwaliło się.

    Budowałem na skale

    I zwaliło się.

    Teraz budując zacznę

    Od dymu z komina.

    Tadeusz Trepkowski, Nie!, 1952,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/29/1/123,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg

    http://www.moma.org/collection/works/7792

    O Tadeuszu Trepkowskim: http://culture.pl/pl/tworca/tadeusz-trepkowski

    Miron Białoszewski Pamiętnik z powstania warszawskiego

    Wpadliśmy po pachnących betonem, cegłami i niewykończeniem schodach do głębokich piwnic z grubymi murami. Od tej pory, od tego wejścia tam zaczęła się nowa, potwornie długa historia wspólnego życia na tle możliwości śmierci. Co pamiętam? I dużo, i nie tak dużo. Mogę coś pomylić w kolejności, w jakiejś dacie.

    Ta groza. Dzienna. Samoloty przylatywały. Czyli zniżały się nad dachy. I wtedy, jak już było słychać, że są… drrrrr… i zlatują nad nasze dachy, to wiadomo było, że i bomby. I zaraz od tego świdrowania z góry na dół samolotowego odłączało się wycie bomby; chwilę się czekało, ale króciutką. Ta chwila to było samo trafienie. A dalej huk, czyli wybuch. I dalej – łomot, trzask, rozsypywanie się czegoś, czyli skutki trafienia.

    To był dzień. A w nocy. Leżymy. Potokiem. Potokami. Piwnicami. I nagle:

    trzszach… trzszach… trzszach… tszach… tszach… tszach…

    Podmuchy, ogień i rwanie murami – po sześć razy, przeważnie.

    Ale jak te mury chodziły… raz patrzę – a one chodzą chyba na metr w tę i w tę…i w tę… i w tę… rozlatujemy się?!... niee – pohuśtały się… trochę mniej, coraz mniej, i ustawiły… tak jak stały. Przecierałem oczy ze zdumienia.

    I znów:

    wh…sz…wh rzsz…wh…sz – ognie, podmuchy, latające mury.

    O, nie. Noce od 12 sierpnia nie były dobre.

    Zaczęło się źle. To nie to, że dopiero wtedy. (Bo ileś razy zaczynało się źle.) Ale samopoczucie. Osaczenia. Tym razem narastające do niemożliwości. Oczywiście przyzwyczajenie, opanowanie, coraz większy sposób na sposób.

    – Zdrowaś, Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą…

    I odmawianie. To mało. Śpiewanie. To dopiero.

    Pod Twoją obronę

    uciekamy się…

    Nagle głośniej, bomby i

    Najświętsze Serce Jezusa,

    zmiłuj się nad nami

    Walenie, latają ściany.

    – I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…

    Ta rzeczywistość – marniuchno – dymi – oczy wciąż trzeba wtykać w kołnierzyk – albo zatykać rękami – pył, gruzik, siwo, czerwono, sucho i gorąco w nosie, w zębach i na języku, oddychanie tym, upał, wszystko gryzie, pocenie się – –

    Coś się wali – –

    – Pocieszycielko nasza

    Niepokój się zaczął, to trzeba było spokoju. Śpiewanie. Błaganie. Stanie. Już bez ciskań się. Różańce. Zacierki. Jedzenie pod framugą. Bo się brało ze sobą. Jak zasypie, to co? Trudno. Chyba że jak dużo. To się odtego, łyżką. I się je.

    (Miron Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Warszawa 1970)

    Zofia Nałkowska, Dzienniki Czasu Wojny Fragmenty

    Jelemec, 15 IX 39. Piątek.

    Cały ten dzień przedwczorajszy wędrowaliśmy polnymi drogami, kryliśmy się w bruzdach i cienistych rowach łąkowych pod krzakami olchowymi. Chcieliśmy dojść jak najdalej, nie unikając jak dotąd światła dnia, zrobiliśmy wiele kilometrów. W chatach nie dostawaliśmy już nic prócz wody, którą nawet ja piłam ze wspólnych kubków i brudnych, wystawionych kolo studni wiader. Takie zmęczenie. Wśród tych pól, łąk i gajów nigdy nie jesteśmy sami. Inni też unikają szos, wędrują miedzami, rowami, zapomnianymi ścieżynami. Nieprzejrzane zastępy uchodźców, zgłodniałych i zmęczonych, spływają się w tych stronach, jak strumyki do rzeki. Wszyscy coraz większą masą dążą do Łukowa. Między ludźmi różnego typu

     - z tobołkami biedaków, z teczkami inteligentów

    i urzędników, z walizeczkami i pledami - w chusteczkach, kapeluszach, wszelkich beretach i czapkach, w pantoflach zwykłych, tenisowych, nawet porannych, w butach narciarskich, boso - powtarza się wciąż typ ludzi prostych, mocnych, niecierpliwych, którzy szukają miejsc, by się zaciągnąć do wojska, których już tu i tam nie wzięto. I oni są głodni, i oni już zszarzali i wychudli od tej głupiej wędrówki, i oni są już źli i mówią złe słowa. Rozmowa nad tym rowem, pod olszynkami, gdzie swoi i nieznajomi, zbliżaliśmy się we wspólnym przeczekiwaniu nalotów. Minęliśmy jakieś urocze mokradła, przez które z trudnością daje się przepychać wózek

     dziecinny, znowu nieduże laski, wyszliśmy na złą piaszczystą drogę, pełną ludzi, jak ulica miasta. Jakaś pani dystyngowana, prowadząca za rękę dziewczynkę, jacyś panowie pełni wątpliwości. Pośród pieszych na trzech furmankach przejeżdża trochę wojskowych, nie lepiej od nas wyglądających. Po raz pierwszy widzę uchodźców Żydów. Idą grupami, niezmieszani z innymi. Po raz pierwszy widzę też grupy ludzi wracających. Wracających po prostu do Warszawy. Przystaje jedna z furmanek, na skrzyni, oznaczonej czerwonym krzyżem, siedzi drobny oficer, może doktor, i ktoś cywilny. Podchodzę do nich i pytam o wiadomości. Nic nie wiedział, jak my, mówił stare, pokrzepiające rzeczy na użytek

    innych. Za nim przetoczył się na obdartej bryczuszce starawy oficer z żoną i tobołkiem. Kopie się to wszystko przez piasek ohydnej drogi, przystaje, pyta, znów rusza dalej. Bez gazet, bez radia, bez żadnych wiadomości wszystko wlecze się już nie wiadomo gdzie, spływa do tego Łukowa, jak na ślepe dno leja. Chaty pełne są ludzi, wszędzie wszystko

    zjedzone, nigdzie nie chcą nas przyjąć. O zmierzchu siedzimy beznadziejnie na jakimś zagonie przy drodze, każdy przy swoim tobołku, bardzo smutni, nie wiedząc, co zrobić z nocą, która jest zimna i mglista. Pan S. poszedł jeszcze coś próbować i wraca z niczym. [...] - Wtedy wstałam i ja, poszłam przez pole do najbliższej chaty, gdzie podobno już odmówiono, i spytawszy o miejsce, uzyskałam je od razu. [...] - Tutaj dopiero - z mapy, z radia, ze słów przechodzących ludzi i uciekających żołnierzy, zaczynamy rozumieć, co się w ciągu tych kilku dni stało, jaki jest los nas wszystkich. To jest nowy typ wojny, dotąd nieznany, na który nie ma dotąd wypracowanych metod obrony. - Ataki lotnicze przenikają daleko w głąb kraju, w jego miejsca nieprzewidziane, nieoczekiwane. Wszędzie już pozrywane druty i tory, nie ma łączności ani porozumienia, nie tylko cywilni ludzie, ale żołnierze i oficerowie - nikt nic nie wie. Detonacje słychać z różnych stron kraju, w różnych stronach widać na horyzoncie pożary - stąd powstają wieści, że są już tu albo tam, gdy właśnie są gdzie indziej, stąd niepewność wszelkich dróg, wszelkich kierunków, stąd ustawiczna zmiana celów. Klęska jest niewątpliwa i niezmierna, i niezmierny jest jej zasięg, zupełna rozsypka ludności i wojska. Nie ma frontu i nie ma tyłów, zewsząd jest niebezpieczeństwo, nie ma gdzie iść, bo to, co jest tu, jest wszędzie.

    Dzienniki czasu wojny, 1939-1945, fragmenty

    Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem fragm.

    Bibliografia: Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem fragm..

    Okińczyc Epitafium, 1981

    http://www.kultura.malopolska.pl/record/-/record/aggregated103079;jsessionid=527749D2277C686979ED5A27A26F1A52?accessibility=false

    Okińczyc: http://culture.pl/pl/tworca/andrzej-okinczyc

    Wróblewski, Rozstrzeliwanie zakładników

    http://culture.pl/pl/dzielo/rozstrzelania

    Marian Nowinski, Don Kichote. Cervantes. Teatr Jednego Znaku. Warszawa, 1986,

    http://www.theartofposter.com/poster.asp?id=4178

    Ryszard Kapuściński, Buty

    Bibliografia: Ryszard Kapuściński, Buty.

    Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa

    Bibliografia: Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa.

  • Zabójstwo. Motyw zabójstwa w literaturze i sztuce

    Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw zabójstwa, morderstwa, zbrodni w literaturze, malarstwie, filmie...

  • Zbrodnia. Motyw zbrodni

    Zbrodnia. Motyw zbrodni w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce

    Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw zbrodni w literaturze, malarstwie, filmie...

  • Zwierzęta. Motyw zwierząt w literaturze i sztuce

    Zwierzęta, motyw zwierząt w literaturze, malarstwie, filmie, muzyce

    Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc wypracowania na temat wykorzystuje motyw (temat, topos) zwierząt w literaturze, malarstwie i filmie. Jest to temat bardzo ciekawy i dość rzadko spotykany. Zwierzęta towarzyszą człowiekowi od zawsze i pełnią w jego życiu przeróżne role: od przyjaciela po zagrożenie.

  • Żyd. Motyw Żyda w literaturze i sztuce

     

    Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw Żyda w literaturze, malarstwie, filmie...

    Strona 4 z 4