Zbrodnia. Motyw zbrodni w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce
Przykładowa bibliografia, do której warto sięgnąć przygotowując się do prezentacji maturalnej z języka polskiego (Matura ustna) lub pisząc pracę, której temat wykorzystuje motyw zbrodni w literaturze, malarstwie, filmie...
Motyw zbrodni łączy pytania o winę, odpowiedzialność, karę, motywację i granice moralne. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Zbrodnia w języku polskim
Definicja zbrodni
poważne przestępstwo naruszające normy społeczno-etyczne, np. zabójstwo, ciężkie pobicie kogoś, w prawie polskim zagrożone karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od 3 lat albo najsurowszą karą pozbawienia wolności na 25 lat lub karą śmierci;
czyn zasługujący pod względem moralnym na najwyższe potępienie.
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
bezeceństwo, cios poniżej pasa, draństwo, dziadostwo, łajdactwo, łotrostwo, niegodziwość, nikczemność, podłość, szubrawstwo, świństwo, zberezeństwo
Słownictwo powiązane ze zbrodnią:
więzienie, ludobójstwo, morderstwo, kara, śledztwo,
Związki frazeologiczne:
zbrodnia przeciw ludzkości, zbrodnia przeciw pokojowi, zbrodnia doskonała, splamić ręce zbrodnią, syndykat zbrodni,
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Przysłowia
Ciemnota – gorsza od zbrodni.
Dziad jak odżyje, to cię torbą zabije.
Nie zabija się kury znoszącej złote jajka.
Aforyzmy
Nie bójcie się przyjaciół. Przyjaciele mogą was tylko zdradzić. Nie bójcie się wrogów. Wrogowie mogą was tylko zabić. Bójcie się ludzi obojętnych. Oni nie zdradzają ani nie zabijają, ale to za ich milczącą zgodą dzieje się zdrada i zabijanie. Bruno Jasieński
Zbrodnia w antyku
Zanim przeczytasz teksty przypomnij sobie wiedzę o epoce oraz , .
Sofokles, Król Edyp
Sofokles Król Edyp, Epejsodion 2 (fragment)
Jokasta
Ty więc nie bacząc wiele na te rzeczy,
Mnie raczej słuchaj i wiedz, iż śmiertelnych
Sztuka wróżenia nie ima się wcale.
Złożę ci na to stanowcze dowody.
Wiedz więc, że Laios otrzymał był wróżby,
Nie od Apolla, lecz od jego służby,
Iż kiedyś śmierć go z rąk syna pokona,
Co zeń zrodzony – i z mojego łona.
A wszakże jego, jak wieść niesie, obce
Zabiły zbiry w troistym rozdrożu.
A to niemowlę, gdy trzeci dzień świtał,
Przybiwszy u nóg kosteczki, wysadził
On ręką obcą gdzieś w górskich ostępach.
I tak Apollo nie dopełnił tego,
By syn ten ojca powalił, ni groźby,
Że Laios legnie pod syna zamachem.
A tak głosiły przecie przepowiednie.
Nie troszcz się o nie. Gdy tajemnej toni
Bóg chce co wydrzeć, on sam to odsłoni.
Edyp
Po twoich słowach, jakiż mą owładnął,
Żono, niepokój i ducha wzruszenie!
Jokasta
Nowa więc troska znów ciebie się czepia?
Edyp
Słyszałem, tak mi się zdaje, że Laios
Legł, gdzie potrójne rozchodzą się drogi?
Jokasta
Tak wieść głosiła i dotąd się krzewi.
Edyp
A gdzie spełniono nieszczęsną tę zbrodnię?
Jokasta
Focydą zwie się kraj ów, a dwie drogi
Z Delf i Daulidy zbiegają się w jedną.
Edyp
A jak to dawno od tego zdarzenia?
Jokasta
Na krótko, nim ty władcą tej krainy
Zostałeś, wieść ta doszła do stolicy.
Edyp
O Zeusie, cóż ty kazałeś mi spełnić?
Jokasta
Cóż ci tak serce, Edypie, porusza?
Edyp
Nie pytaj więcej, lecz powiedz mi, jaki
Laios miał wygląd i w jakim był wieku?
Jokasta
Smagły był, włosów bielała już wełna,
Od twej postawy niewiele się różnił.
Edyp
Biada mi, straszną rzuciłem ja klątwę,
Jak się wydaje, nieświadom na siebie.
Jokasta
Cóż mówisz, książę! Z trwogą na cię patrzę.
Edyp
Drżę ja, iż wróżbiarz nie całkiem był ślepym;
Rzecz mi wyjaśnisz, gdy jedno odpowiesz.
Jokasta
Waham się, ale odrzeknę, gdy spytasz.
Edyp
Czy jechał skromnie, czy też jako książę
Liczną drużynę miał na swe rozkazy?
Jokasta
Pięciu ich było, a wśród nich obwiestnik;
Wóz tylko jeden Laiosowi służył.
Edyp
Biada – już świta zupełnie; któż tedy
Takich szczegółów udzielił wam, żono?
Jokasta
Jeden ze służby, co uszedł ze życiem.
Edyp
Czyż on się teraz znajduje w tym domu?
Jokasta
O nie! bo kiedy wróciwszy zobaczył,
Że ty u steru, że Laios zabity,
Zwrócił się do mnie z pokornym błaganiem,
Bym go posłała na wieś między trzody,
Tak iżby najmniej oglądał to miasto.
Ja go puściłam, bo chociaż niewolnik,
Tej lub większej był godzien nagrody.
Edyp
Niechby on tu się pojawił co żywo!
Jokasta
Łatwym to; ale cóż go tak pożądasz?
Edyp
Boję się, żono, żem orzekł zbyt wiele,
Więc z tej przyczyny oglądać go pragnę.
Jokasta
Stawi się tutaj; ale i ja godna,
Byś mi powiedział, co gnębi twą duszę.
Edyp
Nie skryję ci tego, skorom tak daleko
Zapadł już w trwogę; a komuż bym raczej
Wśród takiej burzy otworzył me wnętrze?
Ojcem był moim Polybos z Koryntu,
Matką Merope z Dorydy. Zażyłem
Tam ja czci wielkiej, aż się przytrafiło
Coś, co urazy zapewne jest godnym,
Godnym nie było takiego porywu.
Bo wśród biesiady podniecony winem
Mąż w twarz mi rzucił, że jestem podrzutkiem.
A ja, choć gniewny, umiałem na razie
Się pohamować; nazajutrz badałem
Ojca i matkę, a oni do sprawcy
Takiej obelgi żal wielki uczuli.
To mnie cieszyło; lecz słowa te jednak
Ciągle mnie truły i snuły się w myśli.
A więc bez wiedzy rodziców poszedłem
Do świętych Delfów, a tu mi Apollo
Tego, com badał, nie odkrył; lecz straszne
Za to mi inne wypowiedział wróżby,
Że matkę w łożu ja skalam, że spłodzę
Ród, który ludzi obmierznie wzrokowi,
I że własnego rodzica zabiję.
To usłyszawszy, z dala od Koryntu
Błądziłem, kroki gwiazdami kierując,
Aby przenigdy nie zaznać nieszczęścia,
Hańby, która by spełniła tę wróżbę.
I krocząc naprzód, przyszedłem na miejsce,
Gdzie według ciebie ten król był zabitym.
Zeznam ci wszystko po prawdzie; gdym idąc
Do troistego zbliżył się rozdroża,
Wtedy obwiestnik i mąż jakiś wozem
W konie sprzężonym jadący, jak rzekłaś,
Mnie najechali i z drogi mnie gwałtem
Woźnica spędził wraz z owym staruchą.
Ja więc wzburzony uderzam woźnicę,
Co mnie potrącił; a gdy to zobaczył
Starzec, upatrzył, gdym podle był wozu,
I w głowę oścień mi wraża kolczasty; –
Oddałem z lichwą; ugodzony kosturem
Runął on na wznak ze środka siedzenia. –
Tnę potem drugich; a jeśli obcego
Łączyło jakieś z Laiosem krewieństwo,
To któż nędzniejszym byłby od zabójcy,
Któż w większej bogów pogardzie i nieba?
Przecież go obcym ni ziomkom nie wolno
Przyjąć pod dachem ni uczcić przemową,
Lecz precz należy odtrącić. Nikt inny,
Lecz ja tę klątwę sam na się rzuciłem.
A ręką kalam ofiary dziś łoże,
Co w krwi broczyła. – czyż ja nie zhańbiony?
Nie zbeszczeszczony doszczętnie? Jeżeli
Tułać się przyjdzie, w tułaczce już moich
Ani ojczyzny oglądać nie będę.
Inaczej matkę bym pojąć i zgładzić
Ojca bym musiał, tego, co dał życie.
Kto by w tym widział srogiego demona
Dopust, czyż domysł ten byłby fałszywym?
Źródło: Sofokles, Król Edyp
Biblia, Kain i Abel
Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: «Otrzymałam mężczyznę od Pana». A potem urodziła jeszcze Abla, jego brata.
Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę. Gdy po niejakim czasie Kain składał dla Pana w ofierze płody roli, zaś Abel składał również pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu, Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: «Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować».
Rzekł Kain do Abla, brata swego: «Chodźmy na pole». A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go. Wtedy Bóg zapytał Kaina: «Gdzie jest brat twój, Abel?» On odpowiedział: «Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?» Rzekł Bóg: «Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!» Kain rzekł do Pana: «Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść. Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!» Ale Pan mu powiedział: «O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!» Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka.
Po czym Kain odszedł od Pana i zamieszkał w kraju Nod, na wschód od Edenu.
Źródło: http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=4
Zbrodnia w renesansie
Fragmenty Makbeta W. Szekspira zawierające motyw zbrodni.
Zanim przeczytasz tekst przypomnij sobie informacje o renesansie oraz .
http://ninateka.pl/film/makbet (38'8'' – 48'20'' mord na Banku + inne mordy)
Morderstwo króla Dunkana (akt II scena 5)
MAKBET
- Idź powiedz pani, żeby zadzwoniła,
- Skoro ów napój dla mnie będzie gotów.
- Możesz się potem położyć.
- Wychodzi sługa.
- Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,
- Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
- Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
- Ciągle cię widzę. Fatalne widziadło!
- Nie jestżeś ty dla zmysłu dotykania,
- Tylko dla zmysłu widzenia dostępny?
- Jestżeś sztyletem tylko wyobraźni?
- Rozpalonego tylko mózgu tworem?
- Widzę cię jednak tak samo wyraźnie
- Jako ten, który właśnie wydobywam.
- Ty mi wskazujesz jak przewodnik drogę,
- Którą iść miałem; takiego też miałem
- Użyć narzędzia. Albo mój wzrok błaznem
- Jest w porównaniu z resztą moich zmysłów,
- Albo jest więcej wart niż wszystkie razem.
- Ciągle cię widzę, a na twojej klindze
- I rękojeści znamiona krwi, których
- Pierwej nie było. Nie ma ich w istocie:
- Moja to krwawa myśl jawi je oczom.
- Na całym teraz półobszarze świata
- Natura zdaje się martwa i straszne
- Marzenia szarpią snu cichą zasłonę.
- Teraz to władza czarodziejska święci
- Ofiary bladej Hekacie i dziki
- Mord, podniesiony z legowiska wyciem
- Czujnego swego czatownika, wilka,
- Którego odgłos jest dlań ekscytarzem,
- Chyłkiem, jak złodziej lub duch, mknie do celu,
- O ty spokojna, niewzruszona w swoich
- Posadach ziemio, nie słysz moich kroków,
- Aby kamienie nie wypowiedziały,
- Gdzie idę, i nie zdradziły alarmem
- Tej zgrozy, co ma nastąpić.
- Ja się odgrażam, a on jeszcze żyje;
- Żar czynu ziębią słów jałowe chryje.
- Słyszeć się daje odgłos dzwonka.
- Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanie
- Daje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie,
- Bo tego dzwonka melodia straszliwa
- Do nieba ciebie lub do piekła wzywa.
MAKBET
za sceną
- Kto tu? hej!
LADY MAKBET
- Biada! pewnie się ocknęli
- I wszystko na nic. Zamach to, nie zbrodnia,
- Zgubi nas. Cicho! Pokładłam sztylety
- Tuż przecie przy nich; nie mógł ich nie znaleźć.
- Gdyby był we śnie nie tyle podobny
- Do mego ojca, byłabym się była
- Niechybnie sama na to odważyła.
- Ha! I cóż?
- Wchodzi Makbet.
MAKBET
- Stało się. Słyszałaś hałas?
Morderstwo pokojowców (Akt II scena 1. i 2.)
LADY MAKBET
- Tam ich dwóch jest.
MAKBET
- Jeden
- Zawołał: "Boże, zmiłuj się nad nami! ",
- A drugi: "Amen ", jakby mię widzieli
- Z tymi rękami kata stojącego
- I śledzącego ich trwogę. Jam nie mógł
- Powiedzieć amen, wtenczas kiedy oni
- Mówili: "Boże, zmiłuj się nad nami! "
LADY MAKBET
- Nie zastanawiaj się nad tym tak pilnie.
MAKBET
- Dlaczegoż tego nie mogłem powiedzieć?
- Potrzebowałem bardzo zmiłowania,
- A jednak amen zamarło mi w ustach.
LADY MAKBET
- Nie trzeba sobie takich rzeczy w takim
- Świetle wystawiać; inaczej by przyszło
- Oszaleć.
MAKBET
- Zdało mi się, że słyszałem
- Głos wołający: "Nie zaśniesz już więcej! "
- Makbet zabija sen, niewinny sen,
- Który zwikłane węzły trosk rozplata,
- Grzebie codzienne nędze; sen, tę kąpiel
- Znużonej pracy, cierpiących serc balsam.
- Odżywiciela natury, głównego
- Posiłkodawcę na uczcie żywota.
LADY MAKBET
- Co wygadujesz!
MAKBET
- Ciągle mi brzmiał w uszach
- Ten glos: "Nie zaśniesz, nie zaśniesz już więcej! "
- Glamis sen zabił, dlatego też Kawdor
- Nie zaśnie; Makbet nigdy już nie zaśnie.
LADY MAKBET
- Któż to tak wołał? O szlachetny tanie,
- Rozmiękczasz w sobie tęgość ducha marząc
- Tak chorobliwie. Idź, weź trochę wody
- I obmyj rękę z tych plugawych znamion.
- Po coś tu z sobą przyniósł te sztylety?
- Tam jest ich miejsce. Idź, odnieś je, pomaż
- Krwią tamtych ludzi.
MAKBET
- Już tam moja noga
- Nie wnijdzie. Wzdrygam się, kiedy pomyślę
- O tym, com zrobił; widok tego byłby
- Nad moje siły.
LADY MAKBET
- Kaleka na duchu!
- Daj te sztylety. Śpiący i umarli
- Są obrazkami tylko; nikt prócz dzieci
- Malowanego nie lęka się diabła.
- Sama ubarwię krwią ręce i szaty
- Tych dwóch pachołków, bo oni się muszą
- Wydać sprawcami zbrodni.
- Wychodzi.
- Słychać z zewnątrz kołatanie.
MAKBET
- Skąd ten odgłos?
- Cóż się to ze mną stało, kiedy lada
- Szmer, lada szelest przejmuje mię dreszczem?
- Co to za ręce? Ha! wzrok mi pożera
- Ich widok. Mógłżeby cały ocean
- Te krwawe ślady spłukać z mojej ręki?
- Nie, nigdy! raczej by ta moja ręka
- Zdołała wszystkich mórz wody zrumienić
- I ich zieloność w purpurę zamienić.
Zabójstwo Banka (Akt III, scena 3)
- Tamże. Część lasu z bramą do zamku prowadzącą. Zbójcy.
PIERWSZY ZBÓJCA
- Kto ci się kazał z nami złączyć?
TRZECI ZBÓJCA
- Makbet.
DRUGI ZBÓJCA
- Można mu ufać, skoro tak dokładnie
- Wie, o co idzie.
PIERWSZY ZBÓJCA
- Więc pozostań z nami.
- Szczątki dnia tleją jeszcze na zachodzie
- I spóźnionego podróżnika naglą
- Wracać do domu. Cel naszych czat wkrótce
- Nadejdzie.
TRZECI ZBÓJCA
- Cicho! Słyszę tętent koni. [...]
PIERWSZY ZBÓJCA
- Tak, to on sam. Nie traćmy czasu.
BANKO
- Tej nocy będzie deszcz.
PIERWSZY ZBÓJCA
- Natychmiast lunie.
- Napada Banka.
BANKO padając
- Zdrada! Uciekaj, Fleansie, uciekaj,
- Bądź mym mścicielem. Ha! Nędzniku!
- Umiera. Fleance i Pachołek uciekają.[...]
TRZECI ZBÓJCA
- Jeden legł tylko, drugi umknął.
DRUGI ZBÓJCA
- Szkoda,
- Wypuściliśmy połowę zarobku.
PIERWSZY ZBÓJCA
- Bądź co bądź, idźmy donieść, co się stało.
Morderstwo rodziny Makdufa (Akt IV scena 2.)
NIEZNAJOMY
- Bądź pozdrowiona, piękna pani! Jestem
- Obcy dla ciebie, ale twoja godność
- Jest mi dokładnie znana. Chroń się, uchodź,
- Niebezpieczeństwo wisi tuż nad tobą.
- Nie gardź przestrogą prostego człowieka,
- Weź dzieci, opuść natychmiast te miejsca.
- Jest to zaiste okrucieństwem tak cię
- Przerażać, pani. Coś gorszego nad to
- Chcieć ci wyrządzić, byłoby srogością
- Potworną, która jest jednak zbyt bliska
- Twojej osoby. Niech cię chronią nieba!
- Nie mogę bawić dłużej.
- Wychodzi.
LADY MAKDUF
- Gdzież mam uciec?
- Cóżem zrobiła złego? Ale prawda,
- Żyję na świecie, na którym zło często
- Bywa chwalebne, a dobro jest miane
- Za zgubne głupstwo. Biada mi! Czyż zdołam
- Znaleźć obronę w tych jedynie słowach:
- Jestem niewinna?
- Wchodzą mordercy
- Ha, cóż to za twarze!
MORDERCA
- Gdzie mąż waćpani?
LADY MAKDUF
- Mój mąż? Pewnie w żadnym
- Tak niecnym miejscu, gdzie by go mógł znaleźć
- Podobny tobie.
MORDERCA
- On jest zdrajcą.
SYNEK
- Kłamiesz.
- Kudłaty łotrze!
MORDERCA
- A ty jaje! Mała,
- przebija go
- Krnąbrna gadzino, leż!
SYNEK
- Zabił mnie! Matko!
- Uciekaj! błagam cię!
- Umiera.
- Lady Makduf, ścigana przez morderców, ucieka wołając: "Morderstwo! Ratunku!"
Konsekwencje zbrodni Makbeta
Akt III, scena 6.
- Lennox
- […] Słyszałem, że Makduf
- Z powodu kilku wyrazów niebacznych
- I nieprzybycia na ucztę tyrana
- Popadł w niełaskę. […]
- Lord
- Starszy syn Dunkana,
- Co go z praw rodu wyzuł przywłaszczyciel,
- Żyje na dworze Anglii, […]
- Abyśmy w czasie uczt, zabezpieczeni
- Od zbójczych nożów, mogli niezmyślone
- Hołdy oddawać i przyjmować prawe
- Nagrody, czego wszystkiego dziś łakniem. […]
- Lennox
- [...]Oby
- Błogosławieństwo prędzej mogło wrócić
- Temu krajowi, gniecionemu jarzmem
- Przeklętej ręki. […]
-
Akt IV, scena 3.
- Makduf
- Idźmy wznieść raczej miecz nieubłagany
- I, jak przystoi prawym mężom, walczyć
- Za poniżone nasze gniazdo. Z każdym
- Nowym porankiem nowe wdów jęczenia,
- Nowy płacz sierot, nowe skargi głośno
- Biją w niebiosa, tak że te wydają
- Żałobny odgłos, jak gdyby toż samo
- Czuły co Szkocja i tak samo pomsty
- Wzywały. […]
- Malkolm
- […] Wierzę, iż kraj nasz upada pod jarzmem,
- Że jęczy, we krwi się pławi, że z każdym
- Nowym dniem nowa przybywa mu rana. […]
- Makduf
- Nie ma
- W zastępach piekieł szatana zdolnego
- Przewyższyć w złości Makbeta.
- Malkolm
- To prawda,
- Że on jest krwawy, gwałtowny, złośliwy,
- Fałszywy, chytry, drapieżny, wszeteczny,
- Pełen wszelkiego rodzaju ohydy,
Akt V
MAKBET
- […] Dość już żyłem; wiosna
- Życia mojego prędko przeszła, prędko
- Żółtym, zwarzonym pokryła się liściem,
- A to, co miało być działem starości:
- Cześć, posłuszeństwo, miłość, grono wiernych
- Sług i przyjaciół - wszystko to nie dla mnie.
- Raczej przekleństwo, nienawiść, tym głębsza,
- Że cicha, cześć ust, posługi służalców,
- Którzy by radzi mię odbiec, lecz nie śmią.
- [...]
- Dawno już smaku trwogi zapomniałem:
- Był czas, gdym drętwiał, słysząc głos puszczyka,
- Gdy przy słuchaniu powieści o strachach
- Włos mi się jeżył i prężył na głowie,
- Jakby był żywy; czas ten prędko minął;
- Przeładowałem się okropnościami:
- Spoufalone z zgrozą zmysły moje
- Stępiały na wpływ wrażeń.
- [...]
- Ciągle to jutro, jutro i znów jutro
- Wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia
- Aż do ostatniej głoski czasokresu;
- A wszystkie wczora to były pochodnie,
- Które głupocie naszej przyświecały
- W drodze do śmierci. Zgaśnij, wątłe światło!
- Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
- Nędznym aktorem, który swoją rolę
- Przez parę godzin wygrawszy na scenie
- W nicość przepada - powieścią idioty,
- Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą.
Zbrodnia w romantyzmie
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga II
Śmierć Stolnika wg Gerwazego
Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek
I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,
On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;
Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał
I już się rzadko który zza ściany wykradał.
Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,
Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę
I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;
Obróciwszy się do mnie, rzekł: <<Za mną, Gerwazy!>>
Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,
Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;
Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;
Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.
Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!
Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem
Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry
Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!
Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!
Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały
Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...
Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".
A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga X
Śmierć Płuta
Wy, Pany, tylko śledztwo pomazujcie złotem,
Będzie kręcić się. Ale teraz powiem o tem,
Co już mówiłem temu szlachcicu, co długi
Ma rapier, że Płut pierwszy komendant, ja drugi:
Płut został żywy, może on wam zagiąć kruczka
Takiego, że zginiecie, bo to chytra sztuczka;
Trzeba mu gębę zatkać bankowym papierem.
No i cóż, Panie szlachcic, ty z długim rapierem,
Czy już byłeś u Płuta, czyś się z nim naradził?"
Gerwazy obejrzał się, łysinę pogładził,
Kiwnął niedbale ręką, jak gdyby znać dawał,
Że już wszystko załatwił. - Lecz Ryków nastawał:
"Cóż, czy Płut będzie milczeć, czy słowem zaręczył?"
Klucznik zły, że go Ryków pytaniami dręczył,
Poważnie palec wielki ku ziemi naginał,
A potem machnął ręką, jak gdyby przecinał
Dalszą rozmowę, i rzekł: "Klnę się Scyzorykiem,
Że Płut nie wyda! gadać już nie będzie z nikim!"
Potem dłonie opuścił i palcami chrząsnął,
Jak gdyby tajemnicę całą z rąk wytrząsnął.
Ten ciemny gest pojęli słuchacze i stali,
Patrząc z dziwem na siebie, wzajem się badali.
I posępne milczenie trwało minut kilka,
Aż Ryków rzekł: "Nosił wilk, ponieśli i wilka!"
"Requiescat in pace" - dodał Podkomorzy.
"Jużci - zakończył Sędzia - był w tem palec Boży!
Lecz ja tej krwi nie winien, jam o tym nie wiedział".
Ksiądz porwał się z poduszek i posępny siedział.
Na koniec rzekł, spójrzawszy bystro na Klucznika:
"Wielki grzech bezbronnego zabić niewolnika!
Chrystus zabrania mścić się nawet i nad wrogiem!
Oj, Kluczniku! odpowiesz ty ciężko przed Bogiem.
Jedna jest restrykcyja: jeśli popełniono
Nie z zemsty głupiej, ale pro publico bono".
Klucznik głową i ręką kiwał wyciągnioną
I mrugając powtarzał: Pro publico bono!
Więcej nie było mowy o Płucie majorze;
Nazajutrz daremnie go szukano we dworze,
Daremnie wyznaczono za trupa nagrodę,
Major zginął bez śladu, jak gdyby wpadł w wodę.
Co się z nim stało, różnie powiadano o tem,
Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.
Daremnie pytaniami Klucznika dręczono;
Nic nie wyrzekł prócz tych słów: Pro publico bono.
Wojski był w tajemnicy, lecz słowem ujęty
Honorowym, staruszek milczał jak zaklęty.
Spowiedź Jacka Soplicy (księdza Robaka)
Jeździłem koło zamku; ile biesów w głowie
I w sercu miałem, kto ich imiona wypowie!
Stolnik! zabija dziecię własne, mnie już zabił,
Zniszczył - Jadę pod bramę, szatan mię tam wabił.
Patrz, jak on hula! co dzień w zamku pijatyka,
Ile świec w oknach, jaka brzmi w salach muzyka!
I ten zamek na łysą głowę mu nie runie...
Pomyśl o zemście, to wnet szatan broń podsunie.
Ledwiem pomyślił, szatan nasyła Moskali.
Stałem patrząc; wiesz, jak wasz zamek szturmowali.
Bo fałsz, żebym był w jakiej z Moskalami zmowie.
Patrzyłem; różne myśli snuły się po głowie,
Zrazu z uśmiechem głupim, jak na pożar dziecko,
Patrzyłem, potem radość uczułem zbojecką,
Czekając, rychło zacznie palić się i walić;
Czasem myśl przychodziła: skoczyć, ją ocalić,
Nawet Stolnika...
Broniliście się, ty wiesz, dzielnie i przytomnie.
Zdziwiłem się; Moskale padali wkoło mnie,
Bydlęta, źle strzelają! - Na widok ich klęski
Złość mię znowu porwała. - Ten Stolnik zwycięski!
I tak-że mu na świecie wszystko się powodzi?
I z tej strasznej napaści z tryumfem wychodzi?
Odjeżdżałem ze wstydem - właśnie był poranek,
Wtem ujrzałem, poznałem: wystąpił na ganek
I brylantową szpinką ku słońcu migotał,
I wąs pokręcał dumnie i wzrok dumny miotał,
I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,
Że mnie poznał i ku mnie rękę t a k wyciągał,
Szydząc i grożąc. - Chwytam karabin Moskala;
Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył - wypala!
Wiesz!...
Przeklęta broń ognista! Kto mieczem zabija,
Musi składać się, natrzeć, odbija, wywija,
Może rozbroić wroga, miecz w pół drogi wstrzymać;
Ale ta broń ognista, dosyć zamek imać,
Chwila, jedna iskierka...
Źródło: http://pl.wikisource.org/wiki/Pan_Tadeusz/Ksi%C4%99ga_dziesi%C4%85ta:_Emigracja._Jacek
Zbrodnia w pozytywizmie
Fiodor Dostojewski: Zbrodnia i kara
Fragmenty zawierające motyw zbrodni dokonanej przez Raskolnikowa
Skupił całą uwagę, żeby wszystko skojarzyć, o niczym nie zapomnieć, a serce tłukło się, tłukło tak, że z trudem oddychał. Po pierwsze należy zrobić pętlę i przyszyć do palta - to sprawa jednej minuty. [...] W trakcie szycia dygotały mu ręce, ale dal sobie rady, i gdy znowu włożył płaszcz, z zewnątrz nic nie było widać. Igłę i nici miał przygotowane od dawna, leżały w stoliku, w papierku. Co się tyczy pętli, był to jego własny, nader pomysłowy wynalazek: pętla była przeznaczona na siekierę. Boć na ulicy niepodobna nieść siekiery w ręku. Gdyby zaś ukryć ją pod płaszczem, to i tak trzeba by przytrzymywać ją łokciem, a ta by zwracało uwagę. Teraz zaś, mając tę pętlę, wystarczy włożyć w nią obuch siekiery, a będzie wisiała spokojnie, pod pachą wewnątrz, przez całą drogę. Wsunąwszy zaś rękę w boczną kieszeń płaszcza mógł też przytrzymywać stylisko, żeby się siekiera nie kołysała; a ponieważ płaszcz był bardzo luźny - istny worek, więc od zewnątrz nie można będzie zauważyć, że coś przytrzymuje ręką przez kieszeń. Tę pętlę również obmyślił już przed dwoma tygodniami.
Skończywszy z tym, wsunął palce w małą szparkę pomiędzy otomaną a podłogą, pomacał około lewego rogu i wyciągnął od dawna przygotowany i ukryty zastaw. Po prawdzie nie był to wcale zastaw, tylko zwykła, drewniana, gładziutko ostrugana deseczka, mniej więcej tej wielkości i grubości, co srebrna papierośnica. [...]nJuż później dodał do niej gładką i cienką tafelkę żelazną - prawdopodobnie odłamek czegoś większego - którą również znalazł podówczas na ulicy. Złożywszy obydwie tafelki, z których żelazna była mniejsza od drewnianej, mocno związał je razem nicią, na krzyż; następnie skrzętnie i ozdobnie owinął je w czysty biały papier i związał cieniutką tasiemeczką, również na krzyż, przy czym węzełek zasupłał tak, żeby rozwiązywanie zajęło trochę czasu. A to w tym celu, by na minutę odwrócić uwagę staruszki, gdy ta zacznie porać się z węzełkiem, i tym sposobem móc obrać dogodną chwilę. Żelazną tafelkę dodał tylko dla wagi, żeby stara nie od razu zmiarkowała, iż "rzecz" jest drewniana. Wszystko to przechowywał do czasu pod kanapą. Ledwie zdążył wydobyć "zastaw", gdy nagle gdzieś na dziedzińcu rozległ się czyjś okrzyk: - Już dawno siódma!
- Dawno! O mój Boże! .
Rzucił się ku drzwiom, posłuchał, chwycił kapelusz i jął schodzić w dół po swoich trzynastu stopniach, ostrożnie, bez szmeru, jak kot. Miał przed sobą, rzecz najdonioślejszą: ukraść siekierę z kuchni. To, że czynu należy dokonać siekierą, zdecydował już dawno.
[...]
Na palcach podszedł do stróżówki, zeszedł w dół po dwóch schodkach i cicho zawołał na stróża. „A co! Nie ma go w domu! Zresztą jest na pewno gdzieś blisko, na podwórku, bo drzwi zostawił otwarte". Błyskawicznie rzucił się do siekiery (gdyż była to siekiera) i wyciągnął ją spod ławki, gdzie leżała pomiędzy dwoma polanami; tuż na miejscu, nie wychodząc, przymocował ją do pętli, obydwie ręce wsadził w kieszenie i wyszedł ze stróżówki. Nikt nie zauważył! [...] Szedł ulicą wolno i statecznie, bez pośpiechu, żeby nie nasuwać żadnych podejrzeń. Na przechodniów patrzał mało, nawet starał się wcale nie patrzeć na twarze, a samemu jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Wtem przypomniał mu się kapelusz. "O Boże! przecie onegdaj miałem, pieniądze - czemu nie kupiłem sobie kaszkietu!" Przekleństwo wydarło mu się z duszy. [...] Należało jednocześnie i śpieszyć się, i zarazem zrobić koło: podejść do domu od drugiej strony...
Liczne okna, wychodzące no ten ogromny kwadratowy dziedziniec, były otwarte, lecz on nie podniósł głowy: nie starczyło mu sił. Schody wiodące do starej były tuż, od bramy na prawo. Oto już jest na schodach... Zaczerpnął oddechu, przycisnął ręką rozdygotane serce, namacal i jeszcze raz poprawił siekierę, po czym jął ostrożnie i .cicho wstępować na schody, raz po raz nasłuchując. Lecz i tutaj nie było teraz nikogo; wszystkie drzwi pozamykane; nie spotkał żywego ducha. Wprawdzie na drugim piętrze jedno niezajęte mieszkanie stało otworem i pracowali tam malarze, lecz ci ani się obejrzeli. [...] Może by jeszcze zaczekać... aż serce się?... Ale serce się nie uspokajało. Owszem, jakby umyślnie waliło coraz mocniej, mocniej, mocniej... Nie wytrzymał, wolno wyciągnął rękę i zadzwonił. [...] Jeszcze mgnienie i dało się słyszeć odsuwanie rygla.
Drzwi, jak i poprzednim razem, uchyliły się na malutką szparkę i znowu dwoje ostrych, nieufnych oczu wpatrzyło się weń z ciemności. [...]
- Moje uszanowanie - zaczął możliwie najswobodniej, lecz głos go zawiódł, zerwał mu się i zadrżał.
- [...] Przyniosłem zastaw, jak zapowiedziałem... - I podawał jej ów zastaw. Stara spojrzała przelotnie, ale natychmiast znów utkwiła wzrok prosto w oczy nieproszonego gościa. [...]
- Jakoś mi się nie widzi, żeby srebrna... Patrzcie, jak naobwijał! Usiłując rozsupłać sznureczek i obróciwszy się do okna, do światła (wszystkie okna były pozamykane mimo zaduchu w pokojach), spuściła go na kilka sekund z oka i stanęła do niego tyłem. [...] Nie miał już ani chwili do stracenia- Wyjął siekierę, uniósł oburącz, ledwie czując własne istnienie i prawie bez wysiłku, prawie machinalnie spuścił ją obuchem na głowę starej.
Rzekłbyś, że jego siły nie biorą w tym udziału. Lecz skoro tylko spuścił raz siekierę, siła nagle zrodziła się w nim. Stara, swoim zwyczajem, nie miała chustki na głowie. Jej rzadziutkie, jasne, tu i ówdzie siwiejące włosy, jak zwykle tłusto naoliwione, były zaplecione w mysi ogonek i zatknięte pod ułamek rogowego grzebyka, sterczącego na potylicy. Cios ugodził w samo ciemię, do czego się przyczynił jej niski wzrost. Krzyknęła, lecz bardzo słabo, i osunęła się na podłogę w pozycji siedzącej, choć jeszcze zdążyła podnieść obie ręce do głowy. W jednej dłoni wciąż jeszcze trzymała „zastaw". Wtedy Raskolnikow z całej siły uderzył raz i drugi, wciąż obuchem i wciąż po ciemieniu. Krew buchnęła jak z wywróconej szklanki i ciało zwaliło się na wznak. Cofnął się, dał jej upaść i natychmiast pochylił się nad jej twarzą: już nie żyła. Oczy były wybałuszone, jakby chciały wyskoczyć z orbit, a czoło i cała twarz zmarszczona, wykrzywiona skurczem. Położył siekierę na podłodze, koło zwłok, i od razu sięgnął do jej kieszeni, usiłując nie zabrukać się płynącą krwią - do tej prawej kieszeni, z której ona zeszłym razem wyjęła klucze. [...] Schyliwszy się i znowu pilnie ją oglądając zobaczył wyraźnie, że czaszka jest zmiażdżona i nawet jak gdyby odrobinę skręcona w bok. Chciał pomacać palcem, lecz odszarpnął rękę; [...] pobiegł do sypialni. Śpieszył się straszliwie, porwał klucze i na nowo jął się z nimi porać. Lecz jakoś mu nie szło: klucze nie chciały wejść do zamków. [...] Porzucił komodę i od razu wczołgał się pod łóżko wiedząc, że stare kobiety zazwyczaj trzymają skrzynki pod łóżkami. "A jakże!" Oto spora skrzynka, ponad arszyn długa, z wypukłym wiekiem, obita czerwonym safianem, tu i ówdzie nabijana stalowymi ćwieczkami. Zębaty klucz nadał się od razu i odemknął. [...] Nie zwlekając ani chwilki zaczął napełniać sobie nimi kieszenie spodni, palta, nie segregując, nie odwijając zwitków, nie otwierając futerałów. Ale niedużo zdążył wziąć...
Nagle wydało mu się, że w pokoju, gdzie leżała stara, ktoś chodzi. Przerwał pracę i zesztywniał jak trup. Ale nie: cisza, a zatem było to urojenie. Wtem najwyraźniej usłyszał lekki okrzyk, jak gdyby ktoś cicho i urwanie stęknął i umilkł. Potem znów martwa cisza, trwająca minutę albo dwie. Czekał przykucnięty koło kufra, ledwie dysząc; lecz raptem zerwał się, schwycił siekierę i wypadł z sypialni. Pośrodku pokoju stała Lizawieta ze sporym tobołkiem w rękach i w osłupieniu patrzała na zabitą siostrę - biała jak płótno i, zda się, niezdolna krzyknąć. Widząc wpadającego Raskolnikowa zadrżała jak liść, drobnym dreszczem; całą twarz wykrzywiły jej skurcze. Podniosła rękę, otworzyła usta, jednak nie krzyknęła i z wolna, tyłem, poczęła się od niego cofać w kąt, patrząc nieruchomo, bez mrugania, lecz wciąż nie krzycząc, jakby jej brakło powietrza w piersiach. Runął na nią z siekierą. Jej wargi wykrzywiły się tak żałośnie, jak u bardzo małych dzieci, gdy zaczynają czegoś się bać, pilnie patrzą na straszący je przedmiot i na płacz im się zbiera. Nieszczęśliwa Lizawieta była tak potulna, zahukana i zastraszona raz na zawsze, że nawet nie podniosła ręki, by ochronić twarz, choć w danych okolicznościach byłby to najkonieczniejszy odruch naturalny, ile że siekiera uniosła się wprost nad jej twarzą. Tylko troszeczkę podniosła swoją wolną lewą rękę, bynajmniej nie na wysokość twarzy, i wolniutko wyciągnęła ją przed siebie, jak gdyby odsuwając napastnika. Cios spadł wprost na czaszkę, ostrzem, i od razu rozpłatał całą górną część czoła, niemal do ciemienia. Zwaliła się jak kłoda. Raskolnikow stracił przytomność, chwycił tobołek, po chwili go odrzucił i pobiegł do sionki. Strach opanowywał go coraz gwałtowniej, szczególniej po tym drugim, zgoła nieprzewidzianym morderstwie. Zapragnął co rychlej stąd uciec. [...] Niemniej jednak, zajrzawszy do kuchni, widząc na ławce wiadro, do połowy pełne wody, nie omieszkał umyć rąk i siekiery. Ręce miał lepkie od krwi. Siekierę zanurzył wprost do wody, chwycił leżący na oknie, na stłuczonym spodku, kawałeczek mydła i zaczął tuż w wiadrze myć sobie ręce. Skończywszy z tym, wyjął siekierę, umył żelazo i długo, ze trzy minuty, tarł drzewo tam, gdzie się ono zakrwawiło, używając nawet mydła. Następnie osuszył wszystko bielizną, która jakby specjalnie na to wisiała na sznurkach przeciągniętych przez kuchnię, po czym długo i uważnie oglądał siekierę przy oknie. Śladów nie pozostało, tylko toporzysko było jeszcze wilgotne. Starannie włożył siekierę do pętli pod płaszczem. Potem, o ile na to pozwalało światło w mrocznej kuchni, obejrzał płaszcz, spodnie, buty. Na pierwszy rzut oka jak gdyby nic z wierzchu nie było, tylko na butach widniały plamy. Zwilżył ścierkę i otarł buty. Zresztą wiedział, że ogląda nienależycie, że być może, jest coś, co rzuca się w oczy, a czego nie dostrzega. Stanął, zamyślony, pośrodku izby. Dręcząca, ponura myśl wzbierała w nim - myśl, że dostaje obłędu i że w tej chwili nie jest zdolny ani rozumować, ani obronić siebie, że może trzeba robić wcale nie to, co teraz robi...- Mój Boże! Uciekać, uciekać!-wybełkotał i rzucił się do sionki. Ale tutaj czekało na niego takie przerażenie, jakiego, rzecz prosta, nigdy jeszcze nie przeżywał. Stał, patrzył i nie wierzył własnym oczom: drzwi wejściowe, z przedpokoju na schody, te same drzwi, do których niedawno dzwonił i przez które wszedł, były odemknięte, a nawet uchylone na szerokość dłoni; ani zamka, ani rygla przez ten czas,
przez cały ten czas! Stara nie zamknęła za nim, może z ostrożności. Lecz, o rany Boskie! przecie potem widział Lizawjetę! I jakże mógł, jak mógł się nie domyślić, że musiała jakoś wejść - nie przez ścianę przecie! Rzucił się ku drzwiom i założył rygiel. - Ale nie, to znowu nie to! Trzeba iść, iść... Zdjął rygiel, otworzył drzwi i jął nasłuchiwać na schodach. [...] Postawił nogę na progu, kiedy raptem znów usłyszał kroki. [...] Dopiero kiedy gość jął wstępować na czwarte piętro - dopiero wtedy Raskolnikow otrząsnął się i mimo wszystko zdążył szparko i zgrabnie wśliznąć się na powrót z sionki do mieszkania i przymknąć za sobą drzwi. Następnie chwycił rygiel i cicho, bezgłośnie wsunął go w skobel. Dopomagał mu instynkt. [...] Doprawdy, to wszystko chyba się śni. Gość uchwycił za dzwonek i mocno szarpnął. Skoro tylko brzęknął blaszany dźwięk dzwonka, nawiedziło go nagle urojenie, że w pokoju ktoś się poruszył. [...] - Hop, hop, Alono Iwanowno, stara wiedźmo, Lizawieto, przecudna kobieto! Otwórzcie! Pozasypiały, do stu piorunów, czy co, u diabła? Rozwścieczony, dziesięć razy z rzędu, z całej siły targnął za dzwonek. [...]
- Ot, co: chodźmy no po stróża; niech on sam je obudzi.
- Racja!
Obaj ruszyli na dół. [...] Kroki ucichły. - Boże, co począć!
Raskolnikow odsunął rygiel, uchylił drzwi: nic nie słychać. Wtem, już o niczym zgoła nie myśląc, wyszedł, możliwie najszczelniej zamknął drzwi za sobą i puścił się na dół. Zeszedł już z trzech kondygnacji, gdy nagle dał się słyszeć łoskot na dole. [...] W zupełnej rozpaczy ruszył wprost na nich: niech będzie, co będzie! Jeżeli go zatrzymają-wszystko przepadło; jeżeli puszczą - również wszystko przepadło, bo zapamiętają go sobie. Już się do siebie zbliżali; dzieliło ich tylko jedno piętro. Wtem - ocalenie! O kilka stopni przed sobą, na prawo, miał puste i na oścież otwarte mieszkanie, to samo mieszkanie na drugim piętrzę, gdzie pracowali-malarze i skąd teraz, jakby naumyślnie, odeszli. [...] Momentalnie wśliznął się przez otwarte drzwi i ukrył za ścianą. Najwyższy czas: tamci stali już na podeście. Potem zawrócili na górę i podążyli na czwarte piętro, głośno rozmawiając. Przeczekał, wyszedł na palcach i zbiegł w dół. Na schodach nie ma nikogo! W bramie również. Szybko minął bramę i skręcił w ulicę na lewo. [...] Oto nareszcie boczna uliczka. Skręcił w nią jak nieżywy; tutaj był już na pół uratowany i zdawał sobie z tego sprawę: mniej podejrzeń, a przy tym snuje się tutaj mnóstwo ludzi, wśród których zatracał się niby ziarenko piasku. Lecz te wszystkie męczarnie wycieńczyły go tak dalece, że ledwie ruszał nogami. Pot spływał z niego ciurkiem, kark był jakby z wody wyjęty. [...] Nie całkiem przytomny wszedł do bramy swojej kamienicy: w każdym razie dopiero na schodach przypomniał sobie o siekierze. A przecie miał przed sobą nader ważne zadanie: położyć ją na miejsce i to możliwie niepostrzeżenie. Naturalnie, już nie był w stanie pojąć, że może najlepiej byłoby siekiery wcale nie kłaść na poprzednim miejscu, tylko podrzucić ją, chociażby później gdzieś na cudzym podwórku. Lecz wszystko poszło jak z płatka. [...] Aż do swojej stancyjki nie spotkał nikogo, ani żywej duszy; drzwi gospodyni były zamknięte. Wszedłszy do siebie, rzucił się na kanapę, tak jak stał. Nie spał, ani też nie był przytomny.
Źródło: Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara
Zbrodnia we współczesności
Tadeusz Borowski, Dzień na Harmenzach
Fragmenty opowiadania T. Borowskiego: Dzień na Harmenzach zawierające motyw zbrodni
Zanim przeczytasz zobacz też:
Niemaszerujący Grecy
Na drodze Andrzej ćwiczy dwóch Żydów. Nie umieli maszerować, kapo połamał im na łbach dwa kije i zapowiedział, że się muszą nauczyć. Andrzej przywiązał im po kiju do nogi i tłumaczy, jak może:
"czortowe wy dieti, taj dywyś, ce lewa, a ce prawa, links, links". Grecy otwierają szeroko oczy i maszerują w koło, ze strachu szurając nogami po ziemi. Ogromny tuman kurzu wzbija się wysoko w górę. [...]
Unterscharführer, gospodarz z Harmenze, zeskakuje z roweru czerwony ze zdenerwowania:
- Co się tu dzieje na tym zwariowanym komandzie? Dlaczego ci ludzie chodzą tam z poprzywiązywanymi kijami? To jest czas pracy!
- Oni nie umieją chodzić!
- Jak nie umieją, to ich zabić! A wie pan, że znowu zginęła gęś?
- Czego stoisz jak głupi pies? - wrzasnął kapo na mnie. - Andrej ma zrobić z nimi porządek. Los! Poleciałem ścieżką.
- Andrej, konczaj ich! Kapo kazał!
Andrzej chwycił kij i uderzył na odlew. Grek zasłonił się ręką, zaskowyczał i upadł. Andrzej położył mu kij na gardło, stanął na kiju i zakołysał się.
„Biały Wańka"
Rozkraczam się nad rowem i łopatą powoli przesuwam po dnie. Stoję ostrożnie, by nie zamoczyć butów. Post podchodzi bliżej, przygląda się w milczeniu.
- Co to będzie tu robione?
- Grobla, a potem oczyścimy rów, panie post.
- Skąd masz takie ładne buty?
Buty mam istotnie ładne: na podwójnej podeszwie, ręcznie szytej, półbuty bardzo wymyślnie na modę węgierską dziurkowane. Przynieśli mi je przyjaciele z rampy.
- Dostałem w obozie razem z tą koszulą - odrzekłem wskazując mu na jedwabną koszulę, za którą dałem chyba z kilo pomidorów.
- Takie buty dają u was? Patrz, w jakich ja chodzę. Pokazuje mi buty zmarszczone i popękane. Na nosie prawego łata. Kiwam w zrozumieniu głową.
- A nie sprzedałbyś mi tych swoich butów?
Podniosłem na niego wzrok pełen bezgranicznego zdziwienia.
- Jakżeż ja mogę sprzedać panu własność obozu? Jakżeż ja mogę? [...]
Post syknął coś i odszedł w stronę ławki. Usiadł, podniósł w zadumie karabin i bawiąc się zamkiem zarepetował. Podniósł głowę, jakby coś sobie przypominając.
- Ty, warszawiak, chodź, dam ci chleb, oddasz go Żydom - rzekł sięgając po torbę. Uśmiecham się najprzyjemniej, jak tylko umiem. Po tamtej stronie rowu ciągnie się linia wart i postom wolno strzelać do ludzi. Za łebek dostają trzy dni urlopu i pięć marek.
- Niestety, nie wolno nam tam chodzić. Ale jeśli pan post chce, to proszę rzucić chleb,
[...]
- Tadek, co słychać?
- A nic. Kijów zajęli.
- A czy to prawda?
- Śmieszne pytanie!
Tak drąc się na cały głos, omijam ich z boku i idę wzdłuż rowu. Nagle słyszę za sobą wołanie:
- Halt, halt, du, Warschauer! - i za chwilę niespodziewanie po polsku: - Stój, stój! Po drugiej stronie rowu dobiega do mnie pędem „mój post", karabin pochylił jak do szturmu. Jest bardzo podniecony. - Stój, stój!
Stoję. Post przedziera się przez krzaki jeżyn, repetuje karabin.
- Coś ty teraz mówił? O Kijowie? Wy tu plotki polityczne rozpuszczacie! Wy tu tajną organizację macie! Numer, numer, podaj swój numer!
Dygocąc ze złości i wzburzenia, wyciąga świstek papieru, długo szuka ołówka. Uczułem, jak ze mnie coś odpływa, ale trochę ochłonąłem.
- Przepraszam, pan post nie zrozumiał. Pan post słabo po polsku rozumie. Ja mówiłem o kijach, które Andrzej przywiązał Żydom na drodze. I że to jest bardzo śmieszne.
- Tak, tak, panie post, właśnie to on mówił - potwierdza zgodny chór.
Post zamierzył się karabinem, jakby chciał mnie sięgnąć kolbą przez rów.
- Ty jesteś ale zwariowany! Ja jeszcze dzisiaj zamelduję na polityczny! Numer, numer!
- Sto dziewiętnaście, sto dzie...
- Pokaż na ręce.
- Patrz.
Wyciągam ramię z wytatuowanym numerem i jestem pewien, że z daleka nie widzi.
- Chodź bliżej.
- Nie wolno mi. Może post robić meldunek, ale ja nie jestem „biały Wańka".
„Biały Wańka" parę dni temu wlazł na brzozę rosnącą na linii postów, żeby naciąć gałęzi na miotłę. Za miotły można dostać w obozie chleb lub zupę. Post złożył się i strzelił, kula przeszła na ukos przez pierś i wyszła tyłem przez kark. Przynieśliśmy chłopca do obozu. [...]
Beker
- Ty się, Beker, odczep ode mnie ze swoją filozofią i zajmij się lepiej ziemią i łopatą, compris. Ale żebyś wiedział: będziesz zdychał, to cię jeszcze dobiję, rozumiesz? A wiesz za co?
- Za cóż to?
- Za Poznań. A może to nieprawda, że byłeś lageraltesterem w żydowskim lagrze pod Poznaniem?
- No to co, że byłem?
- A zabijałeś ludzi? A wieszałeś ich na słupku za głupią ukradzioną kostkę margaryny albo za bochenek chleba?
- Wieszałem złodziejów.
- Beker, mówią, że jest na kwarantannie twój syn. Ręce Bekera kurczowo ujęły trzon łopaty, a wzrok jego począł uważnie obejmować mój tułów, szyję, głowę.
- Ty, puść tę łopatę, nie patrz tak bojowo. Może to nieprawda, że to syn kazał ciebie zabić za tamtych z Poznania?
- Prawda - rzekł głucho. - A drugiego syna powiesiłem w Poznaniu, ale nie za ręce, tylko za szyję, bo ukradł chleb.
- Bydlę! - wybuchnąłem.
Ale Beker, starszy, siwawy Żyd, skłonny nieco do melancholii, był już spokojny i opanowany. Popatrzył na mnie z góry, prawie z pogardą.
- Jak długo siedzisz w obozie?
- O... parę miesięcy.
- Wiesz, Tadeusz, bardzo cię lubię - rzekł niespodziewanie - ale ty głodu to tak naprawdę nie zaznałeś, co?
- Zależy, co to jest głód.
- Głód jest wtedy prawdziwy, gdy człowiek patrzy na drugiego człowieka jako na obiekt do zjedzenia. Ja już miałem taki głód. Rozumiesz? - A gdy milczałem i tylko od czasu do czasu stukałem kluczem o szyny i machinalnie oglądałem się na lewo i na prawo, czy nie idzie kapo, ciągnął: - Nasz lager - tam - był mały... Tuż obok drogi. Drogą chodzili ludzie ładnie ubrani, takie kobiety. Na przykład w niedzielę do kościoła. Albo młode pary. A dalej wieś, taka zwykła wieś. Tam ludzie mieli wszystko, o pół kilometra od nas. A myśmy brukiew... człowieku, u nas ludzie żywcem chcieli się zjadać! I co, miałem nie zabijać kucharzy, co za masło kupowali wódkę, a za chleb papierosy? Mój syn kradł, to go też zabiłem. Ja jestem tragarz, to znam życie.
[...]
Spod kasztanów doszedł mnie zdławiony krzyk człowieka. Zbieram klucze i zakrętki, układam tragi jedną na drugiej, rzucam Jankowi:
- Janek, weź skrzynkę, bo się mamusia będzie gniewała - i podchodzę w stronę drogi. Na ziemi leżał Beker, charczał i pluł krwią, a Iwan kopał go, gdzie popadło: w mordę, w brzuch, w podbrzusze...
- Patrz, co ten hadiuka zrobił! Cały obiad ci wyżarł! Złodziej przeklęty!
Na ziemi leży menażka pani Haneczki z resztą kaszy. Beker jest cały umazany w kaszy.
- Wsadziłem mu ryło do menażki - rzekł, ciężko dysząc. Iwan. - Dokończ go, muszę iść.
- Umyj menażkę - rzekłem do Bekera - i postaw pod drzewem. Uważaj, żeby cię kapo nie złapał. Właśnie zrobiłem czworo noszy. Wiesz, co to znaczy?
[...]
W tej chwili na krawędzi buksy wylazła z dołu jakaś siwa, ogromna czaszka i spojrzały na nas zażenowane, mrugające oczy. Potem ukazała się twarz Bekera, zmięta i jeszcze bardziej postarzała.
- Tadek, ja mam do ciebie prośbę.
- Gadaj - rzekłem, przechylając się ku niemu.
- Tadek, idę do komina.
Pochyliłem się jeszcze niżej i zajrzałem mu z bliska w oczy: były spokojne i puste.
- Tadek, aleja byłem tyle czasu taki głodny. Daj mi co zjeść. Na ten ostatni wieczór.
Kazik uderzył mnie dłonią po kolanie.
- Znasz tego Żyda?
- To Beker - odrzekłem cicho.
- Te, Żyd, właź tu na buksę i zażeraj. Jak się nażresz, to resztę zabierz ze sobą do komina. Właź na buksę. Ja tu nie śpię, to możesz mieć wszy.
- Tadek - chwycił mnie za ramię - chodź. Mam na bloku świetną szarlotkę, wprost od mamy. Złażąc z buksy trącił mnie ramieniem.
- Patrz - rzekł szeptem. Spojrzałem na Bekera. Miał przymknięte powieki i jak ślepiec próżno szukał dłonią deski, żeby wleźć na górę.
Źródło:
http://biblioteka.vilo.bialystok.pl/lektury/Wojna_po_Wojnie/Borowski_Tadeusz_Wybor_opowiadan.pdf (str. 88-108)
Gustaw Herling Grudziński, Inny świat, Epilog: upadek Paryża
Bibliografia: Gustaw Herling Grudziński, Inny świat , Epilog: upadek Paryża.
Sławomir Mrożek, Tango, Akt III
Bibliografia: Sławomir Mrożek, Tango, Akt III.
Zbrodnia. Motyw zbrodni w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce
Literatura wykorzystująca motyw zbrodni
- Borowski Tadeusz Opowiadania
- Byron George Gordon Kain
- Byron George Giaur
- Defoe Daniel Robinson Cruzoe
- Dostojewski Fiodor Bracia Karamazow
- Dostojewski F. Zbrodnia i kara
- Dzieje Tristana i Izoldy
- Grudziński-Herling Gustaw Inny świat
- Homer Iliada
- Homer Odyseja
- Iłłakowiczówna Kazimiera Kain i Abel
- Kochanowski J. Treny
- Krall Hanna Zdążyć przed Panem Bogiem
- Krasicki Ignacy Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki
- Krasiński Zygmunt Nie-boska komedia
- Księga Hioba w: Biblia
- Księga Rodzaju w: Biblia
- McEwan I. Pokuta
- Mickiewicz Adam Lilie
- Mickiewicz Adam Pan Tadeusz
- Mrożek Sławomir Tango
- Nałkowska Zofia Medaliony
- Parandowski Jan Mitologia
- Pieśń o zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego
- Prus B. Powracająca fala
- Remarque Erich Maria Łuk triumfalny
- Shakespeare William Makbet
- Słowacki Juliusz Balladyna
- Słowacki Juliusz Kordian
- Steinbeck John Myszy i ludzie
- Steinbeck John Na wschód od Edenu
- Szekspir William Hamlet
- Witkiewicz Stanisław Ignacy Szewcy
Wiersz - jak dobrze analizować i interpretować poezję?
Środki poetyckie - artystyczne środki wyrazu
Epika - jak dobrze analizować?
Powieść - jak dobrze analizować?
Dramat - jak dobrze analizować?
Malarstwo wykorzystujące motyw zbrodni
- Allori Cristofano Judyta z głową Holofernesa
- Berruguete Pedro Śmierć św. Piotra Męczennika
- Carracci Agostino Judyta z głową Holofernesa
- Carravagio Judyta i Holofernes
- Cranach Lucas Starszy Judyta z głową Holofernesa
- David Louis Śmierć Marata
- Gentileschi Artemisia Judyta i Holofernes
- Gentileschi Artemisia Judyta ucinająca głowę Holofernesowi
- Gerson Wojciech Zabójstwo Przemysława II w Rogoźnie
- Giordano Luca Perseusz zamienia Fineusa i jego zwolenników w kamienie
- Goya Francisco Rozstrzelanie powstańców madryckich
- Lama Giulia Judyta i Holofernes
- Mantegna Adnrea Judyta z głową Holofernesa
- Matejko Jan Zabicie Leszka Białego w Gąsawie
- Matejko Jan Zabójstwo św. Stanisława
- Poussin Nicolas Rzeź niewiniątek
- Rubens Paul Kain zabija Abla
- Tycjan Kain i Abel
- Zabójstwo św. Stanisława
Malarstwo - jak analizować dzieło malarskie?
Filmy wykorzystujące motyw zbrodni
- 8 kobiet, reż. François Ozon
- Biały Oleander, reż. Peter Kosminsky
- Czasem w kwietniu, reż. Raoul Peck
- Kill Bill, reż. Quentin Tarantino
- Krótki film o zabijaniu, reż. Krzysztof Kieślowski
- Leon zawodowiec, reż. Luc Besson
- Morderstwo w Orient Expressie, reż. Sidney Lumet
- Na wylot, reż. Grzegorz Królikiewicz
- Niewidoczni, reż. Stephen Frears
- Pachnidło, reż. Tom Tykwer
- Popiół i diament, reż. Andrzej Wajda
- Pręgi, reż. M. Piekorz
- Pulp fiction, reż. Quentin Tarantino
- Tańcząc w ciemnościach, reż. Lars von Trier
- Urodzeni mordercy, reż. Oliver Stone
Muzyka, wykorzystująca motyw zbrodni
- Balladyna P. Perkowski
- Brat nie ma już miłości dla mnie Kaliber 44
- Epitafium pamięci ks. Jerzego Popiełuszki T. Trojanowski
- Makbet G. Verdi,
- Nie zabijaj Peja
- Pytanie Kaina T. Natanson
- Wampir z Bytomia K. Staszewski
- Prawda Hey
- Zabiłem kolegę na poligonie Kazik Staszewski