Motyw fantastyki wprowadza elementy nadprzyrodzone, niezwykłe i nierealistyczne, które poszerzają znaczenia świata przedstawionego. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

Fantastyka w języku polskim

Definicja fantastyki

niesamowite, często nadprzyrodzone zjawiska, będące wytworem fantazji w mitach, folklorze, w utworach fabularnych, plastycznych

 Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

fantasy, science fiction, fantastyka naukowa, sf, metafizyka

Słownictwo powiązane z MOTYWEM:

oniryzm, postacie fantastyczne, Bóg, bogowie, szatan, diabeł, Lucyfer, Mefistofeles, Boruta, motywy lucyferyczne, czarna magia, dusza, duch, widmo, zjawa, upiór, wampir, anioł, cherubin, archanioł, wiedźma, czarownica, czarownik, wiedźmin, czarnoksiężnik, biała magia,

faun, centaur, hydra, gryf, sfinks, pegaz, Minotaur,

Związki frazeologiczne:

między Bogiem a prawdą, Bóg zapłać, Bóg z tobą, chwała Bogu, daj Boże, ktoś jest Bogu ducha winien, chwycić/złapać Pana Boga za nogi, czuć się/wyglądać jak młody bóg, pożal się Boże, stanąć przed Bogiem, pójść do Boga, oddać Bogu ducha, oddać duszę Bogu, za Bóg zapłać, Bóg jeden wie, Bóg raczy wiedzieć, Bóg kogoś wziął/wezwał/powołał/przyjął do swojej chwały, jak Bóg da, daj Boże, dałby Bóg, goły/nagi jak go Pan Bóg stworzył, komuś się żyje, jest jak u Pana Boga za piecem, nie mieć Boga w sercu, Pan Bóg na kogoś miarę zgubił, strzelać Panu Bogu w okno, taki/tak jak (jakim) go Pan Bóg stworzył, Za Boga (nie); za chińskiego boga;

aż dusza rośnie, bratnia/pokrewna dusza, coś komuś w duszy gra, do duszy, dusza człowiek, dusza poszła/uciekła komuś w pięty, dusza w kimś zamiera, komuś zrobiło się lżej/raźniej na duszy, chować coś na dnie duszy, mieć coś w duszy, mieć duszę na ramieniu, mieć rogatą duszę, być gdzieś duchem, rząd dusz, ile/czego dusza zapragnie,  wyzionąć ducha, z duszą na ramieniu, być/pozostać bez grosza/centa/szeląga przy duszy, coś ciąży/leży komuś kamieniem na duszy, coś uciska kamieniem duszę, coś wryło się komuś (głęboko) w duszę, czyhać jak diabeł na dobrą duszę, czyjaś dusza drze się, rwie się w strzępy, na strzępy, czytać w czyjejś duszy, dusza wyrywa się (komuś) do czegoś/do kogoś/ku czemuś/ku komuś, dusza z kogoś ucieka, hulaj dusza!, ktoś zdrowy na duszy i ciele, lać komuś miód do duszy, martwe dusze, nie ma żywej duszy, ani żywej duszy, nosić coś w duszy, sękata dusza, stać nad kimś jak kat nad dobrą duszą, śmiać się/roześmiać się z całej duszy, w duszy, w głębi duszy, wejść/wleźć/władować się/ładować się komuś z butami do duszy, widzieć/ujrzeć/zobaczyć kogoś, coś oczami/oczyma duszy, włożyć w coś całą duszę, zaprzedać/sprzedać/oddać duszę diabłu;

diabeł ogonem nakrył, diabeł tkwi w szczegółach, diabeł w kimś siedzi, ktoś ma w sobie diabła, ktoś ma/nosi diabła za skórą, diabeł komuś z oczu patrzy, diabli kogoś/coś nadali/niosą/przynieśli, diabli wzięli kogoś/coś, jeden diabeł, ki diabeł?, posłać/wysłać kogoś w diabły/do diabła/do wszystkich diabłów/do stu diabłów, rzucić kogoś/coś do diabła/w diabły, gdzie diabeł mówi dobranoc, zaprzedać/sprzedać/oddać duszę diabłu, zaprzedać się diabłu, adwokat diabła, bać się kogoś/czegoś jak diabeł święconej wody, coś (jest) diabła warte, diabeł kogoś podkusił, diabli kogoś podkusili, diabeł nie śpi, diabeł opętał kogoś, diabeł wcielony, diabeł w kogoś wstąpił/wszedł, diabli (go, ich, ją) wiedzą, diabeł wie, diabli kogoś wzięli/biorą, do diabła, gdzie cię diabli niosą, ktoś (jest) diabła wart, ktoś zje diabła, nim coś zrobi/nim coś się stanie, masz diable kaftan, pal diabli, zawrzeć pakt z diabłem.

Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

Przysłowia

Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy.

Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek.

Hulaj duszo, piekło gore!

W zdrowym ciele zdrowy duch.

Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy.

Modli się pod figurą, a diabła ma za skórą.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Za babą i diabeł nie trafi.

Złego diabli nie biorą.

Aforyzmy

Łatwiej okazać się wdzięcznym wobec bogów niż wobec ludzi. Sofokles

Jeśli nie byłoby Boga, trzeba by go wymyślić. Wolter

Niekoniecznie trzeba być Bogiem, by mieć wyznawców. Witold Gombrowicz

...to co robimy, robimy dla Boga, a wobec takiego celu bardzo małymi stają się przeszkody, choćby najdotkliwsze. Edmund Bojanowski

Najtrwalsze i najpiękniejsze więzi duchowe nawiązywane bywają od pierwszego wejrzenia. Edgar Allan Poe

Psychika jest jedynie emanacją cielesności; ciało kształtuje duszę wedle siebie. Tomasz Mann

Duchowa impotencja to niemożność wzięcia w posiadanie życia. Stefan Zweig

Fantastyka w antyku

; .

Fantastyka w antyku

Wybierz co najmniej jeden mit, który zawiera fantastykę.

Fantastyka w Biblii

Upadek pierwszych ludzi

http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=3

wersja z nagraniem: http://biblijni.pl/Rdz,3,1-24

Fantastyka w średniowieczu

Fantastyka - Hans Memling, Sąd ostateczny

Hans Memling, Sąd ostateczny, 1467–1471

http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Hans_Memling_018.jpg

Porównaj wyniki swojej pracy z:

Analiza obrazu "Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga

Fantastyka w renesansie

Scena pierwsza

Pusta okolica
Grzmoty i błyskawice. Wchodzą trzy czarownice.

PIERWSZA CZAROWNICA

Rychłoż się zejdziem znów przy blasku
Błyskawic i piorunów trzasku?

DRUGA CZAROWNICA

Gdy bitwa owdzie wrząca
Dociągnie się do końca.

TRZECIA CZAROWNICA

Więc przed zachodem słońca.

PIERWSZA CZAROWNICA

Gdzież schadzka?

DRUGA CZAROWNICA

Jak ten chrust
Na wrzosach.

TRZECIA CZAROWNICA

Tam Makbet z naszych ust
Dowie się o swych losach.

PIERWSZA CZAROWNICA

Słyszę głos arcywiedźmy.

WSZYSTKIE TRZY

Ropucha skrzeczy. Jedźmy!
Szpetność upięknia, piękność szpeci;
Nuże przez mgły i par zamieci!
Znikają.

[...]

Scena trzecia

Dzika okolica.
Grzmi.

[...]

MAKBET

Tak ponurego dnia i tak pięknego,
Jak żyję, nigdy jeszcze nie widziałem.

BANKO

Dalekoż jeszcze Forres? Ale któż są
Te tam postacie wywiędłe i szpetne?
Nie zdają się mieć nic wspólnego z ziemią,
Są jednak: na niej. Żyweż wy jesteście?
Zdolne na ludzką mowę odpowiedzieć?
Zdawałoby się, że mnie rozumiecie,
Bo wszystkie razem chude swoje palce
Do ust zapadłych przykładacie. Pozór
Niewieści macie, ale wasze brody
Nie pozwalają mi w tę płeć uwierzyć.

MAKBET

Jeśli możecie, mówcie — kto jesteście?

PIERWSZA CZAROWNICA

Cześć ci, Makbecie! Cześć ci, tanie Glamis!

DRUGA CZAROWNICA

Cześć ci, Makbecie! Cześć ci, tanie Kawdor!

TRZECIA CZAROWNICA

Cześć ci, Makbecie! Przyszły królu, cześć ci!

BANKO

Czego się wzdrygasz, zacny przyjacielu?
Zdajesz się jakby przerażony wróżbą
Tak mile brzmiącą? W imię prawdy! mówcie:
Czyście wy tylko łudzącymi mary,
Czy rzeczywiście tym, czym się rzekomo
Jawicie oku? Szlachetnego mego
Współtowarzysza broni pozdrawiacie
Rzędem tytułów, przechodzących wszelkie
Jego nadzieje, mnie nic nie mówicie.
Jeśli, świadome siejby czasu, wiecie,
Które się ziarno udać ma, a które
Zmarnieć, żadnego nie wydawszy plonu,
Przemówcie do mnie, który ani stoję
O wasze względy, ani się niełaski
Waszej obawiam.

CZAROWNICE

Cześć ci, Banko, cześć!

PIERWSZA CZAROWNICA

Mniej wielkim będziesz niż Makbet, a większym.

DRUGA CZAROWNICA

Nie tak szczęśliwym, a przecie szczęśliwszym.

TRZECIA CZAROWNICA

Nie będąc królem, królów płodzić będziesz:
Cześć wam więc obu, Makbecie i Banko!

PIERWSZA CZAROWNICA

Makbecie, Banko, cześć wam!

DRUGA CZAROWNICA

Cześć wam!

TRZECIA CZAROWNICA

Cześć wam!

MAKBET

Ciemne Sybille, więcej mi powiedzcie!
Przez śmierć Sinela jestem tanem Glamis,
O tym wiem; ale skądże tanem Kawdor?
Tan Kawdor żyje w szczęściu i dostatku.
Królem zaś zostać jest to dla mnie rzeczą
Mniej jeszcze mieścić się mogącą w sferze
Prawdopodobieństw niż być tanem Kawdor,
Mówcie, skąd macie tę dziwną wiadomość?
I w jakim celu nas tu na tych wrzosach
Zatrzymujecie tak dziwnym proroctwem?
Odpowiadajcie, rozkazuję wam.
Czarownice znikają.

[...]

Akt III Scena czwarta

LENNOX

Nie raczysz wasza królewska mość zasiąść?
Duch Banka wychodzi spod ziemi i siada na miejscu Makbeta.

MAKBET

Widzielibyśmy tu w pełni zbiór ozdób
Naszego państwa, gdyby nam nie zbywał
Kochany Banko, którego wolimy
O nieuprzejmość obwinić niż myśleć,
Że mu się jakie nieszczęście trafiło.

ROSSE

Jego spóźnianie się lży jego słowu.
Niechże nas wasza królewska mość raczy
Swym uczestnictwem uszczęśliwić.

MAKBET

Wszystkie
Miejsca zajęte.

LENNOX

Tu próżne jest jedno.

MAKBET

Gdzie? Gdzie?

LENNOX

Tu, panie. Co się stało waszej
Królewskiej mości?

MAKBET

Kto z was to uczynił?

LORDOWIE

Co, miłościwy królu?

MAKBET

Ty nie możesz
Powiedzieć, że to ja; nie wstrząsaj ku mnie
Tak groźnie swymi skrwawionymi włosy.

ROSSE

Wstańmy, panowie, królowi niedobrze.

 [...]

 Akt IV, Scena pierwsza

Ciemna jaskinia. W pośrodku wrzący kociol. Grzmot i błyskawice. Trzy czarownice przy kotle. [...]

ZJAWISKO

Makbecie! Makbet! Lękaj się Makdufa,
Lękaj się tana Fajf! - przyjm tę przestrogę.
Jeśli jej twoja dusza nie zaufa,
Zginiesz. Dość. Więcej powiedzieć nie mogę.
Znika.

MAKBET

Ktokolwiek jesteś, dzięki ci! trafiłeś
W sam rdzeń obawy mojej. Jeszcze słowo!

[...]

ZJAWISKO

Makbet! bądź mężny, nieugięty, srogi,
Gardź siłą ludzką i skrytymi wrogi,
Z tych bowiem, których rodziła kobieta,
Nikt potężnego nie zmoże Makbeta.
Znika.

MAKBET

Żyj więc, Makdufie, niestrasznyś mi teraz.
Wolę się jednak podwójnie zapewnić
I wziąć od losu zakład: musisz umrzeć,
Bym mógł fałsz zadać trwodze i spokojnie
Spać przy łoskocie gromów.
Grzmot.
Ukazuje się Dziecko w koronie, z gałęzią w ręce.
Cóż to teraz
Zjawia się niby królewski potomek,
Z koronowanym czołem?

WSZYSTKIE TRZY

Milcz i słuchaj.

ZJAWISKO

Bądź jak lew śmiały, dumny, przedsiębierczy;
Nie tknie Makbeta żaden cios morderczy,
Póki las Birnam ku dunzynańskiemu
Wzgórzu nie pójdzie walczyć przeciw niemu.
Znika. [...]

MAKBET

Tyś żywy obraz Banka. Precz! przepadnij!
Korona twoja pali mi źrenice.
A ty, ty druga maro w złotym wieńcu,
Twój włos jest taki sam jak u pierwszego
I trzeci jeszcze, podobny do tamtych!
Złośliwe wiedźmy, po co mi ten obraz
Ukazujecie? Ha! otóż i czwarty!
I piąty? Czyliż ten pochód trwać będzie
Do końca świata! Jeszcze jeden! Siódmy!
Tego już nadto! Ale oto jeszcze
Ósmy z kolei zbliża się z zwierciadłem,
W którym spostrzegam długi szereg takich
Samych postaci, a niektóre mają
Podwójne jabłka i potrójne berła.
Okropny, stokroć przeklęty widoku!
Maż to być prawda? Krwią zbroczony Banko
Śmieje się ze mnie i wskazuje na tych,
Co po nim idą, jakby chciał powiedzieć;
"To moi." Więc to tak?

PIERWSZA CZAROWNICA

Tak, panie, ten to znak.
Lecz czemuż się Makbeta dusza
Tak bardzo na ten widok wzrusza?
Orzeźwmy, siostry, jego męstwo,
Niech szczytu dojdzie czarnoksięstwo
Ja zbudzę dźwięk, a wy bez zwłoki
W korowód rozpocznijcie skoki,
By się w nim nowy zapał wzmógł
I wielki król powiedzieć mógł,
Ze starożytne wiły
Godnie go ugościły.
Muzyka.
Czarownice tańczą, a następnie znikają.

MAKBET

Gdzież one? Wyszły? Niechaj ta godzina
Jako przeklęta zapisaną będzie
Na wieczne czasy w kalendarzu! Hola!
Wnijdź, kto tam jesteś.

Fantastyka w baroku

Fantastyka w utworze Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego pt. Sonet IV,

Pokój — szczęśliwość; ale bojowanie

Byt nasz podniebny: on srogi ciemności

Hetman i świata łakome marności

O nasze pilno czynią zepsowanie.

Nie dosyć na tym, o nasz możny Panie!

Ten nasz dom — ciało —, dla zbiegłych lubości

Niebacznie zajźrząc duchowi zwierzchności,

Upaść na wieki żądać nie przestanie.



Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,

Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?

Królu powszechny, prawdziwy pokoju



Zbawienia mego, jest nadzieja w tobie!

Ty mnie przy sobie postaw, a prześpiecznie

Będę wojował i wygram statecznie!

Źródło:

http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/sonet-iv-o-wojnie-naszej-ktora-wiedziemy-z-szatanem-swiatem--i-cialem.html

Zobacz też wersję z opracowaniem:

http://staropolska.pl/barok/Sep_Szarzynski/sonety_04.html

Fantastyka w oświeceniu

Fantastyka w oświeceniowym malarstwie

Franciszek Goya, Gdy rozum śpi, budzą się upiory, 1798 (El sueño de la rason produce monstruos).

http://pl.wikipedia.org/wiki/Gdy_rozum_%C5%9Bpi,_budz%C4%85_si%C4%99_demony#mediaviewer/Plik:Museo_del_Prado_-_Goya_-_Caprichos_-_No._43_-_El_sue%C3%B1o_de_la_razon_produce_monstruos.jpg

Warto sięgnąć jeszcze do:

http://www.polskieradio.pl/24/290/Artykul/182823,Gdy-rozum-spi-budza-sie-demony

esej filozoficzny, Gdy rozum śpi, budzą się demony, Marek Juliusz Kozłowski http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4860

Fantastyka w romantyzmie

Edgar Allan Poe, Kruk [tłum. Stanisław Barańczak]*

http://home.agh.edu.pl/~szymon/raven.shtml, lub

http://krypta.whad.pl/html/rozne/kruk.htm#Fragment%20audycji%20Tomka%20Beksi%C5%84skiego%20z%20Rozg%C5%82o%C5%9Bni%20Harcerskiej%20Polskiego%20Radia,%20po%C5%9Bwi%C4%99conej%20%27Krukowi%27

Adam Mickiewicz, Dziady część III

Adam Mickiewicz, Dziady III, PROLOG

W WILNIE PRZY ULICY OSTROBRAMSKIEJ, W KLASZTORZE KS. KS. BAZYLIANÓW, PRZEROBIONYM NA WIĘZIENIE STANU - CELA WIĘŹNIA

A strzeżcie się ludzi, albowiem was będę
wydawać do siedzącej rady i w bożnicach swoich
was biczować będę.
Mat. R. X. w. 17.

I do Starostów i do Królow będziecie
wodzeni na świadectwo im i poganom.
w. 18.

I będziecie w nienawiści u wszystkich dla
imienia mego. Ale kto wytrwa aż do końca,
ten będzie zbawion.
w. 22

(Więzień wsparty na oknie; spi)
ANIOŁ STRÓŻ

Niedobre,nieczułe dziecię!

Ziemskie matki twej zasługi,

Prośby jej na tamtym świecie

Strzegły długo wiek twój młody

Od pokusy i przygody:

Jako róża, anioł sadów,

We dnie kwitnie, w noc jej wonie

Bronią senne dziecka skronie

Od zarazy i owadów.

Nieraz ja na prośbę matki

I za pozwoleniem Bożem

Zstępowałem do twej chatki,

Cichy, w cichej nocy cieniu:

Zstępowałem na promieniu

I stawałem nad twym łożem.

Gdy cię noc ukołysała,

Ja nad marzeniem namiętnym

Stałem jak lilija biała,

Schylona nad źródłem mętnym.

Nieraz dusza mnie twa zbrzydła,

Alem w złych myśli nacisku

Szukał dobrej, jak w mrowisku

Szukają ziamek kadzidła.

Ledwie dobra myśl zaświeci,

Brałem duszę twą za rękę,

Wiodłem w kraj, gdzie wieczność świeci,

I śpiewałem jej piosenkę,

Którą rzadko ziemskie dzieci

Słyszą, rzadko i w uśpieniu,

A zapomną w odecknieniu.

Jam ci przyszłe szczęście głosił,

Na mych rękach w niebo nosił,

A tyś słyszał niebios dźwięki

Jako pjanych uczt piosenki.

Ja, syn chwały nieśmiertelnej,

Przybierałem wtenczas postać

Obrzydłej larwy piekielnej,

By cię straszyć, by cię chłostać?

Tyś przyjmował chłostę Boga

Jak dziki męczarnie wroga.

I dusza twa w niepokoju,

Ale z dumą się budziła,

Jakby w niepamięci zdroju

Przez noc całą męty piła.

I pamiątki wyższych światów

W głąb ciągnąłeś, jak kaskada,

Gdy w podziemną przepaść wpada,

Ciągnie liście drzew i kwiatów.

Natenczas gorzko płakałem,

Oblicze tuląc w me dłonie;

Chciałem i długo nie śmiałem

Ku niebieskiej wracać stronie,

Bym nie spotkał twojej matki;

Spyta się: "Jaka nowina

Z kuli ziemskiej, z mojej chatki

Jaki sen był mego syna?" […]

DUCH Z LEWEJ STRONY

Noc smutna w więzieniu, tam w mieście wesele,

U stołów tam muzyki huczą;

Przy pełnych kielichach śpiewają minstrele,

Tam nocą komety się włóczą:

Komety z oczkami i z jasnym warkoczem.

(Więzień usypia)

Kto po nich kieruje łódź w biegu

Ten zaśnie na fali, w marzeniu uroczem,

Na naszym przebudzi się brzegu.

ANIOŁ

My uprosiliśmy Boga,

By cię oddał w ręce wroga.

Samotność mędrców mistrzyni.

I ty w samotnym więzieniu,

Jako prorok na pustyni,

Dumaj o twym przeznaczeniu.

CHÓR DUCHÓW NOCNYCH

W dzień Bóg nam dokucza, lecz w nocy wesele

W noc późną próżniaki się tuczą

I w nocy swobodniej śpiewają minstrele

Szatany piosenek ich uczą.

Kto rana myśl świętą przyniesie z kościoła

Kto rozmów poczciwych smak czuje

Noc-pjawka wyciągnie pobożną myśl z czoła

Noc-wąż w ustach smaki zatruje:

Śpiewajmy nad sennym, my, nocy synowie

Usłużmy, aż będzie nam sługą.

Wpadnijmy mu w serce, biegajmy po głowie,

Nasz będzie - ach, gdyby spał długo!

ANIOŁ

Modlono się za tobą na ziemi i w niebie

Wkrótce muszą tyrani na świat puścić ciebie.

WIĘZIEŃ
(budzi się i myśli)

Ty, co bliźnich katujesz, więzisz i wyrzynasz

I uśmiechasz się we dnie, i w wieczór ucztujesz,

Czy ty z rana choć jeden sen twój przypominasz,

A jeśliś go przypomniał, czy ty go pojmujesz?

(drzemie)

ANIOŁ

Ty będziesz znowu wolny, my oznajmić przyszli.

WIĘZIEŃ
(budzi się)

Będę wolny? - pamiętam, ktoś mi wczora prawił;

Nie, skądże to, czy we śnie? czy Bóg mi objawił?

(zasypia)

ANIOŁOWIE

Pilnujmy tylko, ach, pilnujmy myśli,

Między myślami bitwa już stoczona.

DUCHY Z LEWEJ STRONY

Podwójmy napaść.

DUCHY Z PRAWEJ

My podwójmy straże.

Czy zła myśl wygra, czy dobra pokona,

Jutro się w mowach i w dziełach pokaże;

I jedna chwila tej bitwy wyrzeka

Na całe życie o losach człowieka.

WIĘZIEŃ

Mam być wolny - tak! nie wiem, skąd przyszła nowina,

Lecz ja znam, co być wolnym z łaski Moskwicina.

Łotry zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,

Ale wtłoczą na duszę -- ja będę wygnany!

Błąkać się w cudzoziemców, w nieprzyjaciół tłumie,

Ja śpiewak, - i nikt z mojej pieśni nie zrozumie

Nic - oprócz niekształtnego i marnego dźwięku.

Łotry, tej jednej broni z rąk mi nie wydarły,

Ale mi ją zepsuto, przełamano w ręku;

Żywy, zostanę dla mej ojczyzny umarły,

I myśl legnie zamknięta w duszy mojej cieniu,

Jako dyjament w brudnym zawarty kamieniu.

(wstaje i pisze węglem z jednej strony)

D. O. M.

GUSTAVUS
OBIIT M.D. CCC. XXIII
CALENDIS NOVEMBRIS
(z drugiej strony)

HIC NATUS EST
CONRADUS
M. D. CCC. XXIII
CALENDIS NOVEMBRIS
(wspiera się na oknie - usypia)

DUCH

Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza!

Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze,

Zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza,

I tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze;

Gdybyś wiedział, że ledwie jednę myśl rozniecisz,

Już czekają w milczeniu, jak gromu żywioły,

Tak czekają twej myśli - szatan i anioły;

Czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz;

A ty jak obłok górny, ale błędny, pałasz

I sam nie wiesz, gdzie lecisz, sam nie wiesz, co zdziałasz.

Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,

Myślą i wiarą zwalać i podzwigać trony.

Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I scena I, fragm.

KONRAD
(śpiewa)

Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, -

Krew poczuła - spod ziemi wygląda -

I jak upiór powstaje krwi głodna:

I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.

Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

Z Bogiem i choćby mimo Boga!

(Chór powtarza)

I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,

Naprzód braci rodaków gryźć muszę,

Komu tylko zapuszczę kły w duszę,

Ten jak ja musi zostać upiorem.

Tak? zemsta, zemsta, etc, etc,

Potem pójdziem, krew wroga wypijem,

Ciało jego rozrąbiem toporem:

Ręce, nogi goździami przybijem,

By nie powstał i nie był upiorem.

Z duszą jego do piekła iść musim,

Wszyscy razem na duszy usiędziem,

Póki z niej nieśmiertelność wydusim,

Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.

Tak! zemsta, zemsta,etc. etc.

KS. LWOWICZ

Konradzie, stój, dla Boga, to jest pieśń pogańska.

KAPRAL

Jak on okropnie patrzy,- to jest pieśń szatańska.

(przestają śpiewać)

KONRAD
(z towarzyszeniem fletu)

Wznoszę się! lecę! tam, na szczyt opoki -

Już nad plemieniem człowieczem,

Między proroki.

Stąd ja przyszłości brudne obłoki

Rozcinam moją źrenicą jak mieczem;

Rękami jak wichrami mgły jej rozdzieram -

Już widno - jasno - z góry na ludy spozieram -

Tam księga sybilińska przyszłych losów świata -

Tam, na dole!

Patrz, patrz, przyszłe wypadki i następne lata,

Jak drobne ptaki, gdy orła postrzegą,

Mnie, orła na niebie!

Patrz, jak do ziemi przypadają, biegą,

Jak się stado w piasek grzebie -

Za nimi, hej, za nimi oczy me sokole,

Oczy błyskawice,

Za nimi szpony moje! - dostrzegę je, schwycę.

Cóż to? jaki ptak powstał i roztacza pióra,

Zasłania wszystkich, okiem mię wyzywa;

Skrzydła ma czarne jak burzliwa chmura,

A szerokie i długie na kształt tęczy łuku.

I niebo całe zakrywa -

To kruk olbrzymi - ktoś ty? -- ktoś ty, kruku?

Ktoś ty? - jam orzeł! - patrzy kruk - myśl moję plącze!

Ktoś ty? - jam gromowłady!l -

Spójrzał na mnie - w oczy mię jak dymem uderzył,

Myśli moje miesza - plącze -

KILKU WIĘŹNIÓW

Co on mówi! - co - co to - patrz, patrz, jaki blady.

(porywają Konrada)

Uspokój się...

KONRAD

Stój! stójcie! - jam się z krukiem zmierzył -

Stójcie - myśli rozplączę -

Pieśń skończę - skończę -

(słania się)

Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I Scena II Improwizacja

[...]

Głos z lewej strony

Wsiąść muszę

Na duszę

Jak na koń,

Goń! goń

W cwał, w cwał!

Głos z prawej

Co za szał!

Brońmy go, brońmy,

Skrzydłami osłońmy

Skroń


[Konrad]

Chwila i iskra, gdy się przedłuża, rozpala -

Stwarza i zwala.

Śmiało, śmiało! tę chwilę rozdłużmy, rozdalmy,

Śmiało, śmiało! tę iskrę rozniećmy, rozpalmy -

Teraz - dobrze - tak. Jeszcze raz Ciebie wyzywam,

Jeszcze po przyjacielsku duszę Ci odkrywam.

Milczysz, - wszakżeś z Szatanem walczył osobiście?

Wyzywam Cię uroczyście.

Nie gardź mną, ja nie jeden, choć sam tu wzniesiony.

Jestem na ziemi sercem z wielkim ludem zbratan,

Mam ja za sobą wojska, i mocy, i trony;

Jeśli ja będę bluźnierca,

Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan:

On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca.

Jam cierpiał, kochał, w mękach i miłości wzrosłem;

Kiedyś mnie wydarł osobiste szczęście,

Na własnej piersi ja skrwawiłem pięście,

Przeciw Niebu ich nie wzniosłem.

Głos

Rumaka

Przedzierzgnę w ptaka.

Orlimi pióry

Do góry!

W lot!


Głos

Gwiazdo spadająca!

Jaki szał

W otchłań cię strąca

Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony?

Ciałem połknąłem jej duszę,

Ja i ojczyzna to jedno.

Nazywam się Milijon - bo za milijony

Kocham i cierpię katusze. […]

Jeśli pod rządem Twoim czułość nie jest bezrząd,

Jeśli w milijon ludzi krzyczących "ratunku!"

Nie patrzysz jak w zawiłe zrównanie rachunku; -

Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną

I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną...

Głos

Orła w hydrę!

Oczy mu wydrę.

Do szturmu daléj!

Dymi! pali!

Ryk, grzmot!

Głos

Z jasnego słońca

Kometo błędu!

Gdzie koniec twego pędu?

Bez końca, bez końca!

Milczysz! - Jam Ci do głębi serce me otworzył

Zaklinam, daj mi władzę - jedna część jej licha,

Część tego, co na ziemi osiągnęła pycha,

Z tą jedną cząstką ileż ja bym szczęścia stworzył!

Milczysz! - nie dasz dla serca, dajże dla rozumu. -

Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,

Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły,

Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły -

Jeślim nie zgadł, odpowiedz - milczysz! ja nie kłamię.

Milczysz i ufasz, że masz silne ramię -

Wiedz, że uczucie spali, czego myśl nie złamie -

Widzisz to moje ognisko: - uczucie,

Zbieram je, ściskam, by mocniej pałało,

Wbijam w żelazne woli mej okucie,

Jak nabój w burzące działo.

Głos

Ognia! pal!

Głos

Litość! żal!

Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze;

Jeśli jej w gruzy nie zburzę,

To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;

Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:

Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:

Krzyknę, ześ Ty nie ojcem świata, ale...

GŁOS DIABŁA

Carem!

Adam Mickiewicz: Dziady III, Akt I Scena III

[…]

KAPRAL

[…] Patrz na tego chorego: niedobrze się dzieje [...] 

KS. PIOTR

Synu mój, tyś na sercu, które ciebie kocha.

(do Kaprala)

Wyjdź stąd i patrz, ażeby nikt tędy nie chodził

I póki stąd nie wyjdę, nikt mi nie przeszkodził.

(Kapral odchodzi)

KONRAD

(zrywa się)

Nie! - oka mi nie wydarł! mam to silne oko,

Widzę stąd, i stąd nawet, choć ciemno - głęboko,

Widzę ciebie, Rollison, - bracie, cóż to znaczy?

I tyś w więzieniu, zbity, krwią cały zbryzgany,

I ciebie Bóg nie słuchał, i tyś już w rozpaczy;

Szukasz noża, próbujesz głowę tłuc o ściany: -

"Ratunku!" - Bóg nie daje, ja ci dać nie mogę,

Oko mam silne, spójrzę, może cię zabiję -

Nie - ale ci pokażę okiem - śmierci drogę.

Patrz, tam masz okno, wybij, skocz, zleć i złam szyję,

I ze mną tu leć w głębie, w ciemność - lećmy na dół -

Otchłań - otchłań ta lepsza niźli ziemi padół;

Tu nie ma braci, matek, narodów, - tyranów -

Pójdź tu.

KS. PIOTR

Duchu nieczysty, znam cię po twym jadzie,

Znowuś tu, najchytrzejszy ze wszystkich szatanów,

Znowu w dom opuszczony leziesz, brzydki gadzie.

Tyś wpełznął w jego usta, na zgubęś tu wpełznął,

Z Imię Pańskie jam ciebie pojmał i ochełznął.

Exorciso...

DUCH

Stój, nie klnij - stój, odstąp od progu,

Wyjdę -

KS. PIOTR

Nie wyjdziesz, aż się upodoba Bogu.

Lew z pokolenia Judy tu Pan - on zwycięża:

Sieć na lwa zastawiłeśi w twym własnym wniku

Złowiłeś się - Bóg ciebie złowił w tym grzeszniku.

W jego ustach chcę tobie najsrozszy cios zadać:

Kłamco, ja tobie każę, musisz prawdę gadać.

DUCH

Parle-moi donc francais, mon pauvre capucin,

J'ai pu dans le grand monde oublier mon latin.

Mais étant saint, tu dois avoir le don des langues

Vielleicht sprechen Sie deutsch, was murmeln Sie so bang -

What it is, - Cavalleros rispondero Io.

KS. PIOTR

Ty to z ust jego wrzeszczysz, stujęzyczna źmijo,

DUCH

C'est juste, dans ce jeu, nous sommes de moitié,

Il est savant, et moi, diable de mon métier.

J'etais son precepteur et je m'en glorifie,

En sais-tu plus que nous? parle - je te défie.

[...]

KS. PIOTR

In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, Amen.

Ego te exorciso, spiritus immunde -

DUCH

Księże, stój - słucham - gadam - stój - jedną sekundę!

KS. PIOTR

Gdzie jest nieszczęsny więzień, co chce zgubić duszę? -

Milczysz - Exorciso te -

DUCH

Gadam, gadam, skaczę - śpiewam -

Tylko nie klnij - jak gadać? - dusisz - ledwie ziewam.

[...]

KS. PIOTR

Jak ratować grzesznika?

DUCH

Bodajeś zdechł klecho,

Nie powiem.

KS. PIOTR

Exorciso -

DUCH

Ratować pociechą.

[…]

KS. PIOTR

Mów, czego potrzeba -

DUCH

Księżulu,

Ja tego nie wymówię.

KS. PIOTR

Mów!

DUCH

He - Wina - Chleba -

KS. PIOTR

Rozumiem, Chleba Twego i Krwi Twojej, Panie -

Pójdę, i daj mi spełnić Twoje rozkazanie.

(do Ducha)

A teraz zabierz z sobą twe złości i błędy,

Skąd wszedłeś i jak wszedłeś, idź tam i tamtędy.

(Duch uchodzi)

KONRAD

Dźwigasz mię! - ktoś ty? - strzeż się, sam spadniesz w te doły.

Podaje rękę - lećmy - w górę jak ptak lecę -

Mile oddycham wonią - promieniami świecę.

Któż mi dał rękę? - dobrzy ludzie i anioły;

Skądże litość, wam do mnie schodzić do tych dołów?

Ludzie? - Ludźmi gardziłem, nie znałem aniołów.

KS. PIOTR

Módl się, bo strasznie Pańska dotknęła cię ręka.

Usta, którymiś wieczny Majestat obraził,

Te usta zły duch słowy szkaradnymi skaził; [...]

KS. PIOTR

[...]

- Twe miłosierdzie, Panie, jest bez granic.

(pada krzyżem)

Panie, otom ja sługa dawny, grzesznik stary,

Sługa już spracowany i niezgodny na nic.

Ten młody, zrób go za mnie sługą Twojej wiary,

A ja za jego winy przyjmę wszystkie kary.

On poprawi się jeszcze, on wsławi Twe imię.

Módlmy się, Pan nasz dobry! Pan ofiarę przyjmie.

(modli się)

(W bliskim kościele, za ścianą, zaczynają śpiewać pieśń Bożego Narodzenia. Nad Księdzem Piotrem Chór aniołów na nutę; "Anioł pasterzom mówił")

CHÓR ANIOŁÓW

(głosy dziecinne)

Pokój temu domowi,

Spoczynek grzesznikowi.

Sługo! sługo pokorny, cichy,

Wniosłeś pokój w dom pychy.

Pokój temu domowi.

ARCHANIÓŁ PIERWSZY

(na nutę "Bóg nasz ucieczką")

Panie, on zgrzeszył, przeciwko Tobie zgrzeszył on bardzo.

ARCHANIÓŁ DRUGI

Lecz płaczą nad nim, modlą się za nim Twoi Anieli.

ARCHANIÓŁ PIERWSZY

Tych zdepc, o Panie, tych złam, o Panie, którzy Twe święte sądy pogardzą.

ARCHANIÓŁ DRUGI

Ale tym daruj, co świętych sądów Twych nie pojęli.  [...]

On sądów Twoich nie chodził badać jako ciekawy,

Nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy.

ARCHANIÓŁ PIERWSZY

On Cię nie poznał, on Cię nie uczcił, Panie nasz wielki!

On Cię nie kochał, on Cię nie wezwał, nasz Zbawicielu!

ARCHANIÓŁ DRUGI

Lecz on szanował imię Najświętszej Twej Rodzicielki.

On kochał naród, on kochał wiele, on kochał wielu.  [...]

CHÓR ARCHANIOŁÓW

Podnieś tę głowę, a wstanie z prochu, niebios dosięże,

I dobrowolnie padnie, i uczci krzyża podnoże;

Wedle niej cały świat u stóp krzyża niechaj polęże

I niech Cię wsławi, żeś sprawiedliwy i litościwy Pan nasz, o Boże!

Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I, scena 6. Sen Senatora.

BELZEBUB

Jak zbyt nastraszysz raz,

Gotów przypomnieć sen,

Gotów oszukać nas,

Wypuścisz ptaka z rąk.

DIABEŁ I

(pokazując sennego)

Ależ braciszek ten,

Ten mój najmilszy syn,

Będzież on spał bez mąk?

Nie chcesz? - ja męczę sam. [...]


SENATOR

(przez sen)

Pismo! - to do mnie - reskrypt Jego Carskiej Mości!

Własnoręczny, - ha! ha! ha! - rubli sto tysięcy.

Order! - gdzie - lokaj, przypnij - tu. Tytuł książęcy!

A! - a! - Wielki Marszałku; a! - pękną z zazdrości.

(przewraca się)

Do Cesarza! - przedpokój - oni wszyscy stoją;

Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.

Marszałek - Grand Contrôleur - ledwie poznasz, w masce.

Ach, jakie lube szemrania,

Dokoła lube szemrania:

Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce, w łasce.

Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,

Jak śród nałożnic moich łoskotania!

Każdy się kłania,

Jestem duszą zebrania.

Patrzą na mnie, zazdroszczą - nos w górę zadzieram.

O rozkoszy! umieram, z rozkoszy umieram!

(przewraca się)

Cesarz! - Jego Imperatorska Mość - a! Cesarz wchodzi,

A! - co? - nie patrzy! zmarszczył brwi - spójrzał ukosem?

Ach! - Najjaśniejszy Panie - ach! - nie mogę głosem -

Głos mi zamarł - ach! dreszcz, pot, - ach! dreszcz ziębi, chłodzi. -

Ach, Marszałek! - co? do mnie odwraca się tyłem.

Tyłem, a! senatory, dworskie urzędniki!

Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem,

I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.

Uciekają ode mnie. Ha! jak pusto! głucho.

Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczyrza zęby -

Dbrum - ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.

(spluwa)

Jaki dźwięk! - to kalambur - o brzydka mucho;

(opędza koło nosa)

Lata mi koło nosa

Jak osa.

I epigramy, żarciki, przytyki,

Te szmery - ach, to świerszcze wlazły mi w ucho:

Moje ucho, moje ucho!

(wytrząsa palcem ucho)

Jaki szmer! - kamerjunkry świszczą jak puszczyki,

Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki,

Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski:

Senator wypadł z łaski, z łaski! z łaski, z łaski.

Adam Mickiewicz, Dziady III, Akt I scena IX NOC DZIADÓW

GUŚLARZ

Już idą w cerkiew gromady

I wkrótce zaczną się Dziady,

Iść nam pora, już noc głucha.

KOBIETA

Ja tam nie pójdę, Guślarzu,

Ja chcę zostać na smętarzu,

Chcę jednego widzieć ducha:

Tego, co przed laty wielu

Zjawił się po mym weselu,

Co pośród duchów gromady

Stanął nagle krwawy, blady,

I mnie dzikim okiem łowił,

I ani słowa nie mówił.

GUŚLARZ

On żył może, gdym go badał,

Dlatego nie odpowiadał.

Bo na duchów zgromadzenie,

W tajemniczą noc na Dziady,

Można wzywać żywych cienie.

Ciała będą u biesiady

Albo u gry, albo w boju,

I zostaną tam w pokoju;

Dusza zwana po imieniu

Objawia się w lekkim cieniu;

Lecz póki żyje, ust nie ma,

Stoi biała, głucha, niema.

KOBIETA

Coż znaczyła w piersiach rana?

GUŚLARZ

Widać, że w duszę zadana.

[…]

KOBIETA

Co widzisz?

GUŚLARZ

Trup to świeży!

W nie zgniłej jeszcze odzieży.

Dymem siarki trąci wkoło,

Czarne ma jak węgiel czoło.

Zamiast oczu - w jamach czaszki

Żarzą się dwie złote blaszki,

A w środku każdego kółka

Siedzi diablik, jak w źrenicy,

I wywraca wciąż koziołka,

Miga lotem błyskawicy.

Trup tu bieży, zębem zgrzyta,

Z ręki przelewa do ręki,

Jak gdyby z sita do sita,

Wrzące srebro - słyszysz jęki?

WIDMO

Gdzie kościół? - gdzie kościół? gdzie Boga lud chwali?

Gdzie kościół, ach, pokaż, człowiecze.

Ach, widzisz, jak we łbie ten dukat mię pali,

Jak srebro stopione dłoń piecze.

Ach, wylej, człowieku, dla biednej sieroty,

Dla więźnia jakiego, dla wdowy,

[…]

Ach, kiedyż przez niego ten kruszec przesieję!

Ach, czekać tak długo! - goreję! goreję!

(ucieka)

GUŚLARZ

Ha! -

KOBIETA

Co widzisz?

GUŚLARZ

Ha, jak blisko!

Drugi wylazł, ku nam bieży.

Jakie obrzydłe trupisko!

Blade, tłuste, trup to świeży,

I strój świeży ma na ciele,

Ubrany jak na wesele;

I gad niedawno go toczy,

Ledwie mu wpół wygryzł oczy.

Od kaplicy w stronę skoczył,

Czart go uwiódł, czart zamroczył,

Nie puści go do kaplicy.

Czart przybrał postać dziewicy;

I na trupa rączką kiwa,

Okiem mruga, śmiechem wzywa;

Skacze ku niej trup zwiedziony,

Z grobu na grób, jak szalony.

I rękami, i nogami

Wije, jak wiatrak skrzydłami,

Już pada do jej uścisków;

Wtem spod nóg jego wytryska

Dziesięć długich, czarnych pysków;

Wyskakują czarne psiska,

Od nóg lubej go porwały

I targają na kawały,

Członki krwawym pyskiem trzęsą,

Po polu roznoszą mięso.

Psy zniknęły. - Nowe dziwo,

Każda część trupa jest żywą:

Wszystkie jak oddzielne trupy

Biegą zebrać się do kupy.

Głowa skacze jak ropucha

I nozdrzami ogień bucha;

Czołgają się piersi trupa

Jak wielka żółwia skorupa -

Już zrosła się głowa z ciałem,

Jak krokodyl bieży cwałem.

Oderwanej ręki palce

Drżą, wiją się jak padalce;

Dłoń za piasek chwyta, grzebie,

I ciągnie rękę pod siebie,

I nogi się przyczołgały,

I znowu trup wstaje cały.

Znowu wabi ulubiona,

Znowu pada w jej ramiona,

Znowu go porwały czarty,

I znowu w sztuki rozdarty -

Ha! niech go więcej nie widzę!

KOBIETA

Tak się boisz?

GUŚLARZ

Tak się brzydzę!

Żółwie, padalce, ropuchy:

W jednym trupie tyle gadów!

KOBIETA

On nie będzie z tymi duchy!

GUŚLARZ

Wkrótce, wkrótce koniec Dziadów.

Słyszysz - trzeci kur już pieje;

Tam śpiewają ojców dzieje,

I rozchodzą się gromady.

KOBIETA

I nie przyszedł on na Dziady!

[...]

GUŚLARZ

O kobieto! twój kochanek

Albo zmienił ojców wiarę,

Albo zmienił imię stare.

Widzisz, już zbliża się ranek,

Gusła nasze moc straciły,

Nie pokaże się twój miły.

(Wychodzą z drzewa)

Cóż to? cóż to! - patrz: z zachodu,

Tam od Giedymina grodu,

Śród gęstych kłębów zamieci

Kilkadziesiąt wozów leci,

Wszystkie lecą ku północy,

Lecą ile w koniach mocy.

Widzisz, jeden tam na przedzie.

W czarnym stroju -

KOBIETA

On!

[...]

GUŚLARZ

Pierś miał zbroczoną posoką,

Bo w tej piersi jest ran wiele:

Straszne cierpi on katusze,

Tysiąc mieczów miał on w ciele,

A wszystkie przeszły - aż w duszę.

Śmierć go chyba z ran uleczy.

KOBIETA

Któż weń wraził tyle mieczy?

GUŚLARZ

Narodu nieprzyjaciele.

KOBIETA

Jedną ranę miał na czole,

Jedną tylko i niewielką,

Zda się być czarną kropelką.

GUŚLARZ

Ta największe sprawia bole;

Jam ją widział, jam ją zbadał;

Tę ranę sam sobie zadał,

Śmierć z niej uleczyć nie może.

KOBIETA

Ach, ulecz go, wielki Boże!

Juliusz Słowacki, Kordian, Przygotowanie*

Roku 1799 dnia 31 grudnia w nocy.

Chata sławnego niegdyś czarnoksiężnika Twardowskiego w górach karpackich - przy chacie obszerny dziedziniec - daléj skały - w dole bezlistne bukowe lasy.

Ciemność przerwana błyskawicami. CZAROWNICA czesze włosy i śpiéwa...

CZAROWNICA

Z gwiazd obłąkanych,

Z włosów czesanych,

Iskry padają,

Jak z polskiéj szabli;

Widzą je diabli,

Odpowiadają

Błyskami chmur.

Lecą - świst piór

Buki ugina.

(Szatan zlatuje w postaci pięknego anioła.)

SZATAN

Ha, czarownico! czy biła godzina?

CZAROWNICA

Która?

SZATAN

Godzina, której żaden człowiek

Dwa razy w życiu nie słyszy.

CZAROWNICA

Uderzy

Za dziesiątém mgnieniem powiek

Z Babillońskiéj ludów wieży.

A gdy bić będzie, choć głucha, usłyszę.

Lecz gdzież są, panie, twoi towarzysze?

Leniwo śpieszą z błękitu podniebień:

Żółw, z którego to zgrzebło utoczył mi tokarz,

Prędzéj chodził...

SZATAN

To źgrzebło, pokaż mi je - pokaż!...

Łzy mi płyną... poznaję Twardowskiego grzebień,

On mię zgrzebłem tém czesał, gdy w psa wlazłszy skórę

U nóg mu się łasiłem. Odejdź, moja pani;

Goście sproszeni zlecą się na Łysą Górę.

(Czarownica odchodzi)

(Szatan woła:)

Szatani!

(Błyska dziesięć razy i dziesięć tysięcy szatanów spada.)

 
Spadł z nieba deszcz szatanów, niech ziemię polewa,

Jeśli jeszcze na ziemi są Edeńskie drzewa,

Niech rosną, to jesienią człowiek owoc zbierze...

Siadajcie! cóż między wami

Nie widać Mefistofela?

ASTAROTH

Zaszedł na grób przyjaciela,

Na grobie Twardowskiego odmawia pacierze.

SZATAN

Taki się teraz zrobił czuły i pobożny

Jak poeta... Lecz księżyc zabłysnął dwurożny,

Czas przystąpić do dzieła...

DIABLI

Co nam król rozkaże?

SZATAN

Obejrzeć trzeba koła w wiekowym zegarze,

Krwią dziecięcia namaścić gwichty i sprężyny;

Niech nam bije wyraźnie lata, dnié, godziny.

Przynieście go, postawcie... Co? czy nie zepsuty?

ASTAROTH

Wszystkie koła, wszystkie druty

Całe, rdza wieków nie trawi;

Godzinnik z hostij, co dławi,

Po nim żądło Lewiatana

Przez wieki wieków się toczy,

Na dnie wskazuje ząb smoczy,

Na godziny żądło osy;

I dotąd trwa nie przerwana

Włosień siwa, z kós szatana,

Któremu zbielały włosy

Od strachu, gdy grom z obłoku...

Pamiętacie?... A sprężyna

Z ojczyzny Tella, Kalwina,

Na ludzkiém wsadzona oku,

Chodzi jak na dyjamencie.

W kółek i sprężyn zamęcie,

Zamknięta grzesznika dusza,

Kurant po kurancie jąka.

Noga kossacza pająka

Wszystkie sprężyny porusza,

Jak wahadło...

SZATAN

Dość opisów.

Gehenno, Astarocie, najstraszliwsi z bisów,

Jak assessory sądu, gdy zegar bić zacznie,

Liczcie wieki, dnie, lata...

(Zegar bije, szatani liczą.)

Świecie!, świecie! świecie!

Wąż wieczności łuskami w okrąg ciebie gniecie,

Zębem zatrutym boki ogryza nieznacznie;

I wieki mrą nad tobą zasypując pyłem

Umarłych pamiątek.

Ja widziałem twój początek.

Ta garść gliny powietrzem opasana zgniłem,

Ten trup chaosu w trumnie zamknięty błękitów,

Strawiony zgnilizną czasów,

Okrył się rdzami kruszców, i kością granitów,

Porósł mchem kwiatów i lasów;

Potem wydał robaki, co mu łono toczą,

I myślą.

Biada im! jeśli marzeń ziemią nie okryślą,

Kołem widzenia - biada, jeśli je przekroczą...

GEHENNA

Królu, wiek dziewiętnasty uderzył.

SZATAN

Astaroth

Niech liczy lata; może ten, co za obłokiem

Gromy ciska, chcąc wesprzéć jaki ziemski naród,

Może wiek który ludziom skrócił jednym rokiem,

Może ukradł szatanom dzień jeden, godzinę;

Więc się o nią upomnę u Boga,

Lub buntowną chorągiew rozwinę.

We mnie, i w przyrodzeniu zgwałconém ma wroga.

ASTAROTH

Tysiąc ośmset lat wybiło.

SZATAN

Więc się koło fortuny całe obróciło?

Każdy ząb jej rozdziera, każda szruba ciśnie.

Teraz, gdy niebo zabłyśnie,

Błyskawica trwa dłużéj niż te wszystkie lata,

Zbiegłe męczarnią dla świata;

A każdy rok, jak ślimak sunął się leniwo,

Dla nędzarzy, dla głupich kochanków nadziei;

A gdy śliną ośrebrzył ślad zbiegłéj kolei,

Ślizgał się po niéj człowiek pamiątką pierszchliwą.

Obłąkani w przeszłości żeglarze

Brali imie dziejopisów;

Sztuką ich było pisać wielkie kalendarze,

Pełne królewskich imion i dat i napisów.

Inni myślą ścigali treść myśli,

Filozofy - głęboko myśleli,

Aż nad ciemną przepaścią zawiśli,

Obudzili się, w przepaść spojrzeli,

I zawołali: - Ciemno! ciemno! ciemno!

To hosanna dla nas szatanów,

To spiew naszych kościelnych organów;

Kto myślał przez godzinę, jest lub będzie ze mną.

Wiek, co przyjdzie, ucieszy szatany.

MEFISTOFEL wchodzi.

MEFISTOFEL

Nasz szatan prorokuje w cudotwornym stroju,

Ma płaszcz cały Woltera dziełami łatany,

I pióro gęsie Russa sterczy na zawoju.

SZATAN

Mefistofelu, przyszła do działania pora,

Wybierz jaką igraszkę wśród ziemskiéj czeredy.

Już nie znajdziesz cichego wśród Niemców doktora,

Po szwajcarskich się górach nie snują Manfredy,

I mnichy długim postem po celach nie chudną.

Więc obłąkaj jakiego żołnierza.

MEFISTOFEL

Trudno!...

Żołnierz to ryba, która kruczkom nie dowierza,

I ma rozsądek zdrowy, przy takiéj latarni

Obaczy kurzą nogę diabła kusiciela.

SZATAN

Samiż tylko rycerze ujdą nam bezkarni?

Słuchaj! wśród narodów wiela,

Jednemu się ludowi dzień ogromny zbliża.

Idź tam, jego rycerze noszą krzywe szable,

Jako księżyc dwurożny, jako rogi diable;

I rękojeść tych kordów nie ma kształtu krzyża.

Pomóż im - oni mają walkę rozpoczynać

Taką, jakąśmy niegdyś z panem niebios wiedli.

Oni się będą modlić, zabijać, przeklinać.

Oni na ojców mogiłach usiedli

I myślą o zemsty godzinie.

Ten naród się podniesie, zwycięży, i zginie;

Miecze na wrogach połamie,

A potém wroga myślą zabije,

Bo myśl jego ogniste ma ramię,

Ona jak powróz wrogi uwiąże za szyje

I związanych postawi na takim pręgierzu,

Że wszystkie ludy wzrokiem dosięgną i plwaniem.

MEFISTOFEL

Królu, niechaj poszukam w diabelskim psałterzu,

Modlitwy na dzień, co się zowie zmartwychwstaniem;

Zmówię ją za ów naród... Dziś pierwszy dzień wieku,

Dziś mamy prawo stwarzać królów i nędzarzy,

Na całą rzekę stuletniego cieku.

Więc temu narodowi stwórzmy dygnitarzy,

Aby niemi zapychał każdą rządu dziurę.

A gdy wzrośnie ich potęga,

Ten naród, jak piękna księga,

W starą oprawiona skórę,

Pargaminowém świecić będzie czołem.

SZATAN

Dobra rada, stańcie kołem,

Stwarzajmy ludzi do rządu.

Zawołajcie czarownicy...

Szatan daje rozkazy, diabli pracują.

Żywioły ziemi i lądu,

W atmosferowéj szklennicy

Zamknięte i w jeden zlane,

Przez chemików połamane;

Kwasorody, gaz węglowy,

Zlewam w kocioł platynowy;

Dmijcie, duchy!...

gromy biją w kocioł.

W żywioł ziemi,

Dorzucić szpilek kaprala

Z główkami laku, któremi

Kreśli plany, królów zwala,

Szpilek czterdzieście tysięcy

Rzućcie w kocioł...

DIABLI

I nic więcej?

SZATAN

Nic...

DIABLI

Coś z rozumu Kaprala?...

SZATAN

Nic.

DIABLI

Skończony.

SZATAN

Niechaj leci!

gromy biją, duch ulatuje.

Stary - jakby ojciec dzieci,

Nie do boju, nie do trudu;

Dajmy mu na pośmiewisko,

Sprzeczne z naturą nazwisko,

Nazwijmy od słowa ludu,

Kmieciów, czyli nędznych chłopów.

Teraz, jak z niebieskich stropów,

Rzućcie wodza ludziom biednym.

DIABLI

Panie! czy skończysz na jednym?

SZATAN

Wrzucić do kotła dyjament,

Dyjament w ogniu topnieje;

Wylać sekretny atrament,

Z Talleyranda kałamarza,

Co w niewidzialność blednieje,

Od okularów rozsądku...

I dąć w kocioł... w kotła wrzątku

Obaczemy, co się stwarza.

DIABLI

Już gotowy! mimo czary

Wyszedł jakiś człowiek godny,

Złe w tym kotle były wary,

Płyn za rzadki lub za chłodny.

SZATAN

To nic - to nic! takich trzeba,

Biednym ludziom rzucać z nieba;

Będą przed nim giąć kolana,

Jest to stara twarz Rzymiana,

Na pieniądzu wpół zatarta.

Dajmy mu na pośmiewisko,

Sprzeczne z naturą nazwisko;

Ochrzcijmy imieniem Czarta.

Teraz puśćcie! niechaj leci!

DIABLI

Lepszy będzie człowiek trzeci.

SZATAN

Teraz z konstellacji raka

Odłamać oczy i nogi,

Dodać kogucie ostrogi,

I z trwożliwego ślimaka

Oderwane przednie rogi...

Cóż tam w kotle?

DIABLI

Ktoś z rycerzy.

SZATAN

Wódz! chodem raka przewini,

Jak ślimak rogiem uderzy,

Sprobuje - i do skorupy

Schowa rogi, i do skrzyni

Miejskiéj zniesie planów trupy,

Czekając, aż kur zapieje.

Rzucić w kocioł Lachów dzieje,

Słownik rymowych końcówek;

Milijon drukarskich czcionek,

Sennego maku trzy główek,

Cóż tam?

DIABLI

Starzec, jak skowronek,

Zastygły pod wspomnień bryłą,

Napół zastygłą, przegniłą.

Poeta - rycerz - starzec - nic,

Dziewięciu Feba sułtanic

Eunuch...

SZATAN

Przyśpieszajmy dzieła,

Bo z tamtéj krakowskiéj wieży

Słyszę dzwon rannych pacierzy;

W powietrzu się rozpłynęła

Woń kadzideł katedralnych.

CZAROWNICA

Przeklęte wasze dzieło, wicher diabléj mowy ,

Rozczesał z mojéj chaty włos słomianéj głowy;

Czy mi na nią dachówek dacie z hostii mszalnych?

Zawierucha wierzbowe gałązki obrywa,

Ludzie nie znajdą rószczek na kwietną niedzielę.

SZATAN

Milcz, padalcze! - Czas upływa,

Twórzmy razem wielkich wiele.

Co nakażę, rzucić w tygle.

Rdzę pozostałą

Na Omfalii igle,

Od krwią wilgotnych Herkulesa palców;

Z rdzy się narodzi niemało,

Wymuskanych rycerzy - ospalców -

DIABLI

Tłum, tłum, tłum poleciał na ziemię

Jak chmura...

SZATAN

Spieszmy nowe tworzyć brzemię,

Nim jutrznia błyśnie ponura;

Nim się żywioły ochłodzą,

Rzucić język Balaama oślicy;

A ci, co się z niego wyrodzą,

Narodowéj się chwycą mownicy.

Mowców plemię...

DIABLI

Tłum, tłum, tłum poleciał na ziemię,

Jak zwichrzone szpaków stado.

SZATAN

Widzicie tę postać bladą,

Z mętów kotła już na pół urodną;

Twarz uwiędła i wzrok w czarném kole;

Paszczę myśli otwiera wciąż głodną,

Wiecznie dławi księgarnie i mole;

I na krzywych dwóch nogach się chwieje,

Jak niepewne rządowe systema.

Chce mówić; posłuchajmy, co na świat posieje?...

TWÓR

pokazując z kotła głowę.

Czy lepiéj, kiedy jest król? czy kiedy go nie ma?...

SZATAN

Precz z tym sfinksem, co prawi zagadki!

Sam jéj diabeł rozwiązać nie umie;

Niech w szkolarzów zasiewa ją tłumie,

Oplątaną w dziejowe wypadki;

Niech z ministerialnéj ławy,

Nad rozlewem żyźniącym krwi Nilu,

Ze złamanych kolumien podstawy

Gada hieroglifem stylu.

ASTAROTH

Panie! Patrz, tam z kotła pary,

Znów się jakiś twór wylęga.

Twarz ma okropnéj poczwary,

Przez pierś jeneralska wstęga.

SZATAN

Witajcie go! oto twór

Niszczyciel, jakby horda Nogajca.

On w stolicy owłada dział mur,

On z krwi na wierszch wypłynie - to zdrajca!

A gdy zabrzmi nad miastem dział huk,

On rycerzy ginących porzuci;

Z arki kraju wyleci jak kruk,

Strząśnie skrzydła, do arki nie wróci...

Kraj przedany on wyda pod miecz.

GŁOS W POWIETRZU

W imię Boga! precz stąd! precz!...

wszystko znika.

CHÓR ANIOŁÓW

Ziemia - to plama

Na nieskończoności błękicie;

Ciemna gwiazda, w słonecznych gwiazd świcie,

Grób odwieczny potomków Adama.

ARCHANIOŁ

Onego czasu, jedna z gwiazd wiecznego gmachu

Obłąkała się w drodze, jam ją zgonił lotem,

Czułem w dłoni jéj serce bijące z przestrachu,

Jak serce ptaka ludzkim dotkniętego grotem;

I drzącą położyłem przed tronem Jehowy.

A Bóg rzekł do mnie świato-tworzącemi słowy:

Krew ludzka skrzydła twoje rumieni.

Padłem twarzą na boskie podnoże,

Na proch gwiazd, na kobierce z promieni...

Boże! Boże! Boże!

Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,

Krwawa była - widziałem! widziałem!

Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,

Lud konał... gwiazda gasła... za gwiazdą leciałem -

Lud skonał...

Czas, byś go podniósł, Boże, lub gromem dokonał.

A jeśli twoja dłoń ich nie ocali,

Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali...

Zmiłuj się nad niemi, Panie!

A Bóg rzekł: Wola moja się stanie...

CHÓR ANIOŁÓW

Ziemia - to plama

Na nieskończoności błękicie,

A Bóg ją zetrze palcem, lub wleje w nią życie

Jak w posąg gliniany Adama.

Źródła:

http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/index.htm

http://literat.ug.edu.pl/kordian/korprzy.htm

Zygmunt Krasiński, Nie-Boska komedia* (fragm.),

CZĘŚĆ PIERWSZA

Gwiazdy wokoło twojej głowy - pod twoimi nogi fale morza - na falach morza tęcza przed tobą pędzi i rozdziela mgły - co ujrzysz, jest twoim - brzegi, miasta i ludzie tobie się przynależą - niebo jest twoim. - Chwale twojej niby nic nie zrówna.

Ty grasz cudzym uszom niepojęte rozkosze. - Splatasz serca i rozwiązujesz gdyby wianek, igraszkę palców twoich łzy wyciskasz - suszysz je uśmiechem i na nowo uśmiech strącasz z ust na chwilę - na chwil kilka - czasem na wieki. - Ale sam co czujesz? - ale sam co tworzysz? - co myślisz? - Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością. - Biada ci - biada! - Dziecię, co płacze na łonie mamki - kwiat polny, co nie wie o woniach swoich, więcej ma zasługi przed Panem od ciebie.

Skądżeś powstał, marny cieniu, który znać ó świetle dajesz, a światła nie znasz, nie widziałeś, nie obaczysz! Kto cię stworzył w gniewie lub w ironii? - Kto ci dał życie nikczemne, tak zwodnicze, że potrafisz udać Anioła, chwilą nim zagrząźniesz w błoto, nim jak płaz pójdziesz czołgać i zadusić się mułem? - Tobie i niewieście jeden jest początek. -

Ale i ty cierpisz, choć twoja boleść nic nie utworzy, na nic się nie zda. - Ostatniego nędzarza jęk policzon między tony harf niebieskich. - Twoje rozpacze i westchnienia opadają na dół i Szatan je zbiera, dodaje w radości do swoich kłamstw i złudzeń - a Pan je kiedyś zaprzeczy, jako one zaprzeczyły Pana.

Nie przeto wyrzekam na ciebie, Poezjo, matko Piękności i Zbawienia. - Ten tylko nieszczęśliwy, kto na światach poczętych, na światach mających zginąć, musi wspominać lub przeczuwaé ciebie - bo jedno tych gubisz, którzy się poświęcili tobie, którzy się stali żywymi głosami twej chwały.

Błogosławiony ten, w którym zamieszkałaś, jako Bóg zamieszkał w świecie, nie widziany, nie słyszany, w każdej części jego okazały, wielki, Pan, przed którym się uniżają stworzenia i mówią: "On jest tutaj." - Taki cię będzie nosił gdyby gwiazdę na czole swoim, a nie oddzieli się od twej miłości przepaścią słowa. - On będzie kochał ludzi i wystąpi mężem pośród braci swoich. - A kto cię nie dochowa, kto zdradzi za wcześnie i wyda na marną rozkosz ludziom, temu sypniesz kilka kwiatów na głowę i odwrócisz się, a on zwiędłymi się bawi i grobowy wieniec splata sobie przez całe życie. - Temu i niewieście jeden jest początek.

ANIOŁ STRÓŻ
Pokój ludziom dobrej woli - błogosławiony pośród stworzeń kto ma serce - on jeszcze zbawion być może. - Żono dobra i skromna, zjaw się dla niego - i dziecię niechaj się urodzi w domu waszym.
Przelatuje.

CHÓR ZŁYCH DUCHÓW
W drogę, w drogę, widma, idźcie ku niemu! - Ty naprzód, ty na czele, cieniu nałożnicy umarłej wczoraj, odświeżony w mgle i ubrany w kwiaty, dziewico, kochanko poety, naprzód. -

W drogę i ty, sławo, stary orle wypchany w piekle, zdjęty z palu, kędy cię strzelec zawiesił w jesieni - leć i roztocz skrzydła, wielkie białe od słońca, nad głową poety. -

Z naszych sklepów wynidź, spróchniały obrazie Edenu, dzieło Belzebuba - dziury zalepiem i rozwiedziemy pokostem - a potem, płótno czarodziejskie, zwiń się w chmurę i leć do poety - wnet się rozwiąż naokoło niego, opasz go skałami i wodami, na przemian nocą i dniem. - Matko naturo, otocz poetę!

*

Wieś - kościół - nad kościołem Anioł Stróż się kołysze.

[ANIOŁ STRÓŻ]
Jeśli dotrzymasz przysięgi, na wieki będziesz bratem moim w obliczu Ojca niebieskiego.
Znika.

Wnątrz kościoła - świadki - gromnica na ołtarzu.

KSIĄDZ ślub daje.
Pamiętajcie na to.

Wstaje para. - Mąż ściska rękę Żony i oddaje ją krewnemu - wszyscy wychodzą - on sam zostaje w kościele.

[MĄŻ]
Zstąpiłem do ziemskich ślubów, bom znalazł tę, o której marzyłem - przeklęstwo mojej głowie, jeśli ją kiedy kochać przestanę.

*

Komnata pełna osób - bal - muzyka - świece - kwiaty. Panna Młoda walcuje po kilku okręgach staje, przypadkiem napotyka Męża w tłumie i głowę opiera na jego ramieniu.

PAN MŁODY
Jakżeś mi piękna w osłabieniu swoim - w nieładzie kwiaty i perły na włosach twoich - płoniesz ze wstydu i znużenia - o wiecznie, wiecznie będziesz pieśnią moją. -

PANNA MŁODA
Będę wierną żoną tobie, jako matka mówiła, jako serce mówi. - Ale tyle ludzi jest tutaj - tak gorąco i huczno. -

PAN MŁODY
Idź z raz jeszcze w taniec, a ja tu stać będę i patrzeć na cię, jakem nieraz w myśli patrzał na sunących aniołów. -

PANNA MŁODA
Pójdę, jeśli chcesz, ale już sił prawie nie mam. -

PAN MŁODY
Proszę cię, moje kochanie. -

Taniec i muzyka

*

Noc pochmurna. - Duch Zły pod postacią dziewicy, lecąc.

[DUCH ZŁY]
Niedawnom jeszcze biegała po ziemi w taką samą porę - teraz gnają mnie czarty i każą świętą udawać.
Leci nad ogrodem.
Kwiaty, odrywajcie się i lećcie do moich włosów.
Leci nad cmentarzem.
Świeżość i wdzięki umarłych dziewic, rozlane w powietrzu, płynące nad mogiłami, lećcie do jagód moich. -
Tu czarnowłosa się rozsypuje - cienie jej puklów, zawiśnijcie mi nad czołem. - Pod tym kamieniem zgasłych dwoje ócz błękitnych - do mnie, do mnie ogień, co tlał w nich!- Za tymi kraty sto gromnic się pali - księżnę dziś pochowano - suknio atłasowa, biała jak mleko, oderwij się od niej!- Przez kraty leci suknia do mnie, trzepocząc się jak ptak - a dalej, a dalej.

*

Pokój sypialny - lampa nocna stoi na stole i blado oświeca Męża śpiącego obok Żony.

MĄŻ przez sen
Skądże przybywasz, nie widziana, nie słyszana od dawna - jak woda płynie, tak płyną twoje stopy, dwie fale białe- pokój świątobliwy na skroniach twoich - wszystko, com marzył i kochał, zeszło się w tobie. (przebudza się) Gdzież jestem! - ha, przy żonie - to moja żona. - (wpatruje się w Żonę) Sądziłem, że to ty jesteś marzeniem moim, a otóż po długiej przerwie wróciło ono i różnym jest od ciebie. - Ty dobra i miła, ale tamta... Boże - co widzę - na jawie!

DZIEWICA
Zdradziłeś mnie.
Znika.

MĄŻ
Przeklęta niech będzie chwila, w której pojąłem kobietę, w której opuściłem kochankę lat młodych, myśl myśli moich, duszę duszy mojej...

[...]

DZIEWICA
Pójdzieszli za mną, w którykolwiek dzień przylecę po ciebie? -

MĄŻ
O każdej chwili twoim jestem. -

DZIEWICA
Pamiętaj. -

MĄŻ
Zostań się - nie rozpraszaj się jako sen. - Jeśliś pięknością nad pięknościami, pomysłem nad wszystkimi myśli, czegóż nie trwasz dłużej od jednego życzenia, od jednej myśli? -

Okno otwiera się w przyległym domu.

GŁOS KOBIECY
Mój drogi, chłód nocy spadnie ci na piersi; wracaj, mój najlepszy, bo mi tęskno samej w tym czarnym, dużym pokoju. -

MĄŻ
Dobrze - zaraz. -
Znikł duch, ale obiecał, że powróci, a wtedy żegnaj mi, ogródku i domku, i ty, stworzona dla ogródka i domku, ale nie dla mnie.

GŁOS
Zmiłuj się - coraz chłodniej nad rankiem. -

MĄŻ
A dziecię moje - o Boże!
Wychodzi.

*

Salon - dwie świece na fortepianie - kolebka z uśpionym dzieckiem w kącie - Mąż rozciągnięty na krześle z twarzą ukrytą w dłoniach - Żona przy fortepianie,

ŻONA
Byłam u Ojca Beniamina, obiecał mi się na pojutrze. -

MĄŻ
Dziękuję ci.

ŻONA
Posłałam do cukiernika, żeby kilka tort przysposobił, boś podobno dużo gości sprosił na chrzciny - wiesz - takie czekoladowe, z cyfrą Jerzego Stanisława. -

MĄŻ
Dziękuję ci.

ŻONA
Bogu dzięki, że już raz się odbędzie ten obrządek - że Orcio nasz zupełnie chrześcijaninem się stanie - bo choć już chrzczony z wody, zdawało mi się zawsze, że mu nie dostaje czegoś. (idzie do kolebki) Śpij, moje dziecię - czy już się tobie coś śni, że zrzuciłeś kołderkę - ot, tak - teraz leż tak. - Orcio mi dzisiaj niespokojny - mój maleńki - mój śliczny, śpij. -

MĄŻ na stronie
Parno - duszno - burza się gotuje - rychłoż tam ozwie się piorun, a tu pęknie serce moje? -

[…]

wtem grzmot - słychać - zaraz potem muzykę - akord po akordzie i coraz dziksze.

ŻONA
Co to znaczy?

Dziecię ciśnie do piersi. Muzyka się urywa. Wchodzi Dziewica.

[DZIEWICA]
O mój luby, przynoszę ci błogosławieństwo i rozkosz - chodź za mną. -
O mój luby, odrzuć ziemskie łańcuchy, które cię pętają. - Ja ze świata świeżego, bez końca, bez nocy.- Jam twoja. -

ŻONA
Najświętsza Panno, ratuj mnie! - to widmo blade jak umarły - oczy zgasłe i głos jak skrzypienie woza, na którym trup leży. -

MĄŻ
Twe czoło jasne, twój włos kwieciem przetykany, o luba. -

ŻONA
Całun w szmatach opada jej z ramion. -

MĄŻ
Światło leje się naokoło ciebie - głos twój raz jeszcze - niechaj zaginę potem. -

DZIEWICA
Ta, która cię wstrzymuje, jest złudzeniem. - Jej życie znikome - jej miłość jako liść, co ginie wśród tysiąca zeschłych - ale ja nie przeminę. -

ŻONA
Henryku, Henryku, zasłoń mnie, nie daj mnie - czuję siarkę i zaduch grobowy. -

MĄŻ
Kobieto z gliny i z błota, nie zazdrość, nie potwarzaj- nie bluźń - patrz - to myśl pierwsza Boga o tobie, ale tyś poszła za radą węża i stałaś się, czym jesteś. -

ŻONA
Nie puszczę cię.

MĄŻ
O luba! rzucam dom i idę za tobą. -
Wychodzi.

ŻONA
Henryku - Henryku! -
Mdleje i pada z dzieckiem - drugi grzmot.

[...]

Piękna okolica - wzgórza i lasy - góry w oddali.

MĄŻ
Tegom żądał, o to przez długie modliłem się lata i nareszciem już bliski mojego celu - świat ludzi zostawiłem z tyłu - niechaj sobie tam każda mrówka bieży i bawi się dźbłem swoim, a kiedy go opuści, niech skacze ze złości lub umiera z żalu. -

GŁOS DZIEWICY
Tędy - tędy. -
Przechodzi.

*

Góry i przepaście ponad morzem - Gęste chmury - burza. -

MĄŻ
Gdzie mi się podziała - nagle rozpłynęły się wonie poranku. pogoda się zaćmiła - stoję na tym szczycie, otchłań pode mną i wiatry huczą przeraźliwie. -

GŁOS DZIEWICY w oddaleniu
Do mnie, mój luby.

MĄŻ
Jakże już daleko, a ja przesadzić nie zdołam przepaści. -

GŁOS w pobliżu
Gdzie skrzydła twoje? -

MĄŻ
Zły duchu, co się natrząsasz ze mnie, gardzę tobą. -

GŁOS DRUGI
U wiszaru góry twoja wielka dusza, nieśmiertelna, co jednym rzutem niebo przelecieć miała ot kona! - i nieboga twoich stóp się prosi, by nie szły dalej - wielka dusza- serce wielkie. -

MĄŻ
Pokażcie mi się, weźcie postać, którą bym mógł zgiąć i obalić. - Jeśli się was ulęknę, bodajbym Jej nie otrzymał nigdy. -

DZIEWICA na drugiej stronie przepaści
Uwiąż się dłoni mojej i wzleć! -

MĄŻ
Cóż się dzieje z tobą? - Kwiaty odrywają się od skroni twoich i padają na ziemię a jak tylko się jej dotkną, ślizgają jak jaszczurki, czołgają jak żmije. -

DZIEWICA
Mój luby! -

MĄŻ
Przez Boga, suknię wiatr zdarł ci z ramion i rozdarł w szmaty. -

DZIEWICA
Czemu się ociągasz? -

MĄŻ
Deszcz kapie z włosów - kości nagie wyzierają z łona. -

DZIEWICA
Obiecałeś - przysiągłeś. -

MĄŻ
Błyskawica źrzenice jej wyżarła. -

CHÓR DUCHÓW ZŁYCH
Stara, wracaj do piekła - uwiodłaś serce wielkie i dumne, podziw ludzi i siebie samego. - Serce wielkie, idź za lubą twoją. -

MĄŻ
Boże, czy Ty mnie za to potępisz, żem uwierzył, iż Twoja piękność przenosi o całe niebo piękność tej ziemi - za to, żem ścigał za nią i męczył się dla niej, ażem stał się igrzyskiem szatanów?

DUCH ZŁY
Słuchajcie, bracia - słuchajcie! -

MĄŻ
Dobija ostatnia godzina. - Burza kręci się czarnymi wiry- morze dobywa się na skały i ciągnie ku mnie - niewidoma siła pcha mnie coraz dalej - coraz bliżej - z tyłu tłum ludzi wsiadł mi na barkí i prze ku otchłani. -

DUCH ZŁY
Radujcie się, bracia - radujcie! -

MĄŻ
Na próżno walczyć -  rozkosz otchłani mnie porywa - zawrót w duszy mojej -   Boże - wróg Twój zwycięża! -

Anioł Stróż ponad morzem
Pokój wam, bałwany, uciszcie się!
W tej chwili na głowę dziecięcia twego zlewa się woda święta. -
Wracaj do domu i nie grzesz więcej. -
Wracaj do domu i kochaj dziecię twoje. -

http://literat.ug.edu.pl/~literat/nieboska/001.htm

J.W. Goethe, Faust* (fragm.),

Johann Wolfgang Goethe, Monolog Fausta.


Choć filozofię studiowałem,

medyczny kunszt, arkana prawa

i teologię też, z zapałem

godnym, zaiste, lepszej sprawy,

na nic się zdały moje trudy —

jestem tak mądry, jak i wprzódy!

Zwą mnie magistrem, ba, doktorem!

Od lat dziesięciu za nos wodzę

po krętej poszukiwań drodze

swych uczniów głupkowatą sforę

i widzę, że nic nie wiem przecie.

Ta myśl, jak kamień, serce gniecie!

I cóż, żem jest mędrszy niż owe gaduły

magistry, doktory, pismaki i klechy,

że za nic mam wszelkie moralne skrupuły,

nie boję się diabła ni kary za grzechy —

wraz z trwogą i radość została odjęta,

bo księga poznania jest dla mnie zamknięta!

Czyż stertą uczonych książkowych mądrości

naprawić świat zdołam, dać szczęście ludzkości?

Ni włości nie mam, ni pieniędzy,

obce mi są rozkosze świata.

Pies żyć by nie chciał w takiej nędzy,

w jakiej mijają moje lata!

Ku magii przeto zwracam wzrok:

czy za nieczystych duchów sprawą

nie pryśnie tajemnicy mrok,

nie stanie się przeczucie jawą?

Może wyjawią mi ich usta

siłę, co rządzi we wszechświecie,

przyczynę sprawczą i cel rzeczy,

bym przestał kupczyć słowem pustym.

Księżycu! dziś po raz ostatni

oświetlasz tę ponurą niszę!

Iluż to nocy blask twój bratni

był mi jedynym towarzyszem,

gdym nad pulpitem pochylony

wertował stosy ksiąg uczonych!

O, gdybym mógł na szczyty gór

za twoim jasnym biec promieniem,

z duchami wznosić się wśród chmur,

oddychać łąki świeżym tchnieniem,

skąpać się w blasków twych powodzi

i z próżnych mąk się oswobodzić!

Biada! Wciąż jeszcze tkwię w tej norze!

Zatęchły lochu, bądź przeklęty!

Światło tu ledwie dotrzeć może

przez szyby brudem zarośnięte.

Pod sufit piętrzą się szpargały,

pokryte kurzem książek zwały,

które od dawna robak toczy.

Jak się to wszystko na mnie tłoczy —

te sterty niepotrzebnych sprzętów,

probówek, butli, instrumentów,

wśród których ugrzązł stary grat —

i to jest świat, to jest twój świat!

I ty się pytasz, czemu lęk

przyśpiesza serca twego tętno,

dlaczego bujny życia pęd

tłumi udręka niepojęta?

Zamiast na łonie żyć natury

i oczy krasą jej weselić

ty w lochu gnijesz swym ponurym

wśród trupich czaszek i piszczeli!

Uciekać stąd! W szeroki świat!

Może ta tajemnicza księga,

pisana Nostradama ręką

wskaże mi wreszcie jakiś ślad?

Może wyczytam z niej gwiazd ruchy

i staną mi się oczywiste

natury tajnie i zamysły,

bym pojął, o czym mówią duchy?

Próżno się silą starcze oczy moje,

by sens tajemny pojąć świętych liter.

Czuję, jak krążą wokół duchów roje —

Przemówcie, duchy, jeśli mnie słyszycie!

Przeł. Jerzy Szpotański

http://literat.ug.edu.pl/szpot/0002.htm

Fantastyka w modernizmie (Młodej Polsce)

Wybierz jeden wiersz: Leopold Staff, Deszcz jesienny lub Tadeusz Miciński Lucyfer

Tadeusz Miciński Lucyfer

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,

lecący z jękiem w dal - jak głuchy dzwon północy -

ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy

iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król - a duch się we mnie wichrzy

jak pył pustyni w zwiewną piramidę -

ja piorun burz - a od grobowca cichszy

mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja - otchłań tęcz - a płakałbym nad sobą

jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach -

jam blask wulkanów - a w błotnych nizinach

idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra - kłębi się rajów pożoga -

i słońce - mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze

Na próżno czekały na słońca oblicze...

W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,

W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

Odziane w łachmany szat czarnej żałoby

Szukają ustronia na ciche swe groby,

A smutek cień kładzie na licu ich miodem...

Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem

W dal idą na smutek i życie tułacze,

A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...

Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...

Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...

Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...

Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.

Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,

Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...

Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...

Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...

Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,

Trawniki zarzucił bryłami kamienia

I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...

Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu

Położył się na tym kamiennym pustkowiu,

By w piersi łkające przytłumić rozpacze,

I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Stanisław Wyspiański, Wesele

Wesele, Akt II
Wesele, SCENA 5.

MARYSIA, WIDMO.

WIDMO

Miałem ci być poślubiony,

moja ślubna ty.

MARYSIA

Bywałeś mój narzeczony,

przyrzekałeś mi.

WIDMO

Byłaś dla mnie słońce złote,

w moim domku zimno mnie.

MARYSIA

Mróz jakisi od wos wionie,

zimnem ubiór dmie.

WIDMO

Ogniem, żarem lico płonie,

zaś krew w tobie wre.

MARYSIA

Miałam ci być poślubiona

i mój ślubny ty.

WIDMO

Maryś, Maryś, narzeczona,

długie moje sny.

MARYSIA

Ka ty mieszkasz, kaś ty jest?

Jechałeś do obcych miest,

czekałam cie długo, długo

i nie doczekałam sie.

Kaś ty jest, kajś ty jest,

gdzie ty mieszkasz, gdzie?

WIDMO

Goniłem do różnych miest,

rozhulaniec, pędziwiatr,

ażem gdziesi w ziemię wpad,

gdzie mnie toczy gad.

MARYSIA

O mój Boze, Boze mój,

to juz ciebie tocy gad.

WIDMO

Zwabiło mnie echo z Tatr,

otom jest, otom jest,

zwabiły mnie głosy z chat,

do myśli mi przyszedł gest

przypomnieć się z dawnych lat;

domek mój, podobnoś grób,

nie jestem wymagający,

przeszedłem niejedną z prób,

ale żebym ja był trup,

nie wierz, Maryś, bo to kłam;

żywie Duch, żywie Duch,

wytężyłem cały słuch,

zwabiły mnie głosy z chat.

MARYSIA

Ka twój grób, ka twój grób?

Pono gdziesi za daleko,

nie dobiegnie, nie doleci...

(Ona przesłania oczy ręką, on zaś jej, nagły, dłoń odrywa).

WIDMO

Łzy mnie palą, łzy mnie pieką,

licho bierz grób mój,

otom jest, otom twój;

czy pamiętasz jeszcze dzień;

jak nas gruszy cienił cień,

tu w tym sadzie, na zieleni,

śród połednia, śród promieni,

przy mnie stałaś: w dłoni dłoń - ?

MARYSIA

Dawno, dawno, tyle lat.

WIDMO

Skłońże ku mnie główkę, skłoń.

MARYSIA

Hańśmy stoli w dłoni dłoń -

szedł od ciebie swat.

WIDMO

Dawno, dawno, tyle lat.

MARYSIA

Miałabym tylo wesele,

co jak dziś, jak to dziś.

WIDMO

Potańcujmy raz dokoła,

potem zaś znów mus mnie iść

MARYSIA

Som tu twoi przyjaciele,

ostań chwile.

WIDMO

Raz dokoła,

potem to już mus mnie iść:

mus mnie woła, mus mnie woła.

MARYSIA

Ano dziś nasze wesele;

raz dokoła, raz dokoła.

WIDMO

Taki smutek idzie z czoła...

MARYSIA

Takie zimno wieje z ust...

WIDMO

Przytul mnie do twoich chust,

przytul mnie do piersi, rąk...

MARYSIA

Nie chytaj sie moich wstąg,

taki wieje trupi ciąg.

WIDMO

Kochaj...!

MARYSIA

Precz, nie sięgaj lic

WIDMO

Nie broń mi się - nic to, nic...

MARYSIA

Zimnem dołu wieje strój,

ty nie mój, ty nie mój!

WIDMO

Mus mnie woła, mus mnie woła,

raz dokoła...

MARYSIA

Stój, ach, stój!

Wesele, SCENA 7.

STAŃCZYK, DZIENNIKARZ.

STAŃCZYK

(idąc)

Ktoś się za mną włóczy wciąż.

DZIENNIKARZ

Ktoś przede mną ciągle stąpa.

STAŃCZYK

(już był usiadł)

Domek mały, chata skąpa:

Polska, swoi, własne łzy,

własne trwogi, zbrodnie, sny,

własne brudy, podłość, kłam;

znam, zanadto dobrze znam.

DZIENNIKARZ

Zacz kto - ?

STAŃCZYK

Błazen.

DZIENNIKARZ

(poznając)

Wielki mąż!

STAŃCZYK

Wielki, bo w błazeńskiej szacie;

wielki, bo wam z oczu zszedł,

błaznów coraz więcej macie,

nieomal błazeńskie wiece;

Salve, bracie!

DZIENNIKARZ

Ojcze, Salve!

Szereg dobrych błaznów zrzedł,

przywdziewamy szarą barwę;

koncept narodowy gaśnie;

gasną coraz te pochodnie,

które do hajduków ręku

przywiązane żarem płoną.

Skapały, zżarły się świece,

a że do rąk przytroczone,

więc jeszcze palą się ręce,

w tę samą zaklęte stronę. -

Trzeba by do służby narodu

błaznów całego zastępu;

palą się hajduki w męce,

z własnego bolu się śmieją;

gasną świece narodowe,

okropne rzeczy się dzieją,

śmiechem i szyderstwem biegu

obudzić, ośmielić zdolne

serce spodlone, niewolne,

które naszą krew zaprawia.

STAŃCZYK

A wolicie spać - -

DZIENNIKARZ

To jedno!

Usypiam duszę mą biedną

i usypiam brata mego;

wszystko jedno, wszystko jedno,

tyle złego, co dobrego,

okropne rzeczy się dzieją.

Patrzeć na przebiegi zdarzeń -

dalekie, dalekie od marzeń,

tak odległe od wszystkiego,

co było wielkie w kraju;

że wszystko, co było, przepadło,

bezpowrotnie w mroku zbladło:

to bajki o trzecim Maju!

Matkę do trumny się kładło,

siostry i rodzinę całą;

ksiądz pokropił i poświęcił,

grabarze gruz przywalili;

epigonów co zostało,

na stypie się weselili

wesołością, co przeklina;

w pijaństwie duszę zabili,

a nie mogli zabić serca.

Zostało serce, co woła,

spłakane u bram kościoła,

skrwawione u wrót świątyni

i jeszcze w męce okrutnej,

w czułej litości rozrzutnej

samo siebie wini.

STAŃCZYK

Asan jako spowiedź czyni,

spowiedź, widzę, cudzych grzechów;

Acan się zalewa łzami,

duszę krwawi, serce krwawi;

ale znać z Acana mowy,

że jest - tak - przeciętnie zdrowy;

jutro humor się naprawi. -

Gotów mi płakać najrzewniej,

rozczulać się cudzych grzechów,

u bliskiego widzieć tramy,

zbrodnie, brudy, grzechy, plamy

i za swojego bliskiego

uczynić publiczną spowiedź. -

A! doprawdy! warte śmiechów -

może jeszcze rozgrzeszenie

wziąć kapłańskie z cudzych zbrodni - ?

DZIENNIKARZ

Wina ojca idzie w syna;

niegodnych synowie niegodni;

ten przeklina, ów przeklina -

ród pamięta, brat pamięta,

kto te pozakładał pęta

i że ręka, co przeklęta,

była swoja. - Rozbrat wieczny

duszy z ciałem, ciała z duszą;

w nim się słabi kruszą -

miecz do walki obosieczny -

myśmy słabi. - Wielkość gniecie,

przekleństwo nosi na grzbiecie:

zbrodnie nosi, czarne kiry,

szatę krwawą Dejaniry;

Wielkość: Zbrodnia; Małość: podła -

Jakaż nasza dzisiaj Wola?!

Czarodziejska dłoń ogrodła

nasze pola.

STAŃCZYK

Łzy ze źródła!

Tyle żalów o nieswoje!?

A cóż tobie niepokoje

tych, co w grobach leżą?

Myślisz - że się trupy odświeżą

strojem i nową odzieżą -

a ty z trupami pod rękę

będziesz szedł na Ucztę-mękę

i jako potrawy żuł,

czym się tylko kiejś kto truł;

wsączał w siebie i pił,

czym tylko kto gdzie gnił;

czy to ma być twoja krew?!

DZIENNIKARZ

Moja krew, moja krew -

czy ja wiem - okrzyk mew,

gdy gonią ponad skały,

okrzyk mew osmętniały,

żałośliwy, straszny,

gdy od brzegu odbiegły daleko.

Morze ciche, strop się chmurzy,

ale burza i orkan daleko

Tylko głuchość i pustka bezmierna -

a tu skrzydła rozchwiane do lotu,

nie pragną, nie pragną powrotu

i wiedzą, że tam, gdzie dążą,

wylądu szukać daremno;

przekleństwu swojemu wierne,

lecą - i nie śmieją ustać,

aż krew do ust pocznie chlustać

ze znużenia - wtedy padną,

łzą nie pożegnane żadną,

bo śmierć ulga, ulga zgon.

STAŃCZYK

Zaśpiewałeś kruczy ton;

tobież tylko dzwoni w głuszy

pogrzebowych jęków dzwon?

A słyszałżeś kiedy, z wieży

jak dźwięczy i śpiewa On?

DZIENNIKARZ

Zygmunt, Zygmunt...

STAŃCZYK

Dzwon królewski: -

Siedziałem u królewskich stóp,

królewski za mną dwór:

synaczek i kilka cór,

Włoszka - a wielki chór

kleru zawodził hymny; -

a dzwon wschodził.

Patrzali wszyscy w górę,

a dzwon wschodził -

zawisnął u szczytów

i z wyżyn się rozdzwonił:

głos leciał, polatał,

kołysał się górnie,

wysoko, podchmurnie -

a tłum się wielki pokłonił.

Pojrzałem na króla,

a król się zapłonił...

Dzwon dzwonił

DZIENNIKARZ

A toć on nam tętni dziś,

jak grzebiemy, kto nam drogi;

zwołuje nas, każąc iść

posłuchać kościelnych szumów,

w wielkim zamęcie rozumów,

w wielkim modlitew rozjęku,

On pan, ten dzwon królewski,

nie ustający w brzęku,

o pękniętym sercu:

nasz ton. - Nad przepaścią stoję

i nie znam, gdzie drogi moje.

STAŃCZYK

Byś serce moje rozkroił,

nic w nim nie najdziesz inszego,

jako te niepokoje:

sromota, sromota, wstyd,

palący wstyd;

jakoweś Fata nas pędzą

w przepaść -

DZIENNIKARZ

Ty Wid!

STAŃCZYK

Ja Wstyd!!

Piekło wiem gorsze niż Dante,

piekło żywe.

DZIENNIKARZ

Żyję w Piekle!,

STAŃCZYK

Społem w przepaść!

DZIENNIKARZ

Społeczeństwo!

Oto tortury najsroższe,

śmiech, błazeństwo -

to my duchy najuboższe.?

"Społem" to jest malowanka,

"społem" to duma panka,

"społem" to jest chłopskie "w pysk","

"społem" to papuzia kochanka,

próżność, nadczłowieczeństwo _

i przy tym to maleństwo:

serce pęknione, co krwawi.

STAŃCZYK

Asan prawi -

jako najwalniejsi gębacze,

odrośl od tych samych pni

z moich dni.

DZIENNIKARZ

Wolałbym już stokroć razy

policzone dni

niż ten bieg, bieg. pęd, gonitwa

ku przepaści, otchłani, zawrotom:

Ach, kresu, ach, kresu lotom

Stacza się sercowa bitwa,

opadam coraz na głazy,

mrze na ustach modlitwa,

ach, kresu, ach, kresu lotom! -

Niechby się raz wszystko spali,

zetrze się, na proch się zsypie,

jak kolumny, na gruz się rozwali,

byśmy padli potruci

jadami w pogrzebowej stypie;

niechajby się raz wszystko spali,

i te nasze polskie posty

dusz do polskich świętych,

i te nasze tęczowe mosty

czułości nad pustką rozpiętych,

malowanki Częstochowskie

w koronach - i wszystkie Wiary! -

Nieszczęścia wołam!!

STAŃCZYK

Puszczyku...

DZIENNIKARZ

Może by Nieszczęście nareście

dobyło nam z piersi krzyku,

krzyku, co by był nasz,

z tego pokolenia. -

Ach, Sumienia, Sumienia!

Już było tych prawd bez liku

dla nas - Prawdy czy Fraszki -?,

Stoimy u polskich granic,

a mamy obecność za nic,

od talentów zawisłe igraszki.

STAŃCZYK

Puszczyku!

Zgrałeś się przy zielonym stoliku

czy z kobietami w gorączce

opętałeś duszę mdłością

i w tej momentu palączce

oślep gnasz we własne próchno.

A gdy na nie wichry dmuchną,

rozleci się zgasłe próchno,

zamurują się otchłanie

i krzyk, i jęk, i wołanie

zda ci się błazeństwem duszy,

które nikogo nie skruszy,

które zeżre siebie samo,

a trzewia mu gniciem cuchną. -

Znam ja, co jest serce targać

gwoźdźmi, co się w serce wbiły,

biczem własne smagać ciało,

plwać na zbrodnie, lżyć złej woli,

ale Świętości nie szargać,

bo trza, żeby święte były,

ale Świętości nie szargać:

to boli.

DZIENNIKARZ

Tragediante...

STAŃCZYK

Commediante,

dla ciebie błazeńska laska.

DZIENNIKARZ

Piastujesz ją, piastun stary;

znasz tylko: status quo ante;

błazeństwo z tobą się zrosło.

STAŃCZYK

Oto naści twoje wiosło:

błądzący w odmętów powodzi,

masz tu kaduceus polski,

mąć nim wodę, mąć.

DZIENNIKARZ

Fatum nas w obłędy wodzi:

u rozstajnych dróg zły Duch!

Tu moje rozstajne drogi;

ty mój Duch-zły - demon, Szatan;

błazeństwem ja z tobą zbratan,

byłem ci duszą poswatan,

nim dusza stała się trup; -

a teraz mi pachnie grób,

czuję trąd.

STAŃCZYK

Naści; rządź!

Masz tu kaduceus polski,

mąć nim wodę, mąć.

DZIENNIKARZ

Nie chcę żadnych więcej prób.

Serce miałem kiedyś młode,

porwałeś mi serce młode,

wlałeś jad goryczny w krew.

Nie widzę, nie widzę dróg,

zaćmił mi się Bóg...

STAŃCZYK

Fata pędzą, pędzą Fata ?

Wielkość ? Nicość ? pusty dzwon,

serce strute ?

uderzyłeś błazna ton:

moją nutę.

Kłam sercu, nikt nie zrozumie,

hasaj w tłumie!

Masz tu kaduceus, chwyć!

Rządź!

Mąć nim wodę, mąć!

Na Wesele! Na Wesele!

Idź!

Mąć tę narodową kadź,

serce truj, głowę trać!

Na Wesele! Na Wesele!

Staj na czele!!!

Wesele, SCENA 9.

POETA, RYCERZ.

POETA

Otwarła się toń!

Upomina się o swoje Umarła.

Szumem, gwarnością, zawrotem

idzie ku nam z powrotem;

jakaś Przemoc wrotom grobu się wydarła,

oto, słyszę, woła:

RYCERZ

Daj dłoń!!

POETA

Puszczaj!

RYCERZ

Ty mój!

POETA

Puszczaj!

RYCERZ

Ty mój!!

POETA

Żelazem owita ręka,

żelazem zakryta skroń.

RYCERZ

Zbieraj się, skrzydlaty ptaku,

nędzarzu, na koń, na koń,

przepadnie przekleństwo, męka!

POETA

Co mówisz, okropne widziadło,

na koń? - gdzie - ? jak?

Żelazna twoja dzwoni szczęka,

żelazna więzi mnie ręka.

RYCERZ

Na koń, zbudź się, ty żak,

ty lecieć masz jak ptak!

Bioręć w pętle.

POETA

Na arkan mnie wiąże.

RYCERZ

Poznasz, ktom jest, gdy zaciążę -

ty więzień mój, mnie służ;

biorę przemocą. Ja Moc:

za mną, przede mną

ognia kurz;

po drogach, po których lecę,

drzewa się palą jak świece,

ciskają się błyskawice,

jak lecę, Duch:

wytężaj, wytężaj słuch!

POETA

Puszczaj, przepadaj w Noc -

o, ręce, ręce martwieją...

RYCERZ

Ty mój!

POETA

Precz. -

RYCERZ

Słysz grom...

POETA

Zatrząsnął się cały dom...

RYCERZ

A czy wiesz, czym ty masz być,

o czym tobie marzyć, śnić-.

POETA

Sen, marzenie, mara, wid.

RYCERZ

Jutro dzień, przede dniem świt!

Wiesz ty, czym ty mogłeś być-

POETA

Słowo, Widmo gończe!

RYCERZ

Zwiastun!!

POETA

Głos jak marzeń moich piastun;

Rycerz, Widmo, urojenie

przyoblekło szatę żywą.

RYCERZ

Krwi, krwi pragnę, krwawe żniwo!

Wracam do dom w noc szczęśliwą,

w noc ponurych wichrów łkań.

Niosę dań, orężną dań.

POETA

Wracasz do dom ze snów, z dali...

RYCERZ

Z dali, hen z zaświatów, z prochów.-

Przeszedłem ogień, co pali,

przeszedłem zapady lochów.

Ścigam, gonię, moc roztrwonię.

Niosę dań, orężną dań.

POETA

W noc ponurych wichrów łkań

wstajesz z lochów, z prochów, skał...

RYCERZ

Na głos mój ty będziesz drżał:

Grunwald, miecze, król Jagiełło!

Hajno się po zbrojach cięło,

a wichr wył i dął, i wiał;

stosy trupów, stosy ciał,

a krew rzeką płynie, rzeką!

Tam to jest!! Olbrzymów dzieło;

Witołd, Zawisza, Jagiełło,

tam to jest!! - Z pobojowiska

zbroica się w skibach przebłyska,

żelezce, połamane groty,

drzewce powbijane do ciał,

z trupów zapora, z trupów wał,

rycerski zgotowiony stos:

Ofiarnica -

tam leć - tam chodź, tam leć!!!

brać z tej zbrojowni zbroje,

kopije, miecz i szczyt

i stać tam wśród krwi,

aż na ogromny głos

bladością się powlecze świt,

a ciała wstaną,

a zbroje wzejdą

i pochwycą kopije, i przejdą!!!

Spiesz, tam leżą stosy ciał;

przeparłem trumniska wieko,

czas, bym wstał, czas, bym wstał.

POETA

Łzy mnie pieką, łzy mnie pieką,

czymże bym ja tam być miał.

RYCERZ

Niosę dań, orężny szał.

POETA

Dech twój zimny, dech grobowy...

RYCERZ

Patrzaj w twarz, patrz mi w twarz,

ślubuj duszę, duszę dasz.

POETA

Za przyłbicą pustość, proch;

w oczach twoich czarny loch,

za przyłbicą Noc;

zbroja głuchym jękiem brzękła.

RYCERZ

Miecz, miecz, siła nieulękła;

patrzaj w twarz, patrzaj w twarz;

ty mnie znasz.

POETA

Ktoś jest?

RYCERZ

Moc.

POETA

- -  Przyłbicę wznieś!

RYCERZ

Rękę daj.

POETA

Duszę weź.

RYCERZ

Patrz!!

POETA

Śmierć - - -  Noc!

Wesele, SCENA 11.

PAN MŁODY, HETMAN, CHÓR.

CHÓR

Hej, panie, panie Branecki,

nie żałuj grosika, nie żałuj,

pocałuj się z nami, pocałuj,

nie żałuj dukacika, nie żałuj,

dajże go nam z tej kieski!

HET'MAN

Ha, szatańce, sztab moskieski,

znajcie pana, bierzcie złoto,

nie stoję ja pan o złoto;

piekielna mnie dziś gospoda:

hulaj dusza, z wami zgoda.

CHÓR

Hulaj dusza, z nami w zgodzie,

potańcujemy w gospodzie;

pocałuj się z nami, pocałuj,

nie żałujta, hetmanie, kieski,

braliśta pieniążek moskieski,

hej, hetmanie, hetmanie Branecki!

HETMAN

Bierzcie złoto, pali złoto.

CHÓR

Pali pieniążek moskieski?

HETMAN

Piekielna mnie dziś gospoda:

diabły moją piją krew;

szarpają mi pierś, plecyska,

psy zjawiska, łby ogniska;

szarpają, sięgają trzew!

PAN MŁODY

Wojewoda! Wojewoda!

HETMAN

Puszczajcie, litości!

PAN MŁODY

Jezu!!

Wesele, SCENA 12.

PAN MŁODY, HETMAN.

HETMAN

Ha, przepadli kędyś diabli,

ktoś się doli ulitował;

rana jeno straszna boli - -

puste żale, mnie nie szkoda,

bo ja pan, piekielny pan,

drwię z serdecznych ran.

Setkę lat przez puszczę gnam,

przez bór gonię, gęsty las,

przez ugory, łąki, błoń -

upałami bije skroń,

młotami serce wali,

ogień wnętrzności pali - - -

Każ muzyce dla mnie grać,

mnie na Piekło stać.

Ja pan, ćwierć kraju mam w ręku,

a jak kto po cichuteńku

powie "Jezus" - ja wolny na chwilę,

powietrzem się zasilę:

odetchnąłem piersią całą;

bierz ty, ile złota zostało,

patrz, oto niecki,

diabli mi to kazali nieść;

co noc tak świeżych nasypią,

a sztabowi, czerńcy przeklęci,

krzyczą za mną: panie Branecki,

nie żałuj; - krew moją chlipią - -

Masz!

PAN MŁODY

Hetmaniłeś ty, hetmanie,

chocia byłeś łotr,

i sam król był tobie kmotr;

przewodziłeś, przewodziłeś,

a my dzisiaj w psiej niewoli:

nie hetmany, strzęp, łachmany, gruz;

duszę ziębi mróz;

ciebie ogień, ogień pali -

przecz już nic nas nie ocali,

ani król, ani ból,

ani żale, ni płakanie,

hej, hetmanie, hej hetmanie - -

dzisiaj to mój dzień miłości...

HETMAN

Czepiłeś się chamskiej dziewki?!

Polska to wszystko hołota,

tylko im złota;

trza było do bękartów Carycy

iść smalić cholewki:

byłać ta we mnie cnota.

Asan mi tu Polski nie żałuj,

jesteś szlachcic, to się z nami pocałuj,

jesteś wolny!

PAN MŁODY

Bierz cię diabli.

HETMAN

Gębuj, widzęś nie przy szabli.

Wesele, SCENA 13.

PAN MŁODY, HETMAN, CHÓR.

HETMAN

Ścigają psy, kąsają psy.

CHÓR

Przeklęty ty, przeklęty ty.

HETMAN

Sursum corda, serce żreją -

serce mi wyjmują z trzew.

CHÓR

Zaprzedałeś kraj, ty lew;

złotem pysk ci zaleją!

Złoty pan, weselny pan,

pójdźże w tan, pójdźże w tan!

HETMAN

Złoto pali, złoto war;

sursum corda, wiwat Car!

CHÓR

Lejcie mu do pyska żar,

sięgajcie mu dłońmi trzew.

HETMAN

Piją krew, żłopają krew,

cielsko drą po kawale!

CHÓR

Złoty pan, weselny pan,

pójdźże w tan, dalej w tan:

na Weselu hula Śmierć,

garniec pereł, złota ćwierć,

zaprzedałeś Czortu kraj.

HETMAN

Żłopią krew Czarty Moskale,

sursum corda, wiwat Car!

CHÓR

Huś ha, huś - haj go, haj!

Pójdźże w tan, dalej w tan!

Złoty pan! weselny pan!

Wesele, SCENA 15.

DZIAD, UPIÓR.

DZIAD

(za Panem Młodym)

Miałem rzec, cosi miałem rzec:

Szczęść Boże przy weselu.

UPIÓR

Przyjacielu, przyjacielu...

DZIAD

Kto! ty we krwi! precz, piekielny!

UPIÓR

Ja weselny, ja weselny,

dajcie, bracie, kubeł wody:

ręce myć, gębe myć,

chce mi się tu na Weselu

żyć, hulać, pić.

DZIAD

Precz, przeklęty, precz, przeklęty.

UPIÓR

Dajcie, bracie, kubeł wody:

gębe myć, ręce myć...

DZIAD

Krew na sukniach, krew na włosach...

UPIÓR

Nie pyskuj, nie powtarzaj. - -

Już, już wiedzą o tym w niebiosach.

(nuci)

"A stało się to w Zapusty".

DZIAD

Precz, przeklęty, precz, przeklęty.

UPIÓR

Jeno ty nie przeklinaj usty,

boś brat - drżyj! ja Szela!!

Przyszedłem tu do Wesela,

bo byłem ich ojcom kat,

a dzisiaj ja jestem swat!!

Umyje się, wystroje się.

Dajcie, bracie, kubeł wody:

ręce myć, gębe myć,

suknie prać - nie będzie znać;

chce mi się tu na Weselu

żyć, hulać, pić - ?

jeno ta plama na czole...

DZIAD

Cholera!

UPIÓR

Zaraza, grób.

DZIAD

Precz, precz, ty trup!

UPIÓR

Widzisz, w orderach chodzę.

DZIAD

O! plamy na podłodze od nóg.

UPIÓR

To krew, obmyję próg,

dajcie ino, bracie, wody,

kubeł wody - gębe myć,

suknie prać - nie bedzie znać.

DZAD

Przeklęty! Maryjo, strać!

UPIÓR

Gadu, gadu, stary dziadu,

trza się do roboty brać;

kubeł wody, gębe myć,

nie bede próżno stać,

na Wesele, na Wesele,

podź tańcować, bośma brać

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wesele, SCENA 24.

GOSPODARZ, WERNYHORA.

WERNYHORA

Sława, panie Włodzimierzu,

zjechałem tu gość.

GOSPODARZ

Spocznij, Wasza Mość;

żona stroi się w alkierzu...

WERNYHORA

Ostań, panie Włodzimierzu.

GOSPODARZ

Żona stroi się w alkierzu;

niespodziany gość,

właśnie była przy pacierzu,

bo się dziecka kładło spać.

WERNYHORA

Niechajże żona w alkierzu...

GOSPODARZ

Bo się dziecka kładło spać;

a ci nie przestają grać:

jak wesele, to wesele,

to nie będą w miejscu stać;

ot, tu żona jest w alkierzu.

WERNYHORA

Niechajże żony w alkierzu,

niechże tańcuje Wesele.

Siądźże, panie Włodzimierzu,

mam Asaństwu nowin wiele:

Pomówimy o Przymierzu.

GOSPODARZ

Ano proszę, bardzo proszę.

WERNYHORA

Siadaj.

GOSPODARZ

Siadam - zacny gość -

bardzo proszę, bardzo proszę;

ceremonii dość.

WERNYHORA

Ja z daleka - hen od kresów,

konia zgnałem.

GOSPODARZ

Podły czas.

A do wszystkich spadłych biesów,

toście tu są pierwszy raz;

któż was zwabił w taki czas?

A do wszystkich spadłych biesów,

żeście tak niespodziewanie

w noc i na to weselisko

zechcieli tu, Ichmość Panie?

WERNYHORA

Z daleka, a miałem blisko

i wybrałem Weselisko,

boście som tu jakoś wraz,

i wybrałem Ichmość Mości

dom, gdzie ludzie sercem prości.

GOSPODARZ

Wasza Mość mieliście blisko

serceście zobligowali -

myśmy sobie prości - mali.

WERNYHORA

Z daleka, a miałem blisko;

ledwom wymienił nazwisko,

a zaraz mi pokazali

tacy chłopcy, rześcy, mali.

GOSPODARZ

Co to u nich serce z miską;

przybieżali, powiadali,

Czego nie zjęzykowali:

że pan stary, że Dziad stary,

że Dziad z lirą, brodą siwą...

WERNYHORA

Ot, dziadzisko z siwą brodą.

Dawnoż było w duszy młodo;

żeście sobie prości, mali,

toście wielkich krzywd nie znali.-

Chudobę macie szczęśliwą.

GOSPODARZ

A ot, takie złote żniwo,

złote pola - pokoszone -

Wszystko błoto - zadyszczone; -

sady ciche - kwitną, rodzą,

jedne z drugich same wschodzą:

złote żniwo, serce z miską;

nie trzeba szukać daleko,

kiedy było jakoś blisko.

Pokażę waćpanu żonę.

WERNYHORA

Złote żniwo, serce złote:

jeszcze u was w duszy młodo,

żeście sobie prości, mali,

toście wielkich krzywd nie znali. -

Może żona ma robotę - ?

GOSPODARZ

Żona stroi się w alkierzu,

chce się wydać urodziwa,

że to gość niespodziewany,

każe zaraz podać piwa.

WERNYHORA

Zostaw, panie Włodzimierzu,

że to chwila osobliwa...

GOSPODARZ

Lepiej gwarzy się przy szklenie,

że to z drogi, tyle błoto;

lepiej gada się przy wenie.

WERNYHORA

Kiej się nie rozchodzi o to;

że to chwila osobliwa,

możemy na osobności

porozmawiać.

GOSPODARZ

Słucham Mości;

a to chwila osobliwa.

Wolnoć spytać o nazwisko... - ?

WERNYHORA

Nie poznałeś - ?

GOSPODARZ

Ktoś mi znany,

ktoś serdeczny, ktoś kochany,

ktoś, co groźny - dawny, stary,

jak wiek cały...

WERNYHORA

Dawnej wiary.

GOSPODARZ

Ktoś mi znany, niespodziany...

WERNYHORA

Przypominasz krwawe łuny

i jęk dzwonów, i pioruny,

i rzeź krwawą, krwawe rzeki - - ?

GOSPODARZ

A sen, sen jakiś daleki,

jeszcze w uszach mam te dzwony -

mieszają weselne grajki:

jakieś stare dumy, bajki.

WERNYHORA

Jeszcze w uszach mam te dzwony

ponad ich weselne grajki:

jęk posępny, jęk męczony,

tyle krwi rzezanych ciał;

ja tam był, przy trupach stał;

jeszcze w uszach mam te dzwony.

Patrzyłem się na lud święty,

jako upadał przeklęty,

przekleństwami potępiony:

kiedy ojce klną na synów,

kiedy syny przeklną ojce,

takie jęczące ogrojce,

łez krwawiących, łez serdecznych

słyszałem w tych głosach wiecznych:

w głosach dzwonów jęk szalony -

jeszcze w uszach mam te dzwony.

GOSPODARZ

Dawne czasy - dawne wieki,

a sen, sen jakiś daleki,

jęki przygłuszają grajki;

jakieś stare dumy, bajki.

WERNYHORA

Ja stałem w pożarnej łunie

na siwym, na siwym rumaku,

czekając Bożego znaku.

Za mną piorun po piorunie

bije z chmur, przez niebo łyska.

GOSPODARZ

Rzecz daleka - taka bliska,

ktoś mi znany, niespodziany;

ktoś, o którym jeszcze wczora

tylko we śnie, tylko w marze:

Pan-Dziad z lirą...

WERNYHORA

Wernyhora.

GOSPODARZ

Pan-Dziad z lirą - Wernyhora!

Wy mnie znany - spodziewany,

Wy, o którym jeszcze wczora

tylko we śnié, tylko w marze:

jak owi dawni mocarze,

Wy na koniu, siwym koniu,

poprzed dom mój, z wieścią.

WERNYHORA

Słowem!

GOSPODARZ

Wy ze Słowem - Wy ze Słowem!

WERNYHORA

Ja z Rozkazem.

GOSPODARZ

Rozkaz-Słowo! - -

Dawno serce już gotowo

tem wezwaniem piorunowem.

WERNYHORA

Słowo-Rozkaz, Rozkaz-Słowo;

dla serca serce gotowo.

Słuchaj, panie Włodzimierzu:

oto chwila osobliwa,

pomówimy o Przymierzu.

GOSPODARZ

To jak ze snu prawda żywa,

chwila dziwnie osobliwa.

Jakiż rozkaz?

WERNYHORA

Trzy zlecenia.

GOSPODARZ

Chwila dziwnie osobliwa:

żem niejako jest wezwany.

WERNYHORA

Roześlesz wici przed świtem,

powołasz gromadzkie stany.

GOSPODARZ

To jak ze snu prawda żywa;

prawie że są wszyscy społem

u mnie przez to weselisko.

WERNYHORA

Ma być jawne, co jest krytem;

co dalekie było - blisko.

Dziś u Waści weselisko;

prawie że są wszyscy społem;

roześlesz wici przed świtem;

niech jadą we cztery strony.

GOSPODARZ

Porozsełam konno gońce,

roześlę wici przed świtem;

zaraz się poradzę żony -

ona swoim chłopskim sprytem...

WERNYHORA

Niech jadą we cztery strony!

Bądź gotów, nim wstanie słońce.

Skoro porozsełasz gońce,

zgromadzisz lud przed kościołem,

jak są zdrowi, prości, mali;

ażeby godność poznali,

Bogiem powitasz ich kołem,

a wtedy przykaż im ciszą,

niech żaden brzeszczot nie szczęknie,

a skoro rzesza uklęknie,

niech wszyscy natężą słuch:

czy tętentu nie posłyszą

od Krakowskiego gościńca - ?

GOSPODARZ

Wytężam, wytężam słuch.

WERNYHORA

Ja wiem, żeś jest Asan zuch - -

Od Krakowskiego gościńca

czy tętentu nie posłyszą,

czy już jadę z Archaniołem - ?

GOSPODARZ

Wytężam, wytężam słuch -

choćby i największy zuch,

jak to, co to, rozpoczęcie - -  ?

WERNYHORA

Słuchać ślepo, wierzyć święcie;

ja wiem, żeś jest Asan zuch.

GOSPODARZ

Ja mam stanąć przed kościołem?

to jak we śnie prawda żywa.

Któż mnie darzy tym zaszczytem;

któż śle ku mnie dawne gońce:

chwila dziwno osobliwa.

WERNYHORA

Bądź gotów, nim wstanie Słońce.

GOSPODARZ

Wstaną kosy w słońca świcie;

będę gotów!

WERNYHORA

Przysiąż Słowo.

GOSPODARZ

Rzekłem.

WERNYHORA

Przysiąż.

GOSPODARZ

Rośnie życie.

Czyli marą Wy widmową,

czyliś Waść jest upiór grobów,

czy ty próchno, czy ty czarem,

żeś ze słowem przyszedł starem,

żeś na mnie użył sposobów

i co we mnie tajemnicą,

ty mówisz, jak rzecz prawdziwą;

jako żywo, jako żywo - !

WERNYHORA

Mówię Słowo - rzecz prawdziwą;

chwila, chwila osobliwa:

wybrałem dziś weselisko,

twój dworek, dróżkę, zagrodę. -

Słyszysz, jaki wicher wyje!

Słyszysz, wielki deszcz się pluszcze!

Słyszysz, chrzęszczą wielkie drzewa

i jako trzaskają kuszcze:

to tam moja drużba śpiewa,

tysiąc koni grudy bije

ze złotymi podkowami!

GOSPODARZ

Jezus, zmiłuj się nad nami - - !

WERNYHORA

Leć kto pierwszy do Warszawy

z chorągwią i hufcem sprawy,

z ryngrafem Bogarodzicy;

kto zwoła sejmowe stany,

kto na sejmie się pojawi

Sam w stolicy - ten nas zbawi!

GOSPODARZ

Jako żywo, jako żywo;

Waść mi takie dziwa prawi,

i to jako rzecz prawdziwą.

WERNYHORA

Wszystko święte, wszystko żywo;

z daleka, a miałem blisko;

wybrałem twój dom, zagrodę

i wybrałem Weselisko:

Waszmość rękę miej szczęśliwą:

Daję Waści złoty róg.

GOSPODARZ

Złoty róg.

WERNYHORA

Możesz nim powołać chór.

GOSPODARZ

Bratni zbór.

WERNYHORA

Na jego rycerny głos

spotężni się Duch,

podejmie Los.

Daję w twoje ręce róg.

GOSPODARZ

Dziękuj Bóg.

WERNYHORA

Waść masz porozsełać wici,

lud zgromadzić przed kaplicą.

GOSPODARZ

Jutro ? - skoro się zgromadzą?

mają radzić ? - co uradzą?

WERNYHORA

Jutro: wielką tajemnicą,

jutro skoro się zgromadzą,

niech nie radzą, nic nie radzą,

jednoś niechaj w ciszy staną.

Jutro wielką tajemnicą.

A ty wstawszy bardzo rano,

skoro zejdzie pierwsze słońce,

ku drogom natężaj słuch.

GOSPODARZ

Jutro?!

WERNYHORA

Jutro!!!

GOSPODARZ

Wszelki duch!!!

Wesele, Akt III

(Z izby głębnej, od chwili, wszedł był, w tropy za Jaśkiem, kołyszący się słomiany Chochoł).

Wesele, scena 35.

CHOCHOŁ

. . . . . . . . . . . . . . .

Jak ci spadła czapka z piór.

JASIEK

Tom sie chyloł po te copke,

to mi może sie odwinoł.

CHOCHOŁ

Miałeś, chłopie, złoty róg,

miałeś, chłopie, czapkę z piór:

czapkę ze łba wicher zmiótł.

JASIEK

Bez tom wieche z pawich piór.

CHOCHOŁ

Ostał ci sie ino sznur.

JASIEK

Najdę ka gdzie przy figurze.

CHOCHOŁ

Pod figurą ktosik stał.

JASIEK

Strasy u rozstajnych dróg - -

cy to pioł, cy nie pioł kur?

(Wybiega przez drzwi weselne, przeciskając się przez gromadę znieruchomioną; - słychać tupot jego kroków w sieni - to raz się zastanowi, to dalej biegnie;... w trop za nim kołysze się Chochoł, szeleszcząc słomą po potrącanych ludziach).

(Od sadu, od pola, we świetle szafiru,

co idzie jak łuna błękitna -

głosy się cisną przedrannych ptasich świergotań; niebieskie to Światło wypełnia jakby Czarem izbę i gra kolorami na ludziach pochylonych w pół-śnie, pół-zachwycie. - Przeze drzwi w głębi wraca Jasiek i patrzy dokoła, i oczom nie wierzy, i coraz się słania od grozy).

SCENA 38.

JASIEK

Juz świtanie, juz świtanie -

tu trza bydłu paszę nieść,

trza rżnąć sieczki, warzyć jeść;-

jakże ja se rade dam,

oni w śnie - ja ino sam -?

Syćko tak porozwierane -

syćko z rękami na usach,

dech im zaparło w dusach;

jako drzewa wrośli w ziem,

jak tu, co tu radzić jem - ?

Kajsim zabył złoty róg,

u rozstajnych może dróg,

copke strasny wicher zwiał

bez tom wieche z pawich piór;

żebym chocia róg ten miał -

ostał mi sie ino sznur.

Straśnie sie zasumowali,

tak im czoła zmarszczek spion,

jakby ciężko pracowali...

Wesele, scena 37.

(Przez drzwi głębne od chwili wsunał się był za Jaśkiem tropiący Chochoł; a teraz na skrzynię malowaną się wygramolił i ze skrzyni tak do drużby poczyna:)

CHOCHOŁ

To ich Lęk i Strach tak wzion,

posłyszeli Ducha głos:

rozpion sie nad nimi Los.

JASlEK

Tak sie męcą, pot z nich ścieko,

bladość lica przyobleko; -

jak ich zwolnić od tych mąk?

CHOCHOŁ

Powyjmuj im kosy z rąk,

poodpasuj szable z pęt,

zaraz ich odejdzie Smęt.

Na czołach im kółka zrób,

skrzypki mi do ręki daj;

ja muzykę zacznę sam,

tęgo gram, tęgo gram.

JASIEK

(który był uczynił rzecz)

Ka te kosy złożyć - - ?

CHOCHOŁ

W kąt.

JASIEK

(ciska za piec drzewca)

Nik ich ta nie najdzie stąd.

CHOCHOŁ

Ze skałek postrzepuj proch

i ciś je w piwniczny loch.

Lewą nogę wyciąg w zad,

zakreśl butem wielki krąg;

ręce im pozałóż tak:

niech się po dwóch chycą w bok;

odmów pacierz, ale wspak.

Ja muzykę zacznę sam,

tęgo gram, tęgo gram:

będą tańczyć cały rok.

JASIEK

(który był uczynił wszystką rzecz)

Już ni majom kos.

CHOCHOŁ

Rozśmiej im się w nos.

JASIEK

Już ich odszedł Smęt.

CHOCHOŁ

Już nie mają pęt.

JASIEK

Chwytajom sie w tan.

CHOCHOŁ

Już nie czują ran.

JASIEK

Zniknoł czar!

CHOCHOŁ

To drugi CZAR!

(A zaklęte słomiane straszydło, ująwszy w niezgrabne racie podane przez drużbę patyki - poczyna sobie jak grajek-skrzypak - i - słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: - melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany).

JASIEK

(jest teraz kontent a dziwuje się)

Tyle par, tyle par!

CHOCHOŁ

Tańcuj, tańczy cała szopka,

a cyś to ty za parobka?

JASIEK

(z ręką do czoła, jakby se chciał na ucho nasunąć czapki)

Kajsi mi sie zbyła copka -

przeciem druzba, przeciem druzba,

a druzbie to w copce słuzba.

CHOCHOŁ

(w takt się chyla a przygrywa)

Miałeś, chamie, złoty róg,

miałeś, chamie, czapkę z piór:

czapkę wicher niesie,

róg huka po lesie,

ostał ci sie ino sznur,

ostał ci sie ino sznur.

(Kogut pieje).

JASIEK

(jakby tknięty przytomniejąc)

Jezu! Jezu! zapioł kur! - -

Hej, hej, bracia, chyćcie koni!

chyćcie broni, chyćcie broni!!

Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!

CHOCHOŁ

(w takt się chyla a przygrywa)

Ostał ci sie ino sznur.

Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK

(aże ochrypły od krzyku)

Chyćcie broni, chyćcie koni!!!

(A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy - że ledwo szumią spodnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają - głucho tupocą buty ciężkie - taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni).

JASIEK

Nic nie słysom, nic nie słysom,

ino granie, ino granie,

jakieś ich chyciło spanie...?!

(Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chyla ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; - a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny - zwartym kołem, weselnym -)

(Kogut pieje).

JASIEK

(nieprzytomny)

Pieje kur; ha, pieje kur...

CHOCHOŁ

(nieustawną muzyką przemożny)

Miałeś, chamie, złoty róg...

Źródła:

http://literat.ug.edu.pl/~literat/micinski/011.htm

http://literat.ug.edu.pl/staff/013.htm

http://literat.ug.edu.pl/wesele/wesakt3.htm

Fantastyka w dwudziestoleciu międzywojennym

Bolesław Leśmian, Ballada dziadowska, 1920

Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą,

Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano.

Szedł skądkolwiek gdziekolwiek - byle zażyć wywczasu,

Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu.

Stał i patrzał tym białkiem, co w nim pełno czerwieni,

Oj da-dana, da-dana! - jak się strumień strumieni!

Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca,

Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica.

Nie wiedziała, jak pieścić - nie wiedziała, jak nęcić?

Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić?

Wytrzeszczyła nań oczy - szmaragdowe płoszydła -

I objęła za nogi - pokuśnica obrzydła.

Całowała uczenie, i łechtliwie i czule,

Oj da-dana, da-dana! - tę drewnianą, tę kulę!

Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy,

Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy.

Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby,

Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby!

"Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną?

Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano?

Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia,

Ty, wymoczku rusalny - ty, chorobo strumienia !

Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu?

Oj da-dana, da-dana ! - umrę chyba ze śmiechu !" -

Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą!

"Pójdźże ze mną, dziadoku - dziaduleńku -dziadygo !

Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali,

Będę ciebie tuczyła kromką żwiru spod fali.

Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne,

Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!"

Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą

Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą.

Nim się zdążył obejrzeć - już miał falę na grzbiecie -

Nim się zdołał przeżegnać - już nie było go w świecie!

Zakłębiły się nurty - wyrównała się woda,

Znikła torba dziadowska i łysina i broda !

Jeno kloc ten chodziwy - owa kula drewniana

Wypłynęła zwycięsko - oj da-dana, da-dana!

Wypłynęła - niczyja, nie należna nikomu,

Wyzwolona z kalectwa, wypłukana ze sromu!

Brnęła tędy - owędy szukająca swej drogi,

Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi !

Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu,

Zapląsała radośnie na swym własnym odbiciu!

I we żwawych poskokach podyrdała przez fale.

Oj da-dana. da-dana! - w te zaświaty - oddale!

Źródło:

http://literat.ug.edu.pl/xxx/lesman/baladz.htm

Fantastyka we współczesności

Iwona Krupa, Inni szatani byli tam czynni (felieton)

Źródło:

Iwona Krupa, Inni szatani byli tam czynni http://www.eczytelnia.pl/index.php?op=0&kat=ki_fp&odc=9

Roman Cieślewicz, Dziady, 1967,

http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/52/1/182,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg

Zygmunt Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian (fragm.)

Bogowie mają kształt ludzki. Bogowie są piękni. Te przeświadczenia Greków świecą u samego początku ich sztuki. Bogowie mają kształt ludzki, będąc w tym niezmiernie piękni. Dlatego wykuwa się i ryje takiego Hermesa, takiego Apollina, jacy do dziś zatrzymują nas i porażają. Kształt jest ludzki, bo dla Greków najpiękniejsze, przed wszystkim piękne, piękne po prostu, są: postać ludzka i twarz ludzka. W sztuce greckiej tajemnica metafizyczna przejawia się nie tyle w krajobrazach ziemi i morza, nie tyle w rozgwieżdżonym niebie, ile w uśmiechu kor attyckich w muzeum na Akropolu. [...]

W tej tradycji nie brak dotknięcia absolutu. Gdzie powinniśmy go szukać? W niewyjaśnionych nigdy do końca zagadkach Mojry, w przepaści, jaka się otwiera pod osaczającą nas, gdy obcujemy z mitologią, nierozwiązalnością wewnętrznych sprzeczności życia i nierozwiązalnością (która jest jak stuknięcie w twardy mur) wielkich starć mitycznych, jak Prometeusza z Zeusem, Antygony z Kreonem.

I pod zapierającym dech w piersi zdzieraniem zasłon w tylu tragicznych mitach. Dotknięcie absolutu jest na pewno w miłości Demeter i Kory. A także w niewzruszonym milczeniu greckiej formy w sztuce i literaturze.

Cześć dla tego dziedzictwa winna polegać na wykorzystaniu pouczeń, jakie z niego wynikają. Są to pouczenia gorzkie i ciepłe, wymagające i krzepiące. Już „Iliada”, uwydatniając wzniosłość zmagania się Achillesa z losem, zarazem ukazuje klęskę jego samotnej dumy i jej niższość wobec szarej troski Hektora o rodzinę i ojczyznę. Ciepłą tę treść greckiej sztuki, literatury i wiary podejmuje i wiernie niesie w dalsze wieki i w dzieje państwa i cywilizacji rzymska „Eneida” i kultura łacińska. Jest to zachęta do cierpliwego męstwa, wolnego od skargi, przeciwstawionego niepojętemu, a często przerażającemu, światu. Oto dziedzictwo antyczne, tak wielkie, że niełatwo jest sprostać mu. Ale wytrwale się o to staramy.

Źródło: http://www.kuratorium.bialystok.pl/kuratorium2/konk_przedm/etap_woj_g_2004/jezyk_polski.doc

Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Dialog Inkwizytora (fragm.)*

[…] rzecz dzieje się w XVI wieku, głównie ze względu na wygodę, bo wówczas w dziełach poetyckich zwykło się sprowadzać na ziemię niebiańskie siły.

Akcja toczy się w Hiszpanii, w Sewilli, w najstraszliwszym okresie Inkwizycji, kiedy to każdego dnia, ku chwale Boga, gorzały stosy i w czasie podniosłych autodafé płonęli heretycy oraz sługi Szatana. A Szatan zechciał nawiedzić przez chwilę swych synów tam właśnie, gdzie trzaskały w płomieniach szczapy stosów.

Zszedł więc na rozżarzone ulice południowego miasta, w którym dokładnie w wigilię jego przybycia, (w podniosłym autodafé właśnie), króla, dworu, rycerzy, kardynałów i co bardziej czarujących dam dworu na oczach wszystkich mieszkańców Sewilli, kardynał wielki inkwizytor kazał spalić jednocześnie, ad maiorem Dei gloriam, blisko stu heretyków. Pojawił się po cichu, lecz oto - rzecz dziwna - wszyscy go rozpoznają.
Wtem, dokładnie w tym samym momencie, sam kardynał inkwizytor wchodzi na plac obok katedry. Jest to blisko dziewięćdziesięcioletni starzec, wysoki i wyprostowany, o wychudzonej twarzy i zapadniętych oczach, w których jak iskra wciąż tli się blask.

Szatan śmieje się szyderczo, czując, że został rozpoznany i spogląda na starca. Podnosi palec, a straże, niczym zauroczone, otaczają, ściskają Inkwizytora, zakładają kajdany. Siła demona jest tak potężna, a lud do tego stopnia uległy i bojaźliwie posłuszny, że tłum natychmiast rozstępuje się przed prowadzącymi kardynała strażami.

Przez moment cały tłum, jak jeden mąż, skłania się przed Szatanem do samej ziemi; ten przeklina lud w milczeniu i idzie dalej.

Straże wiodą starego więźnia pod sklepieniami ciasnego i mrocznego więzienia mieszczącego się w dawnym budynku Świętego Oficjum i tam go zamykają. Nadchodzi wreszcie parna noc sewilska; powietrze pachnie cytrynami. Skrzypi żelazna brama więzienia - to Szatan z pochodnią w dłoni wchodzi do środka. Inkwizytor, zaniepokojony i zaskoczony jego obecnością bardziej niż absurdalnym aresztowaniem, które przyszło mu znieść, na ten widok przełamuje wahanie i odzywa się, jak nie przemawiał jeszcze nigdy: płaczliwym tonem, jakże różnym od potężnego głosu z dni minionych.

INKWIZYTOR Czy to ty? Czy to naprawdę ty?
SZATAN A kogo się spodziewałeś?

INKWIZYTOR Nie! Nie odpowiadaj. Milcz! Dobrze wiem, co mógłbyś mi powiedzieć. Nigdy dotąd nie chciałem tego i posłucham i teraz.

SZATAN Ależ tak, właśnie że posłuchasz. Nikt mi w ten sposób nie odmawia, i ty tego nie zrobisz.

INKWIZYTOR Mów więc, skoro nie chcesz milczeć. Odkryj przede mną swój głos i swoją tajemnicę, żebym mógł wreszcie na stosie i zakończyć w ten sposób nasze porachunki, zakończyć tę grę: żyłem przecież po to, aby spalić twe piekło i dusze potępione, które wprowadzają je tu na ziemi!

SZATAN Nikogo nie spalisz. Usiądź. Uspokój się. Nie widziałeś, komu posłuszny był dziś tłum i żołnierze? Wierzysz, że jutro będzie inaczej?

[…]

INKWIZYTOR Domine, in adiutorium meum itende...

SZATAN Co robisz, modlisz się?

INKWIZYTOR Tak, modlę się, żebyś sobie poszedł.

SZATAN Oszczędzę ci kłopotu mówiąc od razu: nie pójdę sobie. Możesz więc przestać zawodzić. Ile osób skazałeś na stos odkąd zostałeś wielkim inkwizytorem?

INKWIZYTOR Dwanaście.
SZATAN Słabiutko. Innym poszło lepiej.

INKWIZYTOR Nie chodzi o to, czy lepiej czy górze przed Bogiem i Kościołem, aja ich skazałem. Niewinnych

SZATAN ...winni... niewinni... jak ich rozróżniasz

[…]

INKWIZYTOR Wierzę, że gdy osądzam, Bóg dopomaga mi, abym nie popełnił błędu.

SZATAN Ależ jesteś żałosny i pogubiony. Gdyby Szatanem, zrobiłoby mi się teraz ciebie żal.

INKWIZYTOR Daj mi spokój! Odejdź!
SZATAN Nie. No już: odmów „Ojcze nasz”
INKWIZYTOR Co?

SZATAN Odmów „Ojcze nasz"! A może zapomniałeś?

SZATAN A więc ja to zrobię; przynajmniej jedną część: „i odpuść nam nasze winy Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. A teraz odpowiedz: komu odpuściłbyś podczas twych procesów grzech niewiedzy? Komu grzech chwiejności wiary, który nazywacie zabobonem? Komu grzech przyjścia na świat w innej religii? Komu grzech
czasem znieważania was w imię tegoż samego Chrystusa? Przebaczyłbyś te grzechy czarownicom, heretykom, rozpustnikom, pyszałkom, sodomitom, wdowom?

INKWIZYTOR Przebaczałem grzesznikowi, lecz nie usprawiedliwiałem jego czynu; oddawałem Bogu duszę winnego, lecz potępiałem zło. To ty nie dostrzegasz różnicy.

SZATAN Ciekawy z was gatunek, inkwizytorzy! A może powinienem powiedzieć: ludzie? Doprawdy, niezwykła rasa! Potraficie rozeznawać tam, gdzie nawet sam Bóg-wasz Bóg, nie jakiś inny – nie mógłby. Przebaczaliście grzesznikowi, wysyłając go jednocześnie na śmierć.

INKWIZYTOR Ale dusza zostawała ocalona!
SZATAN Jego dusza zostawała ocalona! Być może. A wasze? Zadziwiające, że od zawsze tak martwicie się o dusze bliźnich.

[…]

Źródło:

Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Dialog inkwizytora, w: Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Inkwizytor, s. 9-16

Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Czarownik*

„Panie Inkwizytorze,

spełniając Waszą prośbę oddaję oto w Wasze ręce ostatnich dni urodzonego w Mesynie rzemieślnika Andrei Caruso, który to zamieszkiwał u Papireta z Palermo trudniąc się pończosznictwem. Za tym to rzemiosłem ukrywał długo obmierzłą praktykę czarodziejską. W 1626 roku, w wieku lat 55, wskazany przez lud, wyżej wspomniany Caruso wydany w ręce inkwizytora Tezmiera. Uwięziono go i uznano za winnego; odebrano majątek zabroniono działalności i skazano na ośmioletnie wygnanie z całego Królestwa Sycylii, z którego został wypędzony 20 grudnia 1634 roku po tym jak przy akompaniamencie razów przeszedł ulicami Palermo.

Po odbyciu kary w okręgu Neapolu, w 1647 r powrócił do Palermo, ze względu jednak na kryzys w pończosznictwie, jaki dotknął Królestwo Sycylii, nie wznowił już rzemieślniczej działalności obróbki jedwabiu.

[…]

w duchu ewangelicznym, broniąc innych przed przemocą i łagodząc rodzinne kłótnie, lecząc męki miłości, zaradzając cierpieniom nędzarzy. Na wszystkie te problemy zalecał uzdrawiające kąpiele w wodzie morskiej, sprzedawał amulety i talizmany – nierządnicom głównie, bo to one posiadały środki na zakup miłosnych czarów, wprowadzając jednak zamieszanie w dzielnicy i w zaułku Fico, gdzie zamieszkiwał.
Zdarzyło się raz, że Caruso, utrzymując się w podobny sposób nie zdołał spłacić długu w pobliskiej galanterii i został przez swego dłużnika wydany krewniakowi, pełniącemu urząd inkwizytora tejże dzielnicy.
Tamten początkowo ze współczuciem przymykał oko na występki Caruso, w końcu jednak donos zmusił go do jego odemknięcia.

Na skutek cudownie odzyskanego przez inkwizytora wzroku, który wcześniej stracił był przez litość, Caruso ponownie stanął przed sądem, gdzie z pomocą licznych świadków wyszły na jaw jego dawne, jak i te całkiem niedawne postępki.

Temu drugiemu już procesowi Caruso przewodniczył Juan Lopez Cisneros, ówcześnie urzędnik skarbowy Świętego Oficjum (a obecnie nasz towarzysz i nieoceniony tropiciel herezji, mianowany został w uznaniu postępowania, jakim odznaczył się w owym procesie).

W wyniku spektakularnie przeprowadzonego dochodzenia, zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki, skazano Caruso na
więzienie, co wielu wydało się karą zbyt łagodną w stosunku do oskarżenia.

Cisneros zatem - nie poddając się w swej miłości do prawdy Chrystusowej - wznowił dochodzenie z przezornością właściwą każdemu, kto świadom jest faktu, że czarownicy udają lekarzy, a w rzeczywistości są zaś zapamiętałymi heretykami. Ostatecznie doszło do trzeciego procesu, dzięki któremu sprawiedliwość wreszcie dosięgła Caruso - uznano go za heretyka i skazano na stos.
Dzięki niech będą Bogu, który ze względu na miłość Chrystusa pozwolił nam potwierdzić, że próby uzdrawiania dusz
podejmować jedynie ten, kto pozostaje wierny Jego Kościołowi.

Źródło:

Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Czarownik. Relacja dla inkwizytora z Palermo, w: Natale Benazzi, Gian Franco Freguglia, Inkwizytor, s. 119-120

E. Kerret, Ostatnie opowiadanie i koniec* (fragm.)

Tej nocy, kiedy diabeł przyszedł zabrać mu jego talent, nie kłócił się, nie skamlał i nie robił zamieszania.

- Słowo się rzekło - powiedział i poczęstował diabła kulką czekoladową „Mozart” i szklanką lemoniady.
- Było super, było smacznie, było miło. A teraz się skończyło i oto jesteś, taka twoja robota. Nie ma sprawy. Tylko, jeśli można, chciałbym jeszcze jedno małe opowiadanie, zanim mi go zabierzesz. Ostatnie opowiadanie i koniec. Tak, żeby mi zostało jeszcze coś z tego smaku w ustach.

Diabeł popatrzył na pozłacany papierek od czekolady i wiedział już, że popełnił błąd, zgadzając się zjeść. Tacy sympatyczni zawsze narobią ci najwięcej kłopotów. Z wrednymi nigdy nie miał problemów. Przychodzi się, bierze duszę, odpina rzepy, wyrywa talent i koniec. [...]

- Dobrze - westchnął diabeł - jedno ostatnie. Ale żeby było krótkie, hę? Już prawie trzecia, a jeszcze muszę dzisiaj zdążyć co najmniej pod dwa adresy.

- Krótkie - uśmiechnął się chłopak ze zmęczeniem - króciusieńkie nawet. Góra trzy strony. Tymczasem możesz pooglądać telewizję.

Po unicestwieniu jeszcze dwóch „Mozartów” diabeł rozparł się wygodnie na kanapie i wziął do pilota. W tym czasie, z drugiego pokoju, mógł słyszeć, jak chłopak, który mu przyniósł czekoladki, wali bez końca w klawiaturę równym tempem jak ktoś, kto w bankomacie wstukuje jakiś tajny kod z milionem cyfr. Niechby tylko wyszło mu coś naprawdę w porządku, myślał sobie diabeł, gapiąc się na mrówkę drepczącą po ekranie z filmem przyrodniczym na ósmym kanale. „Coś takiego z wieloma drzewami i dziewczynką, która szuka swoich rodziców. Coś z początkiem, co chwyta cię za jaja, i z zakończeniem tak rozdzierającym, że ludzie po prostu zaczną płakać”. [...] Było już po czwartej i w ciągu dwudziestu minut, góra pół godziny, nieważne skończył-nie-skończył, musiał otworzyć człowiekowi rzepy, wyciągnąć towar i zmywać się stamtąd. Inaczej, w magazynie, nażre się potem takiego gówna, że w ogóle nawet nie chciał o tym myśleć.

Tyle że tamten naprawdę był w porządku. I już w pięć minut później wyszedł z drugiego pokoju spocony z wydrukowanymi trzema stronami w ręku. Opowiadanie było naprawdę dobre. Nie o dziewczynce i nie chwytało za jaja, ale szalenie wzruszające. A kiedy diabeł mu to powiedział, chłopak strasznie się ucieszył i też to okazał. I ten uśmiech został mu nawet po tym, kiedy diabeł wyrwał mu talent, zwinął go ciaśniutko i włożył do specjalnego pudełka ze styropianem - przez cały ten czas nie zrobił ani razu nawet miny cierpiącego artysty, tylko przyniósł jeszcze coś słodkiego.

- Przekaż swoim szefom podziękowanie – powiedział do diabła - powiedz im, że było mi naprawdę przyjemnie, z powodu talentu i w ogóle. Nie zapomnij.

A diabeł powiedział mu, że dobrze, i pomyślał sobie, że gdyby zamiast diabłem był też człowiekiem albo po prostu poznaliby się w innych  okolicznościach, mogliby być przyjaciółmi.

- Wiesz, co będziesz teraz robił? - zapytał z troską diabeł, kiedy już stał w drzwiach.

- Nie za bardzo, pewnie uda mi się częściej chodzić nad morze, spotykać z przyjaciółmi - takie rzeczy. A ty?

- Praca - powiedział diabeł i zarzucił sobie skrzynię na plecy. - Wierz mi, ja to poza pracą nic specjalnie nie mam w głowie.

- Powiedz - zapytał chłopak - tak dla ciekawości: co się na koniec dzieje z tymi wszystkimi talentami?

- Nie bardzo wiem - poinformował diabeł - po prostu zanoszę je do magazynu, tam mi je podliczają, stemplują w karcie gońca i tyle. Co się z nimi potem dzieje, kompletnie nie mam pojęcia.

- Jak w rachunkach wyjdzie ci o jeden za dużo, zawsze miło mi będzie dostać go z powrotem - zaśmiał się chłopak i klepnął skrzynię. A diabeł też się zaśmiał, ale takim śmiechem przegranym i przez wszystkie cztery pietra w dół myślał tylko o opowiadaniu, które tamten napisał i że ta fucha rewindykatora kiedyś wydawała mu się nawet niezła.

Erich Fromm, Ucieczka od wolności* (fragm.),

Bibliografia: Erich Fromm, Ucieczka od wolności* (fragm.),.

Erich Fromm, Ucieczka od wolności, przeł. O. i A. Ziemilscy, Warszawa 1993, s. 48-49.