motyw literacki

motyw literacki

  • Śmierć – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw śmierci należy do najtrwalszych tematów literatury i kultury: łączy przemijanie, lęk, pamięć i pytania o sens istnienia. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Śmierć w języku polskim

    Definicja śmierci

    nieodwracalne ustanie wszystkich czynności ustroju oraz procesów przemiany materii we wszystkich jego komórkach; zgon, skon;

    klęska, cios śmiertelny; niepożądany koniec, kres czego;

    ludowa personifikacja śmierci   kresu życia osobniczego   pod postacią ludzkiego szkieletu z kosą;

     Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Etymologia wyrazu śmierć:

    Źródło: Słownik etymologiczny,

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    zejście, zgon, skon, skonanie, kostucha, mroczny żniwiarz, sen wieczny, ostatnie pożegnanie,

    Antonimy

    narodziny,

    Słownictwo powiązane ze śmiercią:

    eschatologia, sprawy ostateczne, zbawienie, potępienie, ars moriendi, ars bene moriendi, danse macabre, memento mori, vanitas, non omnis moriar (nie wszystek umrę), exegi monumentum (stawiam sobie pomnik), śmiertelnik, nieśmiertelność, wieczna młodość, nieśmiertelnik, nekrolog, pogrzeb, stypa, kondukt, liryka funeralna, funeralność, żałoba, pośmiertny, grób, zabić, zamordować, mord, rzeź, kaźń, męczennik,

    Związki frazeologiczne:

    być w śmiertelnym niebezpieczeństwie, igrać ze śmiercią, być, wyglądać jak trzy ćwierci do śmierci, prędzej bym się śmierci spodziewał, ktoś będzie żył (aż) do śmierci, raz kozie śmierć, coś umarło śmiercią naturalną, Czarna śmierć, patrzeć śmierci w oczy, przyjaciele na śmierć i życie,
    być między życiem a śmiercią, do śmierci przez całe dalsze życie, na łożu śmierci umierając, ponieść/znaleźć śmierć, przypłacić coś śmiercią, umrzeć swoją/własną śmiercią, zginąć śmiercią żołnierza, zginąć śmiercią bohaterską, bić, katować, zatłuc na śmierć, iść na (pewną) śmierć, zapijać się/zapracowywać się na śmierć, zapomnieć na śmierć o czymś, być ze śmiercią oko w oko, ściana śmierci, śmierć bohaterska/męczeńska, nieuchronna/pewna śmierć, lekka śmierć, nagła śmierć, przedwczesna śmierć, samobójcza, skrytobójcza, tajemnicza śmierć, śmierć głodowa, śmierć od kuli, śmierć przez powieszenie, śmierć z głodu, śmierć wskutek upływu krwi, kara, wyrok śmierci, majestat, powaga, milczenie śmierci, pogarda śmierci, rocznica śmierci, osądzić, skazać na śmierć, ponieść śmierć, spowodować, zadać śmierć, pragnąć, szukać, wzywać śmierci, ujść/uniknąć śmierci, uratować/wybawić od śmierci, śmierć kogoś zabrała, śmierć komuś grozi, śmierć przychodzi, śmierć gwałtowna, tragiczna śmierć, śmierć fizjologiczna/naturalna, śmierć kliniczna, akt śmierci, świadectwo śmierci, zakręt śmierci, biała śmierć, blady jak śmierć, zblednąć jak śmierć, kwestia/sprawa/zagadnienie życia i śmierci, pan życia i śmierci, bój/walka na śmierć i życie, przyjaźń/przymierze na śmierć i życie, śmierć cywilna, śmierć komuś w oczy, patrzy/zagląda/zaziera, walczyć ze śmiercią, wydrzeć kogoś śmierci, zagadać kogoś na śmierć, zakochać się na śmierć, zanudzić kogoś, zanudzić się na śmierć, zmagać się ze śmiercią, żałoba narodowa.

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Starość nie radość, śmierć nie wesele.

    Śmierć i żona od Boga przeznaczona.

    Choćbyś miał złota skrzynie, śmierci się nie wywiniesz.

    Choćbyś uciekał przez góry, las – śmierć do ciebie zdąży na czas.

    Jakie życie, taka śmierć.

    Starość nie radość, śmierć nie wesele.

    Wyśpisz się po śmierci.

    Aforyzmy

    Zło najstraszliwsze, śmierć, nie dotyka nas wcale, bo póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy śmierć jest, nie ma nas. Epikur

    Z śmiercią człowieka umiera nieznany świat ..nieszczęśliwy jest samotny wszędzie. Gustaw Herling Grudziński

    Wojna - to życie; które nie może istnieć bez śmierci. Emil Zola

    Śmierć w antyku

    ; .

    Śmierć w antyku - Król Edyp, Sofoklesa

    Sofokles: Król Edyp, Epejsodion 3 (fragm.)

    POSŁANIEC
    Dobrą wieść niosę dla domu i męża.
    JOKASTA
    Jaką nowinę? Skądże to przybywasz?
    POSŁANIEC
    Z Koryntu, — słowa, które wnet wypowiem,
    Sprawią ci radość — a może i troskę.
    JOKASTA
    Cóż to, co siłę podwójną mieć może?
    POSŁANIEC
    Jego chcą ludzie istmijskiej krainy
    Posadzić na tron; tak o tym mówiono.
    JOKASTA
    Cóż? czyż już stary Polybos nie rządzi?
    POSŁANIEC
    Przestał, bo śmierć go zabrała do grobu.
    JOKASTA
    Cóż znowu? umarł więc, starcze, Polybos?
    POSŁANIEC
    Niech zginę, jeśli prawdy nie wyrzekłem.

    Sofokles: Król Edyp, Exodos (fragm.)

    Posłaniec
    By jednym słowem wyrzec i pouczyć,
    Wiedzcie, że boska Jokasta nie żyje.
    Chór
    O, ta nieszczęsna! Jak ona zginęła?
    Posłaniec
    Z własnej swej ręki. [...]
    Gdy bowiem w szale rozpaczy wkroczyła
    W przedsionek, wbiegła prosto do łożnicy,
    Włosy targając obiema rękami,
    A drzwi za sobą gwałtownie zawarłszy,
    Cieniów zmarłego woła Laiosa,
    Starych pamiętna miłości, od których
    On zginął, matkę zostawiając na to,
    Aby płodziła dalej z własnym płodem.
    Jękła nad łożem, co dało nieszczęsnej
    Męża po mężu i po dzieciach dzieci,
    I jak wśród tego skończyła, już nie wiem.
    Bo wyjąc Edyp wbiegł i od tej chwili
    Już nie widziałem, co ona poczyna,
    Lecz jego tylko śledziłem już ruchy.
    Biegał on, od nas żądając oszczepu,
    Wołał, gdzie żona – nie żona, gdzie rola
    Dwoista, której był siewcą i siewem.
    I szalonemu duch chyba to wskazał,
    Nie żaden z ludzi, którzy tam obecni.
    Więc z krzykiem strasznym, jakby za przewodem,
    Runął ku drzwiom i wnet ze zawiasów
    Wysadził bramę i wpadł do komnaty. –
    A tam zoczym niewiastę, jak wisi
    Chustą zdławiona. Edyp na ten widok
    Z wyciem okropnym, nieszczęsny, rozplątał
    Węzeł ofiary, a kiedy jej ciało
    Zwisło na ziemię, zdwoiła się groza.

    Źródło:

    https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/krol-edyp.html

    Śmierć w Biblii

    Upadek pierwszych ludzi

    Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą».

    Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: «Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli.vW pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!»

    Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich.

    Po czym Pan Bóg rzekł: «Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki» […]

    Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia.

    Kain i Abel

    Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: «Otrzymałam mężczyznę od Pana». A potem urodziła jeszcze Abla, jego brata.

    Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę. Gdy po niejakim czasie Kain składał dla Pana w ofierze płody roli, zaś Abel składał również pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu, Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: «Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować».

    Rzekł Kain do Abla, brata swego: «Chodźmy na pole». A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go. Wtedy Bóg zapytał Kaina: «Gdzie jest brat twój, Abel?» On odpowiedział: «Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?» Rzekł Bóg: «Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!» Kain rzekł do Pana: «Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść. Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!» Ale Pan mu powiedział: «O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!» Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka.

    Apokalipsa św. Jana

    A gdy otworzył pieczęć czwartą, usłyszałem głos czwartego Zwierzęcia mówiącego: «Przyjdź!»

    I ujrzałem: oto koń trupio blady, a imię siedzącego na nim Śmierć, i Otchłań mu towarzyszyła.

    I dano im władzę nad czwartą częścią ziemi, by zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez dzikie zwierzęta.[…]

    I w owe dni ludzie szukać będą śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie. [...]

    I zostali uwolnieni czterej aniołowie, gotowi na godzinę, dzień, miesiąc i rok, by pozabijać trzecią część ludzi.

    A gdy dopełnią swojego świadectwa, Bestia, która wychodzi z Czeluści, wyda im wojnę, zwycięży ich i zabije.

    A zwłoki ich [leżeć] będą na placu wielkiego miasta, które duchowo zwie się: Sodoma i Egipt, gdzie także ukrzyżowano ich Pana.

    I [wielu] spośród ludów, szczepów, języków i narodów przez trzy i pół dnia ogląda ich zwłoki; a zwłok ich nie zezwalają złożyć do grobu.

    Wobec nich mieszkańcy ziemi cieszą się i radują; i dary sobie nawzajem będą przesyłali, bo ci dwaj prorocy mieszkańcom ziemi zadali katuszy.

    A po trzech i pół dniach duch życia z Boga w nich wstąpił i stanęli na nogi.

    A wielki strach padł na tych, co ich oglądali. Posłyszeli oni donośny głos z nieba do nich mówiący: «Wstąpcie tutaj!»

    I w obłoku wstąpili do nieba, a ich wrogowie ich zobaczyli.

    W owej godzinie nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi i runęła dziesiąta część miasta, i skutkiem trzęsienia ziemi zginęło siedem tysięcy osób.

    A pozostali ulegli przerażeniu i oddali chwałę Bogu nieba

    Źródło:

    http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=4

    Pasja (fragm.), reż. Mel Gibson

    tortury https://www.youtube.com/watch?v=6BXeAW4g0ZM

    Śmierć w średniowieczu

    , .

    Dialog Mistrza Polikarpa ze Śmiercią


    Wszytcy ludzie, posłuchajcie,
    Okrutność śmirci poznajcie! -
    Wy, co jej nizacz nie macie,
    Przy skonaniu ją poznacie.
    Bądź to stary albo młody,
    Żadny nie ujdzie śmiertelnej szkody;
    Kogo koli śmierć udusi,
    Każdy w jej szkole być musi;
    Dziwno się swym żakom stawi,
    Każdego żywota zbawi.
    […]
    Mędrzec wieliki, mistrz wybrany,
    Prosił Boga o to prawie,
    By uźrzał śmierć w jej postawie.
    Gdy się moglił Bogu wiele,
    Ostał wszech ludzi w kościele,
    Uźrzał człowieka nagiego,
    Przyrodzenia niewieściego,
    Obraza wielmi skaradego,
    Łoktuszą przepasanego.
    Chuda, blada, żołte lice
    Łszczy się jako miednica;
    Upadł ci jej koniec nosa,
    Z oczu płynie krwawa rosa;
    Przewiązała głowę chustą

    Jako samojedź krzywousta;
    Nie było warg u jej gęby,
    Poziewając skrżyta zęby;
    Miece oczy zawracając,
    Groźną kosę w ręku mając;
    Goła głowa, przykra mowa,
    Ze wszech stron skarada postawa -
    Wypięła żebra i kości,
    Groźno siecze przez lutości.
    Mistrz widząc obraz skarady,
    Żołte oczy, żywot blady,
    Groźno się tego przelęknął,
    Padł na ziemię, eże stęknął.
    […]
    Mors dicit:
    Gdy stworzył Bog człowieka,
    Iżby był żyw eż do wieka,
    Stworzył Bog Jewę z kości
    Adamowi ku radości.
    Dał jemu moc nad źwierzęty,
    By panował jako święty;
    Podał jemu ryby s morza
    Chcąc go zbawić wszego gorza;
    Polecił mu rajskie sady
    Chcąc ji zbawić wszej biady.
    To wszytko w jego moc dał,
    Jedno mu drzewo zakazał,
    By go owszejki nie ruszał
    Ani się na nie pokuszał,
    Rzeknąc jemu: "Jedno ruszysz,
    Tedy pewno umrzeć musisz!"
    Ale zły duch Jewę zdradził,
    Gdy jej owoc ruszyć radził.
    Ewa się ułakomiła,
    Śmiałość uczyniła.
    W ten czas się ja poczęła,
    Gdy Ewa jabłko ruszyła,
    Adamowi jebłka dała,
    A ja w onem jebłku była.
    Adam mie w jebłce ukusił,
    Przeto przez mię umrzeć musił -
    W tem Boga barzo obraził
    I wszytko swe plemię zaraził.
    […]
    Majister dicit:
    Miła Śmierci, nie mow mi tego,
    Zbawisz mię żywota mego;
    Już ci nie wiem, coć mi się złego stało:
    Głowa mi się wkoło toczy,
    S niej chcą wypaść oczy.
    Mors dicit:
    Czemu się tak wiele przeciwiasz,
    Mirziączki se mną nabywasz!
    Nikt się przede mną nie skryje,
    Wszytkiem żywem utnę szyje:
    Sama w lisie jamy łażę,
    Wszytki liszki w zdrowiu każę;
    Za kunami łażę w dzienie,
    Łupieże dam na odzienie;
    Ja dawię gronostaje
    I wiewiorkam się dostaje;
    Jać też kosą siekę wilki,
    Sarny łapam drugiej filki;
    Przez płoty chłopie
    Gonię żorawie i dropie;
    Z gęsi też wypędzam <kruszki>,
    Pierze dawam na poduszki -
    Źwierzęta i wszytki ptaki
    Ja posiekę, nieboraki.

    Źródło:

    http://staropolska.pl/sredniowiecze/poezja_swiecka/dialog_06.html

    Pieśń o Rolandzie

    XCV

    Oliwier słyszy to, płonie gniewem. Spina konia złotemi ostrogami, i jak szczery baron gotuje się uderzyć. Kruszy mu tarczę, rozdziera zbroję, wbija mu w ciało płótno swego proporca, drzewcem podnosi go ze strzemion i wali go trupem. Patrzy na ziemię, widzi leżącego zdrajcę.

    XCVI

    Zaś Geryn wali Malprymia z Brygalu. Tęga tarcz poganina nie warta mu jest ani szeląga. Geryn kruszy jej kryształową sprzączkę; połowa upada na ziemię, rozcina mu pancerz aż do ciała i wbija mu swą tęgą kopję w żywe mięso. Poganin wali się jak kłoda; duszę jego czart unosi.

    XCVII

    A jego towarzysz Gerjer wali emira. Kruszy mu tarczę, rozdziera koszulkę drucianą, wbija mu w trzewia srogą włócznię; przyciska mocno, przeszywa mu żeleźcem ciało, i drzewcem ściąga martwego na ziemię. Oliwier powiada: „Dobra nasza bitwa!“

    CIV

    Bitwa jest wspaniała; wszystko zaczyna się kłębić. Hrabia Roland nie oszczędza się. Uderza włócznią póki drzewce całe; po piętnastu ciosach złamał ją i zniszczył. Dobywa Durendal, swój dobry miecz, cały nagi. Spina konia i rusza na Szernubla. Kruszy mu hełm, w którym błyszczą karbunkuły, przecina mu czapkę wraz ze skórą na głowie, przecina mu twarz między oczami, cienką koszulkę stalową i całe ciało aż do kroku. Przez siodło nabijane złotem miecz dosięga konia. Przecina mu krzyż nie macając stawów, wali go martwego na łąkę, na bujną trawę. Poczem mówi: „Synu niewolnika, zabiegłeś drogę nieszczęściu. Mahomet nie przyjdzie ci z pomocą. Takie ścierwo jak ty nie wygra bitwy!“

    CLXVIII

    Roland czuje, że śmierć jest blisko. Uszami mózg mu się wylewa. Modli się do Boga za swoich parów, aby ich przyjął do nieba; następnie prosi anioła Gabrjela za samego siebie. Bierze róg, iżby mu nikt nie robił wyrzutu, i drugą ręką swój miecz zwany Durendalem. Nieco dalej niż na strzelenie z kuszy idzie ku Hiszpanji przez pole. Wstępuje na wzgórek. Tam, pod pięknem drzewem, są cztery stopnie zrobione z marmuru. Na zielonej trawie upada na wznak. Omdlewa, śmierć jego się zbliża. [...]

    CLXXI

    Roland czuje, że oczy mu zachodzą mgłą. Staje na nogi, siłuje się póki może. Twarz jego straciła barwę. Przed sobą widzi kawał skały. Wali w nią dziesięć razy, pełen żałoby i wściekłości. Stal zgrzyta; nie łamie się, ani się nie szczerbi. „Ha! rzecze hrabia, Najświętsza Panno, bądź mi ku pomocy. Ha, Durendalu, dobry Durendalu, bieda z tobą! Skoro umieram, nie będę miał już pieczy o ciebie. Przez ciebie wygrałem w szczerem polu tyle bitew, przez ciebie ujarzmiłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol siwobrody. Nie idź mi nigdy w ręce człowieka zdolnego uciec przed drugim! Dobry wassal długo cię dzierżył: nie będzie nigdy podobnego tobie w świętej Francji“. [...]

    CLXXIII

    Roland uderzył mieczem o krzemień! Walił nim więcej niżbym zdołał powiedzieć. Miecz zgrzyta, nie pryska ani się nie łamie. Odskakuje ku niebu. Kiedy hrabia widzi że go nie złamie, żałuje go w duszy bardzo łagodnie. „Ha! Durendal, jakiś ty piękny i święty! Twoja złota gałka pełna jest relikwij: ząb świętego Piotra, krew świętego Bazylego i włosy wielebnego świętego Denisa, strzęp szaty Najświętszej Panny. Nie godzi się by poganie cię posiedli, chrześcijanie powinni pełnić twoją służbę. Obyś nigdy nie dostał się w ręce tchórza! Tobą zdobyłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol, cesarz siwobrody: przez ciebie jest potężny i bogaty“.

    CLXXIV

    Roland czuje, że śmierć go bierze całego: z głowy zstępuje do serca. Biegnie rycerz pędem na szczyt góry, położył się na zielonej murawie, twarzą do ziemi. Pod siebie kładzie swój miecz i róg. Obrócił głowę ku zgrai pogan; tak czyni, chcąc aby Karol powiedział, i wszyscy jego ludzie, że umarł jako zwycięzca i jako zacny hrabia. Raz poraz słabnącą ręką uderza się w piersi. Za grzechy swoje wyciąga ku niebu swoją rękawicę.

    CLXXV

    Roland czuje, że dobiegł już kresu. Leży na stromym pagórku twarzą ku Hiszpanji. Jedną ręką bije się w pierś: „Boże, przez twoją łaskę, mea culpa; za moje grzechy, wielkie i małe, jakie popełniłem od godziny urodzenia aż do dnia w którym oto poległem!“ Wyciągnął do Boga prawą rękawicę. Aniołowie z nieba zstępują ku niemu.

    CLXXVI

    Hrabia Roland leży pod sosną. Ku Hiszpanji obrócił twarz. Wiele rzeczy przychodzi mu na pamięć: tyle ziem które zdobył dzielny rycerz, i słodka Francja, i krewniacy, i Karol Wielki, jego pan, który go wychował. Płacze i wzdycha, nie może się wstrzymać. Ale nie chce przepomnieć siebie samego; bije się w piersi i prosi Boga o przebaczenie: „Prawdziwy Ojcze, któryś nigdy nie skłamał, ty któryś przywołał świętego Łazarza z pośród umarłych, ty któryś ocalił Daniela z pomiędzy lwów, ocal moją duszę od wszystkich niebezpieczeństw, za grzechy którem popełnił w życiu!“ Ofiarował Bogu swą prawą rękawicę, święty Gabrjel wziął ją z jego dłoni. Opuścił głowę na ramię; doszedł, ze złożonemi rękami, swego końca. Bóg zsyła mu swego anioła Cherubina i świętego Michała Opiekuna; z nimi przyszedł i święty Gabrjel. Niosą duszę hrabiego do raju.

    Śmierć w renesansie

    , , , opracowanie Trenów;

    Wiliam Szekspir, Makbet

    Makbet, Akt I, scena II (fragm.)

    MAKBET

    O, jeszcze jedno słowo, ciemne wieszczki!

    Przez śmierć Sinela jestem thanem Glamis,

    Lecz jak Cawdoru? Than Cawdoru żyje,

    Żyje szczęśliwy; żeby królem zostać,

    To równie wiary przechodzi granice,

    Jak to, że jestem dziś thanem Cawdoru.

    Mówcie, skąd dziwna wiedza wam ta przyszła?

    Mówcie, dlaczego na tym dzikim stepie,

    Tym pozdrowieniem proroczym nasz pochód

    Zatrzymujecie? Zaklinam was, mówcie!

    Makbet, Akt I, Scena IV (fragm.)

    KRÓL DUNCAN

    Czy egzekucja Cawdora spełniona?

    Czy komisarze nasi powrócili?

    MALCOLM

    Jeszcze nie, królu, lecz miałem sposobność

    Rozmawiać chwilę z świadkiem jego śmierci.

    Na rusztowaniu zdradę swoją wyznał,

    O twe królewskie błagał przebaczenie,

    Swój żal serdeczny za zbrodnię objawił.

    Nic piękniejszego nie miał w swoim życiu,

    Jak chwila, w której z życiem się tym żegnał;

    Umarł, jak człowiek, co umrzeć się uczył;

    Skarb swój najdroższy oddał obojętnie,

    Jak liche cacko.

    Makbet, Akt II, scena III (fragm.)

    MACDUFF

    […] Zbudźcie się! Wstańcie! Na gwałt bijcie w dzwony!

    Morderstwo! Zdrada! Banquo, Donalbainie,

    Malcolmie, wstańcie! Śmierci wizerunek,

    Sen otrząśnijcie! Na śmierć patrzcie samą!

    Wstańcie! Zobaczcie sądnego dnia obraz!

    Malcolmie, Banquo, jak z grobu powstańcie,

    I jak umarłych duchy się przybliżcie,

    Aby tak wielkiej przypatrzyć się grozie!

    Uderzcie w dzwony!

    Dzwonią. Wchodzi lady Makbet.

    LADY MAKBET

    I cóż się to stało,

    Że jakby trąby przeraźliwej hasło

    Całego domu śpiących tu zwołuje?

    Mów! Mów!

    MACDUFF

    O pani, czułe twoje serce

    Nie jest do takiej stworzone boleści.

    W kobiety ucho takie słowo rzucić,

    Jest to ją zabić!

    Wchodzi Banquo.

    O Banquo! o Banquo!

    Nasz król zabity!

    Makbet, Akt V, Scena VII (fragm.)

    ROSS

    Panie, żołnierski dług syn twój zapłacił.

    Żył tylko, póki nie wyrósł na męża,

    A skoro tego swą dowiódł dzielnością,

    Jednego w boju nie cofając kroku,

    Jak mąż tam umarł.

    SIWARD

    Jak to, więc zabity?

    ROSS

    Tak jest, i z pola bitwy uniesiony.

    Jego zasługą twoich smutków nie mierz,

    Bo by nie miały końca.

    SIWARD

    Odwaga, Rycerz, Ojciec, Syn, Śmierć bohaterskaZ przodu ranny?

    ROSS

    W czoło.

    SIWARD

    Więc bożym niech będzie żołnierzem!

    Gdybym miał synów tyle, co mam włosów,

    Piękniejszej śmierci nie pragnąłbym dla nich.

    Niech mu to będzie dzwonem pogrzebowym!

    MALCOLM

    Więcej wart smutku i znajdzie go u mnie.

    SIWARD

    Nie więcej, panie; mężnie życie stracił,

    Swą długu cząstkę uczciwie zapłacił,

    Więc Bóg z nim! — Nowa zbliża się pociecha.

    Jan Kochanowski, Treny

    Tren I

    Wszytki płacze, wszytki łzy Heraklitowe

    I lamenty, i skargi Symonidowe,

    Wszytki troski na świecie, wszytki wzdychania

    I żale, i frasunki, i rąk łamania,

    Wszytki a wszytki za raz w dom się mój noście,

    A mnie płakać mej wdzięcznej dziewki pomożcie,

    Z którą mię niepobożna śmierć rozdzieliła

    I wszytkich moich pociech nagle zbawiła.

    Tak więc smok, upatrzywszy gniazdko kryjome,

    Słowiczki liche zbiera, a swe łakome

    Gardło pasie; tymczasem matka szczebiece

    Uboga, a na zbójcę coraz się miece,

    Prózno ! bo i na sarnę okrutnik zmierza,

    A ta nieboga ledwe umyka pierza.

    "Prózno płakać" - podobno drudzy rzeczecie.

    Cóż, prze Bóg żywy, nie jest prózno na świecie?

    Wszytko prózno! Macamy, gdzie miękcej w rzeczy,

    A ono wszędy ciśnie! Błąd - wiek człowieczy!

    Nie wiem, co lżej : czy w smutku jawnie żałować,

    Czyli się z przyrodzeniem gwałtem mocować?

    TREN IV

    Zgwałciłaś, niepobożna Śmierci, oczy moje,

    Żem widział umierając miłe dziecię swoje!

    Widziałem, kiedyś trzęsła owoc niedordzały,

    A rodzicom nieszczęsnym serca się krajały.

    Nigdyć by ona była bez wielkiej źałości

    Mojej umrzeć nie mogła, nigdy bez ciężkości

    I serdecznego bolu, w którymkolwiek lecie

    Mnie by smutnego była odbiegła na świecie;

    Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy,

    Nigdy smutniejszy nie mógł być ani teskliwszy.

    A ona, by był Bóg chciał, dłuższym wiekiem swoim

    Siła pociech przymnożyć mogła oczom moim.

    A przynamniej tymczasem mogłem był odprawić

    Wiek swój i Persefonie ostatniej się stawić,

    Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej żałości,

    Której równia nie widzę w tej tu śmiertelności.

    Nie dziwuję Niobie, że na martwe ciała

    Swoich namilszych dziatek patrząc skamieniała.

    TREN V

    Jako oliwka mała pod wysokim sadem

    Idzie z ziemie ku górze macierzyńskim śladem,

    Jeszcze ani gałązek, ani listków rodząc,

    Sama tylko dopiro szczupłym prątkiem wschodząc:

    Tę jesli, ostre ciernie lub rodne pokrzywy

    Uprzątając, sadownik podciął ukwapliwy,

    Mdleje zaraz, a zbywszy siły przyrodzonej,

    Upada przed nogami matki ulubionej -

    Takci się mej namilszej Orszuli dostało.

    Przed oczyma rodziców swoich rostąc, mało

    Od ziemie się co wznióswszy, duchem zaraźliwym

    Srogiej Śmierci otchniona, rodzicom troskliwym

    U nóg martwa upadła. O zła Persefono,

    Mogłażeś tak wielu łzam dać upłynąć płono?

    TREN VII

    Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory

    Mojej namilszej cory!

    Po co me smutne oczy za sobą ciągniecie,

    Żalu mi przydajecie?

    Już ona członeczków swych wami nie odzieje -

    Nie masz, nie masz nadzieje!

    Ujął ją sen żelazny, twardy, nieprzespany...

    Już letniczek pisany

    I uploteczki wniwecz, i paski złocone,

    Matczyne dary płone.

    Nie do takiej łożnice, moja dziewko droga,

    Miała cię mać uboga

    Doprowadzić! Nie takąć dać obiecowala

    Wyprawę, jakąć dała

    Giezłeczkoć tylko dała a lichą tkaneczkę;

    Ojciec ziemie brełeczkę

    W główki włożył. - Niestetyż, i posag, i ona

    W jednej skrzynce zamkniona!

    TREN VIII

    Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

    Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim!

    Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:

    Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.

    Tyś za wszytki mówiła, za wszytki śpiewała,

    Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała.

    Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować

    Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować,

    To tego, to owego wdzięcznie obłapiając

    I onym swym uciesznym śmiechem zabawiając.

    Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu,

    Nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu.

    Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,

    A serce swej pociechy darmo upatruje.

    TREN IX

    Kupić by cię, Mądrości, za drogie pieniądze!

    Która, jesli prawdziwie mienią, wszytki żądze,

    Wszytki ludzkie frasunki umiesz wykorzenić,

    A człowieka tylko nie w anioła odmienić,

    Który nie wie, co boleść, frasunku nie czuje,

    Złym przygodom nie podległ, strachom nie hołduje.

    Ty wszytki rzeczy ludzkie masz za fraszkę sobie,

    Jednaką myśl tak w szczęściu, jako i w żałobie

    Zawżdy niesiesz. Ty śmierci namniej się nie boisz,

    Bezpieczna, nieodmienna, niepożyta stoisz.

    Ty bogactwa nie złotem, nie skarby wielkimi,

    Ale dosytem mierzysz i przyrodzonymi

    Potrzebami. Ty okiem swym nieuchronionym

    Nędznika upatrujesz pod dachem złoconym,

    A uboższym nie zajźrzysz szczęśliwego mienia,

    Kto by jedno chciał słuchać twego upomnienia.

    Nieszczęśliwy ja człowiek, którym lata swoje

    Na tym strawił, żebych był ujźrzał progi twoje!

    Terazem nagle z stopniów ostatnich zrzucony

    I między insze, jeden z wiela, policzony.

    TREN X

    Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?

    W którą stronę, w którąś się krainę udała?

    Czyś ty nad wszytki nieba wysoko wniesiona

    I tam w liczbę aniołków małych policzona?

    Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe

    Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe

    Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem

    Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?

    Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,

    Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?

    Czyli się w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała

    Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?

    Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,

    Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła?

    Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,

    A nie możesz li w onej dawnej swej całości,

    Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną

    Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!

    TREN XVII

    Pańska ręka mię dotknęła,

    Wszytkę mi radość odjęta:

    Ledwe w sobie czuję duszę

    I tę podobno dać muszę.

    Lubo wstając gore jaśnie,

    Lubo padnąc slońce gaśnie,

    Mnie jednako serce boli,

    A nigdy się nie utoli.

    Oczu nigdy nie osuszę -

    I tak wiecznie płakać muszę!

    Muszę płakać! - O mój Boże,

    Kto się przed Tobą skryć może?

    [...]

    Śmierć w baroku

    John Donne, Sonet X

    przekład Stanisław Barańczak

    Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
    Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
    Skoro ci, których - myślisz - jużeś powaliła,
    Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie.

    Już sen, który jest twoim obrazem jedynie,
    Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła,
    Aby ciała spoczynek, ulgą duszy była
    Przynętą, która łudzi, wabi w twe pustynie.

    Losu, przypadku, królów, desperatów sługo,
    Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie;
    Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie

    I w twych ciosach; więc czemu puszysz się aż tak długo?
    Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
    W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.

    Śmierć w romantyzmie

    Romantyzm

    A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga II fragment - śmierć Stolnika:

    Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

    Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,

    Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

    Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

    Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

    Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

    W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

    Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

    Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

    Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,

    Krzycząc: <<ura!>> od bramy wali po tarasie;

    My im ze strzelb dziesięciu palnęli: <<a zasie!>>

    Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

    Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

    Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

    Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,

    Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;

    Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

    I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

    Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

    Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

    My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

    Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

    Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.

    Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

    Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

    I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

    On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;

    Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

    I już się rzadko który zza ściany wykradał.

    Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

    Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

    I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

    Obróciwszy się do mnie, rzekł: <<Za mną, Gerwazy!>>

    Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

    Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

    Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;

    Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

    Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!

    Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

    Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry

    Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

    Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

    Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

    Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...

    Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, - Pan nie żył".

    A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga X fragment – śmierć Stolnika:

    Wtem ujrzałem, poznałem: wystąpił na ganek

    I brylantową szpinką ku słońcu migotał,

    I wąs pokręcał dumnie i wzrok dumny miotał,

    I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,

    Że mnie poznał i ku mnie rękę t a k wyciągał,

    Szydząc i grożąc. - Chwytam karabin Moskala;

    Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył - wypala!

    Wiesz!...

    *

    Przeklęta broń ognista! Kto mieczem zabija,

    Musi składać się, natrzeć, odbija, wywija,

    Może rozbroić wroga, miecz w pół drogi wstrzymać;

    Ale ta broń ognista, dosyć zamek imać,

    Chwila, jedna iskierka...

    *

    Czyż uciekałem, kiedyś mierzył do mnie z góry?

    Utkwiłem oczy we dwie twojej broni rury,

    Rozpacz jakaś! żal dziwny do ziemi mnie przybił!

    Czemuż, ach, mój Gerwazy, czemuś wtenczas chybił?

    Łaskę byś zrobił! Widać, za pokutę grzechu

    Trzeba było..."

    A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga X fragment, śmierć Jacka Soplicy:

    "Jam jest Jacek Soplica..."

    Klucznik na to słowo

    Pobladnął, pochylił się, i ciała połową

    Wygięty naprzód, stanął, zwisł na jednej nodze,

    Jak głaz lecący z góry, zatrzymany w drodze.

    Oczy roztwierał, usta szeroko rozszerzał,

    Grożąc białemi zęby, a wąsy najeżał;

    Rapier z rąk upuszczony przy ziemi zatrzymał

    Kolanami i głownię prawą ręką imał,

    Cisnąc ją; rapier, z tyłu za nim wyciągniony,

    Długim, czarnym swym końcem chwiał się w różne strony.

    I Klucznik był podobny rysiowi rannemu,

    Który z drzewa ma skoczyć w oczy myśliwemu,

    Wydyma się kłębuszkiem, mruczy, krwawe ślepie

    Wyiskrza, wąsy rusza i ogonem trzepie.

    "Panie Rębajło - rzekł Ksiądz - już mię nie zatrwożą

    Gniewy ludzkie, bo jestem już pod ręką Bożą;

    Zaklinam cię na imię Tego, co świat zbawił

    I na krzyżu zabójcom swoim błogosławił,

    I przyjął prośbę łotra, byś się udobruchał

    I to, co mam powiedzieć, cierpliwie wysłuchał;

    Sam przyznałem się; muszę dla ulgi sumnienia

    Pozyskać, a przynajmniej prosić przebaczenia.

    Posłuchaj mej spowiedzi; potem zrobisz sobie

    Ze mną, co zechcesz". I tu złożył ręce obie

    Jak do pacierza; Klucznik cofnął się zdumiony,

    Uderzał ręką w czoło i ruszał ramiony.

    A Ksiądz zaczął swą dawną z Horeszką zażyłość

    Opowiadać i swoją z jego córką miłość,

    I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi.

    Lecz mówił nieporządnie, często mięszał skargi

    I żale we swą spowiedź, często rzecz przecinał,

    Jak gdyby już ją kończył, i znowu zaczynał.

    […]

    "Jacku! - zawołał Klucznik. - Mądre ty przyczyny

    Wynajdujesz; cóż? one nie zmniejszą twej winy!

    Bo wszakże zdarzało się już nieraz na świecie,

    Że kto pokochał pańskie lub królewskie dziecię,

    Starał się gwałtem zdobyć, przemyślał wykradać,

    Mścił się otwarcie - ale tak chytrze śmierć zadać!

    Panu polskiemu! w Polszcze, i w zmowie z Moskalem!"

    "Nie byłem w zmowie! -

    Jacek odpowiedział z żalem. -

    [...]

    Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić:

    Zemścić się krwawo, ale powód zemsty taić,

    Nie bywać w zamku, miłość z serca wykorzenić,

    Puścić w niepamięć Ewę, z inną się ożenić,

    A potem, potem jaką wynaleźć zaczepkę,

    Pomścić się.

    I zdało mi się zrazu, żem już serce zmienił,

    I rad byłem z wymysłu, i - jam się ożenił

    Z pierwszą, którąm napotkał dziewczyną ubogą!

    Źlem zrobił - jakże byłem ukarany srogo!

    Nie kochałem jej. Biedna matka Tadeusza,

    Najprzywiązańsza do mnie, najpoczciwsza dusza -

    Ale ja dawną miłość i złość w sercu dusił,

    Byłem jakby szalony, darmom siebie musił

    Zająć się gospodarstwem albo interesem;

    Wszystko na próżno! Zemsty opętany biesem,

    Zły, opryskliwy, znaleźć nie mogłem pociechy

    W niczem na świecie -

    i tak z grzechów w nowe grzechy...

    Zacząłem pić.

    I tak niedługo żona ma z żalu umarła

    Zostawiwszy to dziecię, a mnie rozpacz żarła!

    "Jeździłem koło zamku; ile biesów w głowie

    I w sercu miałem, kto ich imiona wypowie!

    Stolnik! zabija dziecię własne, mnie już zabił,

    Zniszczył - Jadę pod bramę, szatan mię tam wabił.

    Patrz, jak on hula! co dzień w zamku pijatyka,

    Ile świec w oknach, jaka brzmi w salach muzyka!

    I ten zamek na łysą głowę mu nie runie...

    Pomyśl o zemście, to wnet szatan broń podsunie.

    Ledwiem pomyślił, szatan nasyła Moskali.

    Stałem patrząc; wiesz, jak wasz zamek szturmowali.

    *

    Bo fałsz, żebym był w jakiej z Moskalami zmowie.

    [...]

    Wtem ujrzałem, poznałem: wystąpił na ganek

    I brylantową szpinką ku słońcu migotał,

    I wąs pokręcał dumnie i wzrok dumny miotał,

    I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,

    Że mnie poznał i ku mnie rękę t a k wyciągał,

    Szydząc i grożąc. - Chwytam karabin Moskala;

    Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył - wypala!

    Wiesz!...

    [...]

    Imię zdrajcy przylgnęło do mnie jako dżuma.

    Odwracali ode mnie twarz obywatele,

    Uciekali ode mnie dawni przyjaciele;

    Kto był lękliwy, z dala witał się i stronił;

    Nawet lada chłop, lada Żyd, choć się pokłonił,

    To mię z boku szyderskim przebijał uśmiechem;

    Wyraz <<zdrajca>> brzmiał w uszach, odbijał się echem

    W domie, w polu; ten wyraz od rana do zmroku

    Wił się przede mną, jako plama w chorym oku.

    Przecież nie byłem zdrajcą kraju!...

    Moskwa mnie uważała gwałtem za stronnika,

    Dano Soplicom znaczną część dóbr nieboszczyka,

    Targowiczanie potem chcieli mnie zaszczycić

    Urzędem. Gdybym wtenczas chciał się przemoskwicić!

    Szatan radził - już byłem możny i bogaty;

    Gdybym został Moskalem? Najpierwsze magnaty

    Szukałyby mych względów; nawet szlachta braty,

    Nawet gmin, który swoim tak łacnie uwłacza,

    Tym, którzy Moskwie służą, szczęśliwszym - przebacza!

    Wiedziałem to, a przecież - nie mogłem.

    *

    Uciekłem z kraju!

    Gdziem nie był! com nie cierpiał!

    Aż Bóg raczył lekarstwo jedyne objawić.

    Poprawić się potrzeba było i naprawić,

    Ile możności to...

    *

    "Córka Stolnika, ze swym mężem Wojewodą

    Gdzieś w Sybir wywieziona, tam umarła młodo;

    Zostawiła tę w kraju córkę, małą Zosię,

    Kazałem ją hodować.

    *

    "Bardziej niźli z miłości, może z głupiej pychy

    Zabiłem; więc pokora... wszedłem między mnichy,

    Ja, niegdyś dumny z rodu, ja, com był junakiem,

    Spuściłem głowę, kwestarz, zwałem się Robakiem,

    Że jako robak w prochu...

    "Zły przykład dla Ojczyzny, zachętę do zdrady,

    Trzeba było okupić dobremi przykłady,

    Krwią, poświęceniem się...

    Biłem się za kraj; gdzie? jak? zmilczę; nie dla chwały

    Ziemskiej biegłem tylekroć na miecze, na strzały.

    Milej sobie wspominam nie dzieła waleczne

    I głośne, ale czyny ciche, użyteczne,

    I cierpienia, których nikt...

    [...]

    Może i teraz, kto wie? możem znowu zgrzeszył!

    Możem nad rozkaz wodzów powstanie przyśpieszył!

    Ta myśl, że dóm Sopliców pierwszy się uzbroi,

    Że pierwszą Pogoń w Litwie zatkną krewni moi!...

    Ta myśl... zdaje się czysta...

    [...]

    "Oby tylko równie Bóg przebaczyć raczył! -

    Przerwał Klucznik. - Jeżeli masz przyjąć wijatyk,

    Księże Jacku, toć ja nie luter, nie syzmatyk!

    Kto umierającego smuci, wiem, że grzeszy.

    Powiem tobie coś, pewnie to ciebie pocieszy:

    Kiedy nieboszczyk pan mój upadał zraniony,

    A ja, klęcząc nad jego piersią pochylony

    I miecz maczając w ranę, zemstę zaprzysiągnął,

    Pan głowę wstrząsnął, rękę ku bramie wyciągnął

    W stronę, gdzie stałeś, i krzyż w powietrzu naznaczył;

    Mówić nie mógł, lecz dał znak, że zbójcy przebaczył.

    Ja też pojąłem, ale tak się z gniewu wściekłem,

    Że o tym krzyżu nigdy i słowa nie rzekłem".

    Tu rozmowę przerwały chorego cierpienia

    I nastąpiła długa godzina milczenia.

    Oczekują plebana.

    [...]

    Jacek, słuchając, cicho odmówił modlitwy,

    Przycisnąwszy do piersi święconą gromnicę,

    Podniosł w niebo zatlone nadzieją źrenice

    I zalał się ostatnich łez rozkosznych zdrojem:

    "Teraz - rzekł - Panie, sługę Twego puść z pokojem!"

    Wszyscy uklękli; a wtem ozwał się pod progiem

    Dzwonek: znak, że przyjechał pleban z Panem Bogiem.

    Właśnie już noc schodziła i przez niebo mleczne,

    Różowe, biegą pierwsze promyki słoneczne;

    Wpadły przez szyby jako strzały brylantowe,

    Odbiły się na łożu o chorego głowę

    I ubrały mu złotem oblicze i skronie,

    Że błyszczał jako święty w ognistej koronie.

    Johann Wolfgang Goethe, Cierpienia młodego Wertera, Wydawca do czytelnika, fragment – śmierć Wertera:

    Służący przyniósł pistolety Werterowi, który przyjął je z radością, dowiedziawszy się, że dała mu je sama Lota. Kazał sobie przynieść chleba i wina, wysłał chłopca na obiad i usiadł pisać.

    "Przeszły przez twoje ręce, otarłaś je z kurzu, całuję je tysiące razy, dotykałaś ich... ty... ty niebiańska istoto, pochwalasz tedy mój zamiar. Podajesz mi do rąk narzędzie, z rąk twoich tedy pragnę przyjąć śmierć i przyjmuję ją! Wypytałem dobrze służącego. Drżałaś, podając mu je, nie rzekłaś słowa pożegnania! Nie rzekłaś... biada mi! Czyżbyś zamknęła twe serce przede mną z powodu krótkiego :momentu, który mnie złączył z tobą na wieki? Loto, tysiąc lat nie zdoła zatrzeć tego wrażenia, a czuję, że nie możesz nienawidzić tego, który taką pała ku tobie miłością".

    Po jedzeniu kazał służącemu dokończyć pakowania, podarł mnóstwo papierów, wyszedł na miasto i popłacił drobne długi. Wrócił do domu, wyszedł ponownie, udał się za miasto, mimo deszczu spacerował po hrabskim parku, ruszył dalej w okolicę, o zmierzchu wrócił i siadł do pisania.

    "Wilhelmie! Po raz ostami widziałem pola, lasy i niebo. Żegnam cię! Przebacz mi, droga matko! Pociesz ją, Wilhelmie! Niech was Bóg błogosławi! Wszystkie moje sprawy są w porządku. Bywajcie zdrowi, spotkamy się kiedyś w lepszym świecie!".

    "Źlem ci się odwdzięczył, Albercie, ale mi przebacz! Zburzyłem twój spokój domowy, obudziłem pomiędzy wami wzajemne niedowierzanie. Bądź zdrów! Ja odchodzę! Bądźcie szczęśliwi przez moją śmierć! Albercie! Daj szczęście temu aniołowi! Niech błogosławieństwo Boże spocznie na tobie!".

    Przez resztę wieczoru przeglądał papiery, wiele z nich podarł i spalił, a zapieczętował kilka dużych pakietów i zaadresował je do Wilhelma. Były to drobne artykuły i luźne myśli, których sam dużo u niego widziałem. Około dziesiątej kazał dołożyć drew na kominek, przynieść sobie flaszkę wina, a potem odesłał spać służącego. Służący spał, jak i reszta służby domowej w odległym skrzydle. Chłopak nie rozbierając się padł na łóżko, by zaraz rano być gotowym, gdyż pan mu zapowiedział, że dyliżans zajedzie przed dom około szóstej.

    Po jedenastej

    Cisza wkoło mnie głęboka, a dusza moja spokojna. Dzięki ci składam, Boże, za to, że w ostatnich tych chwilach użyczyłeś mi tyle siły. Przystępuję, ukochana moja, do okna i poprzez pędzące spiesznie chmury dostrzegam to tę, to ową gwiazdę na niebie! Nie pospadacie — myślę — Bóg piastuje was i mnie na swoim łonie. Dostrzegłem gwiazdy dyszlowe Wielkiego Wozu, który lubię najbardziej spośród wszystkich konstelacji. Gdym wychodził od ciebie późną nocą, widniała zawsze nad mą głową. Z jakimże upojeniem wpatrywałem się w nią niekiedy! Czasem podnosiłem ręce i czyniłem ją znakiem, słupem granicznym szczęścia mego w tej chwili! O Loto, wszystko mi ciebie przypomina! Wszakże ciągle otoczony jestem tobą, bowiem, jak dziecko niczego niesyte, nagromadziłem wkoło siebie różne drobiazgi, uświęcone twym dotknięciem.

    Ukochana sylweta! Zapisuję ci ją w spadku i proszę, byś ją szanowała. Przywarły do niej niezliczone pocałunki moje, niesłychaną ilość razy żegnałem ją skinieniem wychodząc, a witałem, wracając do domu.

    Osobną kartką proszę ojca twego, by zechciał zająć się mymi zwłokami. Na cmentarzu, w samym kącie od strony pola rosną dwie lipy, tam pragnę spoczywać. to dla przyjaciela. Dołącz swą prośbę. Nie chcę się narzucać z sąsiedztwem pobożnym chrześcijanom, bo może by nie radzi byli nieszczęśliwemu. A może lepiej pochowajcie mnie przy drodze lub pośrodku bezludnej doliny, by kapłan, czy Lewita żegnał się ze strachem, mijając mój kamień grobowy, albo Samarytanin łzę uronił.

    Gotowym jest, Loto. Bez drżenia ujmuję w rękę ten kielich, z którego napiję się śmierci i zapomnienia. Tyś mi go podała, przeto nie waham się. Spełnię go do dna. Ziszczają się w ten oto sposób wszystkie pragnienia i nadzieje mego życia! Zimny, zdrętwiały, pukam w spiżowe drzwi śmierci.

    O, jakżem szczęśliwy, że mogę... za ciebie... umierać! Jakżem rad, że mogę oddać się za ciebie! Umarłbym odważnie i radośnie, jeśli bym ci mógł powrócić spokój i powab życia. Niestety, niewielu ludziom dane było przelać krew za swych bliskich i śmiercią swą przyjaciołom szczęśniejszego, bujniejszego życia przysporzyć.

    Chcę być, Loto, pochowany w tej odzieży, którą mam na sobie. Tyś jej dotknęła i uświęciła ją. I o to prosiłem ojca twego. Dusza moja unosi się już ponad trumną. Niech nie przeszukuje nikt moich kieszeni. Dajcie mi do grobu tę przepaskę bladoróżową, którą miałaś u piersi, kiedym cię po raz pierwszy ujrzał w otoczeniu dzieci. Dałaś mi ją na urodziny! Ucałuj serdecznie dzieciaki i opowiedz im o smutnym moim losie. Kochane istoty, widzę je wkoło siebie w tej chwili. Kiedym cię ujrzał pośród nich, od razu poznałem, że nie zdołam się oderwać od ciebie!.. Jakżem to wszystko poplątał... piszę bezładnie... Ach! Nie sądziłem, że do tego aż dojść będę musiał... Bądź spokojna... proszę cię... bądź spokojna!

    Nabite! Bije północ... Już czas! Loto! Loto, bądź zdrowa... żegnam cię!...

    Sąsiad ujrzał błysk i posłyszał strzał, ale ponieważ potem nastał zupełny spokój, przeto przestał się zajmować tą sprawą. Rano, o szóstej, zjawił się służący ze światłem. Znalazł na ziemi swego pana, pistolet i kałużę krwi. Zaczął wołać, ruszać go, ale nie otrzymał odpowiedzi... Werter rzęził jeszcze tylko. Chłopak pobiegł po lekarza i po Alberta. Lota usłyszała brzęk dzwonka i drżenie ogarnęło ją całą. Zbudziła męża, wstali oboje, służący płacząc i jąkając się zawiadomił ich o tym, co się stało, a Lota osunęła się zemdlona u nóg Alberta.

    Lekarz nadbiegł szybko, zbadał leżącego na ziemi i stwierdził, że nie ma ratunku. Puls jeszcze bił, ale całe ciało było porażone. Strzelił ponad prawym okiem, kula przeszła na wylot, a mózg wystąpił na wierzch otworem. Puszczono mu krew na ramieniu. Szła obficie, a on oddychał ciągle.

    Znaleziono krew na oparciu krzesła, przeto wywnioskowano, że popełnił samobójstwo siedząc przy biurku, potem zaś osunął się na ziemię i konwulsyjnie okręcił się wokół krzesła. Leżał twarzą zwrócony ku oknu, na plecach, zupełnie ubrany i obuty i miał na sobie błękitny frak i żółtą kamizelkę.

    W całym domu, w sąsiedztwie i mieście powstało wzburzenie. Albert zjawił się. Położono Wertera na łóżku i przewiązano mu czoło. Twarz miał podobną zmarłemu i nie poruszał żadnym członkiem. Płuca rzęziły strasznie, czasem słabo, czasem głośniej... co chwila oczekiwano końca. Wypił jedną tylko szklankę wina. Na pulpicie, otwarta, leżała Emilia Galotti.

    Nie każcież mi opowiadać o przerażeniu Alberta i o rozpaczy Loty.

    Na smutną wieść przyjechał stary komisarz co tchu i ucałował, płacząc rzewnie, konającego. Niebawem nadeszli pieszo starsi synowie jego i padli na kolana przy łóżku, bolejąc niewymownie. Potem całowali mu ręce i usta, a najstarszy, którego Werter najgoręcej kochał, przywarł do jego ust, całował je aż do chwili skonu, a potem musiano go przemocą odrywać od zwłok. Zmarł o dwunastej w południe.

    Śmierć w pozytywizmie

    Pozytywizm

    Bolesław Prus, Lalka, fragment – śmierć Ignacego Rzeckiego

    „Nagle usłyszał łoskot. Spojrzał w głąb sklepu i zobaczył wydobywającą się spod kontuaru ludzką figurę.

    "Złodziej?..." - przeleciało mu przez głowę.

    - Bardzo przepraszam, panie Rzecki, ale... ja zaraz przyjdę odezwała się figura z oliwkową twarzą i czarnymi włosami. Pobiegła do drzwi, otworzyła je pośpiesznie i znikła.

    Pan Ignacy nie mógł podnieść się z fotelu; ręce mu opadły, nogi odmówiły posłuszeństwa. Tylko serce uderzało w nim jak dzwon rozbity, a w oczach zrobiło mu się ciemno.

    "Cóż, u diabła, ja się zląkłem? - szepnął. - Wszakże to jest ten... ten Izydor Gutmorgen... tutejszy subiekt... Oczywiście, coś skradł i uciekł... Ale dlaczego ja się zląkłem?..."

    Tymczasem pan Izydor Gutmorgen po dłuższej nieobecności wrócił do sklepu, co jeszcze więcej zadziwiło Rzeckiego.

    - Skądeś się pan tu wziął?... czego pan chcesz?... - zapytał go pan Ignacy.

    Pan Gutmorgen zdawał się być mocno zakłopotany. Spuścił głowę jak winowajca i przebierając palcami po kontuarze, mówił:

    - Przepraszam pana, panie Rzecki, ale pan może myśli, że ja co ukradłem?... Niech mnie pan zrewiduje...

    - Ale co pan tu robisz? - zapytał Rzecki. Chciał się podnieść z fotelu, lecz nie mógł.

    - Mnie pan Szlangbaum kazał zostać tu dziś na noc...

    - Po co?...

    - Bo, widzi pan, panie Rzecki... z panem przychodzi tu do ustawiania ten Kazimierz... Więc pan Szlangbaum kazał mnie pilnować ,ażeby on czego nie wyniósł... Ale że mnie się trochę niedobrze zrobiło, więc... ja pana bardzo przepraszam...

    Rzecki już powstał z siedzenia.

    - Ach, wy kundle!... - zawołał w najwyższej pasji. - To wy mnie uważacie za złodzieja?... I za to, że wam darmo pracuję?...

    - Przepraszam pana, panie Rzecki - wtrącił z pokorą Gutmorgen - ale... po co pan darmo pracuje?...

    - Niechże was milion diabłów porwie!... - krzyknął pan Ignacy. Wybiegł ze sklepu i starannie zamknął drzwi na klucz.

    "Posiedźże sobie do rana, kiedy ci niedobrze!... I zostaw pamiątkę swemu pryncypałowi" - mruknął.

    Pan Ignacy nie mógł spać całą noc. A ponieważ jego lokal dzieliła tylko sień od sklepu, więc około drugiej usłyszał ciche pukanie wewnątrz sklepu i stłumiony głos Gutmorgena, który mówił:

    - Panie Rzecki, niech pan otworzy... Ja zaraz wrócę...

    Wkrótce jednak wszystko ucichło.

    "O gałgany!... - myślał Rzecki przewracając się na łóżku. - To wy mnie traktujecie jak złodzieja... Poczekajcież!...

    Około dziewiątej z rana usłyszał, że Szlangbaum uwolnił Gutmorgena, a następnie zaczął kołatać do jego drzwi. Nie odezwał się jednak, a kiedy przyszedł Kazimierz, zapowiedział mu, ażeby nigdy nie puszczał tu Szlangbauma.

    "Wyniosę się stąd - mówił - bodaj od Nowego Roku... Żebym miał mieszkać na strychu albo wziąć numer w hotelu... Mnie zrobili złodziejem!... Stach powierzał mi krocie, a ten, bestia, lęka się o swoje tandeciarskie towary..."

    Przed południem napisał dwa długie listy: jeden do pani Stawskiej proponując, ażeby sprowadziła się do Warszawy i zawiązała z nim spółkę ; drugi do Lisieckiego zapytując : czyby nie zechciał powrócić i objąć posady w jego sklepie?...

    Przez cały czas pisania i odczytywania listów złośliwy uśmiech nie schodził mu z twarzy.

    "Wyobrażam sobie minę Szlangbauma - myślał - kiedy otworzymy mu przed nosem sklep konkurencyjny... he!... he!... he!... On mnie kazał pilnować... Dobrze mi tak, kiedym pozwolił rozpanoszyć się temu filutowi... He! He! He!"

    W tej chwili trącił rękawem pióro, które z biurka upadło na podłogę. Rzecki schylił się, ażeby je podnieść, i nagle uczuł dziwny ból w piersiach, jakby mu kto przebił płuca wąskim nożykiem. Na chwilę zaćmiło mu się w oczach i doznał lekkich mdłości; więc nie podnosząc pióra wstał z fotelu i położył się na szezlongu.

    "Będę ostatnim cymbałem - myślał - jeżeli za parę lat Szlangbaum nie wyjdzie na Nalewki... Stary głupiec ze mnie!... troszczyłem się o Bonapartych i o całą Europę, a tymczasem wyrósł mi pod bokiem tandeciarz, który każe mnie pilnować jak złodzieja... No, ale przynajmniej nabrałem doświadczenia; wystarczy mi go na całe życie... Przestaniecie wy mnie teraz nazywać romantykiem i marzycielem..."

    Coś jakby zawadzało mu w lewym płucu.

    "Astma?... - mruknął. - Muszę ja się na serio wziąć do kuracji. Inaczej za pięć, sześć lat zostałbym kompletnym niedołęgą... Ach, gdybym się był spostrzegł dziesięć lat temu!..."

    Przymknął oczy i zdawało mu się, że widzi całe swoje życie, od chwili obecnej aż do dzieciństwa, rozwinięte na kształt panoramy, wzdłuż której on sam płynął dziwnie spokojnym ruchem... Uderzało go tylko, że każdy miniony obraz zacierał mu się w pamięci tak nieodwołalnie, iż w żaden sposób nie mógł przypomnieć sobie tego, na co patrzył przed chwilą. Oto obiad w Hotelu Europejskim z powodu otwarcia nowego sklepu... Oto stary sklep, a w nim panna Łęcka rozmawia z Mraczewskim... Oto jego pokój z zakratowanym oknem, gdzie przed chwilą wszedł Wokulski, kiedy powrócił z Bułgarii...

    "Zaraz... Co to ja poprzednio widziałem..." - myślał.

    Oto piwnica Hopfera, gdzie poznał się z Wokulskim... A oto pole bitwy, gdzie niebieskawy dym unosi się nad liniami granatowych i białych mundurów... A oto stary Mincel siedzi na fotelu i ciągnie za sznurek wiszącego w oknie kozaka...

    "Czy ja to wszystko istotnie widziałem, czy mi się tylko śniło?... Boże miłosierny..." - szepnął.

    Teraz zdawało mu się, że jest małym chłopcem i że podczas gdy jego ojciec rozmawiał z panem Raczkiem o cesarzu Napoleonie, on wymknął się na strych i przez dymnik patrzył na Wisłę w stronę Pragi... Stopniowo jednak obraz przedmieścia zatarł mu się przed oczyma i został tylko dymnik. Z początku był on wielki jak talerz, później jak spodek, a potem zmalał do rozmiarów srebrnej dziesiątki...

    Jednocześnie ze wszystkich stron ogarnęła go niepamięć i ciemność, a raczej głęboka czarność, wśród której tylko ów dymnik świecił jak gwiazda o nieustannie zmniejszającym się blasku.

    Nareszcie i ta ostatnia gwiazda zgasła...

    Może zobaczył ją znowu, ale już nie nad ziemskim horyzontem.

    Około drugiej w południe przyszedł służący pana Ignacego, Kazimierz, z koszem talerzy. Hałaśliwie nakrył do stołu, a widząc, że pan nie budzi się, zawołał:

    - Proszę pana, obiad wystygnie...

    Ponieważ pan Ignacy nie ruszył się i tym razem, więc Kazimierz zbliżył się do szezlonga i rzekł:

    - Proszę pana....

    Nagle cofnął się, wybiegł do sieni i zaczął pukać do tylnych drzwi sklepu, w którym jeszcze był Szlangbaum i jeden z jego subiektów.

    Szlangbaum otworzył drzwi.

    - Czego chcesz?... - szorstko zapytał służącego.

    Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara, fragment - śmierć Lichwiarki:

    - Jakoś mi się nie widzi, żeby srebrna... Patrzcie, jak naobwijał! Usiłując rozsupłać sznureczek i obróciwszy się do okna, do światła (wszystkie okna były pozamykane mimo zaduchu w pokojach), spuściła go na kilka sekund z oka i stanęła do niego tyłem. [...] Nie miał już ani chwili do stracenia- Wyjął siekierę, uniósł oburącz, ledwie czując własne istnienie i prawie bez wysiłku, prawie machinalnie spuścił ją obuchem na głowę starej.

    Rzekłbyś, że jego siły nie biorą w tym udziału. Lecz skoro tylko spuścił raz siekierę, siła nagle zrodziła się w nim. Stara, swoim zwyczajem, nie miała chustki na głowie. Jej rzadziutkie, jasne, tu i ówdzie siwiejące włosy, jak zwykle tłusto naoliwione, były zaplecione w mysi ogonek i zatknięte pod ułamek rogowego grzebyka, sterczącego na potylicy. Cios ugodził w samo ciemię, do czego się przyczynił jej niski wzrost. Krzyknęła, lecz bardzo słabo, i osunęła się na podłogę w pozycji siedzącej, choć jeszcze zdążyła podnieść obie ręce do głowy. W jednej dłoni wciąż jeszcze trzymała „zastaw". Wtedy Raskolnikow z całej siły uderzył raz i drugi, wciąż obuchem i wciąż po ciemieniu. Krew buchnęła jak z wywróconej szklanki i ciało zwaliło się na wznak. Cofnął się, dał jej upaść i natychmiast pochylił się nad jej twarzą: już nie żyła. Oczy były wybałuszone, jakby chciały wyskoczyć z orbit, a czoło i cała twarz zmarszczona, wykrzywiona skurczem. Położył siekierę na podłodze, koło zwłok, i od razu sięgnął do jej kieszeni, usiłując nie zabrukać się płynącą krwią - do tej prawej kieszeni, z której ona zeszłym razem wyjęła klucze. [...] Schyliwszy się i znowu pilnie ją oglądając zobaczył wyraźnie, że czaszka jest zmiażdżona i nawet jak gdyby odrobinę skręcona w bok. Chciał pomacać palcem, lecz odszarpnął rękę; [...] pobiegł do sypialni. Śpieszył się straszliwie, porwał klucze i na nowo jął się z nimi porać. Lecz jakoś mu nie szło: klucze nie chciały wejść do zamków. [...] Porzucił komodę i od razu wczołgał się pod łóżko wiedząc, że stare kobiety zazwyczaj trzymają skrzynki pod łóżkami. "A jakże!" Oto spora skrzynka, ponad arszyn długa, z wypukłym wiekiem, obita czerwonym safianem, tu i ówdzie nabijana stalowymi ćwieczkami. Zębaty klucz nadał się od razu i odemknął. [...] Nie zwlekając ani chwilki zaczął napełniać sobie nimi kieszenie spodni, palta, nie segregując, nie odwijając zwitków, nie otwierając futerałów. Ale niedużo zdążył wziąć...

    Nagle wydało mu się, że w pokoju, gdzie leżała stara, ktoś chodzi. Przerwał pracę i zesztywniał jak trup. Ale nie: cisza, a zatem było to urojenie. Wtem najwyraźniej usłyszał lekki okrzyk, jak gdyby ktoś cicho i urwanie stęknął i umilkł. Potem znów martwa cisza, trwająca minutę albo dwie. Czekał przykucnięty koło kufra, ledwie dysząc; lecz raptem zerwał się, schwycił siekierę i wypadł z sypialni. Pośrodku pokoju stała Lizawieta ze sporym tobołkiem w rękach i w osłupieniu patrzała na zabitą siostrę - biała jak płótno i, zda się, niezdolna krzyknąć. Widząc wpadającego Raskolnikowa zadrżała jak liść, drobnym dreszczem; całą twarz wykrzywiły jej skurcze. Podniosła rękę, otworzyła usta, jednak nie krzyknęła i z wolna, tyłem, poczęła się od niego cofać w kąt, patrząc nieruchomo, bez mrugania, lecz wciąż nie krzycząc, jakby jej brakło powietrza w piersiach. Runął na nią z siekierą. Jej wargi wykrzywiły się tak żałośnie, jak u bardzo małych dzieci, gdy zaczynają czegoś się bać, pilnie patrzą na straszący je przedmiot i na płacz im się zbiera. Nieszczęśliwa Lizawieta była tak potulna, zahukana i zastraszona raz na zawsze, że nawet nie podniosła ręki, by ochronić twarz, choć w danych okolicznościach byłby to najkonieczniejszy odruch naturalny, ile że siekiera uniosła się wprost nad jej twarzą. Tylko troszeczkę podniosła swoją wolną lewą rękę, bynajmniej nie na wysokość twarzy, i wolniutko wyciągnęła ją przed siebie, jak gdyby odsuwając napastnika. Cios spadł wprost na czaszkę, ostrzem, i od razu rozpłatał całą górną część czoła, niemal do ciemienia. Zwaliła się jak kłoda.

    Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara, fragment - śmierć Arkadiusz Swidrygajłowa:

    Swidrygajłow poszedł w kierunku Małej Newy ślizgając się na brudnym bruku z drewnianej kostki. Wciąż mu się roiła wezbrana przez noc woda Małej Newy, Wyspa Pietrowska, mokre ścieżki, mokra trawa, mokre drzewa i krzaki, a w końcu ów krzak... Ze złością począł oglądać domy, żeby myśleć o czymś innym. Nie spotykał żadnego przechodnia, jednego dorożkarza. Posępnie i niechlujnie wyglądały jaskrawożółte domki z pozamykanymi okiennicami. Chłód i wilgoć przejęły go na wskroś, poczuł dreszcze. Z rzadka trafiały mu się szyldy sklepików i owocami; starannie odczytywał każdy z nich. Oto drewniany bruk już się skończył. Swidrygajłow mijał duży murowany dom. Przebiegł mu drogę brudny, zziębnięty kundelek z podwiniętym ogonem. Jakiś śmiertelnie pijany człowiek w szynelu leżał twarzą w dół w .poprzek chodnika. Popatrzył na niego i ruszył dalej. Z lewej mignęła mu wysoka wieżyczka. "Ba!-pomyślał-to dobre miejsce, po co ma iść do Pietrowskiego? Przynajmniej-w obecności urzędowego świadka..." Omal się nie uśmiechnął na tę nową myśl i skręcił w ulicę...ską. Wznosił się tutaj duży dom z wieżyczką. U wielkich, zamkniętych wrót domu, opierając się o nie plecami, stal niepozorny człowieczek, otulony w szary płaszcz żołnierski, w mosiężnym achillesowskim hełmie. Zaspanym wzrokiem, zimno, zerknął na zbliżającego się Swidrygajłowa. Na twarzy jego widniał ten odwieczny zrzędny smutek, który się-tak kwaśno odbił na wszystkich bez wyjątku twarzach żydowskiego plemienia. Obydwaj, Swidrygajłow i "Achilles", jakiś czas patrzyli w milczeniu jeden na drugiego. "Achillesowi" wreszcie wydało się nie w porządku, że oto człowiek nie pijany stoi o trzy kroki przed nim, patrzy uparcie i nic nie mówi. - Nu, co to pan potsebuje patseć? - rzekł, wciąż jeszcze się nie ruszając i nie zmieniając pozy. - Ano, nic, bracie; dzień dobry! - odparł Swidrygajłow.

    - Tuta nie miejsce.

    - Jadę, bracie, w obce kraje.

    - W obce kraje?

    - Do Ameryki.

    - Do Ameryki?

    Swidrygajłow wyjął rewolwer i odwiódł kurek. "Achilles" podniósł brwi. - Aj, co to za żarty? Tuta nie miejsce!

    - Dlaczegóż nie miejsce?

    - A dlatego, ze nie miejsce.

    - No, bracie, wszystko jedno. Miejsce odpowiednie. Gdy cię będą pytali, powiedz po prostu, żem wyjechał do Ameryki. Przystawił sobie rewolwer do prawej skroni. - Nu, ruta nie można, ruta nie miejsce! - zżymnął się "Achilles", a jego źrenice stawały się coraz szersze. Swidrygajłow spuścił kurek...

    Śmierć w modernizmie (Młodej Polsce)

    Śmierć w modernizmie

    Leopold Staff, Kowal

    Całą bezkształtną masę kruszców drogocennych,

    Które zaległy piersi mej głąb nieodgadłą,

    Jak wulkan z swych otchłani wyrzucam bezdennych

    I ciskam ją na twarde, stalowe kowadło.

    Grzmotem młota w nią walę w radosnej otusze,

    Bo wykonać mi trzeba dzieło wielkie, pilne,

    Bo z tych kruszców dla siebie serce wykuć muszę,

    Serce hartowne, mężne, serce dumne, silne.

    Lecz gdy ulegniesz, serce, pod młota żelazem,

    Gdy pękniesz, przeciw ciosom stali nieodporne:

    W pył cię rozbiją pięści mej gromy potworne!

    Bo lepiej giń, zmiażdżone cyklopowym razem,

    Niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte,

    Rysą chorej niemocy skażone, pęknięte.

    Stanisław Korab-Brzozowski, O przyjdź!

    O przyjdź, jesienią -

    Wdziej szatę lekką, białą, zwiewną,

    pajęczą;

    Rzuć na hebanowe swoje włosy

    perły rosy,

    Lśniące zimnych barw

    tęczą.

    O przyjdź, jesienią -

    Owiana skargą tęskną, rzewną

    żurawi,

    W dal płynących szarą niebios tonią,

    tchnącą wonią

    Kwiatów, które mróz

    krwawi.

    O przyjdź, jesienią -

    W chwilę zmierzchu senną, niepewną -

    i dłonie

    Swe przejrzyste, miękkie, woniejące

    na cierpiące

    Połóż mi skronie

    o Śmierci!...

    Śmierć w dwudziestoleciu międzywojennym

    Dwudziestolecie międzywojenne

    Witold Gombrowicz, Ferdydurke, fragment - śmierć Syfona:

    Śmierć Syfona została przedstawiona przez Gombrowicza w sposób groteskowy, bez tradycyjnego patosu. Fragment warto czytać w związku z przemocą formy i presją, jaką bohaterowie wywierają na siebie nawzajem.

    Syfon umarł. Zgwałcony przez uszy, nie mógł przyjść do siebie, nie mógł żadną miarą pozbyć się pierwiastków złowrogich, które mu zaszczepione zostały przez uszy. Nadaremnie męczył się, godzinami całymi próbował zapomnieć słów uświadamiających, które chcąc nie chcąc usłyszał. Powziął awersję do swego skażonego typu i chodził z wewnętrznym niesmakiem, coraz bledszy, ciągle mu się odbijało, spluwał, krztusił się, charczał, kaszlał, ale nie mógł, czując się niegodnym, powiesił się pewnego popołudnia na wieszaku. Co wywołało ogromną sensację, nawet w prasie pojawiły się notatki. Miętusowi jednak niewiele z tego przyszło, śmierć Syfona nie poprawiła bynajmniej stanu jego gęby. Cóż z tego, że Syfon skonał?

    Motyw śmierci zostaje tu podporządkowany grotesce: tragiczne zdarzenie nie prowadzi do uspokojenia konfliktu ani do moralnego oczyszczenia. Przeciwnie, podkreśla niszczący charakter walki o narzucenie drugiemu człowiekowi określonej „gęby” i sposobu myślenia.

    Źródło: Witold Gombrowicz, „Ferdydurke”, pierwsze wydanie: 1937.

    Józef Czechowicz, Żal

    głowę która siwieje a świeci jak świecznik

    kiedy srebrne pasemka wiatrów przefruwają

    niosę po dnach uliczek

    jaskółki nadrzeczne

    świergocą to mało idźże

    tak chodzić tak oglądać sceny sny festyny

    roztrzaskane szybki synagog

    płomień połykający grube statków liny

    płomień miłości

    nagość

    tak wysłuchiwać ryku głodnych ludów

    a to jest inny głos niż ludzi głodnych płacz

    zniża się wieczór świata tego

    nozdrza wietrzą czerwony udój

    z potopu gorącego

    zapytamy się wzajem ktoś zacz

    rozmnożony cudownie na wszystkich nas

    będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie

    ja gdym z pługiem do bruzdy przywarł

    ja przy foliałach jurysta

    zakrztuszony wołaniem gaz

    ja śpiąca pośród jaskrów

    i dziecko w żywej pochodni

    i bombą trafiony w stallach

    i powieszony podpalacz

    ja czarny krzyżyk na listach

    o żniwa żniwa huku i blasków

    czy zdąży kręta rzeka z braterskiej krwi odrdzawieć

    nim się kolumny stolic znów podźwigną nade mną

    naleci wtedy jaskółek zamieć

    świśnie u głowy skrzydło poprzez ptasią ciemność

    idźże idź dalej

    Tytus Czyżewski, Hymn do maszyny mego ciała

    pulsują
    zwoje

    biją
    mych

    natężone
    kiszek


      kable do moich żył
    skręcony drut przewód
       do mego serca
           akumulator
       zmiłuj się nade mną
             moje serce
      dynamo-serce
       elektryczne płuca
    magnetyczna przepono
           brzuszna

    mózg

    raz

    raz

    raz

    bije moje serce wraz
    elektryczne serce raz

    transmisyjny pasie
    moich kiszek

    dwa

    dwa

    dwa

    zmiłujcie się nade mną
    raz dwa

    telefon mojego mózgudynamo-mózgu

    trzy
    raz

    trzy
    dwa

    trzy
    trzy

    maszyno mojego ciała
    funkcjonuj obracaj się
    żyj

    Śmierć we współczesności

    K.K. Baczyński, Mazowsze,

    1
    Mazowsze. Piasek, Wisła i las.
    Mazowsze moje. Płasko, daleko -
    pod potokami szumiących gwiazd,
    pod sosen rzeką.
    Jeszcze tu wczoraj słyszałem trzask:
    salwa jak poklask wielkiej dłoni.
    Był las. Pochłonął znowu las
    kaski wysokie, kości i konie.
    2
    Zda mi się, stoi tu jeszcze szereg,
    mur granatowy. Strzały jak baty.
    Czwartego pułku czapy i gwery
    i jak obłoki - dymią armaty.
    3
    Znowu odetchniesz, grzywo zieleni,
    piasek przesypie się w misach pól
    i usta znowu przylgną do ziemi,
    będą całować długi świst kul.
    Wisło, pamiętasz? Lesie, w twych kartach
    widzę ich, stoją - synowie powstań
    w rozdartych bluzach - ziemio uparta -
    - jak drzewa prości.
    4
    W sercach rozwianych, z hukiem dwururek
    rok sześćdziesiąty trzeci.
    Wiatr czas zawiewa. Miłość to? Życie?
    Płatki ich oczu? Płatki zamieci?
    5
    Piasku, pamiętasz? Ziemio, pamiętasz?
    Rzemień od broni ramię przecinał,
    twarze, mundury jak popiół święty.
    wnuków pamiętasz? Światła godzinę?
    6
    I byłeś wolny, grobie pokoleń.
    Las się zabliźnił i piach przywalił.
    pługi szły, drogi w wielkim mozole
    zapominały.
    7
    A potem kraju runęło niebo.
    Tłumy obdarte z serca i ciała,
    i dymi ogniem każdy kęs chleba,
    i śmierć się stała.
    Piasku, pamiętasz? Krew czarna w supły
    związana - ciekła w wielkie mogiły,
    jak złe gałęzie wiły się trupy
    dzieci - i batów skręcone żyły.
    Piasku, po tobie szeptali leżąc,
    wracając w ciebie krwi nicią wąską,
    dzieci, kobiety, chłopi, żołnierze:
    "Polsko, odezwij się, Polsko".
    Piasku, pamiętasz? Wisło, przepłyniesz
    szorstkim swym suknem, po płaszczu plemion.
    Gdy w boju padnę - o, daj mi imię,
    moja ty twarda, żołnierska ziemio.

    24.07.1943

    T. Borowski, Dzień na Harmenzach,

    Tadeusz Borowski, Dzień na Harmenzach, Fragment I - Becker

    - Ty się, Beker, odczep ode mnie ze swoją filozofią i zajmij się lepiej ziemią i łopatą, compris. Ale żebyś wiedział: będziesz zdychał, to cię jeszcze dobiję, rozumiesz? A wiesz za co? - Za cóż to? - Za Poznań. A może to nieprawda, że byłeś lageraltesterem w żydowskim lagrze pod Poznaniem? - No to co, że byłem? - A zabijałeś ludzi? A wieszałeś ich na słupku za głupią ukradzioną kostkę margaryny albo za bochenek chleba? - Wieszałem złodziejów. - Beker, mówią, że jest na kwarantannie twój syn. Ręce Bekera kurczowo ujęły trzon łopaty, a wzrok jego począł uważnie obejmować mój tułów, szyję, głowę. - Ty, puść tę łopatę, nie patrz tak bojowo. Może to nieprawda, że to syn kazał ciebie zabić za tamtych z Poznania? - Prawda - rzekł głucho. - A drugiego syna powiesiłem w Poznaniu, ale nie za ręce, tylko za szyję, bo ukradł chleb. - Bydlę! - wybuchnąłem. Ale Beker, starszy, siwawy śyd, skłonny nieco do melancholii, był już spokojny i opanowany. Popatrzył na mnie z góry, prawie z pogardą.

    - Jak długo siedzisz w obozie? - O... parę miesięcy. - Wiesz, Tadeusz, bardzo cię lubię - rzekł niespodziewanie - ale ty głodu to tak naprawdę nie zaznałeś, co? - Zależy, co to jest głód. - Głód jest wtedy prawdziwy, gdy człowiek patrzy na drugiego człowieka jako na obiekt do zjedzenia. Ja już miałem taki głód. Rozumiesz? - A gdy milczałem i tylko od czasu do czasu stukałem kluczem o szyny i machinalnie oglądałem się na lewo i na prawo, czy nie idzie kapo, ciągnął: - Nasz lager - tam - był mały... Tuż obok drogi. Drogą chodzili ludzie ładnie ubrani, takie kobiety. Na przykład w niedzielę do kościoła. Albo młode pary. A dalej wieś, taka zwykła wieś. Tam ludzie mieli wszystko, o pół kilometra od nas. A myśmy brukiew... człowieku, u nas ludzie żywcem chcieli się zjadać! I co, miałem nie zabijać kucharzy, co za masło kupowali wódkę, a za chleb papierosy? Mój syn kradł, to go też zabiłem. Ja jestem tragarz, to znam życie. Przyglądałem mu się ciekawie, jak nowemu człowiekowi. - A ty, a ty też tylko twoją porcję jadłeś? - To co innego. Ja byłem lageraltesterem.

    Tadeusz Borowski, Dzień na Harmenzach, Fragment II – Grecy boją się wybiórki

    - Która godzina, kolego? - Dziesiąta - mówię, nie podnosząc oczu od szyn. - Boże, Boże, jeszcze dwie godziny do obiadu. Czy to prawda, że dziś będzie w obozie wybiórka, że pójdziemy do krematorium? Już wszyscy wiedzą o wybiórce. Ukradkiem opatrują sobie rany, żeby były czyściejsze i mniejsze, zrywają bandaże, masują mięśnie, spryskują się wodą, żeby być świeższymi i raźniejszymi na wieczór. Walczą o byt ciężko i bohatersko. Innym jest wszystko jedno. Ruszają się, żeby uniknąć bicia, żrą trawę i lepką glinę, aby nie czuć głodu, chodzą osowiali, jeszcze żywe trupy. - My wszyscy - krematorium. Ale wszyscy Niemcy będą kaput. Wojna fini, wszyscy Niemcy - krematorium. Wszyscy: kobiety, dzieci. Rozumiesz

    Tadeusz Borowski, Dzień na Harmenzach, Fragment I – „Biały Wańka”

    „Biały Wańka” parę dni temu wlazł na brzozę rosnącą na linii postów, żeby naciąć gałęzi na miotłę. Za miotły można dostać w obozie chleb lub zupę. Post złożył się i strzelił, kula przeszła na ukos przez pierś i wyszła tyłem przez kark. Przynieśliśmy chłopca do obozu.

    Tadeusz Borowski, Dzień na Harmenzach, Fragment I – Andrzej morduje Greka

    Zrywam czapkę. Unterscharführer, gospodarz z Harmenze, zeskakuje z roweru czerwony ze zdenerwowania: - Co się tu dzieje na tym zwariowanym komandzie? Dlaczego ci ludzie chodzą tam z poprzywiązywanymi kijami? To jest czas pracy! - Oni nie umieją chodzić! - Jak nie umieją, to ich zabić! A wie pan, że znowu zginęła gęś? - Czego stoisz jak głupi pies? - wrzasnął kapo na mnie. - Andrej ma zrobić z nimi porządek. Los! Poleciałem ścieżką. - Andrej, konczaj ich!16 Kapo kazał! Andrzej chwycił kij i uderzył na odlew. Grek zasłonił się ręką, zaskowyczał i upadł. Andrzej położył mu kij na gardło, stanął na kiju i zakołysał się. Odszedłem prędko w swoją stronę.

    A. Camus, Dżuma fragm.

    Bibliografia: A. Camus, Dżuma fragm..

    Leszek Hołdanowicz, Requiem dla 500 tysięcy, 1963,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/39/1/172,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg

    S. Mrożek, Tango, fragm. aktu III,

    Bibliografia: S. Mrożek, Tango , fragm. aktu III,.

    Adam Zagajewski, Brama,

    Barbarze Toruńczyk

    Czy kochasz słowa tak jak nieśmiały czarodziej kocha chwilę ciszy
    - już po występie, kiedy jest sam w pustej szatni, w której
    płonie smolistym, tłustym płomieniem żółta świeca?

    Jaka miłość dozwoli ci pchnąć ciężką bramę, tak żebyś znowu
    poczuł zapach tego drewna i rdzawy smak wody z archaicznej studni,
    i żebyś raz jeszcze ujrzał wysoką gruszę, dumną matronę, która w jesieni
    arystokratycznie oddawała nam swe doskonałe w kształcie owoce,
    po czym niemo pogrążała się w rozpatrywaniu nieszczęść zimy.

    Tuż obok dymił obojętny komin fabryki i milczało brzydkie miasto,
    ale w ogrodach głęboko pod cegłami pracowała niestrudzona ziemia,
    nasza czarna pamięć i przepastna spiżarnia umarłych, dobra ziemia.

    Jakiej odwagi trzeba, żeby pchnąć ciężką bramę,
    jakiej odwagi, żeby zobaczyć was wszystkich znowu
    zebranych w jednym pokoju pod gotycką lampą -
    mama nieuważnie czyta gazetę, ćmy uderzają o szybę,
    nic się nie dzieje, nic, zaledwie wieczór, modlitwa; czekamy...

    Tylko raz żyliśmy.

    J. Kaczyński, Przemówienie na temat katastrofy smoleńskiej, 

    Szanowni Państwo, proszę was o chwilę ciszy i skupienia. Chciałbym powiedzieć kilka słów o dzisiejszym dniu. O tym, co powinniśmy uczynić, do czego powinniśmy dążyć. Otóż Szanowni Państwo, kiedy na was patrzę, to jedno z całą pewnością wiem: ci, którzy chcieli zabić pamięć, przegrali. Przegrali proszę państwa. Nie udało się. Nie udało się, pamiętamy. My pamiętamy i będziemy pamiętać. A pamiętamy dlatego, że szanujemy tych, którzy zginęli, bo szanujemy naród polski, szanujemy sami siebie. Pamiętamy, powtarzam, bo nie pamiętać mogą tylko ci, którzy ani Polski, ani poległych, ani nawet siebie samych nie szanują. A ci, którzy siebie nie szanują, nie są szanowani przez innych. I każdy dzień, także te ostatnie dni, przynoszą kolejne dowody, że to jest prawda, że kto nie szanuje siebie, nie jest szanowany przez innych.
    Ta sprawa tablicy, którą w nocy potajemnie zmieniono, to przecież wielki dowód braku szacunku. Ale powtarzam: jeśli ktoś siebie nie szanuje, jeśli ktoś nie potrafi wypełniać elementarnych obowiązków, które ciążą na każdym, kto sprawuje wysokie urzędy, tego nie szanują i inni. I mamy tego dowody. Kiedyś tutaj chyłkiem zawieszano tablicę. Teraz w nocy inni chyłkiem tablicę zdjęli i zmienili. Jest między tymi dwoma faktami, wydawałoby się, odległymi w czasie, miejscu, wydawałoby się bez związku, jednak pewien wyraźny związek. Musimy o tym pamiętać. Musimy pamiętać o tym po to, by nigdy nie dać sobie wmówić że ci, którzy nie szanują Polski, którzy nie szanują nas, którzy nie szanują siebie, mają prawo mówić w naszym imieniu, mają prawo mówić w imieniu naszego kraju. Nie mają takiego prawa!
    Polacy dobrze wiedzą, co zdarzyło się 71 lat temu w Katyniu, w Charkowie, w Miednoje, w Twerze. Doskonale to wiemy. I doskonale wiedzą, co zdarzyło się w Smoleńsku. Wiemy to i domyślamy się, dlaczego tak się zdarzyło. Ale wiemy także i o tym, co zdarzyło się tu, w tym miejscu, przed tym Pałacem. Co działo się w całej Polsce. Wiemy, pamiętamy, że naród, że ta najlepsza część narodu była wtedy zjednoczona. Pamiętamy jak bardzo tą jedność żeśmy przeżywali, ile siły czerpaliśmy z tej jedności. Ona była dla nas wspomożeniem w ciężkiej chwili, była wsparciem, była nadzieją na przyszłość. Ale są tacy, których ta jedność przeraziła. Są tacy, których przeraziła. Zostawmy ich z ich strachem, ich kordonami, które nie pozwalają tutaj dotrzeć przed pałac. Zostawmy ich w z ich przeświadczeniu - które nie wiadomo skąd czerpią - że są lepsi. Zostawmy z ich niewiarą w Polskę. Dziś, w rok po strasznej tragedii, pytamy o tych, którzy zginęli. I pytamy o to, czy zostawili testament. Tak, zostawili testament. I zostawił także taki testament prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. I w centrum całej jego działalności była głęboka wiara w Polskę, w jej przyszłość, była duma z Polski. On mówił: warto być Polakiem, warto by Polska trwała, warto by w Polsce powstała wreszcie elita czysta, niepowiązana z tamtymi czasy. Elita patriotyczna, elita gotowa pracować dla ojczyzny w każdym miejscu, w każdej sytuacji i na każdym forum gotowa jej bronić. To była wiara głęboka i wiara skierowana w przyszłość. Pamiętajmy o tym i dziś. Pamiętajmy o tym, że przychodzimy tutaj uczcić to, co się stało w przeszłości, ale przychodzimy także dla przyszłości. Przeszłość, pamięć jest ważna, jest bardzo ważna. Nie można budować domu na piasku, a pamięć to skała. Dom trzeba budować na skale - tak uczy ewangelia. Ale ten dom musi być solidny, musi być mocny i musi być nasz! Wolna Polska, ale jaka Polska? Jaka Polska będzie tym solidnym, silnym, naszym domem?
    Po pierwsze musi to być Polska sprawiedliwa. Polska życzliwa, życzliwa jako państwo dla swoich obywateli. Musi zwracać się ku najsłabszym, ku tym, którym źle. Musi potrafić wyciągnąć do nich rękę. To musi być Polska praworządna, to musi być Polska, której sądy będą decydowały, wydawały wyroki zgodnie z prawem, bez względu na to, kto przed sądem stoi: czy silny, czy słaby, czy miliarder, czy też człowiek skromny. Sądy, które nie będą się ośmielały nazywać białego czarnym, kłamać w żywe oczy, gdzie prawda będzie rzeczą niepodważalną! To musi być Polska, w której wszyscy, którzy pracują dla państwa, ci, których wspólnie nazywamy aparatem państwowym, będą służyć obywatelowi, będą nam służyć! Niezależnie od tego czy są policjantami, urzędnikami, nauczycielami. Niezależnie od tego, jaką konkretną pracę czy służbę wykonują, bo po to są! Po to są, by służyć zwykłemu obywatelowi. By służyć Polakom! By służyć naszej teraźniejszości, naszej przyszłości.
    Bo wreszcie, szanowni państwo, to musi być Polska odważnej i zdecydowanej polityki zagranicznej. Polityki broniącej polskich interesów. Można to porównać do okrętu, który ma napęd i ma ster, a w żadnym razie nie może być tak, że jest to jakiś kawał drewna, bez napędu, bez steru, który płynie głównym nurtem, jak to się ostatnio mówi, tylko nie wiadomo, dokąd ten nurt nas prowadzi! I to wreszcie musi być Polska, w której nasi rodacy, nasi obywatele, wszyscy, ale szczególnie ci młodzi, ci dzisiaj dotknięci masowym bezrobociem, będą mieli szansę. Trzeba te wszystkie bariery, które tworzy złe prawo, które tworzą kliki, mafie, korupcja - zniszczyć. To dopiero będzie taka Polska!
    Ten wielki kapitał, który zgromadziliśmy - w naszych umysłach, naszych sercach, w ciągu ostatnich przeszło 20 lat, który zgromadziliśmy dzięki społeczeństwu, dzięki rodzinom, ten kapitał musi być wykorzystany. On może eksplodować, on może pchnąć Polskę do przodu, w wielkim tempie, ale nasz porządek publiczny, nasz porządek społeczny, nasz porządek ekonomiczny, musi być inny. Musi być zmieniony. O takiej Polsce marzył Lech Kaczyński, mój świętej pamięci brat i prezydent Rzeczpospolitej. Marzył i pracował dla niej - jako działacz Solidarności, jako szef Najwyższej Izby Kontroli, jako minister sprawiedliwości, jako prezydent tego miasta i wreszcie jako prezydent Rzeczpospolitej. Walczył o nią i może dlatego nie ma go już wśród nas. Ale jego testament jest, z całą pewnością, aktualny, o taką Polskę musimy walczyć, każdego dnia - nie tylko takiego jak ten dziś - piękny, wspaniały i uroczysty.
    I musimy też pamiętać, pamiętać czynnie, pamiętać o tym, że ci, którzy zabiegali o dobry los ojczyzny powinni być uczczeni - bez małostkowych wykrętów, bez różnego rodzaju chwytów i chwycików, bez tej marności, którą widzimy w tych, którzy uczcić poległych, a w szczególności poległego prezydenta, nie chcą.
    Dziękuję, dziękuję państwu, ale pamiętajcie - jeśli chcemy kiedyś zobaczyć pomniki wszystkich poległych, bo wszystkim się to należy, jeśli chcemy zobaczyć pomniki Lecha Kaczyńskiego, ale przede wszystkim, jeśli chcemy sprawiedliwej Polski, nie tej, która nieustannie sięga do płytkich kieszeni, jeśli tylko coś złego się w ekonomii dzieje, jeśli chcemy Polski solidarnej, jeżeli chcemy Polski, o którą walczyły miliony w latach osiemdziesiątych, to musimy przypomnieć sobie te dni sprzed sześciu lat, gdy bardzo wielu z nas marzyło o tym, co nie my, nie nasza formacja polityczna nazwała IV Rzeczpospolitą. Musimy o tym pamiętać, bo chociaż wtedy się nie udało, to musi się udać. Musimy zmienić Polskę! Musimy zmienić Polskę w imię naszego interesu, w imię interesu naszego narodu, w imię interesu każdego z nas, w imię interesu przyszłych pokoleń! Tak dalej być nie może!
    Tak dalej być nie może, ale ja głęboko wierzę, że przyjdzie taki czas, gdy będziemy składali wieńce, kwiaty, zapalali znicze pod powstałymi już pomnikami i będziemy wspominali ten straszny dzień, 10 kwietnia 2010 r., jako dzień tragicznego, straszliwie tragicznego wydarzenia, ale także jako dzień przebudzenia Polaków. Dziś, proszę państwa, w to przebudzenie wierzę mocniej niż wczoraj. Jestem przekonany, że Polska się budzi, i że będziemy mieli nową i lepszą Polskę!.

    Paul Hansen, World Press Photo of the Year 2012,

    http://www.worldpressphoto.org/content/swedish-photographer-paul-hansen-wins-premier-photo-contest-award

  • Społeczeństwo – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw społeczeństwa służy opisywaniu relacji jednostki ze wspólnotą, hierarchii, konfliktów i mechanizmów życia zbiorowego. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Społeczeństwo w języku polskim

    Społeczeństwo w języku polskim

    Definicja społeczeństwa

    ogół ludzi pozostających we wzajemnych stosunkach, wynikających z ich udziału w procesach produkcyjnych i w życiu kulturalnym; ogół obywateli danego kraju, okręgu, miasta

     Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    grupa społeczna, ludność, ludzie, mieszkańcy, obywatele, populacja, zbiorowość ludzka, ogół, społeczność, zbiorowość, wspólnota

    Słownictwo powiązane ze społeczeństwem:

    Związki frazeologiczne:

    Wyrzutek społeczeństwa, być/znaleźć się poza nawiasem społeczeństwa/poza społeczeństwem, ktoś nie nadaje się do ludzi, mali ludzie, społeczeństwo obywatelskie, opinia społeczna, margines społeczny, niziny społeczne,

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Do ludzi po naukę, do matki po koszulę, jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one, nie samym chlebem człowiek żyje, Pan Bóg stworzył wieś, a człowiek miasto, z dzieła poznaje się człowieka

    Aforyzmy

    Historia całego dotychczasowego społeczeństwa jest historią walk klasowych. Karol Marks, Manifest komunistyczny

    Pracując przykładnie przez osiem godzin dziennie możesz w końcu zostać kierownikiem i pracować dwanaście. Robert Frost

    Rzadkością, doprawdy, jest społeczeństwo mądrze zorganizowane. Tomasz Morus

    Społeczeństwo bez religii jest jak okręt bez kompasu. Napoleon Bonaparte

    Społeczeństwo, którego przeważająca część członków jest głodna i nieszczęśliwa, z pewnością nie może być kwitnące i szczęśliwe. Adam Smith

    Społeczeństwo obywatelskie jest stanem wzajemnej współzależności wszystkich ludzi. Jean-Jacques Rousseau, Ekonomia polityczna

    Życie społeczne kształtuje to, co jest w nas najbardziej osobistym: naszą fizjologię cielesną i umysłową. Stanisław Brzozowski, Stanisław Wyspiański

    Społeczeństwo w renesansie

    , , , opracowanie Trenów;

    Jan Kochanowski, Pieśń V

    Wieczna sromota i nienagrodzona

    Szkoda, Polaku! Ziemia spustoszona

    Podolska leży, a pohaniec sprosny,

    Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny!

    Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje,

    Którzy zagnali piękne łanie twoje

    Z dziećmi pospołu a nie masz nadzieje,

    By kiedy miały nawiedzić swe knieje.

    Jedny za Dunaj Turkom zaprzedano,

    Drugie do hordy dalekiej zagnano;

    Córy szlacheckie (żal się mocny Boże!)

    Psom bisurmańskim brzydkie ścielą łoże.

    Zbójce (niestety), zbójce nas wojują,

    Którzy ani miast, ani wsi budują;

    Pod kotarzami tylko w polach siedzą,

    A nas nierządne, ach, nierządne, jedzą!

    Tak odbieżałe stado więc drapają

    Rozbójce wilcy, gdy po woli mają,

    Że ani pasterz nad owcami chodzi,

    Ani ostrożnych psów za sobą wodzi.

    Jakiego serca Turkowi dodamy,

    Jesli tak lekkim ludziom nie zdołamy?

    Ledwieć nam i tak króla nie podawa;

    Kto się przypatrzy, mała nie dostawa.

    Zetrzy sen z oczu, a czuj w czas o sobie,

    Cny Lachu! Kto wie, jemu czyli tobie

    Szczęście chce służyć? A dokąd wyroku

    Mars nie uczyni, nie ustępuj kroku!

    A teraz k'temu obróć myśli swoje

    Jakobyć szkody nieprzyjaciel twoje

    Krwią swą nagrodził i omył tę zmazę,

    Którą dziś niesiesz prze swej ziemie skazę.

    Wsiadamy? Czy nas półmiski trzymają?

    Biedne półmiski, czego te czekają?

    To pan, i jadać na śrebrze godniejszy,

    Komu żelazny Mars będzie chętniejszy.

    Skujmy talerze na talery, skujmy,

    A żołnierzowi pieniądze gotujmy!

    Inszy to darmo po drogach miotali,

    A my nie damy, bychmy w cale trwali?

    Dajmy; a naprzód dajmy! Sami siebie

    Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.

    Tarczej niż piersi pierwej nastawiają,

    Pozno puklerza przebici macają.

    Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie":

    Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,

    Nową przypowieść Polak sobie kupi,

    Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

    Społeczeństwo w oświeceniu

    Ignacy Krasicki, Do króla

    Im wyżej, tym widoczniej. Chwale lub naganie

    Podpadają królowie, najjaśniejszy panie!

    Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka:

    Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka.

    Gdy więc ganię zdrożności i zdania mniej baczne.

    Pozwolisz, mości królu, że od ciebie zacznę.

    Jesteś królem, a czemu nie królewskim synem?

    To niedobrze; krew pańska jest zaszczyt przed gminem.

    Kto się w zamku urodził, niech ten w zamku siedzi;

    Z tegoć powodu nasi szczęśliwi sąsiedzi.

    Bo natura na rządczych pokoleniach zna się,

    Inszym powietrzem żywi, inszą strawą pasie.

    Stąd rozum bez nauki, stąd biegłość bez pracy;

    Mądrzy, rządni, wspaniali, mocarze, junacy -

    Wszystko im łatwo idzie, a chociażby który

    Odstrychnął się na moment od swojej natury,

    Znowu się do niej wróci, a dobrym koniecznie

    Być musi i szacownym. w potomności wiecznie.

    Bo od czegoż poeci? Skarb królestwa drogi,

    Rodzaj możny w aplauzy, w słowa nieubogi,

    Rodzaj, co umie znaleźć, czego i nie było,

    A co jest, a niedobrze, żeby się przyćmiło,

    I w to oni potrafią, stąd też jak na smyczy

    Szedł chwalca za chwalonym, zysk niosąc w zdobyczy,

    A choć który fałsz postrzegł, kompana nie zdradził;

    Ten gardził, ale płacił, ów śmiał się, lecz kadził.

    Tyś królem, czemu nie ja? Mówiąc między nami,

    Ja się nie będę chwalił, ale przymiotami

    Niezłymi się zaszczycam. Jestem Polak rodem,

    A do tego i szlachcic, a choćbym i miodem

    Szynkował, tak jak niegdyś ów bartnik w Kruszwicy

    Czemuż bym nie mógł osieść na twojej stolicy?

    Jesteś królem - a byłeś przedtem mości panem;

    To grzech nieodpuszczony. Każdy, który stanem

    Przedtem się z tobą równał, a teraz czcić musi,

    Nim powie "najjaśniejszy", pierwej się zakrztusi;

    I choć się przyzwyczaił, przecież go to łechce:

    Usty cię czci, a sercem szanować cię nie chce.

    I ma słuszne przyczyny. Wszak w Lacedemonie

    Zawżdy siedział Tesalczyk na Likurga tronie,

    Greki archontów swoich od Rzymianów brali,

    Rzymianie dyktatorów od Greków przyzwali;

    Zgoła, byle był nie swój, choćby i pobłądził,

    Zawżdy to lepiej było. kiedy cudzy rządził.

    Czyń, co możesz i dziełmi sąsiadów zadziwiaj,

    Szczep nauki, wznoś handel i kraj uszczęśliwiaj -

    Choć wiedzą, chociaż czują, żeś jest tronu godny,

    Nie masz chrztu, co by zmazał twój grzech pierworodny.

    Skąd powstał na Michała ów spisek zdradziecki?

    Stąd tylko, że król Michał zwał się Wiszniowiecki.

    Do Jana, że Sobieski, naród nie przywyka,

    Król Stanisław dług płaci za pana stolnika.

    Czujesz to - i ja czuję; więc się już nie troszczę,

    Pozwalam ci być królem, tronu nie zazdroszczę.

    Źle to więc, żeś jest Polak, źle, żeś nie przychodzień;

    To gorsza (luboć, prawda, poprawiasz się co dzień) -

    Przecież muszę wymówić, wybacz, że nie pieszczę -

    Powiem więc bez ogródki: oto młodyś jeszcze.

    Pięknież to. gdy na tronie sędziwość się mieści;

    Tyś nań wstąpił mający lat tylko trzydzieści,

    Bez siwizny, bez zmarszczków; zakał to nie lada.

    Wszak siwizna zwyczajnie talenta posiada,

    Wszak w zmarszczkach rozum mieszka, a gdzie broda siwa,

    Tam wszelka doskonałość zwyczajnie przebywa.

    Nie byłeś, prawda, winien temu, żeś niestary;

    Młodość, czerstwość i rześkość piękneż to przywary,

    Przecież są przywarami. Aleś się poprawił:

    Już cię tron z naszej łaski siwizny nabawił.

    Poczekaj tylko, jeśli zstarzeć ci się damy,

    Jak cię tylko w zgrzybiałym wieku oglądamy,

    Będziem krzyczeć na starych, dlatego żeś stary.

    To już trzy, com ci w oczy wyrzucił przywary.

    A czwarta jaka będzie, miłościwy panie?

    O sposobie rządzenia niedobre masz zdanie.

    Król nie człowiek. To prawda, a ty nie wiesz o tym;

    Wszystko ci się coś marzy o tym wieku złotym.

    Nie wierz bajkom! Bądź takim, jacy byli drudzy.

    Po co tobie przyjaciół? Niech cię wielbią słudzy.

    Chcesz, aby cię kochali? Niech się raczej boją.

    Cóżeś zyskał dobrocią, łagodnością twoją?

    Zdzieraj, a będziesz możnym, gnęb. a będziesz wielkim;

    Tak się wsławisz, a przeciw nawałnościom wszelkim

    Trwale się ubezpieczysz. Nie chcesz? Tym ci gorzej;

    Przypadać będą na cię niefortuny sporzej.

    Zniesiesz mężnie - cierpże z tym myślenia sposobem;

    Wolę ja być Krezusem aniżeli Jobem.

    Świadczysz, a na złe idą dobrodziejstwa twoje.

    Czemuż świadczysz, z dobroci gdy masz niepokoje?

    Bolejesz na niewdzięczność - alboż ci rzecz tajna,

    Że to w płacy za łaski moneta zwyczajna?

    Po co nie brać szalunku starostw, gdy dawano?

    Po tym ci tylko w Polszcze króle poznawano,

    A zagrzane wspaniałą miłością ojczyzny,

    Kochały patryjoty dawce królewszczyzny.

    Księgi lubisz i w ludziach kochasz się uczonych,

    I to źle. Porzuć mędrków zabałamuconych.

    Żaden się naród księgą w moc nie przysposobił:

    Mądry przedysputował. ale głupi pobił.

    Ten. co niegdyś potrafił floty duńskie chwytać -

    Król Wizimierz - nie umiał pisać ani czytać.

    Waszej królewskiej mości nie przeprę, jak widzę;

    W tym się popraw przynajmniej, o co ja się wstydzę.

    Dobroć serca monarchom wcale nie przystoi,

    To mi to król, co go się każdy człowiek boi,

    To mi król. co jak wspojżrzy, do serca przeniknie.

    Kiedy lud do dobroci rządzących przywyknie,

    Bryka, mościwy królu, wzgląd wspacznie obróci:

    Zły, gdy kontent, powolny, kiedy się zasmuci.

    Nie moje to jest zdanie, lecz przez rozum bystry

    Dawno tak osądziły przezorne ministry.

    Wiedzą oni (a czegoż ministry nie wiedzą?),

    Przy styrze ustawicznie, gdy pracują, siedzą,

    Dociekli, na czym sekret zawisł panujących.

    Z tych więc powodów umysł wskroś przenikających,

    Nie trzeba, mości królu, mieć łagodne serce:

    Zwycięż się, zgaś ten ogień i zatłum w iskierce!

    Żeś dobry, gorszysz wszystkich, jak o tobie słyszę,

    I ja się z ciebie gorszę, i satyry piszę.

    Bądź złym, a zaraz kładąc twe cnoty na szalę,

    Za to, żeś się poprawił, i ją cię pochwalę.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/satyry/001.htm

    Społeczeństwo w romantyzmie

    Adam Mickiewicz, Dziady część III,

    Scena VII Salon warszawski,

    http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/0008.htm

    Scena VIII, fragm. Bal 

    Z PRAWEJ STRONY [...]

    MŁODY CZŁOWIEK

    Patrz, jak on łasi się i liże,

    Wczora mordował, tańczy dziś;

    Patrz, patrz, jak on oczyma strzyże,

    Skacze jak w klatce ryś.

    DAMA

    Wczora mordował i katował,

    I tyle krwiniewinnej wylał;

    Patrz, dzisiaj on pazury schował

    I będzie się przymilał.

    Z LEWEJ STRONY

    KOLESKI REGESTRATOR *

    (do Sowietnika)

    Tańczy Senator, czy widzicie,

    Ej, Sowietniku, pódźmy w tan.

    SOWIETNIK

    Uważaj, czy to przyzwoicie,

    Byś ze mną tańczył Pan.

    REGESTRATOR

    Ale tu znajdziem kilka dam.

    SOWIETNIK

    Ale nie o to idzie rzecz;

    Ja sobie wolę tańczyć sam

    Niż z tobą - pódźże precz.

    REGESTRATOR

    Skądże to?

    SOWIETNIK

    Jestem sowietnikiem.

    REGESTRATOR

    Ja jestem oficerski syn.

    SOWIETNIK

    Mój Panie, ja nie tańczę z nikim,

    Kto ma tak niski czyn.

    (do Pułkownika)

    Pódź, Pułkowniku, pódźże w taniec,

    Widzisz, że tańczy sam Senator.

    [...]

    PRAWA STRONA, CHOREM.

    MĘŻCZYŹNI

    Ach, łotry, szelmy, ach, łajdaki?

    Żeby ich piorun trzasł.

    [...]

    LEWA STRONA, CHOREM.

    Jaka muzyka, jaki śpiew,

    Jak pięknie meblowany dóm.

    PRAWA STRONA, CHOREM.

    Te szelmy z rana piją krew,

    A po obiedzie rum.

    [...]

    Z PRAWEJ STRONY MIĘDZY MŁODZIEŻA

    JUSTYN POLl

    (do Bestużewa, pokazując na Senatora)

    Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić

    Lub zamalować wpysk.

    BESTUŻEW

    Coż stąd, jednego łotra zgładzić

    Lub obić, co za zysk?

    Oni wyszukają przyczyny,

    By uniwersytety znieść,

    Krzyknąć, że ucznie jakubiny,

    I waszą młodzież zjeść.

    JUSTYN POL

    Lecz on zapłaci za męczarnie,

    Za tyle krwi i łez.

    BESTUŻEW

    Cesarz ma u nas liczne psiarnie,

    Cóż, że ten zdechnie pies.

    POL

    Nóż świerzbi w ręku, pozwól ubić.

    BESTUŻEW

    Ostrzegam jeszcze raz!

    POL

    Pozwól przynajmniej go wyczubić.

    BESTUŻEW

    A zgubić wszystkich was.

    POL

    Ach, szelmy, łotry, ach, zbrodniarze!

    Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz

    Relacje polsko-żydowskie, Księga IV

    W środku arendarz Jankiel, w długim aż do ziemi

    Szarafanie, zapiętym haftkami srebrnemi,

    Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,

    Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;

    Rzucając wkoło okiem, rozkazy wydawał,

    Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał

    Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,

    Lecz nie służył nikomu, tylko się przechadzał.

    Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,

    Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,

    Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu;

    O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,

    Rachował się ostróżnie, lecz bez oszukaństwa,

    Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,

    Zabaw wielki miłośnik: u niego wesele

    I chrzciny obchodzono; on w każdą niedzielę

    Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,

    Przy której i basetla była, i kozice.

    Polska szlachta, Księga VI Zaścianek

    Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński zaścianek

    Męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.

    Niegdyś możny i ludny; bo gdy król Jan Trzeci

    Obwołał pospolite ruszenie przez wici,

    Chorąży województwa z samego Dobrzyna

    Przywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina

    Zmniejszona, zubożała; dawniej w pańskich dworach

    Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach,

    Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.

    Teraz zmuszeni sami pracować na siebie

    Jako zaciężne chłopstwo! Tylko że siermięgi

    Nie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,

    A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek

    Najuboższych różni się od chłopskich katanek:

    Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,

    Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,

    I żną zboże, a nawet przędą - w rękawiczkach.

    Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią

    Językiem swoim tudzież wzrostem i postacią.

    Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,

    Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;

    Z Dobrzyńskiej Ziemi ród swój starożytny wiedli.

    A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,

    Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.

    Jeźli który z nich dziecku imię na chrzcie daje,

    Zawsze zwykł za patrona brać Koronijasza:

    Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.

    Tak syn Macieja zawzdy zwał się Bartłomiejem,

    A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;

    Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.

    By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,

    Brali różne przydomki, od jakiej zalety

    Lub wady, tak mężczyźni, jako i kobiety.

    Mężczyznom czasem kilka dawano przydomków

    Na znak pogardy albo szacunku spółziomków;

    Czasem jedenże szlachcic inaczej w Dobrzynie,

    A pod innym nazwiskiem u sąsiadów słynie.

    Dobrzyńskich naśladując, inna szlachta bliska

    Brała również przydomki, zwane i m i o n i s k a.

    Koncert Jankiela, Księga XII

    [...]

    Spuścił je, zrazu bijąc taktem tryumfalnym,

    Potem gęściej siekł stróny jak deszczem nawalnym;

    Dziwią się wszyscy - lecz to była tylko proba,

    Bo wnet przerwał i w górę podniosł drążki oba.

    Znowu gra: już drżą drążki tak lekkiemi ruchy,

    Jak gdyby zadzwoniło w stronę skrzydło muchy,

    Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.

    Mistrz zawsze patrzył w niebo, czekając natchnienia.

    Spójrzał z góry, instrument dumnym okiem zmierzył,

    Wzniosł ręce, spuścił razem, w dwa drążki uderzył:

    Zdumieli się słuchacze...

    Razem ze strón wiela

    Buchnął dźwięk, jakby cała janczarska kapela

    Ozwała się z dzwonkami, z zelami, z bębenki.

    Brzmi Polonez Trzeciego Maja! - Skoczne dźwięki

    Radością oddychają, radością słuch poją,

    Dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją -

    Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły,

    W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posły

    Po dniu Trzeciego Maja w ratuszowej sali

    Zgodzonego z narodem króla fetowali;

    Gdy przy tańcu śpiewano: "Wiwat Król kochany!

    Wiwat Sejm, wiwat Naród, wiwat wszystkie Stany!"

    Mistrz coraz takty nagli i tony natęża;

    A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,

    Jak zgrzyt żelaza po szkle - przejął wszystkich dreszczem

    I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.

    Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili:

    Czy instrument niestrojny? czy się muzyk myli?

    Nie zmylił się mistrz taki! On umyślnie trąca

    Wciąż tę zdradziecką stronę, melodyję zmąca,

    Coraz głośniej targając akord rozdąsany,

    Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany;

    Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką lica

    I krzyknął: "Znam! znam głos ten!

    to jest T a r g o w i c a!"

    I wnet pękła ze świstem strona złowróżąca.

    Muzyk bieży do prymów, urywa takt, zmąca,

    Porzuca prymy, bieży z drążkami do basów.

    Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów,

    Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,

    Jęk dzieci, płacze matek. - Tak mistrz doskonały

    Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,

    Przypominając sobie ze łzami boleści

    R z e ź P r a g i, którą znały z pieśni i z powieści,

    Rade, że mistrz na koniec strónami wszystkiemi

    Zagrzmiał i głosy zdusił, jakby wbił do ziemi.

    Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia,

    Znowu muzyka inna - znów zrazu brzęczenia

    Lekkie i ciche, kilka cienkich strónek jęczy,

    Jak kilka much, gdy z siatki wyrwą się pajęczéj.

    Lecz strón coraz przybywa, już rozpierzchłe tony

    Łączą się i akordów wiążą legijony,

    I już w takt postępują zgodzonemi dźwięki,

    Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki:

    O żołnierzu tułaczu, który borem, lasem

    Idzie, z biedy i z głodu przymierając czasem,

    Na koniec pada u nóg konika wiernego,

    A konik nogą grzebie mogiłę dla niego.

    Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!

    Poznali ją żołnierze, wiara się skupiła

    Wkoło mistrza; słuchają, wspominają sobie

    Ów czas okropny, kiedy na Ojczyzny grobie

    Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata;

    Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata

    Po lądach, morzach, piaskach gorących i mrozie,

    Pośrodku obcych ludów, gdzie często w obozie

    Cieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy.

    Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.

    Ale je wnet podnieśli, bo mistrz tony wznosi,

    Natęża, takty zmienia, cóś innego głosi.

    I znowu spójrzał z góry, okiem struny zmierzył,

    Złączył ręce, oburącz w dwa drążki uderzył:

    Uderzenie tak sztuczne, tak było potężne,

    Że stróny zadzwoniły jak trąby mosiężne

    I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła,

    Marsz tryumfalny: "Jeszcze Polska nie zginęła!"

    "Marsz, Dąbrowski, do Polski!" - I wszyscy klasnęli,

    I wszyscy "Marsz Dąbrowski" chorem okrzyknęli!

    Muzyk, jakby sam swojej dziwił się piosence,

    Upuścił drążki z palców, podniosł w górę ręce,

    Czapka lisia spadła mu z głowy na ramiona,

    Powiewała poważnie broda podniesiona,

    Na jagodach miał kręgi dziwnego rumieńca,

    We wzroku, ducha pełnym, błyszczał żar młodzieńca,

    Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił,

    Zakrył rękami, spod rąk łez potok się rzucił:

    "Jenerale! - rzekł - ciebie długo Litwa nasza

    Czekała... długo, jak my Żydzi Mesyjasza.

    Ciebie prorokowali dawno między ludem

    Śpiewaki, ciebie niebo obwieściło cudem.

    Żyj i wojuj, o, ty nasz!..."

    Mówiąc, ciągle szlochał.

    Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!

    Emigracja,
    Księga X

    [...]

    Czuła szlachta, że mądrze Podkomorzy radził;

    Wiadomo, że kto z ruskim carem raz się zwadził,

    Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczérze

    I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze.

    Więc nic nie mówiąc, smutnie po sobie spójrzeli,

    Westchnęli; na znak zgody głowami skinęli.

    Polak, chociaż stąd między narodami słynny,

    Że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,

    Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,

    W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata,

    Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzy

    Przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.

    Epilog

    O tem że dumać na paryskim bruku,

    Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

    Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

    Za poznych żalów, potępieńczych swarów!

    Biada nam, zbiegi, żeśmy w czas morowy

    Lękliwe nieśli za granicę głowy!

    Bo gdzie stąpili, szła przed nimi trwoga,

    W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,

    Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha

    I każą oddać co najprędzej ducha.

    A gdy na żale ten świat nie ma ucha,

    Gdy ich co chwila nowina przeraża

    Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,

    Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,

    Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,

    Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą -

    Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

    Że utraciwszy rozum w mękach długich,

    Plwają na siebie i żrą jedni drugich!

    Juliusz Słowacki, Grób Agamemnona (fragm.)

    [...]

    Na Termopilach? - Nie, na Cheronei

    Trzeba się memu załamać koniowi,

    Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei

    Dla małowiernych serc podobne snowi

    Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,

    To téj mogiły - co równa jest - naszéj.

    Mnie od mogiły termopilskiéj gotów

    Odgonić legion umarłych Spartanów;

    Bo jestem z krają smutnego Ilotów,

    Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,

    Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych

    Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.

    Na Termopilach ja się nie odważę

    Osadzić konia w wąwozowym szlaku.

    Bo tam być muszą tak patrzące twarze,

    Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.

    Ja tam nie będę stał przed Grecyj duchem -

    Nie - pierwéj skonam: niż tam iść - z łańcuchem.

    Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę?

    Gdyby stanęli męże nad mogiłą?

    I pokazawszy mi swe piersi krwawe

    Potem spytali wręcz: - Wiele was było? -

    Zapomnij, że jest długi wieków przedział. -

    Gdyby spytali tak, - cóż bym powiedział?!

    Na Termopilach, bez złotego pasa,

    Bez czerwonego leży trup kontusza:

    Ale jest nagi trup Leonidasa,

    Jest w marmurowych kształtach piękna dusza:

    I długo płakał lud takiéj ofiary,

    Ognia wonnego, i rozbitéj czary.

    O! Polsko! póki ty duszę anielską

    Będziesz więziła w czerepie rubasznym,

    Poty kat będzie rąbał twoje cielsko,

    Poty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,

    Poty mieć będziesz hyjenę na sobie,

    I grób - i oczy otworzone w grobie.

    Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,

    Tę - Dejaniry palącą koszulę:

    A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,

    Naga - w styksowym wykąpana mule,

    Nowa - nagością żelazną bezczelna -

    Nie zawstydzona niczém - nieśmiertelna.

    Niech ku północy z cichéj się mogiły

    Podniesie naród i ludy przelęknie,

    Że taki wielki posąg - z jednéj bryły,

    A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,

    Ale z piorunów ma ręce i wieniec;

    Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.

    Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;

    Pawiem narodów byłaś i papugą;

    A teraz jesteś służebnicą cudzą. -

    Choć wiem, ze słowa te nie zadrżą długo

    W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

    Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.

    Zygmunt Krasiński, Nie-Boska komedia*, Część IV

    Fragment I Rewolucja

    Czy widzicie, jak oni czekają niecierpliwie - szemrzą między sobą, do wrzasków się gotują - wszyscy nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranymi włosy, w łachmanach, z spiekłymi twarzami, z dłoniami pomarszczonymi od trudu - ci trzymają kosy, owi potrząsają młotami, heblami - patrz- ten wysoki trzyma topór spuszczony - a tamten stemplem żelaznym nad głową powija; dalej w bok pod wierzbą chłopię małe wisznię do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce ściska. - Kobiety przybyły także, ich matki, ich żony, głodne i biedne jak oni, zwiędłe przed czasem, bez śladów piękności - na ich włosach kurzawa bitej drogi - na ich łonach poszarpane odzieże - w ich oczach coś gasnącego, ponurego, gdyby przedrzeźnianie wzroku - ale wnet się ożywią - kubek tata wszędzie, obiega wszędzie. - Niech żyje kielich pijaństwa i pociechy! -

    *

    Teraz szum wielki powstał w zgromadzeniu - czy to radość czy rozpacz? - Kto rozpozna, jakie uczucie w głosach tysiąców? - Ten, który nadszedł, wstąpił na stół, wskoczył na krzesło i panuje nad nimi, mówi do nich. - Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny - każde słowo rozeznasz, zrozumiesz- ruchy jego powolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni - czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czaszce nie masz, wszystkie wypadły, strącone myślami - skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy koście i muszkuły - a od skroni broda. czarna wieńcem twarz opasuje - nigdy krwi, nigdy zmiennej barwy na licach - oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy - chwili jednej zwątpienia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie. wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu - nie serca - precz z sercem, z przesądami, a niech żyje słowo pociechy i mordu! -

    *

    To ich wściekłość, ich kochanie, to władzca ich dusz i zapału - on obiecuje im chleb i zarobek: - Krzyki się wzbiły, rozciągnęły, pękły po wszystkich stronach - "Niech żyje Pankracy! - chleba nam, chleba, chleba!" - A u stóp mówcy opiera się na stole przyjaciel czy towarzysz, czy sługa. -

    *

    Oko wschodnie, czarne, cieniowane długimi rzęsy - ramiona obwisłe, nogi uginające się, ciało niedołężnie w bok schylone - na ustach coś lubieżnego, coś złośliwego, na palcach złote pierścienie - i on także głosem chrapliwym woła - "Niech żyje Pankracy!" Mówca ku niemu na chwilę wzrok obrócił. - "Obywatelu Przechrzto, podaj mi chustkę" -

    *

    Tymczasem trwają poklaski i wrzaski. - "Chleba nam, chleba, chleba! - Śmierć panom, śmierć kupcom - chleba; chleba!"

    […]

    CHÓR
    Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, odpoczynku w lecie! - Hura - hura! -
    Bóg nad nami nie miał litości - hura - hura! -
    Królowie nad nami nie mieli litości - hura - hura! -
    Panowie nad nami nie mieli litości - hura! -
    My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękujem- hura - hura! -

    […]

    PIERWSZY LOKAJ
    Jużem ubił mojego dawnego pana. -

    DRUGI LOKAJ
    Ja szukam dotąd mojego barona - zdrowie twoje! -

    […]

    CHÓR RZEŹNIKÓW
    Obuch i nóż to broń nasza - szlachtuz to życie nasze.- Nam jedno czy bydło, czy panów rznąć.-
    Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich, słabszych i bielszych - kto nas powoła, ten nas ma - dla panów woły, dla ludu panów bić będziem.
    Obuch i nóż broń nasza - szlachtuz życie nasze - szlachtuz - szlachtuz - szlachtuz. -

    […]

    GŁOS PANA
    Dzieci moje, litości, litości! -

    GŁOS DRUGI
    Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. -

    GŁOS TRZECI
    Wskrzesz mi syna, Panie, spod batogów kozackich. -

    GŁOS CZWARTY
    Chamy piją zdrowie twoje, panie - przepraszają cię, panie.

    CHÓR CHŁOPÓW przechodząc 
    Upiór ssał krew i poty nasze - mamy upiora - nie puścim upiora - przez biesa. przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan, jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkimi. - Panom tyranom śmierć - nam biednym, nam głodnym. Nam strudzonym jeść, spać i pić. - Jako snopy na polu, tak ich trupy będą - jako plewy w młockarniach, tak perzyny ich zamków - przez kosy nasze, siekiery i cepy, bracia, naprzód! -

    Fragment II Żydzi

    PRZECHRZTA
    Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.

    CHÓR PRZECHRZTÓW
    Jehowa pan nasz, a nikt inny. - On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych . - Po trzykroć pluńmy na zgubę im - po trzykroć przeklęstwo im.

    PRZECHRZTA
    Cieszmy się, bracia moi. - Krzyż, wróg nasz, podcięty, Zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. - Dotąd pany go bronią.

    CHÓR
    Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna; zawzięta. - Śmierć panom - po trzykroć pluńmy na zgubę im - po trzykroć przeklęstwo im!

    PRZECHRZTA
    Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela- tylko tych panów kilku - tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. -

    CHÓR
    Krzyż znamię święte nasze - woda chrztu połączyła nas z ludźmi - uwierzyli pogardzający miłości pogardzonych. -
    Wolność ludzi prawo nasze - dobro ludu cel nasz - uwierzyli synowie chrześcijan w synów Kaifasza . - Przed wiekami wroga umęczyli ojcowie nasi - my go na nowo dziś umęczym i nie zmartwychwstanie więcej. -

    PRZECHRZTA
    Chwil kilka jeszcze, jadu żmii kropel kilka jeszcze - a świat nasz, nasz, o bracia moi! -

    CHÓR
    Jehowa Pan Izraela, a nikt inny. - Po trzykroć pluńmy na zgubę ludom - po trzykroć przeklęstwo im!

    [...]

    CHÓR PRZECHRZTÓW
    Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím - oni panów zabiją po błoniach - rozwieszą po ogrodach i borach - a my ich potem zabijem, powiesim. - Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. - Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im! -

    [...]

    Fragment III Arystokracja

    o Mężu (Hrabia Henryk)

    PIERWSZY HRABIA
    Patrz, z jaką dumą spogląda na wszystkich. -

    DRUGI HRABIA
    Myśli, że świat podbił. -

    TRZECI HRABIA
    A on się tylko nocą przedarł przez obóz chłopów. -

    PIERWSZY HRABIA
    Sto trupów położył, a dwieście swoich stracił. -

    DRUGI HRABIA
    Nie dajmy, by go wodzem obrali.

    […]

    ARCYBISKUP
    I przyjm ze znakiem Krzyża Św. dowództwo w tym zamku, ostatnim państwie naszym - wolą wszystkich mianuję cię wodzem. -

    GŁOSY
    Niech żyje - niech żyje! -

    GŁOS JEDEN
    Nie pozwalam! -

    INNE GŁOSY
    Precz - precz - za drzwi! - Niech żyje Henryk! -

    MĄŻ
    Jeśli kto ma co do zarzucenia mnie, niechaj wystąpi, wśród tłumu się nie kryje. -
    Chwila milczenia.
    Ojcze, szablę tę biorę i niech mi Bóg zrządzi zgon prędki, zawczesny, jeśli nią ocalić was nie zdołam. -

    CHÓR KAPŁANÓW
    Daj mu siłę - daj mu Ducha Świętego, Panie! - Od nieprzyjaciół wyratuj nas, Panie!

    MĄŻ
    Teraz przysięgnijcie wszyscy, że chcecie bronić wiary i czci przodków waszych - że głód i pragnienie umorzy was do śmierci, ale nie do hańby - nie do poddania sig - nie do ustąpienia choćby jednego z praw Boga waszego lub waszych. -

    GŁOSY
    Przysięgamy.

    [...]

    BARON
    Zgubiłeś nas, hrabio. -

    DRUGI
    Wypowiadamy ci posłuszeństwo. -

    KSIĄŻĘ
    Sami ułożymy z tym zacnym obywatelem warunki poddania zamku. -

    OJCIEC CHRZESTNY
    Wielki mąż, który mnie przysłał, obiecuje wam życie, bylebyście przyłączyli się do niego i uznali dążenie wieku. -

    KILKA GŁOSÓW
    Uznajemy - uznajemy. -

    MĄŻ
    Kiedyście mnie wezwali, przysiągłem zginąć na tych murach - dotrzymam - i wy wszyscy zginiecie wraz ze mną. -
    Ha! chce się wam żyć jeszcze!
    Ha! zapytajcie ojców waszych, po co gnębili i panowali! -
    Do Hrabiego
    A ty, czemu uciskałeś poddanych? -
    Do drugiego
    A ty, czemu przepędziłeś wiek młody na kartach i podróżach daleko od Ojczyzny? -
    Do innego
    Ty się podliłeś wyższym, gardziłeś niższymi. -
    Do jednej z kobiet
    Dlaczegożeś dzieci nie wychowała sobie na obrońców- na rycerzy? - Teraz by ci się zdały na coś. - Aleś kochała Żydów, adwokatów - proś ich o życie teraz.
    Staje i wyciąga ramiona.
    Czego się tak śpieszycie do hańby - co was tak nęci, by upodlić wasze ostatnie chwile? - Naprzód raczej ze mną, naprzód, Mości Panowie, tam, gdzie kule i bagnety - nie tam, gdzie szubienica i kat milczący, z powrozem w dłoni na szyje wasze. -

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/~literat/nieboska/index.htm

    Juliusz Słowacki, UŁAMEK Z GRECKIÉJ PODRÓŻY, GRÓB AGAMEMNONA

    Niech fantastycznie lutnia nastrojona

    Wtóruje myśli posępnéj i ciemnéj;

    Bom oto wstąpił w grób Agamemnona,

    I siedzę cichy w kopule podziemnéj,

    Co krwią Atrydów zwalana okrutną.

    Serce zasnęło, lecz śni. - Jak mi smutno!

    O! jak daleko brzmi ta harfa złota,

    Któréj mi tylko echo wieczne słychać!

    Druidyczna to z głazów wielkich grota,

    Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać

    I ma Elektry głos - ta bieli płótno

    I odzywa się z laurów: Jak mi smutno!

    Tu po kamieniach, z pracowną Arachną

    Kłóci ,się wietrzyk i rwie jéj przędziwo;

    Tu cząbry smutne gór spalonych pachną;

    Tu wiatr obiegłszy górę ruin siwą,

    Napędza nasion kwiatów - a te puchy

    Chodzą i w grobie latają jak duchy.

    Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie

    Przed nadgrobowém pochowane słońcem,

    Jakby mi chciały nakazać milczenie,

    Sykają. - Strasznym jest Rapsodu końcem

    Owe sykanie, co się w grobach słyszy -

    Jest objawieniem, hymnem, pieśnią ciszy.

    O! cichy jestem jak wy, o! Atrydzi.

    Których popioły śpią pod świerszczów strażą.

    Ani mię teraz moja małość wstydzi,

    Ani się myśli tak jak orły ważą.

    Głęboko jestem pokorny i cichy

    Tu, w tym grobowcu, sławy, zbrodni, pychy.

    Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie

    Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni,

    Posadziły go wróble lub gołębie,

    I listkami się czarnemi zieleni,

    I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza;

    Zerwałem jeden liść z czarnego kuszcza;

    Nie bronił mi go żaden duch ni mara,

    Ani w gałązkach jęknęło widziadło;

    Tylko się słońcu stała większa szpara,

    I wbiegło złote, i do nóg mi padło.

    Zrazu myślałem, że ten co się wdziera

    Blask, była struna to z harfy Homera;

    I wyciągnąłem rękę na ciemności,

    By ją ułowić i napiąć i drżącą

    Przymusić do łez i śpiewu i złości

    Nad wielkiem niczém grobów i milczącą

    Garstką popiołów: - ale w mojém ręku

    Ta struna drgnęła i pękła bez jęku.

    Tak więc - to los mój na grobowcach siadać

    I szukać smutków błahych, wiotkich, kruchych.

    To los mój senne królestwa posiadać,

    Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych

    Albo umarłych - i tak pełny wstrętu........

    Na koń! chcę słońca, wichru, i tententu!

    Na koń! - Tu łożem suchego potoku,

    Gdzie zamiast wody, płynie laur różowy;

    Ze łzą i z wielką błyskawicą w oku,

    Jakby mię wicher gnał błyskawicowy,

    Lecę, a koń się na powietrzu kładnie -

    Jeśli napotka grób rycerzy - padnie.

    Na Termopilach? - Nie, na Cheronei

    Trzeba się memu załamać koniowi,

    Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei

    Dla małowiernych serc podobne snowi

    Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,

    To téj mogiły - co równa jest - naszéj.

    Mnie od mogiły termopilskiéj gotów

    Odgonić legion umarłych Spartanów;

    Bo jestem z krają smutnego Ilotów,

    Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,

    Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych

    Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.

    Na Termopilach ja się nie odważę

    Osadzić konia w wąwozowym szlaku.

    Bo tam być muszą tak patrzące twarze,

    Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.

    Ja tam nie będę stał przed Grecyj duchem -

    Nie - pierwéj skonam: niż tam iść - z łańcuchem.

    Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę?

    Gdyby stanęli męże nad mogiłą?

    I pokazawszy mi swe piersi krwawe

    Potem spytali wręcz: - Wiele was było? -

    Zapomnij, że jest długi wieków przedział. -

    Gdyby spytali tak, - cóż bym powiedział?!

    Na Termopilach, bez złotego pasa,

    Bez czerwonego leży trup kontusza:

    Ale jest nagi trup Leonidasa,

    Jest w marmurowych kształtach piękna dusza:

    I długo płakał lud takiéj ofiary,

    Ognia wonnego, i rozbitéj czary.

    O! Polsko! póki ty duszę anielską

    Będziesz więziła w czerepie rubasznym,

    Poty kat będzie rąbał twoje cielsko,

    Poty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,

    Poty mieć będziesz hyjenę na sobie,

    I grób - i oczy otworzone w grobie.

    Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,

    Tę - Dejaniry palącą koszulę:

    A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,

    Naga - w styksowym wykąpana mule,

    Nowa - nagością żelazną bezczelna -

    Nie zawstydzona niczém - nieśmiertelna.

    Niech ku północy z cichéj się mogiły

    Podniesie naród i ludy przelęknie,

    Że taki wielki posąg - z jednéj bryły,

    A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,

    Ale z piorunów ma ręce i wieniec;

    Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.

    Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;

    Pawiem narodów byłaś i papugą;

    A teraz jesteś służebnicą cudzą. -

    Choć wiem, ze słowa te nie zadrżą długo

    W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

    Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.

    Przeklnij - lecz ciebie przepędzi ma dusza,

    Jak Eumenida przez wężowe rózgi.

    Boś ty, jedyny syn Prometeusza -

    Sęp ci wyjada nie serce - lecz mózgi.

    Choć Muzę moją w twojéj krwi zaszargam,

    Sięgnę do wnętrza twych trzew - i zatargam.

    Szczeknij z boleści i przeklinaj syna,

    Lecz wiedz - że ręka przekleństw wyciągnięta

    Nade mną - zwinie się w łęk jak gadzina,

    I z ramion ci się odkruszy zeschnięta,

    I w proch ją czarne szatany rozchwycą;

    Bo nie masz władzy przekląć - Niewolnico!

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/~literat/jswiersz/016.htm

    Społeczeństwo w pozytywizmie

    Fragmenty: 

    Potop, Lalka: Tom I rozdział 1, Tom I rozdział 5, Tom I rozdział 8, Tom I rozdział 10,

    Henryk Sienkiewicz, Potop (fragm.)

    Jaki obraz Polaków? http://język-polski.pl/matura/zadania-maturalne/1635-obraz-polakow-potop

    Bolesław Prus, Lalka (fragm.)

    Prus, Lalka Tom I rozdział 1, JAK WYGLĄDA FIRMA J. MINCEL I S. WOKULSKI PRZEZ SZKŁO BUTELEK?

    - Otóż Wokulski był wtedy u Hopfera subiektem i miał już ze dwadzieścia parę lat.

    - W handlu win i delikatesów?

    - Tak. I jak dziś Józio, tak on wówczas podawał mi piwo, zrazy nelsońskie...

    - I z tej branży przerzucił się do galanterii? - wtrącił ajent.

    - Zaczekaj pan - przerwał radca. - Przerzucił się, ale nie do galanterii, tylko do Szkoły Przygotowawczej, a potem do Szkoły Głównej, rozumie pan?... Zachciało mu się być uczonym!...

    Ajent począł chwiać głową w sposób oznaczający zdziwienie.

    - Istna heca - rzekł. - I skąd mu to przyszło?

    - No skąd! Zwyczajnie - stosunki z Akademią Medyczną, ze Szkołą Sztuk Pięknych... Wtedy wszystkim paliło się we łbach, a on nie chciał być gorszym od innych. W dzień służył gościom przy bufecie i prowadził rachunki, a w nocy uczył się...

    - Licha musiała to być usługa.

    - Taka jak innych - odparł radca, niechętnie machając ręką.-Tylko że przy posłudze był, bestia, niemiły; na najniewinniejsze słówko marszczył się jak zbój... Rozumie się, używaliśmy na nim, co wlazło, a on najgorzej gniewał się, jeżeli nazwał go kto "panem konsyliarzem". Raz tak zwymyślał gościa, że mało obaj nie porwali się za czuby.

    - Naturalnie, handel cierpiał na tym...

    - Wcale nie! Bo kiedy po Warszawie rozeszła się wieść, że subiekt Hopfera chce wstąpić do Szkoły Przygotowawczej, tłumy zaczęły tam przychodzić na śniadanie. Osobliwie roiła się studenteria.

    - I poszedł też do Szkoły Przygotowawczej?

    - Poszedł i nawet zdał egzamin do Szkoły Głównej. No, ale co pan powiesz - ciągnął radca uderzając ajenta w kolano - że zamiast wytrwać przy nauce do końca, niespełna w rok rzucił szkołę...

    - Cóż robił?

    - Otóż, co... Gotował wraz z innymi piwo, które do dziś dnia pijemy, i sam w rezultacie oparł się aż gdzieś koło Irkucka.

    - Heca, panie! - westchnął ajent handlowy.

    - Nie koniec na tym... W roku 1870 wrócił do Warszawy z niewielkim fundusikiem. Przez pół roku szukał zajęcia, z daleka omijając handle korzenne, których po dziś dzień nienawidzi, aż nareszcie przy protekcji swego dzisiejszego dysponenta, Rzeckiego, wkręcił się do sklepu Minclowej, która akurat została wdową, i - w rok potem ożenił się z babą grubo starszą od niego.

    Prus, Lalka Tom I rozdział 5, DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z TOWARZYSTWA

    [...]

    Istotnie, pan Łęcki liczył w swoim rodzie całe szeregi senatorów. Ojciec jego jeszcze posiadał miliony, a on sam za młodu krocie. Później jednak część majątku pochłonęły zdarzenia polityczne, resztę - podróże po Europie i wysokie stosunki. Pan Tomasz bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, następnie na wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa miesiące nosił na kapeluszu krepę.

    Od paru lat pan Tomasz nie ruszał się z Warszawy, za mało mając już pieniędzy, ażeby błyszczeć na dworach. Za to jego mieszkanie stało się ogniskiem eleganckiego świata i było nim aż do czasu rozejścia się pogłosek, że pan Tomasz postradał nie tylko swój majątek, ale nawet posag panny Izabeli. 

    Pierwsi cofnęli się epuzerowie, za nimi damy mające brzydkie córki, z pozostałą zaś resztą zerwał sam pan Tomasz i ograniczył swoje znajomości wyłącznie do stosunków z familią. Lecz gdy i tu zauważył zniżenie się uczuciowej temperatury, zupełnie wycofał się z towarzystwa, a nawet ku zgorszeniu wielu szanownych osób, jako właściciel domu w Warszawie, wpisał się do Resursy Kupieckiej. Chciano go tam zrobić prezesem, ale nie zgodził się.

    Tylko jego córka bywała u sędziwej hrabiny Karolowej i paru jej przyjaciółek, co znowu dało początek pogłosce, że pan Tomasz jeszcze posiada majątek i że zerwał z towarzystwem w części przez dziwactwo, w części dla poznania rzeczywistych przyjaciół i wybrania córce męża, który by ją kochał dla niej samej, nie dla posagu.

    Więc znowu dokoła panny Łęckiej począł zbierać się tłum wielbicieli, a na stoliku w jej salonie stosy biletów wizytowych. Gości jednak nie przyjmowano, co zresztą między nimi nie wywołało zbyt wielkiego oburzenia, ponieważ rozeszła się trzecia z kolei pogłoska, że Łęckiemu licytują kamienicę.

    Tym razem w towarzystwie powstał zamęt. Jedni twierdzili, że pan Tomasz jest zdeklarowanym bankrutem, drudzy gotowi byli przysiąc, że zataił majątek, aby zapewnić szczęście jedynaczce. Kandydaci do małżeństwa i ich rodziny znaleźli się w dręczącej niepewności. Ażeby więc nic nie ryzykować i nic nie stracić, składali hołdy pannie Izabeli nie angażując się zbytecznie i po cichu rzucali w jej domu swoje karty, prosząc Boga, ażeby ich czasem nie zaproszono przed wyklarowaniem się sytuacji.

    Prus, Lalka Tom I rozdział 8, Medytacje

    Zatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się u jego stóp dzielnicę między Nowym Zjazdem i Tamką. Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi - linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek poprzecznych formują jakby szczeble.

    " Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie - myślał. - To chory kąt, dziki kąt."

    I rozważał pełen goryczy, że ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki barwy czekoladowej i jasnożółtej, ciemnozielonej i pomarańczowej. Nic, oprócz białych i czarnych parkanów, otaczających puste place, skąd gdzieniegdzie wyskakuje kilkupiętrowa kamienica jak sosna, która ocalała z wyciętego lasu, przestraszona własną samotnością.

    " Nic, nic!..." - powtarzał tułając się po uliczkach, gdzie widać było rudery zapadnięte niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem.

    Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej skazówce, z porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek - na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych.

    " Oto miniatura kraju - myślał - w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć.

    Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce - o nic."

    Potem w wielkich konturach przyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem będąc łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą, będąc subiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu - prześladowano go porcjami, które niedawno podawał gościom.

    Odetchnął dopiero na Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i przyjaźń Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich. Wrócił do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, zakrzyczano go i odesłano do handlu...

    " To taki piękny kawałek chleba w tak ciężkich czasach!"

    No i wrócił do handlu, a wtedy zawołano, że się sprzedał i żyje na łasce żony, z pracy Minclów.

    Traf zdarzył, iż po kilku latach żona umarła zostawiając mu dość spory majątek. Pochowawszy ją Wokulski odsunął się nieco od sklepu, a znowu zbliżył się do książek. I może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazłszy się raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli.

    Prus, Lalka Tom I rozdział 10, Pamiętnik Starego Subiekta

    Otóż Szlangbaum jest w całym znaczeniu porządnym obywatelem, a mimo to wszyscy go nie lubią, gdyż - ma nieszczęście być starozakonnym...

    W ogóle, może od roku, uważam, że do starozakonnych rośnie niechęć; nawet ci, którzy przed kilkoma laty nazywali ich Polakami mojżeszowego wyznania, dziś zwą ich Żydami. Zaś ci, którzy niedawno podziwiali ich pracę, wytrwałość i zdolności, dziś widzą tylko wyzysk i szachrajstwo.

    Słuchając tego, czasem myślę, że na ludzkość spada jakiś mrok duchowy, podobny do nocy. W dzień wszystko było ładne, wesołe i dobre; w nocy wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie myślę, ale milczę; bo cóż może znaczyć sąd starego subiekta wobec głosu znakomitych publicystów, którzy dowodzą, że Żydzi krwi chrześcijańskiej używają na mace i że powinni być w prawach swoich ograniczeni. Nam kule nad głowami inne wyświstywały hasła, pamiętasz, Katz?...

    Taki stan rzeczy w osobliwy sposób oddziaływa na Szlangbauma. Jeszcze w roku zeszłym człowiek ten nazywał się Szlangowskim, obchodził Wielkanoc i Boże Narodzenie, i z pewnością najwierniejszy katolik nie zjadał tyle kiełbasy co on. [...]

    Wrócił z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstąpił do chrześcijańskiego sklepu, choć Żydzi dawali mu lepsze warunki. Od tej też pory ciągle pracował u chrześcijan i dopiero w roku bieżącym wymówili mu posadę. [...]

    Stach wzruszył ramionami i natychmiast przyjął Szlangbauma z pensją półtora tysiąca rubli rocznie.

    Nowy subiekt od razu wziął się do roboty, a w pół godziny później mruknął Lisiecki do Klejna:

    - Co tu, u diabła, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?..

    Zaś w kwadrans później, nie wiem już z jakiej racji, dodał:

    - Jak te kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie mógłby to parch, jeden z drugim, pilnować się Nalewek albo Świętojerskiej?

    Szlangbaum milczał, tylko drgały mu czerwone powieki.

    Szczęściem, obie te zaczepki słyszał Wokulski. Wstał od biurka i rzekł tonem, którego, co prawda, nie lubię:

    - Panie... panie Lisiecki! Pan Henryk Szlangbaum był moim kolegą wówczas, kiedy działo mi się bardzo źle. Czybyś więc pan nie pozwolił mu kolegować ze mną dziś, kiedy mam się trochę lepiej?...

    [...] Stanowisko Szlangbauma wyjaśniło się od razu; dziś mnie prędzej coś powiedzą (ba! nawet zwymyślają) aniżeli jemu. Ale czy wynalazł kto sposób przeciw półsłówkom, minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, który mi nieraz mówi wzdychając:

    - Ach, gdybym się nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej chwili uciekłbym stąd na Nalewki...

    - Bo dlaczego, panie Henryku - spytałem go - raz się, do licha, nie ochrzcisz?..

    - Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem, że jako Żyd jestem tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako meches byłbym wstrętny i dla chrześcijan, i dla Żydów. Trzeba przecie z kimś żyć. Zresztą - dodał ciszej - mam pięcioro dzieci i bogatego ojca, po którym będę dziedziczyć...

    [...]

    Źle nazywać się Szlangbaumem, źle Szlangowskim; źle być Żydem, źle mechesem... Noc zapada, noc, podczas której wszystko jest szare i podejrzane!

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/lalka/

    Społeczeństwo w modernizmie (Młodej Polsce)


    Fragmenty: Stanisław Wyspiański, Wesele, Sceny 1, 7, 8, 12, 17,  24, Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra.

    Stanisław Wyspiański, Wesele

    Wesele, SCENA 1.

    CZEPIEC, DZIENNIKARZ.

    CZEPIEC

    Cóż tam, panie, w polityce?

    Chińcyki trzymają się mocno!?

    DZIENNIKARZ

    A, mój miły gospodarzu,

    mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.

    CZEPIEC

    Pan polityk!

    DZIENNIKARZ

    Otóż właśnie polityków

    mam dość, po uszy, dzień cały.

    CZEPIEC

    Kiedy to ciekawe sprawy.

    DZIENNIKARZ

    A to czytaj, kto ciekawy;

    wiecie choć, gdzie Chiny leżą?,

    CZEPIEC

    No daleko, kajsi gdzieś daleko;

    a panowie to nijak nie wiedzą,

    że chłop chłopskim rozumem trafi,

    choćby było i daleko.

    A i my tu cytomy gazety

    i syćko wiemy.

    DZIENNIKARZ

    A po co - ?

    CZEPIEC

    Sami się do światu garniemy.

    DZIENNIKARZ

    Ja myślę, że na waszej parafii

    świat dla was aż dosyć szeroki.

    CZEPIEC

    A tu ano i u nas bywają,

    co byli aże dwa roki

    w Japonii; jak była wojna.

    DZIENNIKARZ

    Ale tu wieś spokojna. -

    Niech na całym świecie wojna,

    byle polska wieś zaciszna,

    byle polska wieś spokojna.

    CZEPIEC

    Pon się boją we wsi ruchu.

    Pon nos obśmiwajom w duchu. -

    A jak my, to my się rwiemy

    ino do jakiej bijacki.

    Z takich, jak my, był Głowacki.

    A, jak myślę, ze panowie

    duza by juz mogli mieć,

    ino oni nie chcom chcieć!

    Wesele, SCENA 7.

    RADCZYNI, KLIMINA.

    RADCZYNI

    Cóż ta, gosposiu, na roli?

    Czyście sobie już posiali?

    KLIMINA

    Tym ta casem sie nie siwo.

    RADCZYNI

    A mieliście dobre żniwo - ?

    KLIMINA

    Dzięki Bogu, tak ta bywo.

    RADCZYNI

    Jak złe żniwo, to was boli,

    żeście się napracowali - ?

    KLIMINA

    Zawszeć sie co przecie zgarnie.

    RADCZYNI

    Dobrze sobie wyglądacie.

    KLIMINA

    I pani ta tyz nie marnie.

    RADCZYNI

    Jeszcze się widzicie młoda.

    KLIMINA

    Jak po Marcinie jagoda.

    RADCZYNI

    Może jeszcze się wydacie - ?

    KLIMINA

    A cóz sie ta tak pytacie?!

    Wesele, SCENA 8.

    KSIĄDZ, PANNA MŁODA, PAN MŁODY.

    PAN MŁODY

    Ksiądz dobrodziej łaskaw bardzo.

    Proszę nas nie zapominać.

    KSIĄDZ

    Są i tacy, co mną gardzą,

    żem jest ze wsi, bom jest z chłopa.

    Patrzą koso - zbędą prędko,

    a tu mi na sercu lentko.

    Sami swoi, polska szopa,

    i ja z chłopa, i wy z chłopa

    PAN MŁODY

    Ksiądz dobrodziej już niebawem

    będzie nosić pelerynkę - ?

    KSIĄDZ

    Może i należy mi się;

    lecz pewnego nic nie wi się.

    Inni także robią ślinkę!

    Może sprawię pelerynkę ?

    PAN MŁODY

    Może z konsystorza przecie

    popatrzą okiem łaskawem;

    życzę bardzo.

    PANNA MŁODA

    Choć co dadzą;

    ino te ciarachy tworde,

    trza by stoć i walić w morde.

    PAN MŁODY

    Moja duszko, tu sie mówi

    o kościelnej dostojności,

    którą mają przyznać Jegomości.

    PANNA MŁODA

    Jo myślała, że co inne.

    KSIĄDZ

    Naiwne to i niewinne.

    Wesele, SCENA 12.

    PAN MŁODY, PANNA MŁODA.

    PAN MŁODY

    Kochasz ty mnie?

    PANNA MŁODA

    Moze, moze -

    cięgiem ino godos o tem.

    PAN MŁODY

    Bo mi serce wali młotem,

    bo mi w głowie huczy, szumi...

    moja Jaguś, toś ty moja?!

    PANNA MŁODA

    Twoja, jak trza, juści twoja;

    bo cóż cie ta znów tak dumi?

    Cięgiem ino godos o tem.

    P AN MŁODY

    A ty z twoim sercem złotem

    nie zgadniesz, dziewczyno-żono,

    jak mi serce wali młotem,

    jak cię widzę z tą koroną,

    z tą koroną świecidełek,

    w tym rozmaitym gorsecie,

    jak lalkę dobytą z pudełek

    w Sukiennicach, w gabilotce:

    zapaseczka, gors, spódnica,

    warkocze we wstążek splotce;

    że to moje, że to własne,

    że tak światłem gorą lica!

    PANNA MŁODA

    Buciki mom troche ciasne.

    PAN MŁODY

    A to zezuj, moja złota.

    PANNA MŁODA

    Ze sewcem tako robota.

    PAN MŁODY

    Tańcuj boso.

    PANNA MŁODA

    Panna młodo?!

    Cóz ta znowu?! To ni mozno.

    PAN MŁODY

    Co się męczyć? W jakim celu?

    PANNA MŁODA

    Trza być w butach na weselu.

    Wesele, SCENA 17.

    PAN MŁODY, ŻYD

    PAN MŁODY

    Przyszedł Mosiek na wesele...

    ŻYD

    Nu, ja tu przyszedł nieśmiele.

    PAN MŁODY

    No, jesteśmy przyjaciele.

    ŻYD

    No, tylko że my jesteśmy

    tacy przyjaciele, co się nie lubią.

    PAN MŁODY

    A tak, jak są tacy, co skubią,

    to i są tacy, co się boczą.

    ŻYD

    Niech się boczą, a jak oni potrzebują,

    to ich u mnie jest bardzo wiele.

    PAN MŁODY

    W zastawie.

    ŻYD

    No, to tak, jak w kieszeni; -

    pan dzisiaj w kolorach się mieni;

    pan to przecie jutro zruci ? ?

    PAN MŁODY

    Narodowy chłopski strój.

    ŻYD

    No, pan się narodowo bałamuci,

    panu wolno - a to ładny krój -

    to już było.

    PAN MŁODY

    No, to jeszcze wróci.

    ŻYD

    [...]

    Po co się pan z chłopką żeni?

    Są panny inteligentne.

    PAN MŁODY

    One mnie się wydają przeciętne.

    Kocham te z Botticellego,

    lecz nie chcę zapychać niemi

    każdej piędzi naszej ziemi.

    Wesele, SCENA 24.

    POETA, GOSPODARZ.

    [...]

    GOSPODARZ

    Dramatyczne, bardzo pięknie -

    u nas wszystko dramatyczne,

    w wielkiej skali, niebotyczne -

    a jak taki heros jęknie,

    to po całej Polsce jęczy,

    to po wszystkich borach szumi,

    to po wszystkich górach brzęczy,

    ale kto tam to zrozumi.

    [...]

    POETA

    Duch się w każdym poniewiera,

    że czasami dech zapiera;

    tak by gdzieś het gnało, gnało,

    tak by się nam serce śmiało

    do ogromnych, wielkich rzeczy,

    a tu pospolitość skrzeczy,

    a tu pospolitość tłoczy,

    włazi w usta, uszy, oczy;

    [...]

    GOSPODARZ

    Tak się orze, tak się zwala

    rok w rok, w każdym pokoleniu;

    raz w raz dusza się odsłania,

    raz w raz wielkość się wyłania

    i raz w raz grąży się w cieniu.

    Raz w raz wstaje wielka postać,

    że ino jej skrzydeł dostać,

    rok w rok w każdym pokoleniu,

    i raz w raz przepada, gaśnie,

    jakby czas jej przepaść właśnie.-

    Każden ogień swój zapala,

    każden swoją świętość święci...

    POETA

    My jesteśmy jak przeklęci,

    że nas mara, dziwo nęci,

    wytwór tęsknej wyobraźni

    serce bierze, zmysły draźni;

    że nam oczy zaszły mgłami;

    pieścimy się jeno snami,

    a to, co tu nas otacza,

    zdolność nasza przeinacza:

    w oczach naszych chłop urasta

    do potęgi króla Piasta!

    GOSPODARZ

    A bo chłop i ma coś z Piasta,

    coś z tych królów Piastów -  wiele!

    - Już lat dziesięć pośród siedzę,

    sąsiadujemy o miedzę.

    Kiedy sieje, orze, miele,

    taka godność, takie wzięcie;

    co czyni, to czyni święcie,

    godność, rozwaga, pojęcie.

    A jak modli się w kościele,

    taka godność, to przejęcie;

    bardzo wiele, wiele z Piasta;

    chłop potęgą jest i basta.

    Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra*

    Bibliografia: Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra*.

    Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra,1883-84 (tłum. Wacław Berent).

    Społeczeństwo we współczesności

    Broniewski, Ballady i romanse, 1945, A. Słonimski, Elegia miasteczek żydowskich, 1963, R. Kapuściński, Wymarsz piątej kolumny, Kuba Wandachowicz, Generacja Nic, reklama Pokolenie X , Katarzyna Izdebska, Pokolenie X vs. Pokolenie Y zgrzyt?, Eroica*, reż. Andrzej Munk 1957, Obywatel Kane*, reż. Orson Wells, Henryk Tomaszewski, Citizen Kane; reż.: Orson Welles. Film amerykański*, 1948, Grzegorz Królikiewicz, Różyczka* (fragm.).

    Broniewski, Ballady i romanse, 1945,

    Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha...

    To dzień biały, to miasteczko..."

    Nie ma miasteczka, nie ma żywego ducha,

    po gruzach biega naga, ruda Ryfka,

    trzynastoletnie dziecko.

    Przejeżdżali grubi Niemcy w grubym tanku.

    (Uciekaj, uciekaj Ryfka!)

    "Mama pod gruzami, tata w Majdanku..."

    Roześmiała się, zakręciła się, znikła.

    I przejeżdżał znajomy, dobry łyk z Lubartowa:

    "Masz, Ryfka, bułkę, żebyś była zdrowa..."

    Wzięła, ugryzła, zaświeciła zębami:

    "Ja zaniosę tacie i mamie."

    Przejeżdżał chłop, rzucił grosik,

    przejeżdżała baba, też dała cosik,

    przejeżdżało dużo, dużo luda,

    każdy się dziwił, że goła i ruda.

    I przejeżdżał bolejący Pan Jezus,

    SS-mani go wiedli na męki,

    postawili ich oboje pod miedzą,

    potem wzięli karabiny do ręki.

    "Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, sie Juden,

    za koronę cierniową, za te włosy rude,

    za to, żeście nadzy, za to, żeśmy winni,

    obojeście umrzeć powinni."

    I ozwało się Alleluja w Galilei,

    i oboje anieleli po kolei,

    potem salwa rozległa się głucha...

    "Słuchaj, dzieweczko!...Ona nie słucha...

    Słonimski, Elegia miasteczek żydowskich, 1963,

    Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,
    W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy
    Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek,
    I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.
    Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,
    Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto
    I wapnem sinym czysto wybielono ściany
    Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.

    Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy,
    Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala,
    Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy,
    Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagala.

    Te księżyce nad inną już chodzą planetą,
    Odfrunęły spłoszone milczeniem ponurym.
    Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,
    Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.

    Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
    Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
    Gdzie starzy żydzi w sadach pod cieniem czereśni
    Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

    Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem,
    I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa,
    Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa
    Dwa narody karmione stuleci cierpieniem.

    Źródło:

    http://www.sztetl.org.pl/pl/article/karczew/30,teksty-kultury/20794,antoni-slonimski-elegia-miasteczek-zydowskich/

    Kapuściński, Wymarsz piątej kolumny,

    Bibliografia: Kapuściński, Wymarsz piątej kolumny,.

    Kuba Wandachowicz, Generacja Nic,10.01.2012 14:24

    Tekst opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 5 września 2002
    Myśleliśmy, że rzeczywistość nowej Polski pozwoli nam 20-latkom jakoś spektakularnie zaistnieć. Myliliśmy się bardzo. Ci z nas, którzy powinni dbać o intelektualne i duchowe zaplecze, uczestniczą dzisiaj w nachalnym urabianiu najniższych społecznych gustów, bo tylko w ten sposób mogą zarobić na życie. O pokoleniu, które przegrało z wolnością, pisze Kuba Wandachowicz - absolwent filozofii, członek zespołu rockowego Cool Kids of Death
    Słowo "generacja" zawsze kojarzyło mi się z pewnym w miarę przejrzyście zdefiniowanym rezerwuarem wymagań światopoglądowych, z pewnym katechizmem wartości oraz z przekonaniem o powinności dokonania czegoś, co można nazwać próbą przekroczenia samego siebie, dokonania pewnego rodzaju skoku w przyszłość, odbicia się od miernoty rzeczywistości w imię rozmaicie pojmowanej utopii. Jeśli przyjmiemy, że utopia jest snem, który obiecuje nam więcej i mobilizuje do działania zaraz po przebudzeniu, to, niestety, należy stwierdzić, że my, generacja ludzi urodzonych w połowie lat 70., cierpimy na niezwykle zaawansowaną bezsenność. 

    To nie moje pokolenie

    Mam 27 lat i nie mogę uwierzyć w swój wiek. Nie istnieje żaden społeczny kontekst usprawiedliwiający moje istnienie i - co za tym idzie - ja sam nie jestem w stanie usprawiedliwić żadnego społecznego kontekstu, który pełniłby funkcję mojego "matecznika". Nie chodzi tu tylko o problem szeroko pojętego bezrobocia, problem warunków i możliwości samorealizacji (choć te czynniki odgrywają tu z pewnością rolę fundamentalną), ale również o zagadnienie wymagań i zadań, jakie my sami przed sobą stawiamy, o problem języka, jaki stworzyliśmy w celu opisania samych siebie i tego, co dookoła nas. Chodzi tu o kwestię naszej (trudno jest mi używać w tym kontekście słowa "nasz" we wszystkich przypadkach i odmianach) twarzy, która często jest twarzą zmęczonego życiem defetysty, bezideowca, hiphopowca, pracownika agencji reklamowej (jako symbolu nowocześnie pojmowanego awansu społecznego), palacza marihuany, pseudokibica, alkoholika (który upija się piwem w pubach - taka teraz moda...), dziennikarza, dresiarza, pracownika banku, działacza prawicowych młodzieżówek, który wiarę w sprawczą siłę polityki czerpie z przedwojennych publikacji... Trudno jest się odnaleźć w tym wariackim tyglu. A co dopiero stworzyć generację! 

    Poniższe dywagacje nie mają na celu socjologicznej analizy zjawiska pokolenia urodzonego w latach 70. (i później), lecz raczej zupełnie nienaukowy, subiektywny opis stanu ducha, którym owo pokolenie próbuje mnie uwieść. Nie jestem socjologiem. Jestem jednym z przedstawicieli owego "pokolenia", który nie czuje z nim żadnego duchowego związku. 

    Nurtuje mnie problem pokolenia moich rówieśników - aspiracji i wymagań składających się na intelektualny mainstream kształtowanego przez nich świata. Zjawisko intelektualnego marginesu, jakże potrzebnego w każdej kulturze, nie może być przecież wyłączną receptą na przerażającą pustkę kultury oficjalnej (która, działając ponoć na zasadach wolnorynkowych, jest przecież wynikiem społecznego zapotrzebowania, koniunktury świadczącej w tym wypadku o żenująco niskich wymaganiach społecznych). Problem ten ma jeszcze parę innych aspektów, które powinny być kiedyś zbadane: jak możliwa jest kultura alternatywna w sytuacji, kiedy praktycznie nie istnieje jakikolwiek żywotny mainstream, oraz jak możliwe jest istnienie kultury w ogóle, skoro odbiorcy śpią snem zimowym. 

    Artyści za pieniądze

    Ograniczmy się jednak do mojego pokolenia; pokolenia ludzi młodych, których wiek wskazywać powinien na największe możliwości zmiany obrazu rzeczywistości. Wydaje się, że wraz z wolnością, jaką otrzymaliśmy w wieku podstawówkowo-licealnym, dużo zmieniło się w naszych oczekiwaniach i wymaganiach. Starsi chcieli pieniędzy i wolności, nas interesowała przede wszystkim wolność (ot, taka natura wieku, z właściwym sobie młodzieńczym romantyzmem), podczas gdy współcześnie nas i młodszych od nas interesują już tylko pieniądze. To banał, jednak dużo w nim prawdy. Ile osób porzuciło lub ograniczyło swoje ideały na rzecz pracy w agencjach reklamowych, zgadzając się na schlebianie najniższym gustom klientów i zleceniodawców? Pech polega też na tym, że elity finansowe w tym kraju kształtowały się na bardzo dziwnych zasadach (wiadomo, że większość interesów po 1989 roku odbywała się na wariackich papierach, wykorzystując rozmaite luki prawne i organizacyjne, do tego dochodzi zagadnienie majątków peerelowskich i postpezetpeerowskich). Decydenci w Polsce zawsze byli niezwykle oddaleni od elit kulturalnych i praca dla nich musiała (i nadal musi) być udręką dla kogokolwiek, kto do zasilenia grona owych intelektualnych i kulturalnych środowisk kiedykolwiek pretendował. Musiało to wiązać się z wyrzeczeniami, które z pewnością stawały się źródłem wielu frustracji. Ten pęd do kariery, który rozpoczął się na początku lat 90., kiedy jak grzyby po deszczu powstawały agencje reklamowe zdolne zatrudnić całkiem sporą liczbę absolwentów szkół artystycznych lub po prostu tych, których wrażliwość i inteligencja wyrastały ponad przeciętną, zaowocował niebezpiecznym deficytem pomysłów na świat. 

    Wolność, którą nasz kraj zyskał po 1989 roku, stała się w pewnym momencie słowem kończącym wszelki dyskurs. Wyrażenie "jesteśmy wolni" zaczęło coraz częściej oznaczać, że mamy prawo nie mieć pomysłów na życie, mamy prawo żyć z dnia na dzień, ciesząc się tym, co możemy sobie kupić za ciężko zarobione pieniądze. Nie ma się co dziwić - to pokolenie zostało wychowane na braku, na kompleksach, na pewnej naturalnej zazdrości względem społeczeństw zachodnich, które miały wszystkiego pod dostatkiem. Sam doskonale pamiętam, jakim zachwytem przepełniały mnie wszystkie nowinki zza zachodniej granicy, wszystkie nowe mody, zespoły, filmy, komiksy, a także najzwyklejsze w świecie dziecięce zabawki, których urok działał również na ludzi o wiele starszych ode mnie. Powstaje jednak pytanie, czy owa wolność, którą szczycimy się dziś, była osiągana jedynie w imieniu tych doraźnych przyjemności? Nie ma się co łudzić - rewolucja w tym kraju powstała dzięki społecznej potrzebie lepszego życia, tak jak każda rewolucja na świecie. Jednak czy my, ludzie, których najważniejsze momenty w życiu przypadły na okres przełomu epok, możemy poprzestać na bezwiednej akceptacji tego, co nazywa się wolnymi mechanizmami rynkowymi, które nie stawiają przed nami żadnych wyzwań oprócz tych związanych z tzw. karierą zawodową? Czy to jedyna wolność, na jaką nas stać? Czy nam jest wszystko jedno? Czy mamy jakiś właściwy sobie język; język wyrażający nasze najgłębsze pragnienia i ambicje, mający stać się naszym osobistym pomostem w przyszłość? Czy cokolwiek odróżnia nas od innych pokoleń? Czy my czegoś oczekujemy od życia? Co to jest?! 

    Okopy św. Etatu

    Problem bezrobocia, który stał się obecnie osią wszelkich niepokojów społecznych, w zestawieniu ze społeczno-ekonomicznym boomem wczesnych lat 90. jawi się jako dodatkowy, jeżeli nie główny katalizator ogólnego rozprzężenia charakteryzującego pokolenie dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków. Jeżeli bowiem sytuacja rynku pracy przypomina w istocie rzeczywistość postnuklearną, to niejako na mocy najpierwotniejszych praw "dżungli" oczywiste jest, że każdy z trudem zdobyty etat będzie broniony z ponoszeniem coraz to większych poświęceń, również w dziedzinie, którą nazwijmy po staroświecku "duchową". Dzisiejszy trzydziestokilkulatek będzie robił wszystko, żeby utrzymać zdobytą na początku lat 90. posadę, ponieważ wie, że strata etatu może się wiązać z ostatecznym wykluczeniem z rynku pracy, a na jego miejsce czeka już tabun zgłodniałych sukcesu młodych ludzi. Tworzy się niezdrowa sytuacja niewypowiedzianego szantażu, gdzie pracownik do tego stopnia jest uzależniony od swojego etatu, że będzie go bronił za wszelką niemal cenę. Intelektualne i duchowe wartości, których tak staroświecko staram się tutaj bronić, pójdą na pierwszy ogień, ponieważ w doraźnym rozrachunku ich strata boli najmniej. To szczególnie bolesne w przypadku tych, którzy niejako z racji "urodzenia" (czytaj: talentu i wykształcenia) powinni budować intelektualne pomosty w przyszłość. Ci, którzy już mają pracę, i ci, którzy jej jeszcze nie mają (i być może nigdy mieć nie będą, a przynajmniej nie taką, jaką sugerowałyby talent i wykształcenie), nie zrobią nic, by spróbować przeżyć swe życie w sposób świadomy, ponieważ nie będą mieli na to czasu, sił, pieniędzy... 

    Idol - Klient

    Kiedy zdawałem na studia (rok 1994), czuło się w powietrzu pewną obietnicę, pewną realną możliwość zmian, poczucie zdolności wpływania na intelektualne trajektorie nowo powstałej rzeczywistości. Wydaje się, że nie byłem w tym odczuciu osamotniony. Wiele się wówczas działo. Dzisiejsi trzydziestoparolatkowie właśnie "łapali się" swoich etatów, a my czuliśmy, że nie będzie źle. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że nikt nie pozwoli nam na realizację żadnych względnie górnolotnych zamierzeń, a my sami staniemy się na tyle słabi, że nie będziemy mieli siły niczego od życia wyegzekwować. Nie wiedziałem, że wszystkie intelektualne ambicje moich rówieśników zamkną się między stronicami publikacji typu: "Jak mówić 'nie'", "Jak uwierzyć w siebie", "Jak w zgodzie ze sobą osiągnąć sukces", itp., a niezwykle modnym odruchem religijnym stanie się przaśny buddyzm kultywowany w oparach marihuany, która od tej pory będzie stanowiła nieodłączny element życia młodego człowieka, potęgując fizyczne i mentalne rozleniwienie. 

    Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś natchnione potępienie wszelkich używek. Chodzi raczej o dezaprobatę wyrażoną wobec pewnego stylu życia, który zaowocował tak daleko posuniętym wyluzowaniem, że nagle wszystko przestało się liczyć. Markiz de Sade nie dlatego był tym Markizem de Sade, że wiódł życie hulaszcze, ale dlatego, że w trakcie swoich praktyk starał się jak najintensywniej myśleć. 

    Z jednej strony zachłysnęliśmy się wolnością, rozbudziliśmy w sobie (lub może rozbudzono w nas) optymizm, by za parę chwil stanąć przed ponurą perspektywą bezrobocia i konieczności hołdowania najniższym instynktom nowego idola - bezosobowego Klienta. Daliśmy się wpędzić w błędne koło, bo ulegając zachciankom tego dziwnego stwora, zaczęliśmy aktywnie uczestniczyć w tworzeniu go, umacnianiu jego atawistycznych pobudek i niewybrednych zachcianek. Nie ma żadnej bezpiecznej enklawy, która pozwoliłaby na chwilę oddechu, refleksji, ponieważ ciągle jesteśmy zmuszani do kultywowania tej zalety nowoczesności, jaką jest "elastyczność". Czy nikt nie potrafi zauważyć różnicy pomiędzy marketingiem a sferą szeroko pojętej kultury? Kto powiedział, że wolnorynkowa logika musi zyskać rangę ostatecznej struktury wszelkiego twórczego myślenia? Dostrzegając plusy i minusy współczesnych zachodnich kulturalnych kombinatów, musimy pamiętać, że podstawowym żywiołem artysty, myśliciela, "inteligenta" jest pewna podstawowa niezależność, kontra, którą powinien w sobie pielęgnować... 

    Co z tego, skoro ponura rzeczywistość stawia przed nami inne, całkiem przyziemne zadania? Nie mamy czasu, sił, pieniędzy ani nawet ochoty martwić się o - znów użyję nieznośnie banalnej frazeologii czasów minionych - "duchowy wymiar naszych czasów". Ciemne strony zdobytej w trudach wolności frustrują, a jej przybytki rozleniwiają. Myśleliśmy, że rzeczywistość nowej Polski pozwoli nam jakoś, mniej lub bardziej spektakularnie, zaistnieć. Myliliśmy się bardzo. Dzisiaj ci, którzy teoretycznie powinni dbać o intelektualne i duchowe zaplecze, jawnie uczestniczą w nachalnym urabianiu najniższych społecznych gustów, bo tylko w ten sposób mogą jakoś zarobić na życie. A przy tym zarabianie pieniędzy to w naszych czasach niezwykle wielki przywilej! Wmawia się nam, że już sam fakt posiadania pracy powinien wystarczać za realizację największych życiowych aspiracji, i my się tak czujemy. Robiąc byle co, wmawiamy sobie, że właśnie uczestniczymy w realizacji nowego, wspaniałego świata i powinniśmy wszystkich całować po rękach, że dany nam był ten zaszczyt. 

    Rimbaud w agencji reklamowej

    Co dzisiaj porabiają moi najbardziej obiecujący przyjaciele z czasów studiów? 

    Mateusz, jedna z najbardziej nietuzinkowych postaci, z którymi dane mi było przyjaźnić się, pracuje w dużej firmie. Jego stanowisko nazywa się prawdopodobnie jakoś po angielsku. Nie ma nic wspólnego z naszym kierunkiem studiów, czyli z filozofią. Nie chciał mi dokładnie powiedzieć, o co chodzi. Śmiał się tylko, że jako dyplomowany filozof może przecież robić wszystko. Mateusz w czasie studiów przepisywał Nowy Testament na modłę surrealistyczną, pisał opowiadania, a także coś, co wprawiało mnie i profesorów w zdumienie - zabierał z biblioteki całe sterty czystych rewersów i drobnym maczkiem w każdej wolnej chwili zapełniał je swoimi przemyśleniami. Tych zapisanych rewersów miał mnóstwo. Potem przepisywał je na specjalnie w tym celu kupionym komputerze. Jeden z wykładowców chciał pomóc mu w wydaniu dzieła. Było już bardzo blisko, ale w ostatnim momencie coś nie wypaliło. Fakt jest taki, że mój kolega przestał pisać. Rimbaud wyjechał na pustynię, Mateusz do agencji reklamowej... 

    Krzysiek, człowiek o wielkich ambicjach naukowych, który staraniom o przyjęcie na studia podyplomowe poświęcił naprawdę dużo uczciwej pracy, zarabia obecnie na życie, pisząc prace magisterskie, licencjackie, zaliczeniowe. Nie dostał się na dzienne studia doktoranckie, choć według wielu należało mu się to jak nikomu innemu. Cóż, kryteria oceny studenta nie są w tej materii jasne i powinno to stać się tematem osobnych dociekań. Krzysiek robi doktorat zaocznie, choć już wie, że nie może pisać pracy z dziedziny, która interesuje go najbardziej. Musiał wybrać taki temat i takiego promotora, który zagwarantuje mu w przyszłości pracę na uczelni. W środowiskach akademickich, tak jak wszędzie, panuje tajemniczy system personalnych zależności i większość rzeczy należy sobie po prostu "załatwić". Krzysiek wyliczył mi swoją średnią miesięczną "pensję", jaką uzyskuje dzięki pisaniu na zamówienie: 1370 zł. Prawie średnia krajowa. Zamówień jest wiele, szczególnie w okresie sesji. Dużo zamówień przychodzi od studentów nowych prywatnych uczelni. Tematy prac, które pisał ostatnio, to "Kompetencje kierownika małej firmy" i "Mycie i dezynfekcja w zakładzie gastronomicznym". Najmniej za napisanie pracy wziął 450 zł, górna granica to 4200 zł. Pisze po kilka prac naraz i zawsze dostaje najlepsze oceny. Co by było, gdyby mógł tę energię i czas poświęcić na uczciwą pracę naukową... 

    Marcin pisał artykuły do dwóch pism, w których miał jakiekolwiek znajomości. Była to bodajże "Moda Męska" i jakieś pismo o damskiej bieliźnie. W żadnym innym periodyku nie udawało mu się zaistnieć. Redaktorzy naczelni takich pism branżowych wymagają prostego i przejrzystego stylu pisania. Nic dziwnego, artykuły muszą docierać do umysłów jak największej liczby klientów. Smutne jest tylko to, jak taka praca może zmienić wykształconego człowieka, jakich kompleksów może go nabawić. Przez pięć lat edukacji Marcin wyrobił sobie znakomity, niemalże literacki styl pisania, teraz zaczęto mu wmawiać, że wszystko, czego się nauczył, to nie tylko niepotrzebny balast, ale nawet przeszkoda znacznie utrudniająca zarabianie pieniędzy. Marcin na studiach pisał o współczesnej filozofii francuskiej. Kusząc się o żart, można powiedzieć, że nie skończył aż tak daleko od swoich zainteresowań. Kiedyś zajmował się écriture [pisaniem], dzisiaj lingerie [bieliźniarstwem]... 

    Michał, który napisał znakomitą pracę magisterską o obecności śmierci w myśli zachodnioeuropejskiej, jest dealerem sprzętu fotograficznego. 

    Andrzejowi po wielkich trudach udało się pozostać na uniwersytecie. Temat pracy doktorskiej wybierał również w oparciu o ocenę szans dalszej pracy na uczelni. Jako doktorant na początku dostawał 560 zł, teraz jest to 710 zł. 

    Marek pracuje w kasie jednego z multipleksów. 

    Ja jestem bezrobotny. Takich jak ja jest mnóstwo. 

    Chcesz być szczęśliwy - ogłup się sam

    Każdy człowiek posiadający ambicje twórcze jest skazany na konieczność wkomponowywania tych ambicji w zastane realia. Musi przyjąć warunki artykulacji, które stawia przed nim rzeczywistość (w tym przypadku młoda rzeczywistość wolnorynkowa). Wiadomo - chcąc być zrozumianym, należy mówić językiem zrozumiałym, a więc w pewien sposób wymuszonym przez odbiorcę. Problem pojawia się wtedy, kiedy odbiorcą jest znudzony, leniwy człowiek bez ideałów czy intelektualnych ambicji. Taki odbiorca niejako wymusza stosowanie poniżających "praktyk marketingowych", a więc konstruowanie wszystkiego na zasadzie lekko strawnego hamburgera, którego konsumpcja nie wymaga zbyt wiele wysiłku. Wydaje się, że to właśnie jest żywioł określający współczesną mentalność ludzi młodych, wyznaczający drogi realizacji wszelkich mniej lub bardziej ambitnych projektów, jeśli nie chcą one skończyć gdzieś na marginesie oficjalnego obiegu. Wolnorynkowa rzeczywistość oddaje ster w ręce bezosobowego Klienta, nie dbając o to, kim jest i jakie stawia przed sobą cele. Nic dziwnego, że to budzi w niektórych wściekłość. Z drugiej strony można oczywiście wybrać życie na marginesie zdarzeń i do końca swych dni szczycić się autentycznością i niezależnością, jednak taki "artystowski" model społecznej banicji nie jest wyzwaniem dla każdego. Nie sposób wymagać, aby stał się on jedynym rozwiązaniem dla wszystkich, którzy pragną realizować się w sposób szczery, autentyczny i przemyślany (cokolwiek miałoby to oznaczać). 

    W naszym świecie bunt jest o tyle trudny, że buntując się przeciwko ogłupiającym mechanizmom wolnorynkowej indoktrynacji, chcąc znaleźć wreszcie azyl pozwalający na względną autonomię, na czas na pomysły na świat, na ideały, musimy jednocześnie buntować się przeciwko nam samym, a przynajmniej przeciwko naszym żołądkom. Smutne jest to, że chcąc żyć w zgodzie ze swoimi przyziemnymi, zupełnie zrozumiałymi wymaganiami, musimy jawnie uczestniczyć w postępującym procesie ogłupiania siebie i innych. Owo ogłupianie ma przecież stworzyć koniunkturę na następne "ogłupiacze", ma stworzyć nowych ogłupiających i ogłupianych. Mam tylko nadzieję, że ktoś to kiedyś skończy. Pokaże, że ten wychwalany przez tyle lat kapitalizm nie musi oznaczać intelektualnej i duchowej pustki. Nie zrobi tego z pewnością moja generacja. Już za późno. 

    To pokolenie, które nazywam "generacją nic", jest pokoleniem o tyle specyficznym, że podczas gdy represje towarzyszące życiu innych generacji miały związek z różnego rodzaju ograniczającym zniewoleniem (wojny, totalitaryzmy), to dziś młodość przegrywa z tą wolnością, o którą w przeszłości toczyła się walka. Wolność w naszych czasach zaczęła oznaczać intelektualną pustkę ludzi młodych, którzy nie chcą uczestniczyć w żadnym dyskursie - społecznym, politycznym czy jakimkolwiek innym. Ta niechęć nie ma przy tym żadnych cech manifestu pokoleniowego, nie jest wyrazem żadnego przemyślanego stanowiska - jest po prostu rezygnacją z intelektualnych aspiracji. Wszyscy bez wyjątku zaczęliśmy nagle uczestniczyć w tworzeniu takiego obrazu wymagań społecznych, który pokazuje nam i młodszym od nas, że wszelka refleksyjność to błąd, słabość, że liczy się tylko to, co zwierzęco doraźne. Propagowane są takie cechy, jak przebojowość, elastyczność, różnie umotywowana hipokryzja i życiowe cwaniactwo. Nawet pochwała pracowitości brzmi w dzisiejszych czasach jak redukcja dysonansu poznawczego dokonywana przez pracoholika. 

    Rozpłynęliśmy się w tej nowej rzeczywistości na dobre. Nie ma już wroga, któremu należy się przeciwstawić, więc nie ma już nas. Ale czy na pewno wroga już nie ma? Czy odpowiada nam taka wolność? Jeżeli nie, to dlaczego milczymy? W to, że czujemy się w nowej rzeczywistości dobrze, nie jestem w stanie uwierzyć. Niektórzy mogą twierdzić, że przyczyną owej "bezideowości" ludzi młodych jest duch postmodernizmu wypełniający nasze umysły przekonaniem, że "wszystko już było" i w związku z tym należy odrzucić jakiekolwiek intelektualne wyzwania, które tylko sprowadzą nas na manowce. O ile bardziej jednak wolę takie "manowce" od tego, co proponują mi współcześni "inteligenci" próbujący sprowadzić świat do prostej, czytelnej etykiety, do prostackiego reklamowego hasła mającego zaspokoić moje wszelkie poznawcze ambicje! Nie dajmy sobie wmówić, że postmodernizm to hasło "wszystko już było" i nic więcej (jako magister filozofii gwarantuję, że tak nie jest), że wolność to wolny rynek i nic poza tym. 

    A jednak mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, że jeszcze nie wszyscy w to wierzą.

    Źródło:

    http://wyborcza.pl/1,75475,10939975,Generacja_Nic.html?as=1

    Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75475,10939975,Generacja_Nic.html#ixzz3t18aPWA2

    reklama Pokolenie X - Stara, polska reklama Sprite 1995

    https://www.youtube.com/watch?v=FKo6yrI7Hwo

    Katarzyna Izdebska, Pokolenie X vs. Pokolenie Y zgrzyt?,

    Mają o sobie wysokie mniemanie, potrafią w mig dotrzeć do informacji, byle kto nie będzie dla nich autorytetem. Ich starsi o kilka lat koledzy są pokorniejsi, ale też bardziej odpowiedzialni. W rodzinie to mogą być bracia: młodszy i starszy. A w pracy?

    Jeszcze Janek (26 lat) nie dołączył do zespołu, a Magda (32 lata) już wiedziała, z kim będzie miała do czynienia. Znalazła w Internecie jego profil, obejrzała zdjęcia jego, jego dziewczyny i ich kota, sprawdziła hobby. Wykształcony i wciąż się dokształcający. Miał już pewne doświadczenie w branży. Ona miała wprowadzić go w arkana firmy. "Zaskoczyło mnie, że nie był szczególnie przejęty tym, co do niego mówię. Ja, kiedy przyszłam do pracy, spijałam słowa z ust mojego szefa. On wszystko przyjął, ale na chłodno" - wspomina swoje pierwsze wrażenia. "Właściwie nic nie mogłam mu zarzucić, ale gdy wybiła piąta, po prostu wstał i poszedł do domu".

    Skąd w ogóle to "ale", za którym kryje się zarzut? Dlaczego między ludźmi, których dzieli raptem kilka lat, istnieje taka różnica w postrzeganiu obowiązków? Socjologowie mówią tak: bo to zupełnie inne pokolenia.

    Iks z igrekiem, czyli Ziemia do Ufo

    Generacja X - mówią o tych urodzonych przed 1980 rokiem, o tych po - generacja Y. Szczegóły, zwłaszcza wobec generacji X, różnią się w zależności od kultury i uwarunkowań; pozostańmy jednak w polskich realiach.

    "My jeszcze w szkole mówiliśmy o pokoleniu urodzonym przed stanem wojennym i po stanie wojennym" - wspomina rozmowy z rówieśnikami Małgosia, rocznik 1978. "My pamiętaliśmy biedę PRL-u, szanowaliśmy zabawki, zresztą potrafiliśmy bawić się byle czym. Młodsze roczniki już miały lepiej, łatwiej. Już wtedy było widać, że z tymi młodymi trudno się dogadać" - kwituje.

    Teraz oba pokolenia, jakkolwiek je nazywać, spotykają się w pracy. I coś zgrzyta, choć nie do końca wiadomo co. Jak w przykładzie Janka i Magdy. "Iksy przedkładają pracę zawodową nad życie prywatne. To pracusie, pozostanie dwóch godzin dłużej w firmie to dla nich nie problem" - charakteryzuje pokolenie trzydziestolatków Marzena Krzewińska, coach z firmy Interesujący Partner. "Igreki z kolei cenią sobie równowagę między pracą a życiem poza nią. Sami z siebie po godzinach nie zostaną. Na iksa, który ma być w pracy o 9, a przychodzi wcześniej, żeby być przed szefem, będą patrzeć jak na Ufo" - dodaje.

    Jeśli się zastanowić, nie będzie w tym nic dziwnego. Kiedy po 1989 r. otworzył się rynek, został wyznaczony standard: trzeba pchać się do przodu, walczyć o swoje. Iksy nie miały szans na takie błyskotliwe kariery jak yuppies, ale wciąż wierzą w hierarchię i to, że trzeba dochrapać się swego. Igreki pojawiły się na rynku pracy, gdy właściwie było już pozamiatane. Co z tego, że znają języki, świat, nie mają kompleksów, jak co lepsze stołki są firmach pozajmowane? Zresztą na korporacyjnej karierze im nie zależy, bo też sytuacja ich nie zmusza, żeby się rozpychać. "Rodzice igreków najczęściej zdążyli się czegoś dorobić i mają co przekazać dzieciom. Iksy są zdane na siebie, a przez to bardziej zdeterminowane" - mówi Krzewińska. To nawet dla nich nic nowego. "Dzisiejsi trzydziestokilkulatkowie, będąc dziećmi, biegali z kluczem na szyi, w trudnych sytuacjach musieli sobie radzić sami. Takiemu komuś będzie łatwiej później wziąć się z życiem za bary" - uważa coach.

    Długie spodnie i krótkie spodenki

    Szefowie, którzy mają w swoim zespole zarówno iksów, jak i igreków powinni być świadomi, że zarządzają innymi osobowościami. "Igreki potrzebują krótkiej, rzeczowej informacji. Konkretów. Na polecenie zrekrutowania sekretarki igrek z automatu zapyta, czy to ma być mężczyzna, czy kobieta, z jakimi językami, po jakich studiach. Iksy zapytają o to później albo wcale, bo będą rekrutować na podstawie własnej wiedzy, kto potrzebny jest firmie" - mówi Krzewińska. To wynik edukacji. Młodsze pokolenie większość egzaminów zdawało w formie testów i jest nastawione na wypunktowywanie informacji, starsze przeszło przez szkołę pisania esejów. To widać w korespondencji. Mail wysłany przez 20-latka będzie krótki, kilkuzdaniowy. Tę samą treść 30-latek przekaże w kilkunastu zdaniach, bardziej zadba też o formę wypowiedzi.

    Dochodzi sprawa korzystania z nowinek technologicznych. Młodzi na gruncie zawodowym chętnie korzystają z komunikatorów typu Skype, wykorzystują wszystkie nowości, a co za tym idzie, znakomitą większość spraw mogą załatwić nie ruszając się sprzed komputera. Ich trochę starsi współpracownicy niby są tak samo zaznajomieni z technologiami, częściej jednak zamiast komunikatora czy telekonferencji wybiorą rozmowę twarzą w twarz.

    Gry komputerowe też zrobiły swoje. 20-latek błąd potraktuje jako coś, co się zdarza i się nim nie przejmie. "Igreki, cytując byłą minister Zytę Gilowską, powiedzą: wróć!, poprawią błąd i jadą dalej. Błąd jest dla nich jak skucha w grze. Wtedy biorą inny atrybut, podążają inną ścieżką i próbują, może tym razem się uda" - mówi coach. Iksy krytykę i błędy biorą bardziej do siebie. Są też bardziej skupieni na jednym zagadnieniu. Iks nauczony robić wiele rzeczy w tym samym czasie - w końcu uczył się, pisał SMS-a i oglądał MTV jednocześnie; dziś powiedzielibyśmy, że pracuje w tym samym czasie na wielu oknach.

    I kto tu jest freakiem

    Kłopot jest wtedy, gdy jedna generacja zaczyna patrzeć krzywo na drugą w przekonaniu, że to właśnie jej podejście do sprawy jest lepsze niż tej drugiej strony. Iks widząc, że 20-latek słowa krytyki odbija niczym piłeczkę i argumentuje: tak było w Wikipedii, może uznać, że nie tylko nie zależy mu na pracy, ale jest też krnąbrny i bezczelny. Igrek z kolei może postrzegać 30-latka jako czepialskiego nudziarza bez życia towarzyskiego, któremu od nadmiaru zajęć poprzewracało się w głowie. Konflikt gotowy.

    "Dobry szef, który ma w zespole różne pokolenia, musi zrozumieć każde z nich. Podobnie pracownicy muszą zrozumieć siebie nawzajem" - mówi Marzena Krzewińska. Wtedy negatywne emocje, irytację na preferowany sposób pracy udaje się zminimalizować. Może pomóc z tym krótki warsztat, który pokaże, jacy jesteśmy i co jest dla nas ważne. "Niech padną proste pytania: jak lubisz pracować, co ci przeszkadza, co cię irytuje. A także to, dlaczego pracujesz w tej firmie".

    Drugim kluczem jest informacja. Jeśli jest taka konieczność, by zostać w firmie po godzinach, trzeba to umotywować. Sensowne wytłumaczenie zostanie zrozumiane przez igreka, siedzenie dla idei - nie. Krzewińska apeluje do szefów: "Bądźcie przewodnikami, inspirujcie, stawiajcie wymagania, lecz też jasno określajcie swoje wizje. Pracowników rozliczajcie indywidualnie, a nie grupowo. Pochwalcie, jeśli pracownik zrobi coś dobrze, zwróćcie uwagę, jeśli popełni błąd, ale nie każcie się domyślać, o co wam chodziło. Szacunek i uznanie należą się każdemu bez względu na wiek. Doceni to szczególnie igrek, a i iks poczuje się dowartościowany" - uważa.

    Krzewińska zaznacza też, by nie wszystko zrzucać na karb rysu pokoleniowego, bo nie wszystko nim jest. "Jestem przeciwna generalizowaniu, mówieniu na przykład, że igreki są rozpuszczone i roszczeniowe. Jeśli ktoś taki jest, to wyłącznie kwestia wychowania" - podkreśla.

    Zresztą wiele spraw weryfikuje życie. Człowiek świeżo po studiach, który już musi zaciągnąć kredyt, bo tata pomóc nie może, weźmie dodatkową pracę i mentalnie zbliży się do pokolenia, do którego z racji metryki nie przynależy. A 30-latek obudzi się kiedyś z myślą, że zazdrości młodszym kolegom tego "luzu w ramionkach". 

    Źródło:

    http://www.pracuj.pl/rynek-pracy-w-polsce-pokolenie-x-czy-y-jak-dogaduja-sie-w-pracy.htm#top

    https://web.archive.org/web/20130421124438/http://www.pracuj.pl/rynek-pracy-w-polsce-pokolenie-x-czy-y-jak-dogaduja-sie-w-pracy.htm#top

    Eroica*, reż. Andrzej Munk 1957,

    https://www.youtube.com/watch?v=bSdD7SVe5DE

    Henryk Tomaszewski, Citizen Kane; reż.: Orson Welles. Film amerykański*, 1948,

    http://www.zacheta.art.pl/gfx/db_pictures/huge/004924.jpg

    Grzegorz Królikiewicz, Różyczka* (fragm.).

    Siedem albo sześć rzeczy, które o sobie wiem

    Zanim zobaczyłem ten film w 1957 roku, usłyszałem, chyba z ust Pana Profesora Bolesława Lewickiego, solidnie uzasadnioną apologię „Obywatela Kanea", zrównoważoną potem cytatem z recenzji Jorge Luisa Borgesa z 1945 roku, którą Pan Profesor spontanicznie tłumaczył, chyba z hiszpańskiego oryginału, w czasie swojego wykładu dla Dyskusyjnych Klubów Filmowych.

    Brzmiało to może tak: Mimo to przepowiadam, że „Obywatel Kane" przetrwa w ten sam sposób, w jaki trwają niektóre filmy Griffitha czy Pudowkina: nikt nie zaprzecza ich historycznej wartości, ale też nikt ich nie ogląda. Film cierpi na gigantyczne rozdęcie, pedanterię, nudziarstwo. Nie jest inteligentny, jest genialny w najbardziej przygnębiającym, najbardziej germańskim znaczeniu tego słowa.

    Po całym wspaniałym wykładzie pozostał mi jednak w pamięci tylko ten napastliwy akapit z Borgesa.

    Filmu jeszcze nie widziałem, ale zdążyłem już kilka razy w ciągu roku przyłapać się na tym, że posłużyłem się tym cytatem. Jakoś nie dostrzegałem wtedy swojego okrucieństwa. Przeciwnie, „działalność krytyczna" sprawiała tyle satysfakcji...

    Odkąd zobaczyłem film Orsona Wellesa „Obywatel Kane", towarzyszy mi stale fantastyczny zupełnie stopień zaćmienia: nie mogę go streścić. Z pewnością odpowiedzią na to wyzwanie jest ta książka. Co ciekawe: stan określony jako „nie mogę" ewoluuje. Coraz to inaczej nie mogę. Na przykład:

    Wyciąg z brulionu z 1958 roku:

    Jest to film o niemożności stworzenia prawdy w filmie czy (to nie to samo) prawdziwego filmu. Czy wartość filmu właśnie o tym podlega temu samemu zwątpieniu?

    Z listu do kogoś z 1962 roku:

    Film Wellesa widzę drugi raz. To wąż, który pożera swój ogon. Najsławniejszy reżyser, najsilniejszego kraju, opowiadając o najbogatszym z Amerykanów wyznaje chrypiącym szeptem: wszystko marność i tym ogłoszeniem marności wszystkich olśnień - sentymentalna spowiedź, sięgająca po brutalne metody brukowej reklamy - ciągle jest przejmująca i ciągle jest wielka. Dlaczego?

    Z notatek robionych w Szkole Filmowej, rok 1964:

    „Obywatel Kane" to eliptyczna opowieść o całym życiu nagle wzbogaconego dziecka, które staje się później najpotężniejszą osobistością kontynentu; robiona tak, że narrator po narratorze, ta sztafeta nieświadoma mety - budują fragmenty wspomnień, jak sklepienie: wreszcie zamyka się to w jakąś kulę, ale pustą, jak „wydmuszka", wypróżniona skorupka jajka. Na powierzchni tej kuli wymalowane są - przez kolejnych narratorów, którym zmarły bogacz zmieniał całe życie - szkice do portretu Kane a. Są to te portrety sumujące się na społeczny portret, który Kane, póki żył, nosił w sobie z dumą i wzgardą, bo sam go energicznie - choć się wymykał jego władzy - współtworzył. To jaźń odzwierciedlona, „wydmuszka".

    W środku pusto?

    I jeszcze z brulionu, z okresu studiów w Szkole Filmowej, rok 1966:

    Znów oglądałem „Obywatela Kanea". Razem z juanem Torresem z Meksyku; kończymy studia, przyjaźniąc się. Juan tłumaczył mi recenzję z 1945 r. Jorge Luisa Borgesa o tym filmie, jest przejęty „bólem serca", jaki został odczytany w utworze: „Wszyscy wiemy, że przyjęcia w wielkim świecie, pałace, wielkie firmy, bankiet jubileuszowy dla prasy, kordialna atmosfera niby to jawnej i niby to spontanicznej przyjaźni - są w istocie przerażające. «Obywatel Kane» to pierwszy film jakoś świadomy tej prawdy..."

    Na ile ten „ból serca" jest automatyczny? Wtedy, na studiach, jeszcze nie znaliśmy odpowiedzi. Trzeba ją było wysnuć z własnych, późniejszych przeżyć.

    Znów brulion, ze studiów reżyserskich, rok 1968:

    Francois Truffaut pisał w 1959 roku: „Kochaliśmy ten film za jego zupełność: był psychologiczny, społeczny, poetycki, dramatyczny, komiczny, barokowy, bezpośredni i wymagający. Jest demonstracją siły władzy i atakiem władzy na siłę. Jest hymnem do młodości i rozmyślaniem nad wiekiem starczym, jednocześnie to esej o marności wszelkiej ziemskiej ambicji i poemat o starości i samotności wyjątkowej istoty ludzkiej, geniusza albo potwora, albo potwornego geniusza."

    Ja - na myśl o „Obywatelu Kanie" - popadam w jakąś zaćmę, niechęć, frustrację. Mówię sobie: to stare jak Pudowkin i Eisenstein. Poczekam, aż będzie stare jak Melies.

    Wczoraj w DKF-ie, zapytany przez znajomą - nie potrafiłem streścić fabuły tego filmu.

    Co za szczęście, że żadne ciało pedagogiczne w Szkole Filmowej nie kazało mi „tego filmu się uczyć". Udręka mnie ominęła, bo liznąłem analizy „Obywatela Kanea" tylko trochę, na pierwszym roku...

    I w końcu fragment z protokołu zajęć z analizy, z 1986 roku, prowadzonych przeze mnie w Szkole Filmowej:

    Student: Przepraszam, ile czasu kosztowało Pana dojście do tego, żeby prowadzić z nami „Obywatela Kanea"?

    Ja: Nie wiem. Analizowałem fragment filmu, jak byłem na I-szym roku reżyserii, z obowiązku.

    Student: Ale chyba nie było to zrobione głęboko, skoro Pan do tego wraca. Być może my sami dojdziemy do tego kiedyś, że będzie warto wrócić i zrobić to kiedyś głębiej. Chyba taka samoświadomość jest dużo

    cenniejsza, niż przerabiać coś na siłę i być tym znudzonym. Nie damy z siebie połowy tego, co możemy. Chodzi o uruchomienie samego siebie. Możemy uwierzyć Panu i uruchamiać się, ale to jest sztuczny zabieg.

    Ja: Powiem Panu szczerze, że gdybym był Panem, nie ufałbym sobie i takim wyjaśnieniom... Bo może tu istnieć ziarno hedonizmu, chęci zaznawania tylko samej przyjemności przy nauce. Sprawa artystycznej inspiracji jest sprawą daleko bardziej złożoną. Nie są to przyjemności. Jest to poznawanie tajemnic na dalszą drogę.

    Nie słyszałem jeszcze, nawet od księży, żeby Biblia była lekturą przyjemną. Jest chwilami porywająca, chwilami odrażająca. Jest ciężka, jest przeżyciem dramatycznym.

    Student: Jest też żmudna...

    Ja: Przecież te zajęcia mają być żmudne... Proszę państwa, musimy iść w tej chwili na projekcję filmu „Obywatel Kane".

    (II część zajęć, po projekcji filmu „Obywatel Kane")

    Student: Co to jest ten film? - tego powiedzieć nie umiem... Wydaje mi się, że ta typowa amerykańska historia, gdzie bohater jest potentatem prasowym, milionerem, który swojej ukochanej chce wybudować operę, nie bierze nas w ogóle, to stare; tego nawet nie można streścić, nie chce się tego...

    Ja: Ile pan ma lat? Student: Trzydzieści jeden.

    Ja: Orson Welles, kiedy robił ten film, miał 26 lat. Nie mógł jeszcze przeżyć osobiście tego, co przedstawił... o starości, samotności, świadomości klęski. Niemniej jednak dokonał tego... Przyjrzyjmy się Jego pracy intuicyjnej, która też ma być tu naszym udziałem. Bo w każdym naszym filmie - ma być nasza „Różyczka".

    Dlaczego nie pamiętałem w 1986 r. siebie z roku 1968?... A może to zdanie mimo woli chciało być kolejną próbą streszczenia „Obywatela Kane a"?

    Teraz jednak streszczę schemat fabularny „Obywatela Kanea".

    Rok 1941. W USA, w niezwykłym gigantycznym pałacu - przypominającym legendarną architekturę Xanadu, wzniesioną na rozkaz średniowiecznego despoty Kubilaj-chana - umiera w osamotnieniu najsławniejszy współczesny potentat: Charles Foster Kane. Thompson, reporter kroniki filmowej, która dość powierzchownie zajęła się opisaniem kariery Kanea - otrzymuje od swego szefa Rowlsona polecenie uzupełnienia kroniki o informację, którą kronika pominęła: umierający starzec wyszeptał słowo „Różyczka"... Co ono oznacza?

    Z przeglądu chybionej kroniki filmowej, z lektury pamiętnika That-chera, bankiera a zarazem prawnego opiekuna młodego Kanea, z rozmów z ludźmi niegdyś bliskimi Kane owi: jego administratorem Bernsteinem, jego przyjacielem krytykiem muzycznym Lelandem, z jego drugą żoną Susan, z jego kamerdynerem Raymundem - wyłaniają się rozsypane fragmenty, złożone w ich niezupełne opowieści o zmarłym; tworzy to sugestię o całym ludzkim życiu. Oto co można zebrać z tych okruchów - w fabułę o Ch.F. K....:

    Gdy 10-letni Charles Kane bawi się na śniegu jeżdżąc na sankach, jego matka, właścicielka zajazdu w Kolorado, mimo protestu męża prostaka, przekazuje pod zarząd banku nieoczekiwanie odziedziczoną w spadku zasobną kopalnię złota: któryś z jej pensjonariuszy aktem własności działki zapłacił za swój pobyt... Mały Charles zostaje wysłany do metropolii na Wschodnim Wybrzeżu, aby zdobył edukację godną spadkobiercy gigantycznej fortuny. Tę szóstą co do wielkości fortunę USA przejmuje 25-letni ekspansywny optymista, wyrzucany z sześciu uniwersytetów. Ku zgrozie swego bankiera Kane zamiast działać w wielkim businessie na Wschodnim Wybrzeżu, działa w gazecie „Inąuirer", której jest właścicielem: atakuje wielki business. Stosując nowatorskie i brutalne metody dziennikarskie zmierza do przekształcenia pisemka w potężny organ informacji; publikuje „deklarację zasad", obiecującą prawdę i niezależność. W kilka lat potem Kane pozyskuje cały zespół konkurencyjnej gazety „Chronicie" i staje się jej właścicielem. Poślubia siostrzenicę prezydenta USA.

    W miarę zdobywania sławy i znaczenia rosną pycha i egoizm Kane'a. W 1916 kandyduje na stanowisko gubernatora stanu Nowy Jork. Ale kampanię wyborczą rozpoczętą z niezwykłą pewnością siebie przerywa nagle odwet przeciwnika politycznego Gettysa, którego Kaneoczerniał z trybuny; w rewanżu ujawniony zostaje skandaliczny romans Kanea z byłą ekspedientką sklepu muzycznego, Susan Alexander, nazywaną w nagłówkach gazet wzgardliwie i dwuznacznie „śpiewaczką".

    Po rozwodzie i drugim ożenku Kane buduje dla Susan gmach opery i z tym samym rozmachem, tyranizując nieszczęśliwą żonę, usiłuje zrobić z niej diwę operową. Kupuje owacje i entuzjastyczne recenzje. Trwa jakiś czas to fałszerstwo informacji, będące sprzeniewierzeniem „deklaracji zasad"...

    Gdy najbliższy przyjaciel, Leland, zaczyna pisać recenzję prawdziwą z nieudolnych popisów Susan, Kane sam ją kończy nie szczędząc w niej żonie poniżających ocen. Przyjaciela wyrzuca z pracy. Po nieudanym samobójstwie Susan Kane'owie przenoszą się na Florydę, do monstrualnego pałacu Xanadu, ziejącego nudą, pustką, obcością. Susan znudzona samotnością, która towarzyszy temu pełnemu pychy bogactwu, przytłoczona talentami takich ludzi jak ów anonimowy Murzyn śpiewający na pikniku swingowy standard - odpłaca teraz staremu mężowi pogardą, niewdzięcznością i agresją. Spoliczkowana, odchodzi od Kanea, sumując ten najsilniejszy związek, jaki go łączył z ludźmi: żądając miłości Kane nigdy nie kochał. Jeśli nie liczyć tego, o czym Susan nie wie, a co tkwi we wnętrzu szklanej kuli.

    Osamotniony Kane, po zdemolowaniu sypialni żony, umiera wkrótce, wypuszczając z dłoni szklaną kulę z domkiem przysypanym śniegiem.

    Szepce: „Różyczka". Kula, spadając, rozpryskuje się.

    Twórcy chybionej kroniki filmowej o Kanie nie udaje się rozszyfrować zagadki ostatniego tchnienia Kanea. Stojąc wśród gigantycznego rumowiska niepotrzebnych nikomu, gromadzonych całe życie przez Kanea przedmiotów, wystawionych w Xanadu na licytację - filmowiec stwierdza, że słowo to dotyczyło czegoś, co zmarły utracił, a utracił wszystko...

    Twórca kroniki rezygnuje z dalszych poszukiwań sensu słowa - talizmanu.

    Tymczasem widzimy to, czego nie zobaczy już Thompson: robotnicy palą część bezwartościowych przedmiotów pozostałych po miliarderze. Płoną między innymi stare saneczki, którymi Kane bawił się w latach dzieciństwa... Płomienie roztapiają powoli wymalowany na płótnie legowiska saneczek emblemat wyobrażający różę i napis „ROSEBUD" (różyczka). Wszystko, co płonie, przemienia się w słup dymu na tle nieba. Pałacu Xanadu strzeże żelazne ogrodzenie z napisem NO TRESPASSING (wstęp wzbroniony).

    Apokryf gnozy nowego świata

    Kto znajdzie prawdziwe znaczenie tych słów, ten nie zazna śmierci.

    Oto co rysuje hipotetyczny sens tak gorączkowych poszukiwań reporterów oraz właściciela „Kroniki".

    Wypytywanie o „Różyczkę" nie przynosi żadnego pozytywnego wyniku profesjonalnego.

    A jednak każde poszukiwanie, być może, daje jakieś inne obietnice poznającemu?

    W 1971 roku zakopano pod Nowym Jorkiem kapsułę czasu - przekaz dla przyszłych cywilizacji... W kapsule tej tkwi kopia filmu „Obywatel Kane".

    Kiedyś ktoś - ma odnaleźć i rozpoznać...

    Przyzwyczajeni do tego, że na antypodach wszystko dzieje się odwrotnie - przywołajmy tu inną datę, której zastanawiający sens umknął uwagi współczesnych: w 1945 roku, w grotach Nag-Hamadi w Górnym Egipcie, gdzie w IV w.n.e żyli chrześcijańscy pustelnicy, odnaleziono w glinianych dzbanach dużą ilość papirusów mających około 1800 lat. Te zniszczone rękopisy to apokryfy chrześcijańskiej tradycji, zawierające treści, które nie weszły w całości do kanonu ustanowionego przez Kościół.

    Manuskrypty, pisane w języku koptyjskim, były ukryte w glinianych naczyniach hermetycznie zamkniętych i zakopane w prowizorycznych kryjówkach.

    Te „ewangelie" gnostyczne okazały się znaleziskiem bardzo cennym przez swą tajemną zawartość: dostarczają dowodów na istnienie najwcześniejszej, prymitywnej tradycji chrześcijańskiej, która znikała powoli wraz z narastaniem ortodoksyjnego kanonu wiary, być może, że tradycje tej gnozy prowadziły wprost do herezji?

    Kronika

    Kronika stylistycznie jest czymś zdewaluowanym, technicznie jest prymitywna. Pomijam już to, że wdzięk Welles polega jeszcze na tym, że niby uroczy oszust przed nami udaje, iż ta kronika jest dogmatyczna i wtórna; tym chętniej mu wierzymy, b czujemy przecież, że za to cała reszta filmu jest nowatorska..

    Obejrzyjmy teraz kronikę na stole montażowym, przy wyłączony dźwięku.

    W ten sposób atomizując jej materiał, uzmysłowimy sobie, czym jest efekt wiarygodności, prawdomówności kroniki. Ale jednocześnie obnażymy dezintegrację formalną, techniczną tego materiału, a z drugiej strony uświadomimy sobie jednak tematyczne momenty, które dają początek poszczególnym dalszym narracjom filmu.

    PLANSZA: Kronika filmowa

    CIĘCIE

    PLANSZA:zmarł właściciel Xanadu - Kronika filmowa

    CIĘCIE

    PEŁNY:na tle wierzchołka pałacu wkopiowany napis: „Ku-bilaj-chan rozkazał wybudować pałac w Xanadu".

    PRZENIKANIE

    PEŁNY: inny fragment szczytu pałacu.

    PRZENIKANIE

    PEŁNY: inny fragment szczytu pałacowego (wieżyczka nad arkadami).

    PRZENIKANIE

    OGÓLNY: Z dołu na mury pałacu. Na szczycie posąg kobiecy.

    PRZENIKANIE

    OGÓLNY: z dołu, na inny fragment murów

    PRZENIKANIE

    PEŁNY: szczyt wieży pałacowej

    PRZENIKANIE

    PEŁNY: fragment wieży pałacowej

    PRZENIKANIE

    TOTALNY: z góry, na rozległą posiadłość (pałac otoczony parkiem)

    PRZENIKANIE

    TOTALNY: panorama z góry na posiadłość

    ROLETA

    OGÓLNY: przez kolumny podcieni na taras zatopiony w ozdob¬nej roślinności

    CIĘCIE

    OGÓLNY: brzeg morza

    CIĘCIE

    TOTALNY: Z dołu, pałac na wzgórzu

    CIĘCIE

    OGÓLNY: rusztowanie, budowa pałacu

    CIĘCIE

    OGÓLNY: od dołu na mury - wciąganie belki przez okno do wnętrza

    CIĘCIE

    OGÓLNY: robotnik ciągnie linę

    CIĘCIE

    OGÓLNY: rusztowanie na dziedzińcu pałacu

    PRZENIKANIE PEŁNY: konny posąg rycerza

    ROLETA

    AMERYKAŃSKI: konny posąg w oszalowaniu

    ROLETA

    PEŁNY: wieżyczki na szczycie zamku

    ROLETA

    OGÓLNY: ścianą zamku w tle drzewa

    ROLETA

    PEŁNY: słoń niesie pakunki

    ROLETA

    OGÓLNY: rozładunek skrzyń z wagonów

    ROLETA

    AMERYKAŃSKI: skrzynia z napisem „Kane"

    ROLETA

    PEŁNY: rozładunek skrzyń z frachtowca

    ROLETA

    itd.

    Streszczenie książki „Różyczka"

    Autor stawia tezę, że „Obywatel Kane" wciąż jeszcze wpływa, i że będzie wpływał, na rozwój sztuki filmowej. Bierze się to z niezwykłej złożoności tego filmu i bogactwa zastosowanych środków artystycznych.

    Poprzez porównanie filmu do apokryfu i posłużenie się brawurową techniką analizy autor uzyskuje specyficzny punkt widzenia na utwór, który jawi się jako sekretny zapis tajemnicy amerykańskich karier i demokracji, a i jednocześnie jako gnostycka struktura wyrażająca agnostycyzm XX wieku.

    W następnym rozdziale przybliżona zostaje sylwetka twórcza reżysera Orsona Wellesa i to, w co młody autor filmu swoją bezprzykładną erudycją wyposażył tytułową postać filmu. Rozszyfrowane zostaje negatywne znaczenie pojęcia „obywatel", skazujące człowieka na życie w pustce duchowej.

    Zostaje następnie rozpatrzona budowa filmu, jego wielkie części -bloki oraz zagadnienie funkcjonowania w narracji wielu narratorów. Wskazane zostają te właściwości stylu, które integrują tak rozczłonkowaną narrację w integralny utwór. Sam sposób opowiadania zostaje zbadany nie tylko jako sztuczka narracyjna, ale jako generalna zasada cywilizacji, w której powstaje utwór, wraz z przystawalnością zastosowanych elementów wyrazu do idei.

    Kluczowe miejsce zajmuje w książce analiza sfingowanej kroniki filmowej otwierającej utwór. Autor wskazuje zalążki późniejszych struktur narracyjnych pojawiające się już w kronice oraz niezwykłą budowę jej chronologii. Postawiona zostaje teza, że reżyser celowo zaciemnia narrację, aby tym sugestywniej oddziaływać na wyobraźnię odbiorcy. Przywołana zostaje metafora platońskiej jaskini przez archetyp poznania wraz z towarzyszącą wkraczaniu w nieznane aurą demonizmu.

    Drugim ważnym momentem książki jest przebadanie, na czym polega zjawisko polifonii posługującej się głębią ostrości i wskazanie wielu uproszczeń i niejasności w bazinowskiej egzegezie tej metody inscenizacji. Wykazane zostaje, że polifonia może być też realizowana nie tylko w ujęciach z głębią ostrości. Służy to odkrywaniu modelu świata, który stosowany jest w tym filmie.

    Następnie autor nakłania nas do zauważenia dysonansu, jaki panuje w filmie Wellesa, co dotyczy zarówno skali obrazowanych przedmiotów, warstwy fabularnej, jak i samego mechanizmu poznania. Podkreślona zostaje wcale nie komiczna ironia panująca w tym filmie. Psychologia postrzegania a głębia ostrości i długość ujęcia to kolejne poruszone zagadnienia. Autor zwraca uwagę, jak „nadmierna" długość ujęcia pozwala na przekazywanie treści abstrakcyjnych, jak poezja wynika z trwania.

    Film Wellesa jest autotematyczny. Autor książki proponuje przyjrzeć się temu, jak działa to w kontekście psychologii odbioru. Czas i przestrzeń zostają przedstawione jako zjawiska subiektywne. Ten film opowiada sam o sobie w każdym niemal ujęciu. Autorefleksja dopada Kanea wtedy, gdy przechodzi między dwoma równoległymi lustrami, wśród zmultiplikowanych do nieskończoności odbić. Zostaje to zinterpretowane jako obraz świadomości Ameryki, która przyznaje, że jej samoświadomość czeka dopiero na odkrycie. Powraca problem narratora całości filmu, który jest wszechwiedzący jak demiurg. Postawiona zostaje teza, że narrator filmu utożsamiony jest z duszą, która opuszcza ciało umierającego Kanea. Poruszony zostaje mit odkupienia, którego sam Welles się tak wypierał. Tajemnica duszy Kanea zostaje zachowana.

    W ostatnim rozdziale autor książki stawia tezę, że „Obywatel Kane" jest, czy też mógłby być, dla sztuki XXI wieku tym, czym grupa Laokoona była dla klasycyzmu i romantyzmu.

  • Szkoła – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw szkoły ukazuje edukację jako przestrzeń rozwoju, dyscypliny, konfliktu i kształtowania tożsamości. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Szkoła w języku polskim

    Szkoła - znaczenie wyrazu

    1. instytucja oświatowo-wychowawcza, której zadaniem jest kształcenie i wychowanie; siedziba tej instytucji
    • Szkoła ogólnokształcąca, zawodowa.
    • Szkoła męska, żeńska, koedukacyjna.
    • Szkoła baletowa, górnicza, handlowa, krawiecka, muzyczna, oficerska, pielęgniarska, ogrodnicza, rolnicza, rzemieślnicza, techniczna, wojskowa.
    • Szkoła podchorążych.
    • Szkoła państwowa, społeczna, prywatna.
    • Szkoła przyzakładowa.
    • Szkoła przysposobienia rolniczego.
    • Szkoła tańca towarzyskiego.
    • Szkoła dla dorosłych.
    • Szkoła dla głuchoniemych, ociemniałych.
    • Szkoła imienia Bolesława Prusa.
    • Absolwenci szkoły.
    • Budynek, gmach, teren szkoły.
    • Kierownik, dyrektor szkoły.
    • Program szkoły.
    • Chodzić, uczęszczać, pójść, zapisać się do szkoły.
    • Przyjąć do szkoły.
    • Oddać, posłać dziecko do szkoły.
    • Opuścić szkołę.
    • Relegować, usuwać ze szkoły.
    • Zamknąć szkołę.
    •  Szkoła korespondencyjna, szkoła zaoczna szkoła umożliwiająca naukę w domu według ustalonego programu, z obowiązkiem przysyłania prac pisemnych i zdawania egzaminów
    •  Szkoła podstawowa, przestarz. szkoła powszechna szkoła dająca minimum wykształcenia, obowiązkowa, warunkująca wstęp do szkoły średniej
    •  Szkoła ponadpodstawowa każda szkoła średnia
    •  Szkoła specjalna szkoła przeznaczona dla dzieci z niedomaganiami fizycznymi, opóźnionych w rozwoju lub nie przystosowanych społecznie
    •  Szkoła średnia, szkoła stopnia licealnego szkoła ogólnokształcąca lub zawodowa, po której ukończeniu absolwent otrzymuje świadectwo dojrzałości i ma prawo ubiegania się o przyjęcie do szkoły wyższej
    •  Szkoła tysiąclecia szkoła wybudowana ze składek społeczeństwa zbieranych w latach 1961 1965 pod hasłem: "Tysiąc szkół na Tysiąclecie" (Państwa Polskiego)
    •  Szkoła wieczorowa szkoła, w której nauka odbywa się wieczorem, umożliwiająca kształcenie się osobom pracującym
    •  Szkoła wyższa uczelnia kształcąca studentów na pracowników naukowych oraz na najwyżej kwalifikowanych pracowników w poszczególnych zawodach, prowadząca także prace naukowo-badawcze
    • przen.
      • Szkoła myślenia, cierpliwości, hartu ducha.
      • Szkoła życia.
      • Szkoła obywatelstwa, rzetelnej pracy.
    2. uczniowie i personel takiej instytucji
    • Cała szkoła była na wycieczce.
    • Iść ze szkołą do teatru, na wystawę.
    • Maszeruje szkoła kadetów, podchorążych.
    • Szkoła bierze udział w pracach społecznych.
    3. wykształcenie, wyszkolenie zdobyte przez naukę w szkole; nauka, studia
    • Specjalista ze świetną szkołą.
    • Skończyć, ukończyć szkołę.
    • Zaraz po szkole poszedł do pracy.
    • Robić coś po szkole, przed szkołą; dziś nie ma szkoły robić coś po skończonych lekcjach, przed rozpoczęciem się lekcji; dziś nie ma lekcji w szkole
    4. kierunek, metoda w nauce, sztuce, literaturze itp., których przedstawicieli łączą wspólne poglądy, metody itp.;

    wyróżniająca się grupa twórców, naukowców o pokrewnych cechach pracy twórczej, związana np. z wybitną osobistością, z jakimś miastem, narodem;

    5. zespół cech charakterystycznych dla tej grupy
    • Szkoła poetycka.
    • Szkoła Arystotelesa, Pawłowa.
    • Szkoła nowoczesnego wychowania.
    • Flamandzka, antwerpska szkoła malarstwa.
    • Kartezjańska, platońska szkoła filozofii.
    • Polska szkoła matematyczna.
    • Włoska szkoła śpiewu.
    • Rosyjska szkoła choreografii.
    • Reprezentować jakąś szkołę w dyscyplinie sportowej, w architekturze.
    • Stworzyć własną szkołę naukową.
    • Związać się z jakąś szkołą w sztuce, w literaturze, w pedagogice.
    5. nuty, podręcznik do nauki gry na fortepianie, na skrzypcach itp.
    • Szkoła na fortepian, na skrzypce.
    • Opanować szkołę dla początkujących.

    Źródło:

    Słownik Języka polskiego PWN

    Frazeologia, czyli motyw szkoły w języku

    Dać komuś szkołę = zmusić kogoś do dużego wysiłku: Henek odgrażał się, że "kiedyś da jej taką szkołę, że popamięta". H. Worcell, Rewiry.
     
    Dostać szkołę = zostać zmuszonym do dużego wysiłku: Poczekajcie - myślał już na wpół sennie - chcecie być takie same mądre? Dobrze. Dostaniecie szkołę! Dobrą szkołę! H. Ożogowska, Dziewczyna.
     
    żart. Mieć do szkoły pod górę, pod górkę = mieć trudne dzieciństwo: - Wie pani, całe życie mieszkałem na wsi i zawsze uważałem, że te dzieci wiejskie są pokrzywdzone. - Sam pan miał pod górkę do szkoły pewnie? TV rep 1999.
     
    (Twarda) szkoła (życia) =doświadczenia, sytuacje, zwykle trudne lub przykre, kształtujące osobowość człowieka: - Nowi wolontariusze przechodzą u nas twardą szkołę życia - mówi Felipe. (...) Każdy z nas musi pracować w każdej części statku, po kolei - w księgarni, kuchni, pralni, części szkoleniowej, w maszynowni itp. Przekrój 26/2001.

    Źródło:

    Słownik Frazeologiczny PWN

    Szkoła w renesansie

    T. Morus: Utopia (fragm.)

    Mieszkańcy Utopii dzielą dobę na 24 równe
    godziny, z czego tylko sześć przeznaczają na
    pracę fizyczną [...]. Czas wolny między
    godzinami pracy, snu i posiłków każdy może
    zużytkować według swego upodobania; nie
    znaczy to jednak, by wolno mu było
    marnować czas na głupstwa i próżniactwo,
    przeciwnie, godziny wolne od pracy
    powinien z pożytkiem poświęcić jakiemuś
    innemu zajęciu odpowiednio do swego
    zamiłowania. [...] najczęściej na kształceniu
    się naukowym.
    Codziennie bowiem rano przed wschodem
    słońca odbywają się wykłady publiczne, na
    które obowiązkowo uczęszczają tylko
    wybrani [...], poza tym jednak mnóstwo
    mężczyzn i kobiet bez względu na zawód
    uczęszcza dobrowolnie na różne wykłady
    [...]. Lecz jeśliby ktoś w tych wolnych
    chwilach wolał doskonalić się w swym
    rzemiośle, nikt mu w tym nie przeszkadza
    [...] chodzi tu o ludzi niezdolnych do
    żadnego myślenia naukowego. [...]

    Źródło:

    http://www.historycy.org/index.php?showtopic=29371

    Szkoła w romantyzmie

    A. Mickiewicz: Pan Tadeusz  - fragmenty z motywem szkoły

    Zadania:
    1. Jaką rolę odgrywa szkoła w życiu bohaterów Pana Tadeusza Adama Mickiewicza?
    2. Jakie miejsce zajmuje wiedza, nauka w systemie wartości bohaterów?
    3. Jakie są tego przyczyny i konsekwencje?
    Zwróć uwagę także na:
    • kontekst historyczno-literacki,
    • środki językowe i artystyczne oraz ich funkcję,
    • wersyfikację,
    Opis Tadeusza Soplicy

    Nazywał się Soplica: wszyscy Soplicowie

    Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

    Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.

    Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

    Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

    Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

    Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił;

    On wolał z flinty strzelać albo szablą robić.

    Tadeusz i Telimena

    Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę.

    Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

    O autorów pytała Tadeusza zdania

    I ze zdań wyciągała na nowo pytania.

    Cóż, gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

    O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie,

    Dowiodła, że zna równie pędzel, nuty, druki;

    Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki!

    Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

    I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

    Sędzia

    Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

    I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

    Nalał węgrzyna i rzekł: «Dziś, nowym zwyczajem,

    My na naukę młodzież do stolicy dajem;

    I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

    Mają od starych więcej książkowej nauki;

    Ale co dzień postrzegam, jak młodź cierpi na tem,

    Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

    Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody;

    Podkomorzy

    I ja astronomii słuchałem dwa lata

    W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata

    Pani, oddała dochód z wioski dwiestu chłopów

    Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów.

    Ksiądz Poczobut, człek sławny, był obserwatorem

    I całej Akademii naonczas Rektorem;

    Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił,

    Do klasztoru, do cichej celi swej powrócił

    I tam umarł przykładnie.

    Szkoła w pozytywizmie

    Bolesław Prus: Lalka - motyw szkoły

    Zadania:
    1. Jaką rolę odgrywa szkoła w życiu bohaterów Lalki Bolesława Prusa?
    2. Jakie miejsce zajmuje wiedza, nauka w systemie wartości bohaterów?
    3. Jakie są tego przyczyny i konsekwencje?
    Zwróć uwagę także na:
    • kontekst historyczno-literacki Lalki,
    • narratora i narrację,
    • przynależność pokoleniową obu postaci,
    • interpretację tytułu w kontekście omawianego tematu.
    Ignacy Rzecki – rola szkoły w życiu bohatera
    Reminiscencja Rzeckiego w sądzie

    Sala przypomniała mi szkołę: sędzia siedział na wzniesieniu jak profesor na katedrze, a naprzeciw niego, w dwu szeregach ławek, mieścili się oskarżeni i świadkowie. W tej chwili tak żywo stanęły mi w pamięci młode lata, że mimo woli rzuciłem okiem pod piec, pewny, że zobaczę woźnego z rózgą i ławkę, na której nas bito w skórę. Chciałem nawet przez roztargnienie krzyknąć: „Póki życia nie będę, panie profesorze!...", alem się w porę opamiętał.

    Lekcje ojca

    Chcąc, ażebym zupełnie był gotów, gdy wybije godzina sprawiedliwości, ojciec sam pracował nad moją edukacją. Nauczył mię czytać, pisać, kleić koperty, ale nade wszystko — musztrować się. Do musztry zapędzał mnie w bardzo wczesnym dzieciństwie, kiedy mi jeszcze zza pleców wyglądała koszula. Dobrze to pamiętam, gdyż ojciec komenderując: „Pół obrotu na prawo!" albo „Lewe ramię naprzód — marsz!...", ciągnął mnie w odpowiednim kierunku za ogon tego ubrania.

    Była to najdokładniej prowadzona nauka.

    Nieraz w nocy budził mnie ojciec krzykiem: „Do broni!...", musztrował pomimo wymyślań i łez ciotki i kończył zdaniem:

    — Ignaś! zawsze bądź gotów, wisusie, bo nie wiemy dnia ani godziny... Pamiętaj, że Obraz świata, Bonapartów Bóg zesłał, ażeby zrobili porządek na świecie, a dopóty nie będzie porządku ani sprawiedliwości, dopóki nie wypełni się testament cesarza.

    Lekcje starego Mincla

    Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około południa kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji.

    — ?a???? — powiedz mi: ?a? ??? ?a?? co to jest? ?a? ??? ?????la?? — to jest szublada. Zobacz, co jest w te szublade. ?? ??? ????? — to jest cynamon. Do czego potrzebuje się cynamon? do zupe, do legumine potrzebuje się cynamon. Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus — tu leży Indii. Daj mnie za dziesiątkę cynamon... ?????????????? jak tobie dam dziesięć razy dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon...

    W ten sposób przechodziliśmy każdą szufladę w sklepie i historię każdego towaru.Gdy zaś Mincel nie był zmęczony, dyktował mi jeszcze zadania rachunkowe, kazał sumować księgi albo pisywać listy w interesach naszego sklepu.

    Mincel był bardzo porządny, nie cierpiał kurzu, ścierał go z najdrobniejszych przedmiotów. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie potrzebował okurzać dzięki swoim niedzielnym wykładom buchalterii, jeografii i towaroznawstwa.

    Stanisław Wokulski – rola szkoły w życiu bohatera
    Pamiętniki Rzeckiego

    „Kiedy dzieckiem będąc, łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą, będąc subiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji."

    „Stach był jeszcze ze trzy lata u Hopfera i przez ten czas porobił dużo znajomości ze studentami, z młodymi urzędnikami rozmaitych biur, którzy na wyścigi dostarczali mu książek, ażeby mógł zdać egzamin do uniwersytetu. (...) W początkach roku 1861 Stach podziękował Hopferowi za miejsce. Zamieszkał u mnie (w tym pokoiku z zakratowanym oknem i zielonymi firankami), rzucił handel, a natomiast począł chodzić na akademickie wykłady jako wolny słuchacz. (...)

    Przeniósłszy się do mnie pracował po całych dniach i nocach, aż mnie nieraz złość brała. Wstawał przed szóstą i czytał. Około dziesiątej biegł na kursa, potem znowu czytał. Po czwartej szedł na korepetycję do kilku domów (głównie żydowskich, gdzie mu Szuman wyrobił stosunki) i wróciwszy do domu znowu czytał i czytał, dopóki zmorzony snem nie położył się już dobrze po północy. (...)

    Czas wolny od nauki poświęcał Stach na próby z balonami. Wziął dużą butlę i w niej za pomocą witriolu preparował jakiś gaz (już nawet nie pamiętam jaki) i napełniał nim balon nieduży wprawdzie, ale przygotowany bardzo sztucznie. Była pod nim maszynka z wiatraczkiem...No i latało to pod sufitem, dopóki nie zepsuło się przez uderzenie o ścianę."

    „Przerzucił się (...) do Szkoły Przygotowawczej, a potem do Szkoły Głównej. (...) Zachciało mu się być uczonym!..." radca Węgrowicz o Wokulskim.

    Powrót z Syberii (1870)

    „jeszcze przywiozłem ze sześćset rubli." Słowa Stanisława Wokulskiego do Ignacego Rzeckiego w pamiętniku.

    „jestem uczonym; mam nawet rozmaite podziękowania od petersburskich naukowych towarzystw..." Słowa Stanisława Wokulskiego do Rzeckiego w pamiętniku.

    Szkoła w dwudziestoleciu międzywojennym

    Szkoła w Ferdydurke - lekcja języka polskiego

    Obraz ciała pedagogicznego

    Dyrektor uchylił drzwi do kancelarii i obaj panowie zajrzeli dyskretnie, a ja z nimi. Przeraziłem się nie na żarty ! W dużym pokoju za stołem siedzieli nauczyciele i popijali herbatę zagryzając bułką. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć razem tylu i tak beznadziejnych staruszków.

    Większość chlipała donośnie, jeden ciamkał, drugi mlaskał, trzeci ciągnął, czwarty siorpał, piąty był smutny i łysy, a nauczycielce francuskiego łzawiły się oczy i wycierała je rożkiem chusteczki.

    — Tak, panie profesorze — rzekł dyrektor z dumą — ciało jest starannie dobrane i wyjątkowo przykre i drażniące, nie ma tu ani jednego przyjemnego ciała, same ciała pedagogiczne, jak pan widzi — a jeżeli konieczność zmusza mnie czasem do zaangażowania jakiegoś młodszego nauczyciela, zawsze dbam o to, aby był obdarzony przynajmniej jedną odstręczającą właściwością. Tak, na przykład, nauczyciel historii jest, niestety, w sile wieku i na oko wydaje się znośny, ale niech pan tylko zauważy, jakiego ma zeza. — Tak, ale nauczycielka francuskiego wydaje się sympatyczna — rzekł poufale Pimko. — Jąka się i łzawi. — A, to co innego! Racja, nie zauważyłem w pierwszej chwili. Ale czy nie jest przypadkiem zajmująca? -— Ale skąd, ja sam nie mogę z nią rozmawiać przez minutę, żeby dwa razy nie ziewnąć. — A, to co innego! Ale czy są dość taktowni, dość wyrobieni i świadomi doniosłości misji, ażeby nauczać? — To najtęższe głowy w stolicy — odparł dyrektor — żaden z nich nie ma jednej własnej myśli; jeśliby zaś i urodziła się w którym myśl własna, już ja przegonię albo myśl, albo myśliciela. To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna.

    — Pupa, pupa — rzekł Pimko — widzę, że oddaję mego Józia w dobre ręce. Bo nie ma nic gorszego od nauczycieli osobiście sympatycznych, zwłaszcza jeśli przypadkiem mają osobiste zdanie. Tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia, które cechować winny młodzież, by stanowiła obiekt dla nas, rzetelnych pedagogów z powołania. Tylko za pomocą odpowiednio dobranego personelu zdołamy wtrącić w zdziecinnienie cały świata— Tsss, tsss, tsss — odparł dyrektor Piórkow-ski ciągnąc go za rękaw — pewnie, pupa, ale ciszej, nie trzeba o tym zbyt głośno. — W tej chwili jedno ciało zwróciło się do drugiego ciała i spytało: — Hę, hę, hm, no, co tam? Co tam, panie kolego? — Co tam? — odrzekło tamto ciało. — Staniało. — Staniało? — powiedziało pierwsze ciało. — Chyba podrożało? — Podrożało? — spytało drugie ciało. — Chyba cośkolwiek staniało. — Bułki nie chcą stanieć — mruknęło pierwsze ciało i schowało resztki nie dojedzonej bułki do kieszeni. — Trzymam ich na diecie — szepnął Piórkowski dyrektor — gdyż tylko wtedy są dostatecznie anemiczni. Tylko na pożywce anemii zakwitają w pełni krosty agę ingrat., wieku niewdzięcznego. Naraz nauczycielka kaligrafii, ujrzawszy w drzwiach dyrektora w towarzystwie obcego pana o bardzo doniosłym wyglądzie, zakrztusiła się herbatą i pisnęła przenikliwie:

    — Wizytator!

    Na to hasło wszystkie ciała zadrżawszy powstały i zbiły się w kupę jak stado kuropatw, dyrektor, nie chcąc płoszyć więcej, zamknął dyskretnie drzwi [...]

    Lekcja języka polskiego

    W ogólnym rozgardiaszu uczniowie zajmowali miejsca w ławkach i krzyczeli, jakby za chwilę mieli zamilknąć na zawsze.

    I nie wiadomo kiedy ukazał się na katedrze nauczyciel. Było to to samo ciało, wyblakłe i smutne, które w kancelarii wyraziło ważki pogląd, że staniało.

    Zasiadłszy na krześle nauczyciel otworzył dziennik, strząsnął pyłek z kamizelki, obrócił rękawy, żeby się na łokciach nie wytarły, zacisnął usta, stłumił coś w sobie i założył nogę na nogę. Następnie westchnął i spróbował przemówić.

    Hałasy wybuchnęły ze zdwojoną mocą. Krzyczeli wszyscy, za wyjątkiem chyba jednego Syfona, który pozytywnie wyciągał zeszyty i książki. Nauczyciel spojrzał na klasę, poprawił mankiet, zwęził usta, otworzył je i znowu zamknął. Uczniowie wrzasnęli. Nauczyciel zmarszczył się i skrzywił, obejrzał mankiety, pobębnił palcami, pomyślał o czymś dalekim — wyciągnął zegarek, położył go na pulpicie, westchnął, znów coś stłumił w sobie czy przełknął, a może ziewnął, dłuższy czas skupiał energię, wreszcie huknął dziennikiem w katedrę i krzyknął:

    — Dość tego! Proszę się uspokoić! Lekcja się zaczyna.

    Wtedy cała klasa (prócz Syfona i kilku jego zwolenników) jak jeden mąż objawiła nie cierpiącą zwłoki konieczność udania się do ubikacji. Nauczyciel, zwany pospolicie Bladaczką od szczególnie niezdrowej i ziemistej cery, uśmiechnął się kwaśno.

    — Dosyć! — krzyknął automatycznie. — Zwolnić was! Chciałaby dusza do raju? A dlaczego to mnie nikt nie zwolni? Dlaczego to ja muszę siedzieć? Siadać, nikogo nie zwalniam, Miętalskiego i Bobkowskiego zapisuję do dziennika, a jeżeli jeszcze który się odezwie, to wyzwę go do odpowiedzi! — Wówczas nie mniej niż siedmiu uczniów przedstawiło świadectwa, że z powodu takich to a takich chorób nie mogli przygotować lekcji. Prócz tego czterech zadeklarowało migrenę, jeden dostał wysypki, a jeden drgawek i konwulsji. — Tak — powiedział zawistnie Bladaczką — a dlaczego to mnie nikt nie da świadectwa, że z przyczyn od siebie niezależnych nie przygotowałem lekcji? Dlaczego mnie nie wolno mieć konwulsji? Dlaczego, pytam, nie mogę mieć konwulsji, tylko muszę siedzieć tu dzień w dzień oprócz niedziel ? Precz, świadectwa są sfałszowane, choroby udane, siadać, znamy się na tym! — Ale trzech uczniów, najbardziej spoufalonych i wymownych, zbliżyło się do katedry i zaczęło opowiadać zabawną historię o Żydach i ptaszkach. Bladaczką zatkał uszy. — Nie, nie — jęczał — nie mogę, zlitujcie się, nie kuście, lekcja przecież, co by było, gdyby nas pan dyrektor przyłapał.

    Tu zatrząsł się, obejrzał niepewnie na drzwi i blady strach wypłynął mu na policzki.

    — A gdyby pan wizytator nas przyłapał? Panowie, uprzedzam, że wizytator jest w szkole! Właśnie!... Uprzedzam panów... Nie pora na głupstwa! — jęknął przestraszony. — Trzeba natychmiast zorganizować się wobec wyższej władzy. No... hm... który tam najlepiej opanował przedmiot? Tylko bez blagi, nie czas na żarciki! Pomówmy zupełnie szczerze. Co?! nikt nic nie umie? Zgubicie mnie! No, może jednak któryś, no, przyjaciele, śmiało, śmiało... Aa, Pylaszczkiewicz, mówcie? Bóg zapiać, Pylaszczkiewicz, zawsze miałem Pylaszczkiewicza za wartościowego. No, a co Pylaszczkiewicz najlepiej opanował? Konrada Wallenroda ? Czy Dziady? A może ogólne rysy romantyzmu? Niech Pylaszczkiewicz wyzna mi.

    Syfon wszakże, już na dobre utwierdzony w chłopięciu, wstał i odpowiedział:

    — Przepraszam pana profesora. Jeżeli pan profesor wyzwie mnie do odpowiedzi przy panu wizytatorze, będę odpowiadał według najlepszej swojej wiedzy — ale obecnie nie mogę zdradzić, co opanowałem, gdyż zdradzając zdradziłbym samego siebie.

    — Syfon, zgubisz nas — ozwali się z przerażeniem inni — Syfon, wyznaj szczerze!

    — No, no, Pylaszczkiewicz — rzekł pojednawczo Bla-daczka. — Dlaczego to Pylaszczkiewicz nie chce wyznać? Rozmawiamy przecież prywatnie. Niech Pylaszczkiewicz wyzna mi. Pylaszczkiewicz nie ma chyba zamiaru gubić mnie i siebie? Jeżeli Pylaszczkiewicz nie chce powiedzieć otwarcie, niech Pylaszczkiewicz da do zrozumienia.

    — Przepraszam pana profesora — odpowiedział Syfon — ale nie mogę wdawać się w żadne kompromisy, gdyż jestem bezkompromisowy i nie mogę sprzeniewierzać się sobie ani zdradzać siebie.

    I usiadł.

    — Tiu, tiu — mruknął nauczyciel — uczucia te przynoszą zaszczyt Pylaszczkiewiczowi. Ale niech Pylaszczkiewicz tego do serca nie bierze, ja tylko tak sobie prywatnie żartowałem. Oczywiście, oczywiście, paczyć się nie można, co to mamy na dzisiaj? — rzekł surowo i zajrzał do programu. — Aha! Wytłumaczyć i objaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? A zatem, panowie, ja wyrecytuję wam swoją lekcję, a potem wy z kolei wyrecytujecie swoją. Cicho! — krzyknął i wszyscy pokładli się na ławkach, rękami podpierając głowy, a Bladaczka, nieznacznie otworzywszy odnośny podręcznik, zacisnął usta, westchnął, stłumił coś w sobie i rozpoczął recytację.

    — Hm... hm... A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą czytając ten cudny, harfowy poemat W Szwajcarii! Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, spiżowych strof Króla Ducha., wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów Balladyny a kiedy znowu skargi Lilii Wenedy zadźwięczą, serce rozdziera się nam na kawały? I gotowiśmy lecieć, pędzić na ratunek nieszczęsnemu królowi? Hm... dlaczego? Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wałkiewicz! Dlaczego? Niech Wałkiewicz powtórzy — dlaczego? Dlaczego zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić? Dlaczego, Wałkiewicz?

    Zdawało mi się, że Pimkę znów słyszę, ale Pimkę na skromniejszej pensji i bez tych rozległych horyzontów.

    — Dlatego, że wielkim poetą był! — powiedział Wałkiewicz, uczniowie wycinali scyzorykiem ławki albo robili małe kuleczki z papieru, najmniejsze, jak mogli, i wrzucali je do kałamarza. Był to niby staw i ryby w stawie, więc też łowili je na wędkę z włosa, ale nie udawało się, papier nie chciał chwytać. Więc włosem łechtali nos albo podpisywali się w zeszytach, raz za razem, to z zakrętasem, to bez, a jeden kaligrafował przez całą stronicę: — Dla-cze-go, dla-cze-go, dla-cze- go, Sło-wac-ki, Sło-wac-ki, Sło-wac-ki, wac-ki, wac-ki, Wa-cek, Wa-cek-Sło-wac-ki-i-musz-ka-pchła. Twarze im zbiedniały. Gdzież się podziało niedawne podniecenie, spory i dyskusje — paru tylko szczęśliwców zapomniało o bożym świecie nad Wal lace'em. Nawet Syfon zmuszony był wytężyć całą siłę charakteru, żeby nie sprzeniewierzyć się swoim zasadom samodoskonalenia i samokształcenia, lecz umiał on się tak urządzić, że właśnie przykrość była mu źródłem rozkoszy, jako probierz siły charakteru. Inni zasię tworzyli wzgórki i dołki na dłoni i dmuchali w dołki z rosyjska — ech, ech, dołki, górki, dołki, górki.

    Nauczyciel westchnął, stłumił, spojrzał na zegarek i mówił.

    — Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy — a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą. Proszę zapisać sobie temat wypracowania domowego: „Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?"

    W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał:

    — Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? — Wytrzeszczył oczy i usiadł, grążąc się w jakieś bezdenne przepaście. Naiwnym tym wyznaniem aż zakrztusił się nauczyciel.

    — Ciszej, na Boga! — syknął. — Gałkiewiczowi stawiam pałkę. Gałkiewicz zgubić mnie chce! Gałkiewicz chyba nie zdaje sobie sprawy, co powiedział?

    GAŁKIEWICZ

    Ale ja nie mogę zrozumieć! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca.

    NAUCZYCIEL

    Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca.

    GAŁKIEWICZ

    A mnie nie zachwyca.

    NAUCZYCIEL

    To prywatna sprawa Gałkiewicza. Jak widać, Gałkiewicz nie jest inteligentny. Innych zachwyca.

    GAŁKIEWICZ

    Ale, słowo honoru, nikogo nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli nikt nie czyta oprócz nas, którzy jesteśmy w wiehu szkolnym, i to tylko dlatego, że nas zmuszają siłą...

    NAUCZYCIEL

    Ciszej, na Boga! To dlatego, że niewielu jest ludzi naprawdę kulturalnych i na wysokości...

    GAŁKIEWICZ

    Kiedy kulturalni także nie. Nikt. Nikt. W ogóle nikt.

    NAUCZYCIEL

    Gałkiewicz, ja mam żonę i dziecko! Niech Gałkiewicz przynajmniej nad dzieckiem się ulituje! Gałkiewicz, nie ulega kwestii, że wielka poezja powinna nas zachwycać, a przecież Słowacki był wielkim poetą... Może Słowacki nie wzrusza Gałkiewicza, ale nie powie mi chyba Gałkiewicz, że nie przewierca mu duszy na wskroś Mickiewicz, Byron, Puszkin, Shelley, Goethe...

    GAŁKIEWICZ

    Nikogo me przewierca. Nikogo to nic nie obchodzi, wszystkich nudzi. Nikt nie może przeczytać więcej niż dwie lub trzy strofy. O Boże! Nie mogę...

    NAUCZYCIEL

    Gałkiewicz, to jest niedopuszczalne. Wielka poezja, będąc wielką i będąc poezją, nie może nie zachwycać nas, a więc zachwyca.

    GAŁKIEWICZ

    A ja nie mogę. I nikt nie może! O Boże!

    Nauczycielowi pot kroplisty zrosił czoło, wyjął z pugilaresu fotografię żony i dziecka i próbował wzruszyć nimi Gałkiewicza, lecz ten powtarzał tylko w kółko swoje: „Nie mogę, nie mogę". I to przejmujące „nie mogę" rozpleniało się, rosło, zarażało, już z kątów dochodziły szmery: „My też nie możemy", i zagrażać jęła powszechna niemożność. Nauczyciel znalazł się w okropnym impasie. Lada sekunda mógł nastąpić wybuch — czego? — niemożności, lada moment dziki ryk niechcenia mógł porwać się i dopaść dyrektora i wizytatora, lada chwila gmach cały mógł runąć grzebiąc pod gruzami dziecko, a Gałkiewicz właśnie nie mógł, Gałkiewicz ciągle nie mógł i nie mógł.

    Nieszczęsny Bladaczka poczuł, że jemu także grozić zaczyna niemożność.

    — Pylaszczkiewicz! — krzyknął. — Niech Pylaszczkiewicz natychmiast wykaże mnie, Gałkiewiczowi i wszystkim w ogóle piękności którego z celniejszych ustępów! Prędzej, bo pencuhim in mora! Proszę uważać! Jeżeli kto piśnie, zarządzę ćwiczenie klasowe! Musimy móc, musimy móc, bo z dzieckiem będzie katastrofa!

    Pylaszczkiewicz podniósł się i zaczął recytować ustęp z poematu.

    I recytował Syfon ani trochę nie uległ powszechnej, a tak nagłej niemożności, przeciwnie — mógł zawsze, gdyż właśnie z niemożności czerpał swoją możność. Recytował zatem i recytował ze wzruszeniem tudzież z właściwą intonacją i z uduchowieniem. Co więcej, recytował pięknie i piękność recytacji, wzmożona pięknością poematu i wielkością wieszcza oraz majestatem sztuki, przetwarzała się niepostrzeżenie w posąg wszelkich możliwych piękności i wielkości. Co więcej, recytował tajemniczo i pobożnie, recytował usilnie, z natchnieniem; i wyśpiewywał śpiew wieszcza tak właśnie, jak śpiew wieszcza winien być wyśpiewany^O, cóż za piękność! Jakaż wielkość, jakiż geniusz i jakaż poezja! Mucha, ściana, atrament, paznokcie, sufit, tablica, okna, o, już niebezpieczeństwo niemożności było zażegnane, dziecko było uratowane, a żona tak samo, już każdy się zgadzał, każdy mógł i prosił tylko, żeby przestać.

    Zarazem spostrzegłem, że sąsiad smaruje mi rękę atramentem — pomazał już sobie własne, a teraz zabierał się do moich, bo trudno było zdejmować buciki, ale cudze ręce były tym okropne, że właściwie takie same jak swoje, więc cóż z tego? — Nic. A cóż z nogami? Machać? I cóż z tego? Po kwadransie sam Gałkiewicz zajęczał, że dosyć, że już uznaje, że uchwycił, że cofa, zgadza się, przeprasza i może.

    — A widzi Gałkiewicz?! Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów!

    A ze słuchaczy wydobywały się na wierzch dziwne rzeczy. Zniknęły różnice, wszyscy, czy to spod znaku Syfona, czy Miętusa, jednakowo wili się pod brzemieniem wieszcza, poety, Bladaczki i dziecka oraz otępienia. Gołe ściany i gołe czarne ławki szkolne z kałamarzem nie dostarczały ani krzty rozmaitości, przez okno widać było kawałek muru z jedną wystającą cegłą i wydłubanym na niej napisem: „Wyleciał". Przeto nie pozostawało nic innego do wyboru, jak tylko albo ciało pedagogiczne, albo własne. Ci zatem, którzy nie zatrudniali uwagi liczeniem włosów Bladaczki na czaszce i badaniem zawiłych sznurowadeł u jego bucików, starali się zliczyć własne włosy oraz zwichnąć szyję. Myzdral wiercił się, Hopek machinalnie klapał. Miętus miętolil się niejako w bolesnej prostracji, niektórzy zatapiali się w marzeniach, inni popadali w fatalny nałóg szeptania do siebie, inni obrywali guziki, niszczyli ubranie i wszędzie zakwitały dżungle i pustynie niesamowitych odruchów, dziwacznych czynności. Jeden jedyny perwersyjny Syfon prosperował tym lepiej, im większa była powszechna niedola, posiadał bowiem specjalny mechanizm wewnętrzny, za pomocą którego umiał bogacić się nawet ubóstwem. A nauczyciel, pomny na żonę i dziecko, nie ustawał: — Towiański, Towiański, Towiański, mesjanizm, Chrystus Narodów, znicz, ofiara, czterdzieści i cztery, natchnienie, cierpienia, odkupienie, bohater i symbol. — Słowa wchodziły przez uszy i dręczyły umysł, a twarze wykrzywiały się coraz przeraźniej, zrywały z pojęciem twarzy i zmiętoszone, znużone i wymaglowane, gotowe były przyjąć każdą twarz — z tych twarzy można było zrobić wszystko, co się zamarzyło — o, co za ćwiczenie wyobraźni! A rzeczywistość, też wymaglowana, też znużona, zmiętoszona, zdarta, niepostrzeżenie pomału zmieniała się w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj!

    Bladaczka: — Wieszczem był! Wieszczył! Panowie, zaklinam panów, a zatem jeszcze raz powtórzmy — zachwycamy się, gdyż był wielkim poetą, a czcimy, gdyż wieszczem był! Nieodzowne słowo. Cimkiewicz, proszę powtórzyć! — Cim-kiewicz powtórzył: — Wieszczem był!

    Zrozumiałem, że muszę uciekać. Pimko, Bladaczka, wieszcz, szkoła, koledzy, wszystkie przeżycia od rana znienacka zakręciły mi się w głowie i wypadło — jak los na loterii — uciekać. Gdzie? Dokąd? — dokładnie nie zdawałem sobie sprawy, wiedziałem wszakże, że muszę uciekać, jeżeli nie mam paść ofiarą dziwactw, które zewsząd napierały. Ale zamiast uciekać, zacząłem kiwać palcem w bucie, a kiwanie było paraliżujące i niweczyło zamiary ucieczki, gdyż jakże tu uciekać kiwając jednocześnie palcem na parterze? Uciekać — uciekać! Uciec od Bladaczki, od fikcji i nudy — lecz w głowie miałem wieszcza, którego wcisnął mi Bladaczka, dołem kiwałem palcem, uciekać nie mogłem, a niemożność moja była większa jeszcze od niedawnej niemożności Gałkiewicza. Teoretycznie zdawało się — nic łatwiejszego, po prostu wyjść ze szkoły i nie wrócić, Pimko nie poszukiwałby mnie przez policję^tak daleko macki pedagogii pupiej chyba nie sięgały. Wystarczyło jedynie — chcieć. Ale chcieć nie mogłem. Bo do ucieczki potrzebna jest wola ucieczki, a skądże wziąć wolę, gdy się palcem kiwa i twarz zatraca się w grymasie nudy. I teraz zrozumiałem, czemu nikt z nich nie mógł uciekać z tej szkoły — oto ich twarze i całe postacie zabijały w nich możność ucieczki, każdy był więźniem swojego grymasu, i choć powinni byli uciekać, nie czynili tego, ponieważ nie byli już tym, czym być powinni. Uciekać znaczyło nie tylko — uciekać ze szkoły, lecz przede wszystkim — uciekać od siebie, och, uciec od siebie, od smarkacza, którym uczynił mię Pimko, porzucić go, powrócić do mężczyzny, którym byłem! Jakże jednak uciekać od czegoś, czym się j e s t, gdzie znaleźć punkt oparcia, podstawę oporu? Forma nasza przenika nas, więzi od wewnątrz równie, jak od zewnątrz. Miałem przeświadczenie, że gdyby choć na jedną chwilę rzeczywistość odzyskała prawa, nieprawdopodobna groteska mojej sytuacji rzuciłaby się w oczy tak jaskrawo, iż wszyscy krzyknęliby:

    „Co robi tutaj ten mężczyzna?!" Lecz na tle powszechnego dziwactwa ginęło poszczególne dziwactwo mojego przypadku. O, dajcie mi chociaż jedną twarz nie wykrzywioną, przy której mógłbym poczuć grymas mojej twarzy — ale naokoło widniały same twarze wywichnięte, sprasowane i przenicowane, w których moja odbijała się jak w krzywym zwierciadle — i dobrze przytrzymywała mnie rzeczywistość zwierciadlana! Sen? Jawa? "Wtem Kopyrda, ów opalony, w spodniach flanelowych, oo to na podwórku uśmiechnął się z wyższością, gdy padło słowo „pensjonarka", nasunął się memu spojrzeniu. Równie obojętny wobec Bladaczki, co wobec sporu Miętusa z Syfonem, siedział niedbale pochylony i wyglądał dobrze — wyglądał normalnie — z rękami w kieszeniach, schludny, rześki, łatwy, trafny i przyjemny, siedział dość lekceważąco, nogę założył na nogę i patrzył na nogę. Jak gdyby nogami uchylał się szkole. Sen? Jawa? „Czyżby? — pomyślałem. — Czyżby nareszcie zwykły chłopiec? Nie chłopię i chłopak, ale chłopiec zwykły? Z nim może wróciłaby utracona możność..." .)

    Lekcja łaciny

    Porwałem się do protestów, ale ogólna obawa ustąpiła miejsca wielkiemu podnieceniu, wszyscy zaczęli wrzeszczeć: "Dobrze! Dalej! Prędzej!" - jednocześnie zaś rozległ się dzwonek, do klasy wkroczył mały człowieczek z bródką i siadł na katedrze.

    Było to to samo ciało, które w kancelarii wyraziło w swoim czasie pogląd, że zdrożało, staruszek nadzwyczaj przyjazny, siwy gołąbek z małą purchawką na nosie. Śmiertelna cisza zaległa w klasie, gdy otworzył dziennik - rzucił rozjaśnionym okiem ku górze listy i wszyscy, co na A, zadrżeli -" rzucił okiem na dół i wszyscy na gle zamarli ze strachu. Gdyż nikt nic nie umiał, zapomniano odpisać łacińskiego tłumaczenia z powodu dyskusji i oprócz Syfona, który już w domu sobie przygotował lekcję i mógł na każde żądanie, nikt nie mógł. Atoli staruszek, nie domyślając się wcale strachu, jaki wzbudzał, pogodnie błądził spojrzeniem po paciorku nazwisk, wahał się, zastanawiał i droczył się z sobą, aż w końcu wyrzekł ufnie:

    - Mydlakowski.

    Lecz wprędce okazało się, że Mydlakowski nie zdolen jest przetłumaczyć zadanego na dzisiaj Cezara, a co gorzej, nie wie, iż animis oblatis ID ablativus absolutus.

    - O, panie Mydlakowski - rzekł łagodny starzec ze szczerym wyrzutem - pan nie wie, co znaczy animis oblatis i jaka to forma? Dlaczego pan nie wie?

    I postawił mu kica, okropnie zmartwiony, następnie zaś rozpromienił się i w nowym przypływie ufności wyzwał na K Koperskiego sądząc, że wyróżnieniem uszczęśliwia, i zachęcając do szlachetnej emulacji wzrokiem i gestami, pełnymi najgłębszego zaufania. Lecz ani Koperski, ani Kotecki, ani Kapuściński, ani Kołek nawet nie wiedzieli, co znaczy animis oblatis, wychodzili przed tablicę i milczeli niechętnie, milkli-wie, a staruszek wyrażał przelotne rozczarowanie swoje zwięzłym sztykiem i znowu, jakby wczoraj przybyły z księżyca, jakby nie z tego świata, w przypływie wzmożonej ufności wyzywał oczekując za każdym razem, że wyróżniony i uszczęśliwiony godnie odpowie na wyzwanie. Nikt nie odpowiadał. I już blisko dziesięć pałek postawił w dzienniku, a przecież ciągle nie zdawał sobie sprawy, że ufność jego odtrącana jest martwym i zimnym przerażeniem, że nikt nie życzy sobie tej ufności - niezmiernie ufny staruszek! Na ufność tę nie było rady! Daremnie próbowano rozmaitych sposobów perswazji, na próżno przedstawiano świadectwa, wymówki, choroby, nauczyciel mówił ze zrozumieniem i współczuciem.

    - Co, panie Bobkowski! Pan z powodów od siebie niezależnych nie mógł przygotować lekcji?

    Niech pan się nie martwi, zapytam pana z dawniejszego tekstu. Co? I główka boli? A to doskonale, właśnie mam tu ciekawą maksymę de malis capitis, jak znalazł dla pana. Co – i odczuwa pan konieczność natychmiastowego udania się do ubikacji? O, panie Bobkowski! I po cóż to? Przecież i to także znajduje się u starożytnych! Zaraz przedstawię panu słynny passus z księgi piątej, gdzie całe wojsko Cezara, zjadłszy nieświeżą marchew, uległo temuż przeznaczeniu. Całe wojsko! Całe wojsko, Bobkowski! I po cóż to samemu robić nieudolnie, jeśli się ma pod ręką taki genialny i klasyczny opis? Te księgi są życiem, panowie, są życiem!

    Zapomniano o Syfonie i Miętusie, zaprzestano sporów - starano się nie istnieć, starano się nie egzystować, uczniowie kurczyli się, szarzeli i nikli, wciągali w siebie brzuch, ręce i nogi, lecz nikt się nie nudził, o nudzie nawet mowy być nie mogło, gdyż wszyscy bali się ponuro, i każdy z bólem strachu oczekiwał, kiedy jego przyłapie wyzwanie dziecięcej wiary, spasionej na tekstach. A twarze - jak to twarze - pod naporem trwogi przetwarzały się w cień, w iluzję twarzy, i nie wiadomo, co było wreszcie bardziej szalone, nieistotne, chimeryczne – twarze czy niepojęte accusatwy cum infinitwo, czy też piekielna ufność chorego z urojenia starca, i rzeczywistość się pomału zmieniała w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj!

    Atoli nauczyciel, udzieliwszy sztyka Bobkowskiemu i wyczerpawszy ostatecznie animis oblatis, uroił sobie nowy problem - jak będzie passwum futurum conditionalis w trzeciej osobie liczby mnogiej od czasownika zwrotnego colleo, colleavi, colleatum, colleare,. i ta myśl zachwyciła go.

    - Niesłychanie ciekawa rzecz! - zawołał zacierając ręce. - Rzecz ciekawa i pouczająca! No, panowie! Problemat pełen finezji! Oto wdzięczne pole do wykazania sprawności intelektualnej! Bo jeśli od olleare jest ollandus sim, to... no, no, no... panowie... - panowie znikali w przestrachu. - O, właśnie! No, no? Collan... collan...

    Nikt się nie odezwał. Staruszek, jeszcze nie tracąc nadziei, powtarzał swoje: "no, no" i "collan, collan", promieniał, kokietował zagadką, zachęcał, pobudzał i - jak umiał – wyzywał do wiedzy, do odpowiedzi, do szczęścia i zaspoko)cma. Naraz ujrzał, że nikt nie chce, że tańczy do muru. Przygasł i rzekł głucho:

    - Collandus sim! Collandus sim! - powtórzył zgnębiony i upokorzony powszechnym milczeniem i dodał: - Jakże to, panowie? Czyżbyście naprawdę nie doceniali! Czyż nie widzicie, że collandus sim kształci inteligencję, rozwija intelekt, wyrabia charakter, doskonali wszechstronnie i brata z myślą starożytną? Bo zważcie, że jeśli od olleare jest ollandus, to przecież od colleare musi być collandus, bo passwum futurum trzeciej koniugacji kończy się na duś, duś, us, z wyjątkiem jedynie wyjątków. Us, us, us - panowie! Nie może być nic logiczniejszego niż język, w którym wszystko, co nielogiczne, jest wyjątkiem! Us, us, us, panowie - zakończył w zwątpieniu - cóż to za czynnik rozwoju!

    Wówczas zerwał się Gałkiewicz i zajęczał.

    - Trą, la, la, mama, ciocia! Jak to rozwija, kiedy nie rozwija? Jak to doskonali, gdy nie doskonali? Jak to wyrabia, kiedy nie wyrabia? O Boże, Boże - Boże, Boże!

    NAUCZYCIEL

    Co, panie Gałkiewicz? Us nie doskonali? Powiada pan, że końcówka ta nie doskonali? że ta końcówka passwi futuri trzeciej koniugacji nie wzbogaca? Jakże to, Gałkiewicz?

    GAŁKIEWICZ

    Ten ogonek nie wzbogaca mnie! Ten ogonek mnie nie doskonali! Wcale! Trą, la, la. O Boże! Mama!

    NAUCZYCIEL

    Jak to nie wzbogaca? Panie Gałkiewicz, jeżeli ja mówię, że wzbogaca, to wzbogaca! Przecież ja mówię, że wzbogaca. Niech Gałkiewicz zaufa mi! Zwykły umysł nie pojmie tych wielkich korzyści! śeby pojąć, trzeba samemu po długoletnich studiach stać się zgoła niezwykłym umysłem! Chryste Panie, wszak w ciągu ubiegłego roku przerobiliśmy siedemdziesiąt trzy wiersze z Cezara, w których to wierszach Cezar opisuje, jak ustawił swoje kohorty na wzgórku. Czyż te siedemdziesiąt trzy wiersze tudzież stówka nie objawiły Gałkiewiczowi mistycznie wszystkich bogactw antycznego świata? Czyż nie nauczyły stylu, jasności myślenia, precyzji wysłowienia i sztuki wojennej?

    GAŁKIEWICZ

    Niczego! Niczego! śadnej sztuki.. Ja tylko sztyka się boję. Ja tylko sztyka się boję! O, nie mogę, nie mogę!

    Zagrażać jęła powszechna niemożność. Nauczyciel spostrzegł, że i jemu grozi, i co gorzej, że jeżeli zdwojoną ufnością nie przezwycięży własnej nagłej nieufności, niemożności, zginie. - Pylaszczkiewicz! - zakrzyknął w rozpaczy opuszczony przez wszystkich samotnik. - Niech Pylaszczkiewicz bezzwłocznie zrekapituluje dorobek nasz za ostatnie trzy miesiące ukazując całą głębię myśli i rozkosze stylu, a ufam, ufam, Jezus, Maria, ufam!

    Syfon, który - jak się rzekło - mógł zawsze na każde żądanie, wstał i płynnie, z dużą łatwością rozpoczął:

    - Następnego dnia Cezar, zwoławszy zebranie i zganiwszy zapalczyweść i chciwość żołnierzy, ponieważ zdawało mu się, że oni sobie osądzili, według własnego mniemania, dokąd mają iść i co mają czynić, i że oni po daniu hasła do odwrotu postanowili, że nie będą mogli być powstrzymywani przez trybunów wojskowych i legatów, tłumaczył, jak wiele znaczy niedogodność miejsca, co odnosiło się do Avaricum, kiedy schwytawszy wrogów bez wodza i bez konnicy pewne zwycięstwo stracił i niemała nawet szkoda zdarzyła się w walce z powodu niedogodności miejsca. Jakże bardzo podziwiana jest wielkość duszy tych, których nie może opróżnić obwarowanie obozu, wysokość gór ani mury miasta, tak samo trzeba ganić zbytnią samowolę i śmiałość ; tych, którzy sądzą, że więcej od wodza wiedzą o zwycięstwie i wyniku rzeczy, i nie mniej trzeba życzyć sobie u żołnierza i skromności i umiarkowania jak męstwa i wielkoduszności. A po-\ tem idąc naprzód, postanowił i rozkazał, ażeby zatrąbić na ', odwrót, aby dziesięć legionów natychmiast wstrzymało się od t walki, co zostało dokonane, ale żołnierze z pozostałych legionów , nie usłyszeli dźwięku trąb, ponieważ oddzielała ich od pozostałego miejsca dość wielka dolina. Więc przez trybunów wojskowych i legatów, ponieważ tak było nakazane przez Cezara, byli powstrzymywani, lecz byli podnieceni nadzieją zwycięstwa, przewyższenia wrogów i ich ucieczki w czasie pomyślnej walki do tego stopnia, że nie wydawało im się trudne, co mogli dosięgnąć męstwem bez ucieczki, i nie wcześniej zatrzymali się, aż doszli do murów miasta i bram, wtedy zaś u wszystkich części miasta dal się slyszeć hałas, wskutek czego ci, którzy byli przerażeni nagłym krzykiem, sądzili, że wróg byt już w bramie, i wybiegali z miasta. - Collandus sim, panowie! Collandus sim! Co za jasność, co za język! Co za głębia, co za myśl! Collandus sini, co za skarbnica mądrości! Ach, oddycham, oddycham! Collandus sim i wciąż, i zawsze, i aż do końca collandus sim, collandus sim, collandus sim, collandus sim, collandus sim - wtem zadźwięczał dzwonek i uczniowie wydali dziki wrzask, a staruszek zdziwił się i wyszedł.

    Tu znajduje się opracowanie z cytatami Obraz szkoły w Ferdydurke

    Szkoła we współczesności

    Szkoła jako instytucja totalna wg E. Goffmana

    Pojęcie instytucji totalnych na gruncie socjologii rozwinął Erving Goffman (...). W punkcie wyjścia swej koncepcji Goffman stwierdza, że działające organizacje społeczne (instytucje) pochłaniają „część czasu i zainteresowania swych członków i stwarzają im jak gdyby odrębny świat, a pewną ich klasę, stwarzającą większe ograniczenia od pozostałych określa mianem instytucji totalnych. Jak zauważa autor koncepcji: „Ich ograniczający lub totalny charakter symbolizują często bariery uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego, strome brzegi lub woda, otwarta przestrzeń itd. Nazywamy je instytucjami totalnymi (total institutions). Główną cechą wszystkich instytucji totalnych jest to, że zaspokajają one ludzkie potrzeby za pośrednictwem organizacji biurokratycznej - „bez względu na to, czy w danych okolicznościach jest to konieczny lub skuteczny sposób organizacji". Istotą struktury organizacyjnej instytucji totalnych jest podział na personel nadzorczy oraz podwładnych, a podstawowym stosunkiem społecznym jest nadzorowanie i kontrolowanie służące temu, „aby każdy wykonywał to, czego się od niego wymaga i co mu jasno wytłumaczono". [...]

    Instytucje totalne mają tendencje do zamykania się w obrębie własnych zadań i problemów, co oznacza, że zmierzają do stworzenia swoim członkom jak gdyby odrębnego świata. Zgodnie z regułami biurokracji działają według narzuconego regulaminu i planu. Plan jest wykonywany przez podwładnych, nadzorowanych przez personel (strażników, nadzorców), a każda planowana czynność i nadzorców, i podwładnych stanowi część zadania, jakie wykonuje dana instytucja. Nadrzędność zaplanowanych zadań nad jednostkowymi potrzebami, biurokratyczna procedura ich realizacji oraz oceny wyników prowadzi, zdaniem Goffmana do ujednolicenia tożsamości członków instytucji poprzez upodobnienie ich wyglądu zewnętrznego, ograniczenia w zakresie posiadania rzeczy osobistych, poddanie ścisłej dyscyplinie regulowanej przez regulamin, podporządkowanie personelowi. W ten sposób instytucja totalna staje się „społecznym mikrokosmosem narzuconym przez hegemonię i hierarchiczny porządek". [...]

    Po przedstawieniu definicji pojęcia instytucji totalnych (...), chciałbym przedstawić najważniejsze wymiary totalności szkoły. Należą do nich: struktura biurokratyczna prowadząca do pojawienia przerostów biurokratycznych o charakterze „żelaznej klatki", związana z nią autonomizacja celów szkół w stosunku do celów społeczeństwa oraz autonomizacja procesów socjalizacji szkolnej wobec socjalizacji ogólnospołecznej, co jest pokrewne zjawisku wtórnej socjalizacji i inicjacji „w szkołę".[...]

    Cechą instytucji totalnych jest relatywna większa lub mniejsza izolacja oraz traktowanie wydarzeń dziejących się w szkole, jako czegoś, o czym nie wolno informować otoczenia zewnętrznego. „Choćby cię smażyli w smole, nie mów, co się dzieje w szkole" - mówi znane i stare powiedzenie.

    [...] członkowie i personel, i uczniowie socjalizują się „w szkołę", stosując różnorodną taktykę. Goffman wymienia tutaj następujące rodzaje taktyki: wycofania się z sytuacji (regresji), buntu, zadomowienia się w instytucji, pozornej bądź rzeczywistej konwersji (syndrom lizusa) oraz łączącą elementy różnych taktyk „zimnej kalkulacji", która polega na „oportunistycznej kombinacji różnych elementów adaptacji wtórnej: konwersji, zadomowienia i lojalności wobec współtowarzyszy, zależnie od okoliczności". Powyższe słowa, napisane przez Goffmana, odnoszą się do pacjentów szpitali psychiatrycznych, więźniów, załóg statków handlowych, sanatoriów przeciwgruźliczych i obozów „prania mózgów".

    Nadają się jednak także, nad czym trzeba się co najmniej zasmucić, do opisu realnie istniejących szkół. Kariery w nich, podobnie jak w innych instytucjach totalnych robią najczęściej te osoby (zarówno w obrębie personelu, jak i uczniów), którzy będą posłusznymi, bezrefleksyjnymi i bezwzględnymi egzekutorami i wykonawcami poleceń.

    Źródło:

    Jarosław Rokicki, Szkoła jako instytucja totalna, w: Manipulacja, pedagogiczno-społeczne aspekty, red. Joanna Aksman, Kraków 2010 r.

    http://books.google.pl/books?id=UHg261tdRrgC&pg=PA126&lpg=PA126&dq=erving+goffman+szko%C5%82a&source=bl&ots=K4sQoMQN5x&sig=f8SRDRHAv0XTe-CAj1CPaOC2FVM&hl=pl&sa=X&ei=5jdxUuXLNseR7Abng4CoAQ&ved=0CGgQ6AEwBTgK#v=onepage&q=erving%20goffman%20szko%C5%82a&f=false

    Obraz szkoły w utworze Jacka Kaczmarskiego: Nasza klasa

    Tekst utworu Nasza klasa Jacka Kaczmarskiego

    (We don't need no education)

    Official video

    Dailymotion - cały teledysk

    Tekst oryginalny i tłumaczenie:

    Another brick in the wall part II

    Wersja Korn:

    Another brick in the wall part II

    Motyw szkoły w opowiadaniu Etgara Kerreta Szlomo-Homo-Pizda-w-Domu

    Pani, co przyszła na zastępstwo, kazała wszystkich ustawić się w pary. I tylko Szlomo-Homo-Pizda-w-Domu został sam.

    - Ja będę twoją parą - powiedziała Pani na zastępstwie i podała mu rękę. I tak chodzili po parku, a Szlomo-Homo widział łódki na sztucznym jeziorku i olbrzymi pomnik pomarańczy, a jeden ptaszek nasrał mu na czapkę.

    - Gówno ciągnie do gówna - krzyknął z tyłu Julek i wszystkie dzieci się śmiały.

    - Nie zwracaj na nich uwagi - powiedziała Pani na zastępstwie i spłukała mu czapkę pod kranem.

    Potem przyszedł lodziarz i wszyscy kupili u niego lody. (...)

    - Proszę pani, dlaczego wszystkie dzieci mnie nienawidzą? - zapytał Szlomo-Homo-Pizda-w-Domu.

    - A skądżeż ja mam to wiedzieć? - Pani wzruszyła ramionami. - W końcu jestem tylko na zastępstwie.

  • Teatr – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw teatru pozwala analizować grę ról, pozór, widowisko, sztukę oraz relację między sceną i życiem. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Teatr w renesansie

    Jan Kochanowski,CZŁOWIEK BOŻE IGRZYSKO - tekst

    Nie rzekł jako żyw żaden więtszej prawdy z wieka, 
    Jako kto nazwał bożym igrzyskiem człowieka. 
    Bo co kiedy tak mądrze człowiek począł sobie, 
    Żeby się Bóg nie musiał jego śmiać osobie? 
    On, Boga nie widziawszy, taką dumę w głowie 
    Uprządł sobie, że Bogu podobnym się zowie. 
    On miłością samego siebie zaślepiony, 
    Rozumie, że dla niego świat jest postawiony;
    On pierwej był, niżli był; on, chocia nie będzie,
    Przedsię będzie; próżno to, błaznów pełno wszędzie.

    Źródło:

    http://staropolska.pl/renesans/jan_kochanowski/fraszki/fraszki_50.html

    Jan Kochanowski O żywocie ludzkim - tekst utworu

    Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
    Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
    Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
    Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
    Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
    Wszystko to minie jako polna trawa;
    Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
    Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.

    Źródło:

    http://staropolska.pl/renesans/jan_kochanowski/fraszki/fraszki_03.html

    Teatr w pozytywizmie

    Bolesław Prus, Lalka - fragmenty z motywem teatru

    Teatr jako miejsce spotkania Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej

    „I może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazłszy się raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli." Ignacy Rzecki w pamiętniku.

    „Ten ktoś był to zuchwały dorobkiewicz, który od roku ścigał ją spojrzeniami w teatrach i na koncertach.” - Izabela Łęcka w myślach o S. Wokulskim.

    Teatrzyk Ignacego Rzeckiego

    "Niekiedy, podczas tych samotnych zajęć, w starym subiekcie budziło się dziecko. Wydobywał wtedy i ustawiał na stole wszystkie mechaniczne cacka. Był tam niedźwiedź wdrapujący się na słup, był piejący kogut, mysz, która biegała, pociąg, który toczył się po szynach, cyrkowy pajac, który cwałował na koniu, dźwigając drugiego pajaca, i kilka par, które tańczyły walca przy dźwiękach niewyraźnej muzyki. Wszystkie te figury pan Ignacy nakręcał i jednocześnie puszczał w ruch. A gdy kogut zaczął piać łopocząc sztywnymi skrzydłami, gdy tańczyły martwe pary, co chwilę potykając się i zatrzymując, gdy ołowiani pasażerowie pociągu, jadącego bez celu, zaczęli przypatrywać mu się ze zdziwieniem i gdy cały ten świat lalek, przy drgającym świetle gazu, nabrał jakiegoś fantastycznego życia, stary subiekt podparłszy się łokciami śmiał się cicho i mruczał:

    - Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?... Dlaczego narażasz kark, akrobato?... Co wam po uściskach, tancerze?... Wykręcą się sprężyny i pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!...a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!...

    Po takich i tym podobnych monologach szybko składał zabawki i rozdrażniony chodził go pustym sklepie, a za nim jego brudny pies.

    "Głupstwo handel... głupstwo polityka... głupstwo podróż do Turcji... głupstwo całe życie, którego początku nie pamiętamy, a końca nie znamy... Gdzież prawda?.. ""

    Motyw lalki - przed śmiercią Ignacego Rzeckiego

    „miał bowiem zwyczaj własnoręcznie rozkładać przedmioty drobne, a osobliwie mechaniczne zabawki. Nie chciał zresztą, ażeby prosty człowiek wiedział, że on sam najlepiej bawi się sklepowymi zabawkami.

    Jak zwykle, tak i tym razem wydobył wszystkie, zapełnił nimi cały kontuar i wszystkie jednocześnie nakręcił. Po raz tysiączny w życiu przysłuchiwał się melodiom grających tabakierek i patrzył, jak niedźwiedź wdrapuje się na słup, jak szklana woda obraca młyńskie koła, jak kot ugania się za myszą, jak tańczą krakowiacy, a na wyciągniętym koniu pędzi dżokej.

    I przypatrując się ruchowi martwych figur po tysiączny raz w życiu powtarzał :

    "Marionetki!... Wszystko marionetki!... Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, co im każe sprężyna, taka ślepa jak one..."

    Kiedy źle kierowany dżokej wywrócił się na tańczących parach, pan Ignacy posmutniał.

    "Dopomóc do szczęścia jeden drugiemu nie potrafi - myślał - ale zrujnować cudze życie umieją tak dobrze, jak gdyby byli ludźmi...""

    Arystokratyczne lalki - kobiety pozbawione wpływu na swoje życie

    „Głupiutkie są te panny - zaczęła po chwili prezesowa. - Im się zdaje, że jak złapie która bogatego męża, a poza nim przystojnego kochanka, to już wypełni sobie życie... Głupiutkie. Ani wiedzą, że wnet sprzykrzy się stary mąż i pusty kochanek i że prędzej czy później każda zechce poznać prawdziwego człowieka. A jeżeli się taki trafi, na jej nieszczęście, co ona mu da?... Czy wdzięki, które sprzedała, czy serce zaszargane z takimi oto Starskimi?...

    I pomyśleć, że prawie każda z nich musi przejść podobną szkołę, zanim pozna ludzi. Przedtem, choćby się jej trafiał najszlachetniejszy, nie oceni go. Wybierze starego bogacza albo śmiałego hultaja, w ich towarzystwie zmarnuje życie, a dopiero kiedyś chce się odrodzić... Zwykle za późno i na próżno!...

    Co mnie jednak dziwi najmocniej - prawiła - to okoliczność, że na podobnych lalkach nie poznają się mężczyźni. Dla żadnej kobiety, począwszy od Wąsowskiej, kończąc na mojej pokojówce, nie jest to sekret, że w Ewelinie nie zbudził się jeszcze ani rozum, ani serce; wszystko w niej śpi... A tymczasem baron widzi w niej bóstwo i durzy się, biedak, że ona go kocha!" Słowa prezesowej Zasławskiej, które słyszy Stanisław Wokulski w Zasławku.

    „Czy ja mu raz dawałam do zrozumienia, że Ewelina dziś jest tylko zepsute dziecko i lalka? Może kiedyś coś z niej wyrośnie, ale w tej chwili!... akurat Starski dla niej dobry." Słowa prezesowej Zasławskiej, które słyszy Stanisław Wokulski w Zasławku.

    Człowiek zakochany

    „Szczególna rzecz - mówił. - Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi wyobraża sobie, że idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś stojący na boku widzi, że wszystkich razem pcha naprzód jakiś fatalny prąd, mocniejszy od ich przewidywań i pragnień." - motyw lalki – człowieka, który nie ma wpływu na swój los; „Jakież to pospolite sprężyny wywołują ruch w świecie: trochę węgla ożywia okręt, trochę serca – człowieka..." - miłość to siła kierująca człowiekiem jak marionetką. Stanisław Wokulski rozmyśla na spacerze po Warszawie.

    Człowiek bez wpływu na swoje życie

    „Do kogo ja mówię?... Kto mnie wysłucha w tym mechanizmie ślepych sił, których stałem się igraszką?" Stanisław Wokulski rozmyśla w Paryżu.

    Helena Stawska jako marionetka, którą manipuluje Rzecki j jej matka

    „- Cóż - rzekłem po chwili, zabierając się do wyjścia - cóż, czy przypuściłby kto, że taka drobna rzecz jak lalka może przyczynić się do uszczęśliwienia dwojga ludzi?

    - Jak to lalka?

    - No, jakże?... Gdyby pani Stawka nie kupiła u nas lalki, nie byłoby procesu, Stach nie wzruszyłby się losem pani Heleny, pani Helena nie pokochałaby go, a więc i nie pobraliby się... Bo, ściśle rzeczy biorąc, jeżeli w Stachu zbudziło się jakieś gorętsze uczucie dla pani Stawskiej, to dopiero od owego procesu.

    - Zbudziło się, powiadasz pan?...

    - Bah! Czy to pani nie widziała, jak wczoraj szeptali na tej kanapie?... Wokulski dawno już nie był tak ożywiony, nawet wzruszony jak wczoraj...

    - Bóg cię zesłał, kochany panie Rzecki! - zawołała staruszka i na pożegnanie pocałowała mnie w głowę.

    Dziś kontent jestem z siebie i choćbym nie chciał, muszę przyznać, że mam metternichowską głowę. Jak to ja wpadłem na myśl zakochania Stacha w pani Helenie, jak ja to wszystko ułożyłem, ażeby im nie przeszkadzano!...

    Bo dziś nie mam już najmniejszej wątpliwości, że i pani Stawska, i Wokulski wpadli w zastawioną na nich pułapkę. Ona w ciągu paru tygodni zmizerniała (ale jeszcze lepiej wyładniała, bestyjka!), a on formalnie traci głowę. Jeżeli tylko nie jest wieczorem u Łęckich, co zresztą trafia się nieczęsto, bo panna wciąż baluje, to zaraz chłopak sprowadza się do pani Stawskiej i siedzi tam choćby do północy. A jak się wtedy ożywia, jak jej opowiada historie o Syberii, o Moskwie, o Paryżu!..." Ignacy Rzecki w "Pamiętniku starego subiekta".

    Izabela  Łęcka jak marionetka dostosowuje się do opinii arystokracji

    „Gdyby doniesiono pannie Izabeli, że umarł Wokulski z powodu Molinariego, wielki skrzypek nie straciłby nic w jej oczach. Ale wiadomość, że zrobił złe wrażenie, dotknęła ją w niemiły sposób. Pożegnała artystę chłodno, prawie wyniośle." Narrator opisuje pożegnanie zauroczonej Molinarim Łęckiej, gdy dowiedziała się od hrabiny, że zrobił w towarzystwie niekorzystne wrażenie. Jak marionetka jest sterowana przez innych – tu przez arystokrację. Izabela zmienia swoje zdanie o Molinarim, dostosowując do stanowiska swojej grupy społecznej.

    Teatr w modernizmie (Młodej Polsce)

    Emil Zola, Nana, fragment pokazujący spektakl teatralny 

    ─ Czy dostałeś bilety do loży prosceniowej dla Lucy? ─ spytał Hektor.

    ─ Owszem ─ odrzekł dziennikarz ─ ale nie było to takie proste. Ach! Lucy na pewno nie przyjdzie za wcześnie! ─ Stłumił lekkie ziewnięcie. Po chwili milczenia odezwał się: ─ Udało ci się, bo skoro nie widziałeś jeszcze żadnej premiery... Jasnowłosa Wenus będzie wydarzeniem sezonu. Mówi się o niej od pół roku. Ach! mój drogi, co za muzyka! Co za szyk!... Bordenave zna się na rzeczy i dlatego chował to na okres Wystawy Światowej.

    Hektor słuchał uważnie.

    ─ A znasz Nanę, nową gwiazdę, która ma grać Wenus? ─ zapytał.

    ─ Masz ci los! Znów się zaczyna! ─ wybuchnął Fauchery gestykulując. ─ Od rana zanudzają mnie Naną. A czy Nana to, a czy Nana owo, i tak ze dwadzieścia razy! Cóż ja o niej wiem? Czyż znam wszystkie dziewki paryskie?... Nana to wynalazek Bordenave'a. To już musi być coś odpowiedniego! ─ Uspokoił się, lecz drażniła go pustka sali, przyćmiony blask świecznika, kościelne skupienie przerywane szeptami i trzaskaniem drzwi. ─ Dość tego! ─ rzekł raptem. ─ Co za nuda! Chodźmy... Może na dole znajdziemy Bordenave'a. Dowiemy się od niego jakichś szczegółów.

    [...]

    Dyrektor rzucił się, by uścisnąć dłoń pewnemu krytykowi teatralnemu, którego felieton miał duże znaczenie. Gdy wrócił, la Faloise już ochłonął. Bał się, że skoro będzie za bardzo zmieszany, potraktują go jak prowincjusza.

    ─ Mówiono mi ─ zaczął na nowo, chcąc koniecznie coś powiedzieć ─ że Nana ma cudny głos.

    ─ Ona? ─ krzyknął dyrektor wzruszając ramionami. ─ Toż to istna wrona! Młody człowiek dorzucił spiesznie:

    ─ No, ale znakomita aktorka.

    ─ Cóż znowu!... Niezdara! Nie wie, co począć z rękami i nogami. La Faloise zarumienił się lekko. Nic już nie rozumiał.

    ─ Za nic na świecie nie opuściłbym dzisiejszej premiery ─ wyjąkał. ─ Wiedziałem, że pański teatr...

    ─ Powiedz pan: mój burdel ─ przerwał znowu Bordenave z uporem człowieka przekonanego o swej racji.

    Tymczasem Fauchery z całym spokojem patrzał na wchodzące kobiety. Gdy zobaczył, że kuzyn stoi z otwartymi ustami i nie wie, czy ma się śmiać, czy obrazić, przyszedł mu z pomocą.

    ─ Zróbże tę przyjemność panu Bordenave, nazywaj jego teatr, tak jak tego żąda, skoro go to bawi... A pan, mój drogi, niech nas pan nie nabiera. Skoro pańska Nana nie śpiewa ani nie gra, będzie pan miał po prostu klapę, czego się zresztą obawiam.

    ─ Klapę! Klapę! ─ krzyknął dyrektor, którego twarz stawała się purpurowa. ─ Czy kobieta musi umieć grać i śpiewać? Ach, mój mały, głupi jesteś... Dalibóg! Nana ma coś innego, coś, co starczy za wszystko. Już ja to wywąchałem, w tym tkwi jej siła, a jeśli tak nie jest, to mój nos ─ diabła wart... Zobaczysz, zobaczysz, wystarczy, że się pokaże, a cała sala wywiesi języki. ─ Entuzjastycznym gestem podniósł swe grube dłonie, które drżały mu lekko, a wyładowawszy się w krzyku zniżył głos i mruczał do siebie: ─ O, tak. ona zajdzie daleko, ach, do kroćset, daleko... Co za ciało, och! co za ciało!

    Ponieważ Fauchery wypytywał go dalej, Bordenave zgodził się opowiedzieć nawet pewne szczegóły, z dosadnością wyrażeń żenującą dla Hektora de la Faloise. Poznał Nanę i chciał ją lansować. Właśnie szukał obsady dla roli Wenus. Nie zaprzątał sobie długo głowy kobietą, wolał od razu zaprezentować ją publiczności i ciągnąć zyski. Ale miał w swej budzie złośnicę, którą wzburzyło przybycie tej okazałej dziewczyny. Jego gwiazda, Róża Mignon, subtelna aktorka i zachwycająca śpiewaczka, domyślając się rywalki, z wściekłością groziła codziennie, że go porzuci. A co za ceregiele były z ustalaniem tekstu afisza! W końcu zdecydował się drukować nazwiska obu aktorek jednakowymi literami. Nie ma u niego żadnych kaprysów.

    Skoro tylko któraś z tych kobietek, jak je nazywał, Simona czy Klarysa, miała muchy w nosie, dawał jej kopniaka w tyłek. Inaczej nie dałby sobie rady. Sprzedawał te ladacznice i wiedział, co są warte!

    [...] Przed nimi,przy kontroli, tłoczyła się kolejka, rosła wrzawa, imię Nany dźwięczało w śpiewnym rytmie dwóch zgłosek. Mężczyźni sylabizowali je głośno stając przed afiszami lub rzucali je mimochodem w tonie pytania. A kobiety, zaniepokojone i uśmiechnięte, powtarzały je po cichu z wyrazem zaskoczenia. Nikt nie znał Nany. Skąd się wzięła? Krążyły historyjki i żarty szeptane od ucha do ucha. Pieszczotliwie brzmiało to imię, imionko, którego poufały ton pasował do wszystkich ust. Wystarczyło je tak wymówić, a tłum rozweselał się i swawolił. Gorączkowa ciekawość podniecała ludzi, ciekawość typowo paryska, gwałtowna jak atak nagłego szału.

    Chciano zobaczyć Nanę. Jakiejś damie oderwano falbanę od sukni, jakiś pan zgubił kapelusz.

    ─ Ach! Za wiele ode mnie żądacie! ─ krzyknął Bordenave, którego około dwudziestu mężczyzn osaczyło pytaniami. ─ Zaraz ją zobaczycie... Zwiewam, jestem tam potrzebny.

    Zniknął zachwycony, że udało mu się podniecić publiczność.

    […]

    W tej chwili rozstąpiły się chmury i ukazała się Wenus. Bardzo wysoka i jak na swoje osiemnaście lat bardzo tęga, w białej tunice bogini, z długimi rudymi włosami rozpuszczonymi na ramiona. Nana spokojna i pewna siebie zstąpiła ku rampie, śmiejąc się do publiczności. Zaczęła śpiewać swoją popisową melodię:

    Gdy Wenus błąka się z wieczora...

    Ale już od drugiego wiersza publiczność zamieniała z sobą spojrzenia. Czyż to miał być

    żart, czy też jakiś zakład Bordenave'a? Nigdy nie słyszano równie prymitywnego i fałszywego głosu. Dyrektor trafnie ją określił; istotnie śpiewała jak wrona. Nie umiała nawet się ruszać na scenie, wyrzucała ręce naprzód, kołysząc całym ciałem w sposób wulgarny i bez wdzięku.

    Na parterze i na tańszych miejscach dały się słyszeć gwizdy oraz różne „ochy” i „achy”, gdy raptem jakiś młodziutki, nieopierzony kogucik odezwał się z foteli parterowych dobitnym głosem:

    ─ Bajeczna!

    Wszyscy spojrzeli na niego. Był to cherubinek, jasnowłosy gimnazjalista, który na widok Nany wytrzeszczał piękne oczy, a twarz mu płonęła. Gdy poczuł zwrócone ku sobie spojrzenia, spąsowiał ze wstydu. Jego sąsiad, Daguenet, przyglądał mu się uśmiechnięty, publiczność, jakby rozbrojona, śmiała się i już nie myślała o gwizdaniu. Młodzieńcy w białych rękawiczkach, także oczarowani sylwetką Nany, rozpływali się w zachwytach i klaskali.

    ─ Tak, tak! Świetnie! Brawo!

    Nana zareagowała śmiechem na śmiech sali. Nastrój robił się coraz weselszy. Ta piękna dziewczyna była jednak zabawna, śmiech drążył w jej bródce rozkoszny dołeczek. Wcale nie zmieszana, swobodna, nawiązująca bezpośredni kontakt z publicznością, mrugnięciem oka zdawała się mówić, że nie ma za grosz talentu, ale cóż to szkodzi, skoro ma coś innego.

    Zwróciła się do dyrygenta z gestem oznaczającym: „Zaczynamy, mój drogi!”, i rozpoczęła drugi kuplet:

    Gdy Wenus przechodzi o północy...

    Śpiewała ciągle tym swoim cierpkim głosem, lecz teraz tak już dobrze wiedziała, jak połechtać publiczność, że chwilami wywoływała dreszczyk na sali. Śmiały się przy tym serdecznie jej czerwone usteczka i wielkie, jasnoniebieskie oczy. Przy bardziej ognistych zwrotkach jej różowe nozdrza rozdymały się, a policzki płonęły. I wciąż kołysała się w biodrach ─ jedyne, co umiała. Ale nie widziano w tym już nic brzydkiego, przeciwnie, mężczyźni ją nawet lornetowali. Pod koniec kupletu zabrakło jej zupełnie głosu; skoro zorientowała się, że dalej nie da rady, wygięła się w biodrach, których krągłość zarysowała się pod cienką tuniką, i przechylona w tali, wypinając pierś, uniosła ramiona. Wybuchły oklaski. Ona, bez namysłu odwróciwszy się, schodziła ze sceny, a jej rozsypane rude włosy wyglądały jak złote runo.

    Sala zatrzęsła się od oklasków.

    […]

    Zabrzmiał trzeci dzwonek, garderobiane miały urwanie głowy z odbieraniem pelis i palt od wracającej na salę publiczności. Klaka już oklaskiwała dekoracje. Przedstawiały one grotę na stokach Etny, wydrążoną w kopalni srebra. Jej ściany lśniły jak nowe srebrne talary. W głębi blask bijący od kuźni Wulkana podobny był do zachodu słońca. W drugiej scenie Diana umawiała się z Wulkanem, który miał udać, że wyjeżdża, by ustąpić miejsca Marsowi i Wenus. Ledwie Diana została sama, na scenę weszła Wenus. Dreszcz przebiegł przez salę. Nana była naga. Ukazywała swą nagość spokojnie i zuchwale, pewna wszechmocy swego ciała. Otulała ją tylko gaza. Krągłe ramiona, piersi amazonki o różowych pąkach sterczących i sztywnych jak lance, szerokie biodra kołyszące się lubieżnie, uda bujnej blondyny, wszystkie wdzięki jej ciała wyzierały z powiewnej, białej jak piana tkaniny. Spowijał ją jedynie płaszcz włosów. Była to Wenus wyłaniająca się z fal morskich. Gdy unosiła ramiona, w świetle rampy widać było złoty meszek pod pachami. Nikt nie klaskał, nikt się nie śmiał. Poważni mężczyźni patrzeli z napięciem, nosy mieli wyciągnięte, usta roznamiętnione i wyschłe. Jakby wiatr lekki, brzemienny głuchą groźbą, powiał po sali. Nagle w tej swawolnej dziewczynie obudziła się kobieta rozpalająca szał zmysłów i nie znanych dotąd chuci. Nana ciągle się uśmiechała; był to wyzywający uśmiech pożeraczki mężczyzn.

    [...]

    Na sali wzmógł się szmer podobny do wzbierającego westchnienia. Kilka rąk zaklaskało, wszystkie lornetki były wymierzone w Wenus. Z wolna Nana podbijała publiczność, mężczyźni ulegali jej czarowi. Buchało od niej rują jak z rozwydrzonej bestii, owładnęła całą salą.

    Teraz już jej najmniejsze drgnienie budziło pożądanie, gestem małego palca wywoływała dreszcze. Grzbiety zaokrąglały się rozedrgane, jakby po muskułach przesuwały się niewidzialne smyczki. Na karkach jeżyły się swawolne włoski, które znikały zdmuchnięte ciepłymi oddechami nie wiadomo czyich ust kobiecych. Fauchery widział przed sobą gimnazjalistę, którego podniecenie podrywało z fotela. Korciło go, by zerknąć na pobladłego śmiertelnie hrabiego de Vandeuvres, który zaciskał wargi; pragnął zobaczyć, jak nadymała się apoplektyczna twarz grubego Steinera. Labordette wpatrywał się przez lornetkę ze zdumioną miną handlarza koni, który podziwia doskonałą klacz; zaczerwienione uszy Dagueneta aż mu się trzęsły z uciechy. Potem jednym błyskiem objął lożę Muffatów: za poważną i bladą hrabiną wspinał się na palcach rozanielony hrabia; na jego twarzy wystąpiły czerwone plamy. A mętne oczy stojącego obok markiza de Chouard wyglądały w ciemności jak fosforyzujące, roziskrzone ślepia kota. Było duszno. Na spoconych głowach włosy coraz bardziej ciążyły. W ciągu trzech godzin powietrze w sali nasyciło się ludzkimi wyziewami. W blasku gazowych płomieni gęstniały warstwy pyłu znieruchomiałe pod żyrandolem. Cała sala dygotała, zataczała się omdlewająca, ogarnięta szałem namiętności i pożądań, jakie budzą się nocą w głębi alkowy. Wobec tej omdlewającej publiczności, wobec tysiąca pięciuset stłoczonych osób, osłabionych i wyczerpanych nerwowo pod koniec spektaklu, Nana stała zwycięska prezentując swe marmurowe ciało i powaby płci, zdolne zniweczyć cały ten świat bez najmniejszego dla niej uszczerbku.

    […]

    Kurtyna opadła w momencie apoteozy, gdy klęczący chór rogaczy śpiewał hymn wdzięczności na cześć Wenus, a ona uśmiechała się zwycięsko, świadoma władczych uroków swego ciała.

    Widzowie wstali już i kierowali się ku drzwiom. Domagano się autorów, dwa razy ich wywoływano wśród piorunujących braw. „Nana! Nana!” ─ huczało wściekle. […]

    Dyrektor był zlany potem, rozpromieniony i jakby upojony sukcesem.

    ─ Dwieście przedstawień murowanych ─ powiedział do niego podniecony la Faloise. ─ Cały Paryż przedefiluje przez pański teatr.

    Lecz Bordenave, nadąsany, gwałtownym ruchem brody wskazał na publiczność, która wypełniała westybul, tłum mężczyzn o wyschniętych wargach i rozpalonych oczach, odurzonych jeszcze i upojonych widokiem Nany, i krzyknął gwałtownie:

    ─ Powiedz raczej: przez mój burdel, diabelny uparciuchu!

    Źródło:

    Emil Zola, Nana, literatura.net.pl s.5 - 18

    Teatr we współczesności


    Albert Camus, Dżuma - fragment z motywem teatru

    Bibliografia: Albert Camus, Dżuma - fragment z motywem teatru.

  • Utopia – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw utopii przedstawia projekty idealnego ładu i pozwala pytać o cenę doskonałego społeczeństwa. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Utopia w języku polskim

    Definicja utopii

    1. nieziszczalny pomysł, mrzonka;
    2. nie liczący się z możliwościami realizacji ideał społeczeństwa szczęśliwego.

    Źródło: Słownik języka polskiego, PWN 2003.

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    bujanie w obłokach, chimera, marzenie, mrzonka, rojenie

    Słownictwo powiązane z utopią:

    antyutopia, dystopia, sprawiedliwość społeczna, ład społeczny,wolność, totalitaryzm

    Związki frazeologiczne:

    czarna utopia, biała utopia

    Utopia w renesansie

    T.Morus: Utopia - tekst (fragment)

    W Utopii jest 54 przestronnych i wspaniałych miast. Mowa ich mieszkańców i obyczaje, urządzenia i prawa są zupełnie jednakowe. Wszystkie miasta założone są według jednego planu i takie same mają budynki, jeśli tylko pozwalają na to warunki miejscowe. Najmniejsza odległość między miastami wynosi 24000 kroków, największa zaś wymaga jednego dnia drogi pieszej. Corocznie z każdego miasta trzej starsi i doświadczeni obywatele udają się jako posłowie do miasta do Amaurotum na obrady, dotyczące wspólnych spraw całej wyspy. To miasto jest stolicą, ponieważ leżąc w środku kraju najbardziej odpowiada wszystkim posłom. [...]
    [...] Żadnemu miastu nie zachciewa się rozszerzać swoich posiadłości, ponieważ mieszkańcy ich nie uważają się za właścicieli ziemi, lecz raczej za włodarzy. Wśród pól widać wszędzie domy, zaopatrzone w sprzęty gospodarskie i  odpowiednio urządzone; służą one za mieszkania obywatelom, których miasta wysyłają kolejno na wieś.
    Każda rodzina wiejska składa się przynajmniej z 40 osób, mężczyzn i kobiet, oraz dwóch niewolników i podlega kierownictwu dwojga poważnych rozumnych ludzi, to jest ojca i matki rodziny. [...]
    Kto pozna jedno miasto Utopii, pozna wszystkie, tak dalece podobne są do siebie, o ile tylko pozwala na to naturalne położenie miejsca. [...] Każdy dom ma bramę od ulicy i tylną do ogrodu. [...] Każdy może swobodnie wejść: tak dalece nie ma tam żadnej własności prywatnej. Nawet domy zmieniają co dziesięć lat, losując, który komu ma przypaść w udziale. [...]

    Przecież głównym celem całego ustroju społecznego Utopii, obok zaspokojenia koniecznych potrzeb ogólnych, jest zapewnienie wszystkim obywatelom jak największej ilości czasu, aby, oderwawszy się od trosk materialnych, mogli swobodnie poświęcać się kulturze duchowej. W tym bowiem upatrują życie szczęśliwe. [...]
    4. Ludność miasta składa się z rodzin [...]. Ludność każdego miasta powinna składać się z 6000 rodzin, nie licząc senatu, żadna zaś rodzina nie może posiadać mniej niż 10, a więcej niż 16 dorosłych osób. Ilości dzieci nieletnich nie można z góry ograniczać. [...] gdy bowiem jakaś rodzina zanadto się powiększa się, wówczas nadmiar dzieci przydziela się rodzinie uboższej w potomstwo. Podobnie jak jakieś miasto posiada więcej mieszkańców, niż powinno mieć, wtedy tą nadwyżką uzupełniają słabiej zaludnione miasta. A jeśliby przypadkiem nastąpiło przeludnienie na całej wyspie, w takim razie wysiedlają z każdego miasta pewną ilość obywateli i na najbliższym lądzie stałym [...] zakładają osadę zgodnie ze swoimi zwyczajami i proponują miejscowej ludności wzajemne współżycie. [...]

    Całe miasto podzielone jest na 4 równe części. W środku każdej dzielnicy jest rynek, gdzie można wszystko dostać. Tutaj zwozi się do składnic dorobek pracy wszystkich rodzin, a potem sortuje się wyroby i przechowuje się w magazynach. Każdy ojciec rodziny przychodzi tu i prosi o to, czego on sam bądź też jego rodzina potrzebuje, i otrzymuje bez pieniędzy czy jakiegoś innego wynagrodzenia. [...]

    5. [...] jeśliby ktoś samowolnie, bez listu od księcia, przekroczył granicę swej prowincji i został przychwytany, naraża się na haniebne skutki: [...] karę, a w razie ponownego wykroczenia traci wolność. [...]

    [...] w Utopii pod żadnym pozorem nie wolno oddawać się próżniactwu i lenistwu. Nie ma tam ani jednej winiarni czy piwiarni, ani domu rozpusty, nie ma żadnej sposobności do zepsucia, żadnych brudnych nor ani tajemnych schadzek. Ciągły dozór publiczny zmusza wszystkich bądź do ustalonej zwyczajem pracy, bądź do przyzwoitej rozrywki. [...]

    10. [...] ustrój tego państwa, które [...] nie tylko najlepiej jest urządzone, lecz także jest jedynym, które może zupełnie słusznie nazywać się rzeczpospolitą. Gdzie indziej bowiem ci, którzy zawsze na ustach mają dobro publiczne, dbają tylko o swój własny interes, tu natomiast, gdzie nie ma żadnej własności prywatnej, wszyscy poważnie troszczą się o sprawy publiczne i w obu wypadkach nie można się temu dziwić. Jeśli bowiem chodzi o inne kraje, któż nie wie, że jeśliby prywatnie nie zabiegał o własne interesy, zginąłby z głodu pomimo kwitnącego stanu państwa; toteż konieczność przynagla każdego, aby raczej o sobie myślał niż o państwie; czyli o swoich rodakach. Natomiast w Utopii, gdzie wszystko należy do wszystkich, nikt nie wątpi, że nikomu nie zabraknie niczego, co potrzebne do osobistego użytku, byleby spichlerze publiczne były pełne; w tym bowiem kraju nie rozdziela się skąpo dóbr narodowych. Nie widać tam ani biednych, ani żebraków i choć nikt nie nazywa niczego swoją własnością, każdy jest bogaty.

    Źródło:

    http://www.historycy.org/index.php?showtopic=29371

    Utopia w pozytywizmie

    ; .

    Karol Marks, Fryderyk Engels: Manifest partii komunistycznej

    Robotnicy nie mają ojczyzny. Nie można im odebrać tego, czego nie mają. Wobec tego, że proletariat musi przede wszystkim zdobyć sobie wiedzę polityczną, wznieść się do stanowiska klasy narodowej, ukonstytuować się jako naród - jest sam jeszcze narodowy, aczkolwiek bynajmniej nie w znaczeniu burżuazyjnym.

    Odosobnienie i przeciwieństwa narodowe między ludami zanikają coraz bardziej już z rozwojem burżuazji, wolnością bandlu, rynkiem światowym, uniformizmem produkcji przemysłowej i odpowiadających jej warunków życia.
    Panowanie proletariatu jeszcze bardziej spotęguje icb zanikanie. Zjednoczona akcja, przynajmniej krajów cywilizowanycb, jest jednym z pierwszycb warunków jego wyzwolenia. W miarę tego jak będzie usuwany wyzysk jednostki przez jednostkę, będzie też usuwany wyzysk jednego narodu przezdrugi. Z zanikiem przeciwieństwa między klasami w łonie narodu znikać będzie wzajemna wrogość między narodami.
    Oskarżenia wysuwane przeciw komunizmowi z religijnych, filozoficznych i w ogóle ideologicznych punktów widzenia nie zasługują na szczegótowe roztrząsanie. Czyż trzeba głębokiej wnikliwości, by zrozumieć, że wraz z warunkami życia ludzi, ich stosunkami społecznymi, bytem społecznym zmieniają się także icb wyobrażenia, poglądy i pojęcia - słowern, także ich świadomość? Czegóż dowodzi historia idei, jeżeli nie tego, że produkcja duchowa przeobraża się wraz z materialną? Ideami panującymi każdej epoki były zawsze tylko idee klasy panującej.

    Mówi się o ideach rewolucjonizujących cale społeczeństwo; w ten sposób stwierdza się tylko fakt, że w tonie starego społeczeństwa wytworzyły się pierwiastki nowego, że rozkwitowi dawnych warunków życia towarzyszy rozkwit dawnych idei. Gdy świat starożytny chylił się ku upadkowi, dawne religie zostały zwyciężone przez religię chrześcijańską. Gdy w wieku XVIII idee chrześcijańskie zostały pokonane przez idee Oświecenia, społeczeństwo feudalne toczyło przedśmiertną walkę z rewolucyjną naówczas burżuazją. Idee wolności sumienia i wyznania wyrażały tylko panowanie wolnej konkurencji w dziedzinie sumienia.

    „Ale" - powiedzą - „idee religijne, moralne, filozoficzne, polityczne, prawne itp. przeobrażały się oczywiście w przebiegu rozwoju historycznego. Religia, moralność, filozofia, polityka, prawo ostawały się jednak zawsze mimo tych przeobrażeń. Istnieją nadto prawdy wieczyste, jak wolność, sprawiedliwość itp., wspólne wszystkim ustrojom społecznym. A komunizm znosi wieczyste prawdy, znosi religię, moralność, zamiast nadać im nową formę, staje więc w sprzeczności z całym dotychczasowym rozwojem historycznym".

    Do czego się sprowadza to oskarżenie? Cała dotychczasowa historia społeczeństwa przebiegała w przeciwieństwach klasowych, przybierających w różnych okresach różne formy.
    Jakiekolwiek jednak formy przybierały te przeciwieństwa, wyzysk jednej części społeczeństwa przez drugą byl faktem wspólnym dla wszystkich ubiegłych stuleci. Nic więc dziwnego, że świadomość społeczna wszystkich tych stuleci, mimo całej różnorodności i odmienności, obraca się w pewnych wspólnych formach, w takich formach świadomości, które zanikną doszczętnie dopiero z zupełnym zniknięciem przeciwieństw klasowych.

    Rewolucja komunistyczna jest najradykalniejszym zerwaniem z tradycyjnymi stosunkami własności; nic dziwnego, że w swym przebiegu przyniesie ona również najradykalniejsze zerwanie z tradycyjnym i ideami. Dość jednak o zarzutach burżuazji przeciw komunizmowi.

    Widzieliśmy już wyżej, że pierwszym krokiem rewolucji robotniczej jest wydźwignięcie proletariatu do stanowiska klasy panującej, wywalczenie demokracji. Proletariat użyje swego panowania politycznego na to, by krok za krokiem wyrwać z rąk burżuazji cały kapilal, scentralizować wszystkie narzędzia produkcji w ręku państwa, tzu. w ręku zorganizowanego jako klasa panująca proletariatu, i możliwie szybko zwiększyć masę sil wytwórczych. Początkowo może się to oczywiście dokonać tylko za pomocą despotycznych wtargnięć w prawo własności i w burżuazyjne stosunki produkcji, a więc za pomocą posunięć, które ekonomicznie wydają się niedostateczne i nieuzasadnione, które jednak w przebiegu ruchu przerastają same siebie i są nieuniknione jako środki przewrotu w całym sposobie produkcji.

    Posunięcia te będą oczywiście w różnych krajach odpowiednio różne. Jednakże w krajach najdalej w rozwoju zaawansowanych będą mogły na ogół znaleźć powszechne zastosowanie posunięcia następujące:
    1. Wywłaszczenie własności ziemskiej i użycie renty gruntowej na wydatki państwowe.
    2. Wysoka progresja podatkowa.
    3. Zniesienie prawa dziedziczenia.
    4. Konfiskata własności wszystkich emigrantów i buntowników.
    5. Scentralizowanie kredytu w rękach państwa poprzez bank narodowy o kapitale państwowym i o społecznym monopolu.
    6. Scentralizowanie środków transportu w rękach państwa.
    7. Zwiększenie liczb fabryk państwowych, narzędzi produkcji, udostępnianie grunutów do uprawy i ich melioracja według społecznego planu.
    8. Jednaki przymus pracy dla wszystkich, utworzenie armii przemysłowych, zwłaszcza dla rolnictwa.
    9. Zespolenie rolnictwa i przemysłu, oddziałuje w kierunku stopniowego usunięcia przeciwieństwa między miastem a wsią.
    10. Publiczne i bezpłatne wychowanie wszystkich dzieci. Zniesienie pracy fabrycznej dzieci w jej dzisiejszej postaci. Połączę nie wychowania z produkcją materialną itd. itd.

    Gdy w przebiegu rozwoju znikną różnice klasowe i cała produkcja zostanie skupiona w rękach zrzeszonych jednostek, władza publiczna utraci swój charakter polityczny. Wfcidza polityczna we właściwym znaczeniu jest zorganizowaną przemocą jednej klasy w celu uciskania innej. Gdy w walce z burżuazją proletariat suą rzeczy jednoczy siew klasę, poprzez rewolucję staje się klasą panującą i jako klasa panująca znosi przemocą dawne stosunki produkcji, to wraz z tymi stosunkami produkcji znosi warunki istnienia przeciwieństw klasowych, znosi w ogóle klasy i tym samym swoje własne panowanie jako klasy.
    Miejsce dawnego społeczeństwa burżuazyjnego z jego klasami i przeciwieństwami klasowymi zajmuje zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich.

    Źródła:

    http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/marks-engels01.pdf

    https://www.marxists.org/polski/marks-engels/1844/rekopisy/index.htm

    Utopia w dwudziestoleciu międzywojennym

    Stefan Żeromski: Przedwiośnie, Szklane domy (fragment)

    Baryka zaczął dawać odpowiedź, dlaczego mają do Polski podążać. W wagonie było powietrze tak zepsute i ciężkie, iż Seweryn był niby owa wieszczka grecka, której trójnóg znajdował się nad szczeliną wydzielającą gazy odurzające. Mówił z przymkniętymi oczyma w odurzeniu od trującego zaduchu wędrowców przemierzających równiny Rosji niezmierzonej.

    Dlatego do Polski — mówił — że tam się zaczęła nowa cywilizacja. [...] Narodził się był w Polsce człowiek jeden, a nazywa się tak samo jak my obaj — Baryka — człowiek genialny. [...]

    Nasz kuzyn Baryka torf wysuszony w specjalnych suszarniach sprzedał na opał, a w ogromnym torfowisku wybierał wciąż kanał idący w półokrąg, na dziewięć metrów głęboki i kilkanaście szeroki a zawracający wylotem swoim znowu do morza. Utworzył coś w rodzaju ogromnej litery U, brzuścem dolnym zwrócone do lądu, a górnymi, szeroko rozstawionymi szczytami łączące się z morzem. Te dwa szczyty połączył z morzem, gdy kanał został obustronnie drzewem ocembrowany.

    — Ciekawy kanał ! I cóż dalej ?.

    — Cały ów kanał leży niżej od poziomu morza, niżej nawet od jego dna przy brzegach, gdzie się od wyrzucanych wciąż piasków poziom dźwignął w górę. Cała ta kombinacja zależała od studium morza w tej jego części. Nasz imiennik przeprowadził pilne badanie morza, gdy tam początkowo defilował po wybrzeżu — a zwłaszcza badanie pewnego silnego prądu przybrzeżnego, który z oceanu poprzez Zund, Kattegat i Skagerrak idzie ku wschodowi. Lewe ramię kanałowej litery U nasz Baryka podstawił niejako pod ów prąd zachodni i wpuścił olbrzymią siłę wodną do wnętrza. Wpuszczał ów prąd zachodni jednym ramieniem kanału, a drugim go wylewał. Olbrzymia siła wodna nagłym pędem przebiegała przez jego kanał. Wzdłuż owego kanału pobudował fabryki, poruszane przez turbiny, ustawione tu i tam na całej długości. Była to po prawdzie jedna wielka fabryka: olbrzymia huta szklana. [...] Od tego się ta cywilizacja zaczęła.

    — Od jednej szklanej huty?

    — Tak!

    — Jakaś — mam wrażenie — krucha i łatwo tłukąca się cywilizacja.

    — Przeciwnie! Najmocniejsza na tym padole z żelaza i betonu.

    — Szkło się łatwo tłucze.

    — Nie takie szkło! Baryka — nasz imiennik — produkuje szkło belkowe. Za pomocą olbrzymiej siły, którą ma darmo od prądu zachodniego, zwłaszcza wobec wiatrów zachodnich, które tam trwają niemal stale, otrzymuje niezmierną masę popędu elektrycznego, z które— go pomocą topi piasek nadmorski... [...] Z olbrzymiej masy płynnej wyciąga gotowe belki, tafle, kliny, zworniki, odlane, a raczej ulane według danego architektonicznego planu. Cały szklany parterowy dom, ze ścianami ściśle dopasowanymi z belek, które się składa na wieniec, a spaja w ciągu godziny, Z podłogą, sufitem i dachem z tafel — oddaje nabywcy gotowe. W domach tego typu, wiejskich, czyli jak się dawniej mówiło, chłopskich, nie ma pieców. Gorąca woda w zimie idzie dokoła ścian, wewnątrz belek, obiegając każdy pokój. Pod sufitem pracują szklane wentylatory normujące pożądane ciepło i wprowadzające do wnętrza zawsze świeże powietrze.

    — W lecie musi być w takim domeczku niczym w Baku na rynku podczas kanikuły.

    — Mylisz się, niewierny! Tymi samymi wewnętrznymi rurami idzie w lecie woda zimna obiegająca każdy pokój. Woda ochładza ściany, wskutek czego jest w takim domku podczas największego upału jak w bakińskiej naszej piwnicy, tylko bez jej zgnilizny i odoru. Tąż wodą zmywa się stale szklane podłogi, ściany i sufity, szerząc chłód i czystość. Nawet nie wymaga ci to żadnej pracy specjalnej, gdyż rury od— prowadzające zużytą wodę i wszelką nieczystość uchodzą do szklanych kloak, wkopanych opodal w ziemię.

    — Jakieś gablotki, do licha, nie ludzkie mieszkania!

    — Istne gablotki. Chłop polski, niezbyt, powiedzmy, przepadający za czystością, jak to jest wszędzie na wsi, przy pracy koło krów, koni, kóz i owiec — choćby nie chciał, musi sobie w izbie zaprowadzić, zapuścić — uważasz — czystość, żeby mu snadź w izbie szklanej nie było gorąco. Wciąż mu baba zmywa izbę, ściany, podłogę — a wilgoci ani krzty, bo nie ma co gnić ani pleśnieć, ani śmierdzieć widzialnym czy niewidzialnym brudem, jako że naczynia wszystkie, sprzęty, graty, meble — szklane.

    — Oszaleć!

    — Oszaleć, ale z zachwytu. Bo te domy komponują artyści. Wielcy artyści. Dzisiaj są ich tam już setki. I powiem ci, nie są to nudziarze, snoby, żebraki, produkujące bzdury i głupstwa, śmieszne cudactwa i małpiarstwa dla znudzonych sobą i nimi bogaczów, lecz ludzie mądrzy, pożyteczni, twórcy świadomi i natchnieni, wypracowujący przedmioty ozdobne, piękne a użyteczne, liczne, wielorakie, genialne a godne jak najszerszego rozmnożenia — dla pracowników, braci swych, dla ludu. Domy są kolorowe, zależnie od natury okolicy, od natchnienia artysty, ale i od upodobania mieszkańców. Są na tle okolic leśnych domy śnieżnie białe, w równinach — różowe, w pagórkach — jasnozielone, z odcieniem fioletu albo koloru nasturcji. Domy te są najwymyślniej, najfantastyczniej, najbogaciej zdobione, według wskazań artystów i upodobań nabywców, bo belkę ściany i taflę dachu można w stanie jej płynnym zabarwić, jak się żywnie podoba. Co tylko bezgraniczna fantazja kolorysty może począć i ujrzeć w boskiej tajemnicy organu oka, w darze niebios, we wzroku — jaka tylko barwa jawi się w przepychu kwiatów na łące pod koniec czerwca, to wszystko, to wszystko ujęte w natchnieniu, sformułowane przez twórczą świadomość, artystyczną mądrość i akty pracowitej woli, zobaczysz w zewnętrznych i wewnętrznych kompozycjach kolorowych chat nowoczesnych polskich chłopów. Są to istne marzenia futurystyczne, ucieleśnione w podatnym i posłusznym szklanym materiale.

    — I tyś to widział tam'? Takie wsie? Tata!

    — Jakże! Całe okolice, powiaty, województwa! [...] Szklane domy kosztują niezmiernie tanio, gdyż przecie przy ich budowie nie ma mularzów, cieślów, stolarzy i gonciarzy. Sam materiał jeno, transport na miejsce i dwu, trzech monterów. Sam dom — bez robót ziemnych — buduje się w ciągu trzech, czterech dni. Jest to bowiem tylko składanie części dopasowanych w fabryce. Materiał, nawet z wynagrodzeniem artystów, nie kosztuje nad morzem drożej niż na miejscu drzewo budulcowe. Nie mówię już o cegle, wapnie i płacy robotnika, strajkującego wciąż z racji rosnącej drożyzny.

    — A w fabryce tego naszego kuzynka już nie strajkują?

    — Nie. Fabryka jest kooperatywną własnością pracowników, techników i artystów. Sam ów Baryka zakłada wciąż nowe turbiny, buduje huty i idzie dalej. Taka jest wola jego geniuszu.

    — Dokądże on tak idzie dalej?

    — Do swoich odległych celów. Teraz wieś polska jeszcze nie jest dobrze zabudowana. Każdy domek szklany jeszcze się w zimie ogrzewa, a w lecie oziębia przy pomocy swego własnego, indywidualnego kotła i własnej kuchni, przypartej do budynku. Już teraz bardzo mała ilość paliwa ogrzewa kocioł, rozprowadza rurami ciepło i tworzy z małego domu wiejskiego pewien rodzaj termosu, który trzyma własne ciepło. Ale to nie jest ideał. Każda wieś powinna mieć wspólną ogrzewalnię i wspólną chłodniç. Do tego jednak potrzebna jest powszechna elektryfikacja kraju. To samo stosuje się do pompowania wody. Dziś zużytkowuje się domowe studzienki, nieraz zabrudzone i źle urządzone.

    Jednak wzrost spożycia i użycia w domach wody przegotowanej już dziś wpłynął na zmniejszenie chorób zaraźliwych.

    — Czy już koniec?

    — Jeszcze nie, mój synku. Skoro rzeka Wisła w całej swojej długości i ze wszystkimi dopływami toczyć się poczęła poprzez państwo narodowe polskie, Baryka zużył bieg jej wód tak samo jak słony prąd morski, z zachodu zdążający ku wschodowi. [...] Wody, ujęte w ciasne łożysko, zimą i latem pracują. Obracają szeregi turbin, a będą wkrótce obracać tysiąc tysięcy. Niezmierzona siła elektryczna zastąpiła siłę koni i wołów. W całym dorzeczu już opanowanym pracują pługi i wszelakie narzędzia rolne popędzane elektrycznie. Już dziś na tych obszarach drzewo staje się rzeczą nietykalną, świętą, a szlachetnemu zwierzęciu zwraca się jego godność — Apisa i czarnego rumaka Swarożyca.

    — Godność wołu idącego do szlachtuza w celu przemienienia Się na godne bifsztyki.

    — Niekoniecznie. W nowej cywilizacji niekoniecznie będzie się pożerało mięso starszych naszych braci w Darwinie. Chłopom polskim nie przyjdzie to z trudnością, nie będą oni ponosili żadnego wyrzeczenia się, gdyż dziś prawie wcale mięsa nie jadają. Rzadko kiedy, jedynie bodaj na tak zwane godne święta. Jeżeli się odejmie od nich dzisiejsze zaraźliwe choroby, brud i złe powietrze chlewów mieszkalnych, to będą oni rasą najzdrowszą na ziemi. Przy zmniejszeniu okropnej ich pracy na roli — tym mniej będą potrzebowali jeść mięsa.

    — Marzenia! Marzenia!

    — Marzenia, o młody rewolucjonisto? Mówmy o nowych wsiach szklanych. Już się one nie palą, a i piorun w nie nie bije. Chaty w niektórych osiedlach połączone już są szklanymi chodnikami. Obszerne gromadzkie szklane obory i gromadzkie chlewy dają możność rozwinięcia nowych przemysłów mlecznych, kooperatywnej hodowli świń. [...]

    — Można by więc tę nową lechicką cywilizację nazywać nie tyle szklaną, ile świńską.

    — Dlaczego, synku? Nie jest ona ufundowana jedynie na poczciwych świnkach. Szkło tam gra główną rolę. Reforma rolna, którą właśnie tam przedsiębiorą i rozważają, chociażby jak najbiedniej wypadła, nie będzie papierową, teoretyczną, niezniszczalną, lecz rzeczywistą i skuteczną. Rozciągnie ona nowe szklane domy, rozrzuci je po szerokich pustkach, ugorach, polach, lasach dawnych latyfundiów. Trudniej będzie o światło i siłę elektryczną. Ale tego światła i tej siły będzie z miesiąca na miesiąc przybywać w miarę obwałowania szklanym murem rzeki Wisły. Siły i światła będzie taki ogrom, iż ono wszędzie dosięgnie. Zobaczymy wnet narzędzia do orki, siewu, żniwa i omłotu, poruszane przez tę moc błogosławioną.

    — Ano — zobaczymy.

    — A cóż powiesz o szkołach szklanych! O kościołach zakwitających na wzgórzach, według marzenia i skinienia artystów, w formach tak pięknych, iż wobec nich zagaśnie i zblednie wszystko, co dotąd było. [...] Mój synku! Domy robotnicze pod Warszawą, które Baryka planuje — a miałem szczęście widzieć te plany — są wygodniejsze, zdrowsze, czyściejsze, piękniejsze od najwyszukańszych pałaców arystokracji, od will bogaczów amerykańskich, a lepsze od siedlisk królów. Dwa pokoje, lecz dwa pokoje najczystsze, najzdrowsze, najładniejsze, czyż to nie szczyt marzeń dla samotnego człowieka?

    — Wydaje mi się, że cokolwieczek za dużo tam ma być czystości. Przydałoby się cokolwiek brudnej zakwaski. Co zaś do wyż wzmiankowanych burżujów tudzież ci-devant królów, to wolą oni, jak sądzę, mieszkać po staremu. Wolą taki, dajmy na to, apartamencik, jaki my niegdyś zajmowaliśmy w Baku — co, tatku? — jak my ongi w Baku — pięć, sześć pokojów, choćby tam już — niech będzie! — kamiennych, niż te szklanki ciągle opłukiwane w wodzie.

    — Nigdy! Przenigdy! Okazuje się przecie, właśnie wskutek i wobec wynalazku naszego Baryki, że wyrazem bogactwa nie jest pieniądz ani nagromadzenie wartości realnych, drogocennych przedmiotów i rzadkich fatałachów, tylko — zdrowie. [...] Cóż to oznacza? Oto zdrowie — apetyt i pragnienie, twardy sen po ciężkiej pracy fizycznej — stało się jedynym bogactwem bogacza. A zdrowie zupełne da, zabezpieczy i podtrzyma właśnie dom szklany. Higiena, wygoda, absolutna czystość. Praca, spokój, zadowolenie wewnętrzne, wesołość.

    Adolf Huxley, Nowy wspaniały świat, rozdział I (fragmenty)

  • Uzależnienie – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw uzależnienia pokazuje utratę kontroli, zniewolenie, konsekwencje nałogu i próby odzyskania wolności. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Uzależnienie w języku polskim

    Definicja uzależnienia

    stan psychicznej i fizycznej zależności od jakiegoś psychoaktywnego środka chemicznego, przejawiający się przymusem jego przyjmowania w oczekiwaniu na efekty działania tego środka lub dla uniknięcia objawów abstynencyjnych;
    np. uzależnienia: lekowe, toksykomanie, lekomanie, narkomanie, nikotynizm; niekiedy za uzależnienia uznaje się wszystkie nawykowe zachowania z zatraceniem indywidualnej niezależności (np. uzależnienie od mody, telewizji, komputera). 

     Źródło: http://encyklopedia.pwn.pl/haslo.php?id=3992023

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    nałóg

    Słownictwo powiązane z uzależnieniem:

    alkoholizm, nikotynizm, narkomania, lekomania, odwyk, grupa wsparcia, głód narkotykowy/nikotynowy/alkoholowy,

    marihuana, cannabis, gandzia, gówno, gram, holender, jaranie, konopie indyjskie, marycha, maryśka, trawa, trawka, ziele, zielone, zielsko, zioło

    alkohol, gorzała, okowita, woda ognista, wóda, wódzia, małpka, flaszka,

    Związki frazeologiczne:

    narkotyki twarde, narkotyki miękkie, alkohol uderza komuś do głowy, alkohol poszedł komuś w nogi, topić smutki w alkoholu, alkohol wywietrzał komuś z głowy,

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Gorszy nałóg niż przyzwyczajenie.

    Co w czyim sercu na dnie, to wódka wywiedzie snadnie.

    Kto się przerzuci z wódki na mleko, nie pociągnie daleko.

    Od wódki rozum krótki.

    Przyjaźń zawarta przy kieliszku wódki zwykle ma żywot krótki.

    Stare wino, żona młoda, niejednemu życia doda.

    Nie masz wina nad węgrzyna.

    Do trzydziestki grzeje żona, po trzydziestce wódka, a potem nawet piec nie ogrzeje. (rosyjskie)

    Lek nie uleczy zmyślonej choroby, a wódka nie uleczy prawdziwego smutku. (chińskie)

    Aforyzmy

    Za to, co kosztuje jeden nałóg, można wychować dwoje dzieci.

    Benjamin Franklin

    Nałóg to dowód człowieczeństwa.

    Emanuel Schmitt

    Panie, daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę; daj mi cierpliwość, abym zniósł to, czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżniał jedno od drugiego.

    Friedrich Christoph Oetinger

    Jest tylko jeden sposób, aby czuć się dobrze: należy nauczyć się być zadowolonym z tego, co się otrzymało, a nie dążyć do tego, czego akurat nie ma.

    Theodor Fontane

    Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy. Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go.

    Seneka

    Inne ciekawe cytaty:

    "Te odwiedziny trwały bardzo krótko, pogrążyły jednak Małego Księcia w głębokim  smutku.                                           

    Co ty tu robisz? - spytał Pijaka, którego zastał siedzącego w milczeniu przed baterią butelek pełnych i baterią butelek pustych.

    Piję - odpowiedział ponuro Pijak.

    Dlaczego pijesz? - spytał Mały Książe.

    Aby zapomnieć - odpowiedział Pijak.

    O czym zapomnieć? - zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu współczuć.

    Aby zapomnieć, że się wstydzę - powiedział Pijak, schylając głowę.

    Czego się wstydzisz? - dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc.

    Wstydzę się, że piję - zakończył Pijak rozmowę i pogrążył się w milczeniu."

    Antoine de Saint Exupery "Mały książę"

    "Piliśmy, aby zyskać wolność, a staliśmy się niewolnikami. 
    Piliśmy, aby osiągnąć szczęście, a staliśmy się nieszczęśliwi. 
    Piliśmy, aby zdobyć przyjaźń, a zyskaliśmy wrogów. 
    Piliśmy, aby zapomnieć, a to niechciane stale do nas wraca. 
    Piliśmy, aby się bawić, a wpadliśmy w przygnębienie. 
    Piliśmy, aby pozbyć się problemów, a pomnożyliśmy je."

    Wanda Sztander "Poza kontrolą"

    Uzależnienie w romantyzmie

    Alkoholizm w Panu Tadeuszu A. Mickiewicza

    Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga X

    Poniżej znajduje się fragment spowiedzi Jacka Soplicy.

    Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić:

    Zemścić się krwawo, ale powód zemsty taić,

    Nie bywać w zamku, miłość z serca wykorzenić,

    Puścić w niepamięć Ewę, z inną się ożenić,

    A potem, potem jaką wynaleźć zaczepkę,

    Pomścić się.

    I zdało mi się zrazu, żem już serce zmienił,

    I rad byłem z wymysłu, i - jam się ożenił

    Z pierwszą, którąm napotkał dziewczyną ubogą!

    Źlem zrobił - jakże byłem ukarany srogo!

    Nie kochałem jej. Biedna matka Tadeusza,

    Najprzywiązańsza do mnie, najpoczciwsza dusza -

    Ale ja dawną miłość i złość w sercu dusił,

    Byłem jakby szalony, darmom siebie musił

    Zająć się gospodarstwem albo interesem;

    Wszystko na próżno! Zemsty opętany biesem,

    Zły, opryskliwy, znaleźć nie mogłem pociechy

    W niczem na świecie -

    i tak z grzechów w nowe grzechy...Zacząłem pić.

    I tak niedługo żona ma z żalu umarła

    Zostawiwszy to dziecię, a mnie rozpacz żarła!

    Jakże mocno musiałem kochać tę niebogę,

    Tyle lat! gdziem ja nie był! a dotąd nie mogę

    Jej zapomnieć i zawżdy jej postać kochana

    Stoi mi przed oczyma jakby malowana!

    Piłem, nie mogłem zapić pamięci na chwilę

    Ani pozbyć się, chociaż przebiegłem ziem tyle!

    Uzależnienie w pozytywizmie

    Hazard w Lalce B. Prusa

    B. Prus, Lalka Tom I rozdział 13

    Maruszewicz otarł pot z czoła, widząc, że Wokulski znowu przypatruje mu się badawczo.

    — Więc to baron potrzebuje pieniędzy?

    — Tak — szybko odparł młody człowiek.

    — Tysiąca rubli nie dam, ale tak trzysta... czterysta... I to na kwit z podpisem barona.

    — Czterysta! — powtórzył machinalnie młody człowiek i nagle dodał: — Za godzinę przywiozę kwit barona... Pan tu będzie?

    — Będę...

    Maruszewicz opuścił gabinet i za godzinę istotnie wrócił z kwitem podpisanym przez barona Krzeszowskiego. Wokulski, przeczytawszy dokument, włożył go do kasy i wzamian dał Maruszewiczowi czterysta rubli.

    — Baron postara się w jak najkrótszym czasie... — mruczał Maruszewicz.

    — Nic pilnego — odpowiedział Wokulski. — Podobno baron chory?

    — Tak... trochę... Jutro lub pojutrze wyieżdża... Zwróci w jaknajkrótszym...

    Wokulski pożegnał go bardzo obojętnym ruchem głowy.

    Młody człowiek prędko opuścił sklep, zapomniawszy nawet zwrócić Rzeckiemu rubla wziętego na dorożkę. Gdy zaś znalazł się na ulicy, odetchnął i począł myśleć:

    „Ach, podły kupczyk!... Ośmielił się dać mi czterysta rubli, zamiast tysiąca... Boże, jak srogo karzesz mnie za lekkomyślność... Bylem się odegrał, słowo honoru, cisnę mu w oczy te czterysta rubli i tamtych dwieście... Boże, jak nisko upadłem...

    Przyszli mu na myśl kelnerzy różnych restauracyj, markierzy bilardów i szwajcarzy hotelowi, od których również bardzo rozmaitemi sposobami wydobywał pieniądze. Ale żaden z nich nie wydał mu się tak wstrętnym i godnym pogardy, jak Wokulski.

    „Słowo honoru — myślał, — dobrowolnie wlazłem mu w te obrzydliwe łapy... Boże, jak karzesz mnie za lekkomyślność..."

    Lecz Wokulski, po odejściu Maruszewicza, był kontent.

    „Zdaje mi się — myślał, — że jest to hultaj dużej ręki, a przy tem sprytny. Chciał ode mnie posady, lecz sam ją znalazł: śledzi mnie i donosi innym. Mógłby mi narobić kłopotu, gdyby nie te czterysta rubli, które wziął, jestem pewny, za sfałszowanym podpisem. Krzeszowski, przy całem swojem bzikowstwie i próżniactwie, jest człowiek uczciwy... (Czy próżniak może być uczciwym?....) W żadnym razie nie poświęciłby interesów, czy kaprysów swojej żony, za pożyczkę wziętą odemnie..."

    Lalka, Tom II, rozdział IX

    W październiku, jakoś w tym czasie, kiedy Matejko skończył malować bitwę grunwaldzką (duży to obraz i okazały, tylko nie trzeba go pokazywać żołnierzom, którzy przyjmowali udział w bitwach), wpada do sklepu Maruszewicz, ten przyjaciel pani baronowej Krzeszowskiej. Widzę - magnat całą gębą! Na brzuchu, a raczej w tym miejscu, gdzie ludzie mają brzuch, złota dewizka gruba na pół palca, a długa - że choć psy na niej ciągnij. W krawacie brylantowa spinka, na rękach nowe rękawiczki, na nogach nowe buty, na całym ciele (mizerne to ciało, pożal się Boże!) nowy garnitur. Przy tym mina, jakby jednej nitki nie miał na kredyt, tylko wszystko za gotówkę. (Później Klejn, który mieszka w tym samym domu, objaśnił-mnie,. że Maruszewicz grywa w karty i że od pewnego czasu szczęście mu służy.) [...]

    Drugie moje spostrzeżenie odnosiło się do Maruszewicza, który mieszkał prawie vis a vis pani Stawskiej. Człowiek ten prowadzi bardzo osobliwy tryb życia cechujący się niezwykłą regularnością. Regularnie nie płaci komornego. Regularnie co parę tygodni wynoszą mu mnóstwo gratów z mieszkania: jakieś posągi, lustra, dywany, zegary... Ale co ciekawsze - również regularnie do lokalu przynoszą mu nowe lustra, nowe dywany, nowe zegary i posągi...

    Po każdym fakcie wynoszenia rzeczy pan Maruszewicz przez kilka następnych dni ukazuje się w jednym ze swych okien. Goli się w nim, czesze, fiksatuaruje, nawet ubiera się, rzucając bardzo dwuznaczne spojrzenia w kierunku okien pani Stawskiej. Lecz gdy jego lokal napełni się nowymi artykułami wygody i zbytku, wówczas pan Maruszewicz zasłania swoje okna na kilka dni sztorami.

    Wtedy (rzecz nie do uwierzenia) palą się u niego dniem i nocą światła, a w mieszkaniu słychać głosy wielu mężczyzn, czasami nawet i kobiet...

    Alkoholizm w Zbrodni i Karze F. Dostojewskiego

    Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara, Część I

    Marmieładow był tu znany od dawna. A i zamiłowania do hałaśliwych rozpraw nabył przypuszczalnie wskutek częstych szynkownianych rozmów z różnymi nieznajomymi. Czasem ten nawyk przeistacza się u alkoholików w prawdziwą potrzebę, szczególnie zaś u tych, których w domu traktuje się szorstko i którymi się pomiata. Dlatego też w kompanii pijaków usiłują oni zawsze jakby zdobyć sobie usprawiedliwienie, gdy się zaś uda, to i szacunek.[...]

    Katarzyna Iwanowna, moja małżonka, jest osobą wykształconą, córką oficera sztabowego. Niechaj, niechaj będę szubrawcem, natomiast ona jest i wzniosłego serca, i pełna uczuć wyszlachetnionych przez edukację. [...] Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem przepił nawet jej pończochy? Nie trzewiki, bo to by jeszcze choć trochę przypominało zwykłą kolej rzeczy, ale przepiłem jej pończochy, pończochy! Chusteczkę jej z koziej wełny także przepiłem - darowaną,

    dawną, jej własną, nie moją; mieszkamy zaś w zimnym kącie, tak że tejże zimy przeziębiła się i zaczęła kaszleć, już krwią. A drobnych dziatek mamy troje i Katarzyna Iwanowna jest zaharowana od rana do nocy, szoruje, pucuje, dzieci myje, albowiem od maleńkości przywykła do ochędóstwa, a pierś ma słabą, skłonną do suchot, i ja to odczuwam. Czyż me odczuwam? Owszem. Im więcej piję, tym więcej odczuwam. Właśnie dlatego piję, że w trunku tym szukam współczucia i serca. Nie wesela szukam, lecz jedynie boleści... Piję, albowiem pragnę dotkliwiej cierpieć! I jakby w rozpaczy, oparł głowę o stół. […]

    A tymczasem Katarzyna, załamując ręce, chodzi po pokoju, na policzkach jej ukazują się wypieki - jak to zawsze bywa w tej chorobie. Że niby: "Mieszkasz tu u nas, darmozjadzie jeden, jesz, pijesz, korzystasz z ciepła..." Bogiem zaś a prawdą, cóż ona tam "je i pije", kiedy w domu chuda fara, że nawet dziatwa po trzy dni z rzędu nie widuje skórki chleba ja leżalem wtedy... ha, nie będę obwijał w bawełnę! leżałem pijaniusieńki, a wtem słyszę, jak moja Sonia mówi [...]: "Więc jakże, Katarzyno Iwanowno? Czyż mam się puścić na taką rzecz?" A trzeba panu wiedzieć, że niejaka Daria Francowna, niewiasta złej woli i policji wielokrotnie znana, już ze trzy razy dopytywała się przez gospodynię. "Ha - odpowiada Katarzyna z przekąsem - o cóż masz się drożyć? To mi dopiero skarby!" [...] I oto widzę o jakiej szóstej godzinie: Sonieczka wstała, włożyła chusteczkę, włożyła paletko i wyszła z mieszkania, a o dziewiątej wróciła. Przyszła, idzie wprost do Katarzyny i w milczeniu kładzie przed nią na stole trzydzieści rubli. Ani słówka przy tym nie pisnęła, nie spojrzała nawet, tylko wzięła nasz duży, dradedamowy, zielony pled (mamy taki wspólny pled, z dradedamu), nakryła nim głowę i twarz i położyła się na łóżku, twarzą do ściany, że tylko ramionka i ciało dygocą... Ja zaś leżałem w takimże stanie jak uprzednio... […]

    Szanowny pan zna jego ekscelencję Iwana Afanasiewicza?... Nie? W takim razie nie zna pan bożego człowieka! Jest to wosk... wosk przed obliczem Pańskim, jako wosk tający!... Raczył wszystkiego wysłuchać i nawet łzę uronił. „Ha, Marmieładow! Już raz mnie zawiodłeś... Biorę ciebie raz jeszcze na swoją osobistą odpowiedzialność [...]” Działo się to, panie łaskawy, przed pięcioma tygodniami. Tak... […]

    Gdy zaś przed sześciu dniami przyniosłem, nic nie uszczknąwszy, pierwszą swoją pensję, dwadzieścia trzy ruble czterdzieści kopiejek […] nazajutrz po wszystkich tych rojeniach (czyli dokładnie przed pięcioma dobami), pod wieczór, za pomocą podstępnego fortelu, jak złodziej nocny, przywłaszczyłem sobie klucz od kuferka małżonki mojej, wydobyłem wszystko, co zostało z przyniesionej pensji, już nie pamiętam ile mianowicie - no i proszę spojrzeć na mnie! Pięć dni, jak wyszedłem z domu, a tam mnie szukają, z posadą amen, mundur leży w szynkowni przy moście Egipskim, za co też otrzymałem w zamian to oto obleczenie. Wszystko skończone! […] A dzisiaj byłem u Soni, poprosiłem o gotóweczkę na poprawiny! Che-che-che! […] Dała mi trzydzieści kopiejek własną rączką, ostatnie, wszystko, co miała, sam widziałem... Nie powiedziała nic, tylko w milczeniu przyjrzała mi się... […] Otóż ja, rodzony ojciec, capnąłem te trzydzieści kopiejek na poprawiny w szynku! I piję! I już przepiłem!... Więc któż pożałuje takiego jak ja? hę? Czy pan mnie teraz żałuje, .czy nie żałuje? Mów pan: żałujesz czy nie? Che-che-che-che! Chciał sobie dolać, ale nic z tego. Flaszka była próżna.

    Uzależnienie w dwudziestoleciu międzywojennym

    Konstanty Maria Sopoćko, Płaskie Extra. Jeszcze lepsze niż papierosy płaskie, 1936,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/15/1/81,mXh55WesrVTak8TcmebVon9ilZucdXOkbLHTV6lp.jpg\

    Uzależnienie we współczesności

    Dżem, Whisky

      1. Tekst: http://www.tekstowo.pl/piosenka,dzem,whisky.html
      2. Nagranie: http://www.youtube.com/watch?v=QYy2iW5Wsmc

    B.L. Saunders, wybrane obrazy

    http://www.theillest.pl/brian-lewis-saunders-i-obrazy-namalowane-pod-wplywem-narkotykow/

    Jan Rybowicz, Narkotyki, narkomani, narkomanie*

    1. Tekst:  http://malowane-wierszem.blogspot.com/2011/11/narkotyki-narkomani-narkomanie-jan.html;
    2. Recytacja: https://www.youtube.com/watch?v=yu5FattE7-Q

    Zobacz też:

    1. O twórczości Jana Rybowicza: https://www.youtube.com/watch?v=SPn3MRHiDqM
    2. Inne teksty Jana Rybowicza: http://www.rybowicz.maxplast.net/books.php

    Jerzy Pilch, Pod mocnym aniołem* (fragm.)

    Ciemnoskóry zapaśnik

    Śniło mi się, że szukam przedmiotów na dnie oceanu, śniło mi się, że ciemnoskóry zapaśnik ku uciesze gawiedzi zabiera mi sprzed nosa pełny kufel piwa, we śnie nie wiedziałem, że jest zapaśnikiem, chciałem go upodlić, daremnie, daremnie, to on mnie upodlił, i we śnie nieskończonym, i na jawie nie zaczętej byłem upodlony. Sny pijaka dzieli od jawy tekturowa ściana, nocą pijakowi śni się to, co przeżył za dnia, trzeba raczej powiedzieć: nocą pijakowi pokazują się jego dzienne majaczenia. Brodziłem, pływałem, tonąłem w morzu czterdziestopięcioprocentowego alkoholu, budziłem się zlany brunatnym potem, spoglądałem na zegarek, była czwarta rano, cyferblat parował gorzką żołądkową.
    Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków, w końcu doktor Granada w majestacie swej władzy i w majestacie swej atletyczności wydał polecenie, by mnie więcej nie przyjmowano. Byłem nieuleczalny - to pestka, nikt nie jest uleczalny (zwłaszcza zdrowi są nieuleczalni), ale ja nie rokowałem, nie było we mnie woli poprawy, nie chciałem nie pić. Ze skomplikowanych jak fizyka kwantowa testów, które roztrzęsionym pacjentom polecały rozwiązywać wyciszone i niezłomne pod względem cielesnym i duchowym terapeutki, wynikało, że mam tendencje samobójcze.
    - Chce się pan zapić na śmierć? - zapytał doktor Granada.
    - Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam - odparłem, ponieważ w żadnej sytuacji nie byłem w stanie zrezygnować z finezyjnej frazy. Za późno zrozumiałem, że nie jest to dar, ale przekleństwo. Każda rozmowa telefoniczna obracała mi się w powieściowy dialog, każde pozdrowienie w poetyczny aforyzm, każde pytanie o godzinę w teatralną kwestię. Mój złakniony wyższości, a może nawet nieśmiertelności, język rządził mną. Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu. - Skoro chce się pan zapić na śmierć, czemuż fatyguje nas pan swą rzekomo zdesperowaną osobą? Czemuż trudzi pan mój personel? Po cóż uczęszcza pan na wykłady i konwersatoria? Po cóż pisze pan deliryczne konfesje i prowadzi dziennik uczuć? Na jakąż jasną cholerę siostra Viola kłuje pańskie owadzie żyły? Po cóż przepompowujemy przez pańskie wydelikacone ciało hektolitry życiodajnych kroplówek, skoro świadomie ma pan zamiar oddalić się od wszystkiego, co życiodajne?
    - Kiedy ja nie chcę umrzeć.
    - Wie pan, panie J., to z kolei brzmi trochę zbyt ambitnie.
    - Nie chcę się zapić na śmierć, w każdym razie nie teraz. Prawdę powiedziawszy, najchętniej zapiłbym się na śmierć po długim i szczęśliwym życiu.
    - Pan ma jednak umysłowość dziecka, i to dziecka mało rozgarniętego.
    - Ach, panie doktorze, ja wiem, przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc, żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?
    Na ogół lubiłem rozmowy z doktorem Granadą, choć niekiedy przeistaczały się one w koszmar czczej formy. Najdotkliwszy stan rzeczywistości: nieprawdziwość bezobjawowa. Doktor Granada wygłaszał rozumne, gładkie i z pozoru przekonujące kwestie godne ordynatora oddziału deliryków. Ja skwapliwie wypowiadałem prostackie paradoksy, jakbym pragnął najdobitniej poświadczyć, iż część mych komórek mózgowych obumarła i ich miejsce wypełnia nieaktywna tkanka łączna zwana glejem. Obaj nie dotykaliśmy istoty rzeczy, obaj zdawaliśmy sobie sprawę, iż nie dotykamy istoty rzeczy, obaj byliśmy udręczeni nieuchwytnością istoty rzeczy. Ale też pijak, a nawet doktor pijaka, pragnący dotknąć istoty rzeczy, znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Szekspir dotknął istoty rzeczy, Newton dotknął istoty rzeczy, Tołstoj dotknął istoty rzeczy, Einstein dotknął istoty rzeczy. A pijak? Pijakowi zawsze trudniej.
    - Jak można długo i szczęśliwie żyć bez picia? - Wypowiadałem to pełne kontuarowego polotu zdanie, twarz moja nabierała figlarnego wyrazu i natychmiast pragnąłem plunąć w sam środek swej znieprawionej przez gorzałkę duszy. Rzecz jasna, dobrze wiedziałem, że można, można, tak jest, można długo i szczęśliwie żyć bez picia. Osobiście znałem ludzi, co bez picia żyli długo i szczęśliwie. A nawet, jak nie znałem ich osobiście (bo chyba faktycznie ja nikogo szczęśliwego osobiście nie znałem, a nawet nie chciałem poznać, jak słyszałem, że o kimś mówią: ten to szczęśliwy, temu to się wiedzie, ten to udane życie prowadzi, uciekałem przed takimi szczęściarzami, uciekałem jak przed zarazą), nawet jak nie znałem ich osobiście, to inni ich znali, a nawet jak inni ich nie znali, to tamci szczęśliwcy i tak byli. Byli i są. W końcu bez przesady z pijakami, pijacy stanowią margines, przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego. Dlaczego, w gruncie rzeczy, przeważająca część ludzkości nie pije? Jakie są powody? Oto jedna ze słynnych fundamentalnych kwestii. Kwestyj - bestyj. Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili powstać może jakaś fundamentalna kwestia. Gdziekolwiek oblicze swe obrócisz, którąkolwiek ze ścieżek wiodących przez grzęzawiska wybierzesz, wszędy natknąć się możesz na anioła z mieczem ognistym, i przemówi anioł do ciebie (a głos jego będzie jako głos wielu wód), zapyta: czemuż nie pijesz, bracie mój? I jeśli ty, bracie mój, odpowiesz, że nie pijesz, bo nie masz takiej potrzeby, albo że nie pijesz, bo wódka ci nie smakuje, albo, nie daj Boże, odpowiesz, że nie pijesz, ponieważ nie potrzeba ci żadnych sztucznych podniet, albo coś równie głupiego powiesz, na przykład powiesz, że nie pijesz, bo świetnie sobie radzisz bez alkoholu, jeśli ty, grzeszny człowiecze, w naiwności, ale i w bezczelności swej coś takiego powiesz, to wiedz: surowa kara cię spotka. A jak mówi Pismo: karą za grzech jest śmierć. Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków, subtelne blizny po wszytych esperalach zdobią me ciało, tak jak igliwie zdobi drzewo iglaste, moja wątroba ma niepowtarzalny zapach mieszaniny perfum, wód kolońskich i spirytusu salicylowego, a był przecież i w moim życiu taki niepojęty czas, kiedy i ja mówiłem: nie piję, kiedy wątroba moja nie pachniała perfumami i kiedy skóra moja była gładka. A dlaczegoż to ty nie pijesz, bracie nasz? - pytali siedzący za kontuarem bracia moi i źli byli, i duch Wieniedikta Jerofiejewa unosił się nad ich głowami, i ich bezwolne języki mówiły jego językiem, i ja zapisywałem kilka linijek pod jego wpływem i, oddawszy cześć, wyzwalałem się spod jego wpływu. Pomiędzy najzręczniejszą nawet literaturą a porywczą prostotą własnej trwogi nie ma bowiem wyboru. Czemuż nie pijesz, bracie nasz? - pytali siedzący za kontuarem. - Nie piję - odpowiadałem, bo nie mam chęci, bo mi nie smakuje, nie potrzebuję żadnych sztucznych podniet, świetnie sobie radzę bez alkoholu. Tak odpowiadałem i prawda to była, tyle że do czasu. Do czasu, aż wybiła godzina tryumfalnego klina. Do czasu, aż zajrzałem w paszczę fundamentalnej flaszce. Opowiem o tym, gdy przyjdzie czas opowieści o tryumfalnym klinie, fundamentalnej butelce i wciąż jeszcze nie wypitej szklance ciężkiego jak wieko napitku. Na nieruchomej powierzchni wbita w plasterek cytryny wiruje maleńka czarna parasolka.

    Źródło: http://merlin.pl/HTML/83-08-03072-6.html

    Polecam także:

    recenzję Bartosza Staszczyszyna, http://culture.pl/pl/dzielo/jerzy-pilch-pod-mocnym-aniolem

  • Wiara i religia – motywy literackie: przykłady i konteksty

    Motyw wiary i religii dotyczy relacji człowieka z Bogiem, sacrum, zwątpieniem, buntem i potrzebą sensu. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Wiara, religia w języku polskim

    Definicja wiary

    przeświadczenie, przekonanie, pewność, że coś jest prawdą, że coś jest słuszne; ufność, że coś się spełni, wierzenie w coś;

    przeświadczenie o prawdziwości dogmatycznych twierdzeń oparte na uznawaniu ich za objawione przez Boga;

    religia, wyznanie; obrządek;

    wierność w stosunku do kogoś; rzetelność, słowność, wiarygodność;

     Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    credo, kult, opium dla ludu, religia, teizm, wierzenia, wyznanie; przekonanie, przeświadczenie; ufność, zaufanie

    Słownictwo powiązane z wiarą:

    Bóg, bogowie, monoteizm, politeizm,kapłan, wierzący, kościół, grzech, potępienie, zbawienie, pokuta, kara za grzechy, życie wieczne, zmartwychwstanie, nirwana, reinkarnacja,

    Związki frazeologiczne:

    dochować komuś wiary; odsądzać kogoś, coś od czci i wiary; ktoś bez czci i wiary; akt wiary, wyznanie wiary, zła wiara, dobra wiara, wiara w siebie, wiara w człowieka, człowiek małej wiary, nie do wiary, dać czemuś/komuś wiarę, brać/przyjąć coś na wiarę, stara wiara,

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Szczęście innych ludzi zachwyca dlatego, że w nie wierzymy.

    Nie wierz nigdy dziewucho, coć chłop szepce na ucho.

    Ani w Boga wierzy, ani się diabła boi.

    Aforyzmy

    Łatwo przychodzi wiara w to, czego się pragnie. Owidiusz

    Wiara jest pewnością, że Bóg troszczy się o rzeczy najmniejsze. Soren Kikegaard

    Wiara i zwątpienie zależą od siebie: warunkują się wzajemnie jak wdech i wydech. Hermann Hesse

    Wiara bywa doświadczana milczeniem Boga. Stefan Wyszyński

    Wiara, religia w antyku

    ;.

    Biblia. Księga Rodzaju. DZIEJE POCZĄTKÓW ŚWIATA I LUDZKOŚCI. Świat stworzony przez Boga

    Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
    Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą.
    I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy.
    A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!» Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem.
    I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi.
    A potem Bóg rzekł: «Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha!» A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem. Bóg widząc, że były dobre, rzekł: «Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona». I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre.
    I tak upłynął wieczór i poranek - dzień trzeci.
    A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią». I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre.
    I tak upłynął wieczór i poranek - dzień czwarty.
    Potem Bóg rzekł: «Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba!» Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: «Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi».
    I tak upłynął wieczór i poranek - dzień piąty.
    Potem Bóg rzekł: «Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów!» I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich zwierząt pełzających po ziemi. I widział Bóg, że były dobre. A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»
    Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,
    na obraz Boży go stworzył:
    stworzył mężczyznę i niewiastę.
    Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.
    I tak upłynął wieczór i poranek - dzień szósty.

    Jan Parandowski, Mitologia. NARODZINY ŚWIATA

    Na początku był Chaos. Któż zdoła powiedzieć dokładnie, co to był Chaos? Niejedni widzieli w nim jakąś istotę boską, ale bez określonego kształtu. Inni — a takich było więcej — mówili, że to wielka otchłań, pełna siły twórczej i boskich nasieni, jakby jedna masa nie uporządkowana, ciężka i ciemna, mieszanina ziemi, wody, ognia i powietrza. Z tej napełnionej otchłani, kryjącej w sobie wszystkie zarodki przyszłego świata, wyłoniły się dwa potężne bóstwa, pierwsza królewska para bogów. Uranos — Niebo i Gaja — Ziemia. Oni dali początek wielu pokoleniom bogów.

    [...]

    Razem z bogami rodził się świat. Nad ziemią, która jako ląd stały wydobyła się z chaosu, świeciło młode słońce, a z chmur spadały deszcze obfite. Podniosły się pierwsze lasy i ziemię przykryła wielka, szumiąca puszcza. Po nieznanych wzgórzach błądziły rzadkie zwierzęta. Z wolna rzeczy zaczęły przybierać znajome kształty. Źródła znalazły swe groty, a
    jeziora wygodne kotliny; góry śnieżnym grzebieniem zarysowały się na jasnym niebie. Gwiazdy lśniły w ciemnych przestworzach nocy, a kiedy one bladły, ptaki wydzwaniały jutrzence swą pierwszą pieśń powitalną.

    [...]

    Kiedy Dzeus osiadł tron niebieski, ludzie już byli na ziemi i przed ich zatrwożonymi oczyma rozgrywały się walki bogów o panowanie nad światem. O powstaniu rodu ludzkiego różne były podania: że wyszedł wprost z ziemi, wspólnej macierzy wszystkiego, co żyje; że lasy i góry wydały ludzi na podobieństwo drzew i skał; że ludzie pochodzą od bogów — tego mniemania byli zwłaszcza królowie i szlachta. Najchętniej jednak przyjmowano baśń o czterech wiekach ludzkości.

    [...]

    Inne podania głosiły, że człowiek jest tworem jednego z tytanów — Prometeusza, który ulepił go z gliny pomieszanej ze łzami. Duszę zaś dał mu z ognia niebieskiego, którego parę iskier ukradł z rydwanu słońca.
    Niedaleko miasta Panopeus pokazywano chatę z cegieł, gdzie Prometeusz ongi dokonywał swej pracy. Dokoła leżały odłamki gliniastej ziemi, a szedł z nich zapach jakby ciała ludzkiego. Były to bowiem resztki niezużytego materiału. Dziś jeszcze czerwona ziemia beocka przypomina baśń o stworzycielu rodu ludzkiego.

    Człowiek Prometeusza był słaby i nagi. [...] Widząc to, Prometeusz ponownie zakradł się do wielkiego spichlerza ognia niebieskiego i przyniósł na ziemię pierwsze zarzewie. W siedzibach ludzkich zapłonęły jasne ogniska, ogrzewając mieszkańców i płosząc drapieżne bestie. Mądry tytan uczył ludzi umiejętnego używania ognia, sztuk i rzemiosł.

    Nie podobało się to Dzeusowi. Mając w pamięci niedawną walkę z gigantami, obawiał się wszystkiego, co pochodzi z ziemi. Kazał wtedy Hefajstosowi, z bogów najbieglejszemu we wszystkich kunsztach, stworzyć kobietę cudnej urody, na wzór bogiń nieśmiertelnych.

    Wiara, religia w średniowieczu

    Do rzeczy! Mapa mentalna ze średniowiecza.

    LEGENDA O ŚW. ALEKSYM

    Ach krolu wieliki nasz,

    Coż ci dzieją Maszyjasz,

    Przydaj rozumu k mej rzeczy,

    Me sierce bostwem obleczy,

    Raczy mię mych grzechow pozbawić,

    Bych mogł o twych świętych prawić:

    Żywot jednego świętego,

    Coż miłował Boga swego.

    Cztę w jednych księgach o nim;

    Kto chce słuchać, ja powiem.

    W Rzymie jedno panie było,

    Coż Bogu rado służyło, [...]

    Eufamijan jemu dziano,

    Wielkiemu temu panu.

    A żenie jego dziano Aglijas;

    Ta była ubostwu w czas.

    Był wysokiego rodu,

    Nie miał po sobie żadnego płodu,

    Więcci jęli Boga prosić,

    Aby je tym darował,

    Aby jim jedno plemię dał;

    Bog tych prośby wysłuchał.

    A gdy się mu syn narodził,

    Ten się w lepsze przygodził:

    Więcci mu zdziano Aleksy,

    Ten był oćca barzo lepszy.

    Ten więc służył Bogu rad.

    Iże był star dwadzieścia, k temu cztyrzy lata,

    Więc k niemu rzekł ociec słowa ta:

    Miły synu! Każę tobie,

    Pojimże jekąć żonę sobie;

    Ktorej jedno będziesz chcieć,

    Ślubię tobie, tę masz mieć. [...]

    A więc mu cesarz dziewkę dał

    A papież ji z nią oddał. [...]

    Ktorej krolewnie Famijana dziano,

    Co ją Aleksemu dano.

    A żenie dziano Aglijas,

    Ta była ubostwu w czas.

    A gdy się z nią pokładał,

    Tej nocy z nią gadał;

    Wrocił zasię pirścień jej,

    A rzekł tako do niej:

    Ostawiam cię przy twym dziewstwie,

    Wroć mi ji, gdy będziewa oba w niebieskim krolewstwie;

    Jutroć się bierzę od ciebie

    Służy[ć] temu, cożci jest w niebie; [...]

    Nabrał sobie śrzebra, złota dosyć,

    Co go mogł piechotą nosić; [...]

    Rozdał swe rucho żebrakom,

    Śrzebro, złoto popom, żakom.

    Więc sam pod kościołem siedział,

    A o jego księstwie nikt nie wiedział.

    Więc to zawżdy wstawał reno,

    Ano kościoł zamkniono;

    Więc tu leżał podle proga,

    Falę, proszę swego Boga,

    Ano z wirzchu szła przygoda,

    Niegdy mroz, niegdy woda. [...]

    A gdyż to po nim uznali,

    Wieliką mu fałę dali,

    Za świętego ji trzymano,

    Wiele mu prze Bog dawano. [...]

    Wsiadł na morze w kogę,

    Brał się do ziemie do jednej;

    Do miasta Syryjej;

    Tam był czuł świętego Pawła,

    Tu była jego myśl padła.

    Więc się wietr obrocił;

    Ten-ci ji zasię nawrocił.

    A gdy do Rzyma przyjał, Bogu dziękował,

    Iż ji do ziemie przygnał,

    A rzekąc: Już tu chcę cirzpieć,

    Mękę i wszytki złe file imieć,

    U mego oćca na dworze,

    Gdyżeśm nie przebył za morze. [...]

    Tu pod wschodem leżał

    Każdy nań pomyje, złą wodę lał.

    A leżał tu sześćnaćcie lat,

    Wszytko cirzpial prze Bog rad;

    Siodmegonaćcie lata za morzem był,

    Co sobie nic czynił.

    A więc gdy już umrzeć miał,

    Sam sobie list napisał,

    I ścisnął ji twardo w ręce

    Popisawszy swoje wszytki męki,

    I wszytki skutki, co je płodził,

    Jako się na świat narodził.

    A gdy Bogu duszę dał,

    Tu się wieliki dziw stał:

    Samy zwony zwoniły,

    Wszytki, co w Rzymie były.

    Więc się po nim pytano,

    Po wszytkich domiech szukano;

    Nie mogli go nigdzie najć.

    A wżdy nie chcieli przestać.

    Jedno młode dziecię było,

    To im więc wzjawiło,

    A rzekąc: Aza wy nie wiecie o tym

    Kto to umarł? Jąć wam powiem:

    U Eufamijanać leży,

    O jimże ta fała bieży;

    Pod wschodem ji najdziecie,

    Acz go jedno szukać chcecie.

    Więc tu papież z kardynały,

    Cesarz z swymi kapłany,

    Szli są k niemu z chorągwiami;

    Zwony wżdy zwonili sami;

    Tu więc była ludzi siła,

    Silno wielka ciszczba była.

    Kogokole para zaleciała

    Od tego świętego ciała,

    Ktory le chorobę miał

    Natemieści[e] zdrow ostał;

    Tu są krasne cztyrzy świece stały,

    Co są więc w sobie święty ogień miały.

    Chcieli mu list z ręki wziąć,

    Nie mogli go mu wziąć:

    Ani cesarz, ani papież,

    Ani wszytko kapłaństwo takież,

    I wszytek lud k temu

    Nie mogł rozdrzeć nicht ręki jemu. [...]

    Jedno przyszła żona jego,

    A ściągła rękę do niego,

    Eż jej w rękę wpadł list,

    Przeto iż był jeden do drugiego czyst.

    A gdy ten list oglądano,

    Natenczas uznano,

    Iż był syn Eufimijanow

    A księdza rzymskiego cesarzow.

    A gdy to ociec...

    Źródło: http://literat.ug.edu.pl/poezjas/003.htm

    Pełna wersja z opracowaniem: http://staropolska.pl/sredniowiecze/poezja_religijna/sw_aleksy.html

    Wiara, religia w renesansie

    ; Do rzeczy! Mapa mentalna z renesansu.

    Jan Kochanowski Treny

    TREN IV

    Zgwałciłaś, niepobożna Śmierci, oczy moje,

    Żem widział umierając miłe dziecię swoje!

    Widziałem, kiedyś trzęsła owoc niedordzały,

    A rodzicom nieszczęsnym serca się krajały.

    Nigdyć by ona była bez wielkiej źałości

    Mojej umrzeć nie mogła, nigdy bez ciężkości

    I serdecznego bolu, w którymkolwiek lecie

    Mnie by smutnego była odbiegła na świecie;

    Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy,

    Nigdy smutniejszy nie mógł być ani teskliwszy.

    A ona, by był Bóg chciał, dłuższym wiekiem swoim

    Siła pociech przymnożyć mogła oczom moim.

    A przynamniej tymczasem mogłem był odprawić

    Wiek swój i Persefonie ostatniej się stawić,

    Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej żałości,

    Której równia nie widzę w tej tu śmiertelności.

    Nie dziwuję Niobie, że na martwe ciała

    Swoich namilszych dziatek patrząc skamieniała.

    TREN X

    Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?

    W którą stronę, w którąś się krainę udała?

    Czyś ty nad wszytki nieba wysoko wniesiona

    I tam w liczbę aniołków małych policzona?

    Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe

    Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe

    Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem

    Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?

    Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,

    Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?

    Czyli się w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała

    Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?

    Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,

    Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła?

    Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,

    A nie możesz li w onej dawnej swej całości,

    Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną

    Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!

    TREN XVII

    Pańska ręka mię dotknęła,

    Wszytkę mi radość odjęta:

    Ledwe w sobie czuję duszę

    I tę podobno dać muszę.

    Lubo wstając gore jaśnie,

    Lubo padnąc slońce gaśnie,

    Mnie jednako serce boli,

    A nigdy się nie utoli.

    Oczu nigdy nie osuszę -

    I tak wiecznie płakać muszę!

    Muszę płakać! - O mój Boże,

    Kto się przed Tobą skryć może?

    Prózno morzem nie pływamy,

    Prózno w bitwach nie bywamy:

    Ugodzi nieszczęście wszędzie,

    Choć podobieństwa nie będzie.

    Wiodłem swój żywot tak skromnie,

    Że ledwe kto wiedział o mnie,

    A zazdrość i złe przygody

    Nie miały miały mi w co dać szkody.

    Lecz Pan, który gdzie tknąć, widzi,

    A z przestrogi ludzkiej szydzi,

    Zadał mi raz tym znaczniejszy,

    Czym-em już był bezpieczniejszy.

    A rozum, który w swobodzie

    Umiał mówić o przygodzie,

    Dziś ledwe sam wie o sobie:

    Tak mię podparł w mej chorobie.

    Czasem by się chciał poprawić,

    A mnie ciężkiej troski zbawić,

    Ale gdy siędzie na wadze,

    Żalu ruszyć nie ma władze.

    Prózne to ludzkie wywody,

    Żeby szkodą nie zwać szkody;

    A kto się w nieszczęściu śmieje,

    Ja bych tak rzekł, że szaleje.

    Kto zaś na płacz lekkość wkłada,

    Słyszę dobrze, co powiada;

    Lecz się tym żal nie hamuje,

    Owszem, więtszy przystępuje.

    Bo, mając zranioną duszę,

    Rad i nierad płakać muszę,

    Co snać nie cześć, to ku szkodzie

    I zelżywość serce bodzie.

    Lekarstwo to, prze Bóg żywy,

    Ciężkie na umysł troskliwy!

    Kto przyjaciel zdrowia mego,

    Wynajdzi co wolniejszego!

    A ja zatym łzy niech leję,

    Bom stracił wszytkę nadzieję,

    By mię rozum miał ratować;

    Bóg sam mocen to hamować.

    TREN XVIII

    My, nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje,

    W szczęśliwe czasy swoje

    Rzadko Cię wspominamy,

    Tylko rozkoszy zwykłych używamy.

    Nie baczym, że to z Twej łaski nam płynie,

    A także prędko minie,

    Kiedy po nas wdzięczności

    Nie uznasz, Panie, za Twe życzliwości.

    Miej nas na wodzy, niech nas nie rozpycha

    Doczesna rozkosz licha!

    Niechaj na Cię pomniemy

    Przynamniej w kaźni, gdy w łasce nie chcemy.

    Ale ojcowskim nas karz obyczajem,

    Boć przed Twym gniewem stajem

    Tak, jako śnieg niszczeje,

    Kiedy mu slońce niebieskie dogrzeje.

    Zgubisz nas prędko, wiekuisty Panie,

    Jesli nad nami stanie

    Twa ciężka boska ręka;

    Sama niełaska jest nam sroga męka.

    Ale od wieku Twoja lutość słynie,

    A pierwej świat zaginie,

    Niż Ty wzgardzisz pokornym,

    Chocia był długo przeciw Tobie spornym.

    Wielkie przed Tobą są występy moje,

    Lecz miłosierdzie Twoje

    Przewyssza wszytki złości.

    Użyj dziś, Panie, nade mną litości!

    PSALM 91

    Qut habitat in adiutorio Altissimi

    Kto się w opiekę poda Panu swemu

    A całym prawie sercem ufa Jemu,

    Śmiele rzec może: "Mam obrońcę Boga,

    Nie będzie u mnie straszna żadna trwoga."

    Ciebie on z łowczych obierzy wyzuje

    I w zaraźliwym powietrzu ratuje;

    W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie,

    Pod Jego pióry ulężesz biezpiecznie.

    Stateczność Jego tarcz i puklerz mocny,

    Za którym stojąc na żaden strach nocny,

    Na żadną trwogę ani dbaj na strzały,

    Którymi sieje przygoda w dzień biały.

    Stąd wedla ciebie tysiąc głów polezę,

    Stąd drugi tysiąc; ciebie nie dosięże

    Miecz nieuchronny, a ty przedsię swymi

    Oczyma ujźrzysz pomstę nad grzesznymi.

    Iżeś rzekł Panu: "Tyś nadzieja moja",

    Iż Bóg nawysszy jest ucieczka twoja -

    Nie dostąpi cię żadna zła przygoda

    Ani się najdzie w domu twoim szkoda.

    Aniołom swoim każe cię pilnować,

    Gdziekolwiek stąpisz, którzy cię piastować

    Na ręku będą, abyś idąc drogą

    Na ostry krzemień nie ugodził nogą.

    Będziesz po żmijach bezpiecznie gniewliwych

    I po padalcach deptał niecierpliwych;

    Na lwa srogiego bez obrazy wsiędziesz

    I na ogromnym smoku jeździć będziesz.

    Słuchaj, co mówi Pan: "Iż mię miłuje,

    A przeciwko mnie szczerze postępuje -

    Ja go też także w jego każdą trwogę

    Nie zapamiętam i owszem wspomogę.

    Głos jego u mnie nie będzie wzgardzony,

    Ja z nim w przygodzie; ode mnie obrony

    Niech pewien będzie, pewien i zacności,

    I lat szedziwych, i mej życzliwości!"

    Źródło: http://literat.ug.edu.pl/~literat/kochan/index.htm

    Opracowanie Trenów: http://staropolska.pl/renesans/jan_kochanowski/treny/treny_01.html

    Wiara, religia w baroku

    Do rzeczy! Mapa mentalna z baroku.

    Mikołaj Sęp Szarzyński: Sonet IV O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem

    Pokój - szczęśliwość, ale bojowanie
    Byt nasz podniebny: on srogi ciemności
    Hetman i świata łakome marności
    O nasze pilno czynią zepsowanie.

    Nie dosyć na tym, o nasz możny Panie,
    Ten nasz dom - Ciało, dla zbiegłych lubości
    Niebacznie zajżrząc duchowi zwierzchności,
    Upaść na wieki żądać nie przestanie.

    Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,
    Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?
    Królu powszechny, prawdziwy pokoju,
    Zbawienia mego jest nadzieja w tobie.

    Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie
    Będę wojował i wygram statecznie.

    Źródło: http://staropolska.pl/barok/Sep_Szarzynski/sonety_04.html

    Wiara, religia w romantyzmie

    ;Do rzeczy! Mapa mentalna z romantyzmu.

    Adam Mickiewicz, Dziady część III

    KARTA TYTUŁOWA I DEDYKACJA PIERWSZEGO WYDANIA - PARYŻ 1832

    ŚWIĘTEJ PAMIĘCI

    JANOWI SOBOLEWSKIEMU
    CYPRIANOWI DASZKIEWICZOWI
    FELIKSOWI KÓŁAKOWSKIEMU,

    SPÓŁUCZNIOM, SPÓŁWIĘŹNIOM, SPÓŁWYGNAŃCOM;
    ZA MIŁOŚĆ KU OJCZYŹNIE PRZEŚLADOWANYM,
    Z TĘSKNOTY KU OJCZYŹNIE ZMARŁYM
    W ARCHANGIELU, NA MOSKWIE, W PETERSBURGU,

    NARODOWEJ SPRAWY

    MĘCZENNIKOM

    Poświęca AUTOR

    Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena I (fragm.)

    KS. LWOWICZ

    Bracia, kto wie, ów więzień może jeszcze żyje;

    Pan Bóg to sam wie tylko i kiedyś odkryje.

    Ja, jak ksiądz, pomodlę się, i wam radzę szczerze

    Zmówić za męczennika spoczynek pacierze. -

    Kto wie, jaka nas wszystkich czeka jutro dola.

    ADOLF

    Zmówże i po Ksawerym pacierz, jeśli wola;

    Wiesz, że on, nim go wzięli, w łeb sobie wystrzelił.

    [...]

    ŻEGOTA

    Znacie bajkę Goreckiego?

    A raczej prawdę?

    KILKU

    Jaką? Powiedz nam, kolego.

    ŻEGOTA

    Gdy Bóg wygnał grzesznika z rajskiego ogrodu,

    Nie chciał przecie, ażeby człowiek umarł z głodu;

    I rozkazał aniołom zboże przysposobić

    I rozsypać ziarnami po drodze człowieka.

    Przyszedł Adam, znalazł je, obejrzał z daleka

    I odszedł; bo nie wiedział, co ze zbożem robić.

    Aż w nocy przyszedł diabeł mądry i tak rzecze:

    "Niedaremnie tu Pan Bóg rozsypał garść żyta,

    Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;

    Schowajmy je, nim człowiek ich wartość dociecze".

    Zrobił rogiem rów w ziemi i nasypał żytem,

    Naplwał i ziemią nakrył, i przybił kopytem; -

    Dumny i rad, że Boże zamiary przeniknął,

    Całym gardłem rozśmiał się i ryknął, i zniknął.

    Aż tu wiosną, nawielkie diabła zadziwienie,

    Wyrasta trawa, kwiecie, kłosy i nasienie.

    O wy! co tylko na świat idziecie z północą,

    Chytrość rozumem, a złość nazywacie mocą?

    Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie,

    Myśli Boga oszukać - oszuka sam siebie.

    [...]

    JANKOWSKI

    A Lwowicz co? - on pacierz po umarłych mówi!

    Posłuchajcie, zaśpiewam piosnkę Lwowiczowi.

    (śpiewa)

    Mówcie, jeśli wola czyja,

    Jezus Maryja.

    Nim uwierzę, że nam sprzyja

    Jezus Maryja:

    Niech wprzód łotrów powybija

    Jezus Maryja.

    Tam car jak dzika bestyja,

    Jezus Maryja!

    Tu Nowosilcow jak źmija,

    Jezus Maryja!

    Póki cała carska szyja,

    Jezus Maryja,

    Póki Nowosilcow pija,

    Jezus Maryja,

    Nie uwierzę, że nam sprzyja

    Jezus Maryja.

    KONRAD

    Słuchaj, ty! - tych mnie imion przy kielichach wara.

    Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,

    Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji.

    Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi.

    [...]

    KONRAD
    (śpiewa)

    Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, -

    Krew poczuła - spod ziemi wygląda -

    I jak upiór powstaje krwi głodna:

    I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.

    Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

    Z Bogiem i choćby mimo Boga!

    (Chór powtarza)

    I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,

    Naprzód braci rodaków gryźć muszę,

    Komu tylko zapuszczę kły w duszę,

    Ten jak ja musi zostać upiorem.

    Tak? zemsta, zemsta, etc, etc,

    Potem pójdziem, krew wroga wypijem,

    Ciało jego rozrąbiem toporem:

    Ręce, nogi goździami przybijem,

    By nie powstał i nie był upiorem.

    Z duszą jego do piekła iść musim,

    Wszyscy razem na duszy usiędziem,

    Póki z niej nieśmiertelność wydusim,

    Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.

    Tak! zemsta, zemsta,etc. etc.

    KS. LWOWICZ

    Konradzie, stój, dla Boga, to jest pieśń pogańska.

    KAPRAL

    Jak on okropnie patrzy,- to jest pieśń szatańska.

    Źródło: http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/

    Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena II (fragm.)

    Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie. -

    Godna to was muzyka i godne śpiewanie. -

    Ja mistrz!

    Ja mistrz wyciągam dłonie! [...]

    Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,

    Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże? [...]

    O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie.

    Jam tu, jam przybył, widzisz, jaka ma potęga,

    Aż tu moje skrzydło sięga.

    Lecz jestem człowiek, i tam, na ziemi me ciało;

    Kochałem tam, w ojczyźnie, serce me zostało, [...]

    Ja kocham cały naród! - objąłem w ramiona

    Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,

    Przycisnąłem tu do łona,

    Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:

    Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,

    Chcę nim cały świat zadziwić,

    Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec. [...]

    Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;

    Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie:

    Co ja zechcę, niech wnet zgadną,

    Spełnią,tym się uszczęśliwią,

    A jeżeli się sprzeciwią,

    Niechaj cierpią i przepadną.

    Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,

    Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; -

    Mówią, że Ty tak władasz!

    Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;

    Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,

    Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,

    I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,

    Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!

    Daj mi rząd dusz! - Tak gardzę tą martwą budową,

    Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,

    Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo

    Nie mogłoby jej wnet zwalić. [...]

    Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,

    Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.

    (Długie milczenie)

    (z ironią)

    Milczysz, milczysz! wiem teraz, jam Cię teraz zbadał,

    Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał. -

    Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością,

    Ty jesteś tylko mądrością. [...]

    Wyzywam Cię uroczyście. [...]

    Jeśli ja będę bluźnierca,

    Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan [...]

    Zaklinam, daj mi władzę - jedna część jej licha, [...]

    Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze;

    Jeśli jej w gruzy nie zburzę,

    To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;

    Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:

    Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:

    Krzyknę, ześ Ty nie ojcem świata, ale...

    GŁOS DIABŁA

    Carem!

    Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena IV Sen Ewy (widzenie Ewy) - fragm.

    EWA

    Jużem się za ojczyznę moję pomodliła,

    Jak nauczono, i za ojca, i za mamę;

    Zmówmy jeszcze i za nich pacierze też same.

    Choć oni tak daleko, ale to są dziatki

    Jednej ojczyzny naszej, Polski, jednej matki.

    Litwin, co dziś tu przybył, uciekł od Moskali;

    Strach słyszeć, co tam oni z nimi wyrabiali.

    Zły car kazał ich wszystkich do ciemnicy wsadzić;

    I jak Herod chce całe pokolenie zgładzić.

    Litwin ten bardzo ojca naszego zasmucił

    Poszedł w pole i dotąd z przechadzki nie wrócił.

    Mama na mszę posłała i obchód żałobny,

    Bo wielu z nich umarło. - Ja pacierz osobny

    Zmówię za tego, co te piosenki ogłosił;

    (pokazując książkę)

    I on także w więzieniu, jak nam gość donosił.

    Te piosenki czytałam; niektóre są piękne -

    Jeszcze pójdę, przed Matką Najświętszą uklęknę,

    Pomodlę się za niego; kto wie, czy w tej chwili

    Ma rodziców, żeby się za nim pomodlili.

    (Marcelina odchodzi)

    (Ewa modli się i usypia) [...]

    WIDZENIE

    Deszczyk: tak świeży, miły, cichy jak rosa,

    I skąd ten deszczyk - tak czyste niebiosa,

    Jasne niebiosa! -

    Krople zielone, kraśne - trawki, równianki,

    Róże, lilije, wianki

    Obwijają mię wkoło. - Ach, jaki sen wonny,

    Sen lekki, słodki - oby był dozgonny.

    Różo błyszcząca, słoneczna,

    Lilijo przeczysta, mleczna!

    Ty nie z ziemi - tam rosłaś, nad białym obłokiem.

    Narcyzie, jakim śnieżnym patrzysz na mnie okiem;

    A te błękitne kwiaty pamiątek,

    Jak źrenice niewiniątek -

    Poznałam - kwiatki moje - sama polewałam,

    W moim ogródku wczora nazbierałam,

    I uwieńczyłam Matki Boskiej skronie,

    Tam nad łóżkiem na obrazku.

    Widzę - to Matka Boska - cudowny blasku!

    Pogląda na mnie, bierze wianek w dłonie,

    Podaje Jezusowi, a Jezus dziecię

    Z uśmiechem rzuca na mnie kwiecie -

    Jak wypiękniały kwiatki - jak ich wiele - krocie,

    A wszystkie w przelocie

    Szukają na powietrzu siebie,

    Moje kochanki!

    I same plotą się w wianki.

    Jak tu mnie miło, jak w niebie;

    Jak tu mnie dobrze, mój Boże; -

    Niech mię na zawsze ten wianek otoczy,

    Niech zasnę, umrę, patrząc w te róże,

    W te białe narcyzu oczy.

    Róża, ta róża żyje!

    Wstąpiła w nią dusza,

    Główką lekko rusza,

    Jaki ogień z niej bije.

    To rumieniec żyjący - jak zorzy wniście.

    Śmieje się, jak na uśmiech rozwija liście,

    Roztula między liściem dwoje ust z koralu,

    Mówi, coś mówi - jak cicho, jak skromnie.

    Co ty, różo, szepcesz do mnie?

    Zbyt cicho, smutnie - czy to głos żalu?

    Skarżysz się, żeś wyjęta z rodzinnej trawki?

    Nie wzięłam ciebie dla mojej zabawki,

    Jam tobą skronie Matki Najświętszej wieńczyła,

    Jam po spowiedzi wczora łzami cię poiła;

    A z twoich ust koralu

    Wylatują promieniem

    Iskierka po iskierce -

    Czy taka światłość jest twoim pieniem?

    Czego chcesz, różo miła?

    RÓŻĄ

    Weź mnie na serce.

    ANIOŁOWIE

    Rozwiążmy, rozplećmy anielski wianek.

    RÓŻA

    Odwijam me skrzydła, wyplatam czoło.

    ANIOŁOWIE

    My w niebo do domu lećmy wesoło.

    RÓŻA

    Ja będę ją bawił, nim błyśnie ranek,

    Na sennym jej sercu złożę me skronie:

    Jak święty apostoł, Pański kochanek,

    Na boskim Chrystusa spoczywał łonie.

    Adam Mickiewicz, Dziady część III, scena IV

    Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena V Widzenie księdza Piotra (fragm.)

    WIDZENIE

    Tyran wstał - Herod! - Panie, cała Polska młoda

    Wydana w ręce Heroda.

    Co widzę? - długie, białe, dróg krzyżowych biegi,

    Drogi długie - nie dojrzeć - przez puszcze, przez śniegi

    Wszystkie na północ! - tam, tam w kraj daleki,

    Płyną jak rzeki.

    Płyną: ta droga prosto do żelaznej bramy.

    Tamta jak strumień wpadła pod skałę, w te jamy,

    A tamtej ujście w morzu. - Patrz! po drogach leci

    Tłum wozów - jako chmury wiatrami pędzone,

    Wszystkie tam w jednę stronę.

    Ach, Panie! to nasze dzieci,

    Tam na północ - Panie, Panie!

    Takiż to los ich - wygnanie!

    I dasz ich wszystkich wygubić za młodu,

    I pokolenie nasze zatracisz do końca? -

    Patrz! - ha! - to dziecię uszło - rośnie - to obrońca!

    Wskrzesiciel narodu,

    Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,

    A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

    Panie! czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć?

    Lud mój pocieszyć? -

    Nie! lud wycierpi. - Widzę ten motłoch - tyrany,

    Zbójce - biegą - porwali - mój Naród związany

    Cała Europa wlecze, nad nim się urąga -

    "Na trybunał!" - Tam zgraja niewinnego wciąga.

    Na trybunale gęby, bez serc, bez rąk; sędzie -

    To jego sędzie!

    Krzyczą: "Gal,Gal sądzić będzie!"

    Gal w nim winy nie znalazł i - umywa ręce,

    A króle krzyczą: "Potęp i wydaj go męce;

    Krew jego spadnie na nas i na syny nasze;

    Krzyżuj syna Maryi, wypuść Barabasze:

    Ukrzyżuj, - on cesarza koronę znieważa,

    Ukrzyżuj, - bo powiemy, żeś ty wróg cesarza".

    Gal wydał - już porwali - już niewinne skronie

    Zakrwawione, w szyderskiej, cierniowej koronie,

    Podnieśli przed świat cały - i ludy się zbiegły;

    Gal krzyczy:"Oto naród wolny, niepOdległy!"

    Ach, Panie, już widzę krzyż - ach, jak długo, długo

    Musi go nosić - Panie, zlituj się nad sługą.

    Daj mu siły, bo w drodze upadnie i skona -

    Krzyż ma długie, na całą Europę ramiona,

    Z trzech wyschłych ludów, jak z trzech twardych drzew ukuty. -

    Już wleką; już mój Naród na tronie pokuty -

    Rzekł: "Pragnę" - Rakus octem, Borus żółcią poi,

    A matka Wolność u nóg zapłakana stoi.

    Patrz - oto żołdak Moskal z kopiją przyskoczył

    I krew niewinną mego narodu wytoczył.

    Cóżeś zrobił, najgłupszy, najsroższy z siepaczy!

    On jeden poprawi się, i Bóg mu przebaczy,

    Mój kochanek! już głowę konającą spuścił,

    Wołając: "Panie, Panie, za coś mię opuścił!"

    On skonał!

    (Słychać chóry aniolów - daleki śpiew wielkanocne pieśni - na końcu słychać; "Alleluja! Alleluja")

    Ku niebu,on ku niebu, ku niebu ulata!

    I od stóp jego wionęła

    Biała jak śnieg szata -

    Spadła, - szeroko - cały świat się w nią obwinął.

    Mój kochanek na niebie, sprzed oczu nie zginął.

    Jako trzy słońca błyszczą jego trzy źrenice,

    I ludom pokazuje przebitą prawicę.

    Ktoż ten mąż? - To namiestnik na ziemskim padole.

    Znałem go, - był dzieckiem - znałem,

    Jak urósł duszą i ciałem!

    On ślepy, lecz go wiedzie anioł pacholę.

    Mąż straszny - ma trzy oblicza,

    On ma trzy czoła.

    Jak baldakim rozpięta księga tajemnicza

    Nad jego głową, osłania lice.

    Podnożem jego są trzy stolice.

    Trzy końce świata drzą, gdy on woła;

    I słyszę z nieba głosy jak gromy:

    To namiestnik wolności na ziemi widomy!

    On to na sławie zbuduje ogromy

    Swego kościoła!

    Nad ludy i nad króle podniesiony;

    Na trzech stoi koronach, a sam bez korony;

    A życie jego - trud trudów,

    A tytuł jego - lud ludów;

    Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,

    A imię jego czterdzieści i cztery.

    Sława! sława! sława!

    Adam Mickiewicz, Dziady część III, scena V

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/index.htm

    Wiara, religia w pozytywizmie

    ; Do rzeczy! Mapa mentalna z pozytywizmu.

    F. Dostojewski: Zbrodnia i kara, Część IV (fragm.)

    - A w cerkwi pan słyszał?

    - Ja... nie chodziłem. A ty często chodzisz?

    - N-nie - wyszeptała Sonia. Raskolnikow uśmiechnął się.

    - Rozumiem... Więc i na pogrzeb ojca nie pójdziesz jutro? - Pójdę. I w zeszłym tygodniu byłam... Na nabożeństwie żałobnym. - Za kogo?

    - Za Lizawietę. Zamordowano ją siekierą. Nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. Doznawał zawrotu głowy. - Przyjaźniłaś się z Lizawietą?

    - Tak... Była sprawiedliwa... przychodziła do mnie... Z rzadka... bo nie wypadało. Czytałyśmy razem... i rozmawiały. Będzie oglądała Boga twarzą w twarz. Dziwnie zabrzmiały mu w jej ustach te książkowe zwroty; i nowa niespodzianka: jakieś tajemnicze spotkania z Lizawietą; i obie - opętane. "Tutaj człowiek i sam gotów sfiksować! To zaraźliwe" - pomyślał. - Czytaj! - zawołał niecierpliwie i rozkazująco. Sonia wciąż się - wahała. Serce się tłukło. Jakoś nie miała odwagi mu czytać. On nieledwie z udręką patrzał na tę "nieszczęsną obłąkaną". - Po co to panu? Przecie pan niewierzący?... - szepnęła cicho, zdyszanym głosem. - Czytaj! Tak chcę! - nalegał. - Lizawiecie wszak czytałaś. Sonia otworzyła książkę i odszukała rozdział. Drżały jej ręce, tchu brakło. Dwukrotnie zaczynała, a pierwsza sylaba wciąż nie chciała dać się wymówić. - "I był niektóry chory Łazarz z Bethanii..." [...] Sonia przemogła się, opanowała spazm gardła, który na początku wersetu zdławił jej głos, i ciągnęła dalej lekturę XI rozdziału Ewangelii podług św. Jana. Tak dobrnęła do 19 wersetu. - "A przyszło było wiele Żydów do Marty i Maryi, aby je cieszyli po bracie ich. Marta tedy, skoro usłyszała, że Jezus idzie, zabieżała Mu; a Maryja doma siedziała. Rzekła tedy Marta do Jezusa: Panie! byś tu był, nie umarłby był brat mój; lecz i teraz wiem, że o cokolwiek będziesz Boga prosił, da Ci Bóg." Tu zatrzymała się znowu, wstydliwie przeczuwając, że znowu drgnie i zerwie się jej głos... - "Powiedział jej Jezus: Zmartwychwstanie brat twój. Rzekła mu Marta: Wiem, iż zmartwychwstanie w zmartwychwstaniu, w ostatni dzień. Rzekł jej Jezus: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyw będzie; a wszelki, który żywię a wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz temu? Powiedziała mu: (i jakby z bólem chwytając oddech, Sonia przeczytała wyraźnie i z mocą, jak gdyby to ona sama wyznawała wszem wobec) Iście, Panie! jam uwierzyła, żeś Ty jest Chrystus, Syn Boży, któryś na ten świat przyszedł." Zatrzymała się, szybko podniosła oczy na niego, lecz co żywo przemogła się i jęła czytać dalej. Raskolnikow siedział i słuchał nieruchomo, nie obracając się, trzymając łokcie na stole, patrząc w bok. Doczytali do 32 wersetu: - "Maryja tedy, gdy przyszła, kędy był Jezus, ujrzawszy Go, przypadła do nóg Jego i rzekła Mu: Panie! byś tu był, nie umarłby był brat mój. Jezus tedy, gdy ją ujrzał płaczącą i Żydy, którzy z nią przyszli, płaczące, rozrzewnił się w duchu i wzruszył sam siebie; i rzekł; Gdzieżeście go położyli? Powiedzieli Mu: Panie! pójdź a oglądaj! I zapłakał Jezus. Mówili tedy Żydowie: Oto jako go miłował. A niektórzy z nich mówili: Nie mógł Ten, który otworzył oczy ślepo narodzonego, uczynić, żeby był ten nie umarł?" Raskolnikow obrócił się do niej i patrzał na nią, przejęty. Tak, właśnie tak! Już nią całą wstrząsała prawdziwa, rzeczywista gorączka. Oczekiwał tego. Oto zbliżała się do słowa o największym, niesłychanym cudzie i zdjęło ją uczucie wielkiego tryumfu. Głos jej nabrał metalicznej dźwięczności; brzmiała w nim i wzmacniała go radość i tryumf. Wiersze druku mieszały się przed nią, bo ciemniało jej w oczach, lecz umiała tekst na pamięć. Przy ostatnim wersecie: "Nie mógł ten, który otworzył oczy ślepo narodzonego..." - Sonia, zniżając głos, gorąco i namiętnie oddała zwątpienie, wyrzut i naganę niewierzących, zaślepionych Żydów, którzy wnet, za chwilę, jak gromem rażeni, padną na ziemię, zaszlochają i uwierzą... "I on, on-także zaślepiony i niewierzący, on także zaraz usłyszy, on także uwierzy, tak, tak! zaraz, natychmiast" - marzyło jej się, więc drżała w radosnym oczekiwaniu. - "Jezus tedy, rozrzewniwszy się znowu sam w sobie, przyszedł do grobu; a była jaskinia, a kamień na niej był położony. Rzekł Jezus: Odejmijcie kamień. Rzekła Mu Marta, siostra tego, który był umarł: "Panie! jużci cuchnie, bo mu już czwarty dzień." Słowo "czwarty" wypowiedziała z naciskiem. - "Powiedział jej Jezus: Zażem ci nie rzekł, iż jeśli uwierzysz, oglądasz chwałę Bożą? Odjęli tedy kamień, a Jezus, podniósłszy oczy swe w górę rzekł: Ojcze! dziękuję Tobie, żeś Mnie wysłuchał. A Jamci wiedział, że Mnie zawsze wysłuchiwasz; alem rzekł dla ludu, który około stoi, aby wierzyli, iżeś Ty Mnie posłał. To rzekłszy, zawołał głosem wielkim: Łazarzu, wynijdź z grobu! I natychmiast wyszedł, który był umarły... (głośno, w zachwyceniu odczytała drżąc i martwiejąc, jakby oglądała to na własne oczy)...mając ręce i nogi związane chustkami, a twarz jego była chustką obwiązana. Rzekł im Jezus: Rozwiążcie go i puśćcie, aby szedł. Wiele tedy z Żydów, którzy byli przyszli do Maryi i Marty, a widzieli, co uczynił Jezus, uwierzyli Weń." Dalej już nie czytała, nie mogła czytać, zamknęła księgę i szybko wstała z krzesła. - Tyle o wskrzeszeniu Łazarza-ucięła surowym szeptem, i stanęła bez ruchu, odwrócona, nie śmiać i jak gdyby wstydząc się podnieść na niego wzrok. Jej febryczne dreszcze nie ustawały. W koślawym lichtarzu dawno się już dopalił ogarek, mętnie oświetlający w tej nędznej izbie mordercę i jawnogrzesznicę, którzy się dziwnie stowarzyszyli w czytaniu wiecznej księgi. Minęło pięć minut, może więcej. - Przyszedłem w interesie - nagle rzekł Raskolnikow głośno F chmurnie. Wstał i podszedł do Soni. Ona milcząc podniosła na niego oczy. Wzrok jego był szczególnie surowy, a odbijała się w nim jakaś dzika stanowczość. - Porzuciłem dzisiaj krewnych - rzeki - matkę i siostrę. Już do nich nie pójdę. Wszystko tam zerwałem. - Czemu? - spytała Sonia jak oszołomiona. Niedawne spotkanie z jego matką i siostrą wywarło na niej wrażenie nadzwyczajne, aczkolwiek dla niej samej niejasne. Wiadomości o zerwaniu wysłuchała nieledwie ze zgrozą. - Mam teraz tylko dębie - dodał. - Będziemy szli razem... Przyszedłem do ciebie. Obojeśmy przeklęci, wspólnie też pójdziemy!

    F. Dostojewski: Zbrodnia i kara, Epilog (fragm.)

    Byli sami, nikt ich nie widział. Strażnik się odwrócił. Sam nie wiedział, jak to się stało, lecz nagle coś jakby go poderwało i rzuciło do jej nóg. Płakał i obejmował jej kolana. Zrazu się przeraziła, twarz jej zmartwiała. Zerwała się z miejsca i patrzyła na niego, drżąc. Ale natychmiast, w tejże chwili pojęła wszystko. W jej oczach zajaśniało bezgraniczne szczęście: zrozumiała i już nie było dla niej wątpliwości, że ją kocha, kocha ją nieskończenie, i że oto nareszcie przyszła jednak ta chwila... - chcieli coś mówić, lecz nie mogli, łzy stanęły im w oczach. Oboje byli bladzi i wychudli; ale w tych mizernych, bladych twarzach już promieniał świt odnowionej przyszłości, pełnego odrodzenia ku nowemu życiu. Wskrzesiła ich miłość, serce każdego z nich miało w sobie niewyczerpane źródło życia dla serca drugiego. Postanowili czekać cierpliwie. Pozostawało im jeszcze siedem lat; a do tego czasu - tyle nieznośnej udręki i tyle bezgranicznego szczęścia! Ale zmartwychwstał i wiedział o tym, czuł to w pełni całym odnowionym jestestwem, ona zaś - ona | przecież żyła tylko jego życiem. Wieczorem tego dnia, gdy już zamknięto kazamaty. Raskolnikow leżał na pryczy i myślał o Soni. Tego dnia wydało mu się nawet, że wszyscy katorżnicy, jego byli wrogowie, już patrzą na niego inaczej. Sam nawiązywał z nimi rozmowy, a oni mu odpowiadali przyjaźnie. [...] Zamiast dialektyki przyszło życie i w świadomości musiało się wypracować coś zupełnie innego. Pod jego poduszką leżała Ewangelia. Wziął ją odruchowo. Książka ta należała do niej, była tą samą, z której kiedyś czytała mu o wskrzeszeniu Łazarza. Na początku katorgi przewidywał, że Sonia zamęczy go religią, będzie wciąż mówiła o Ewangelii i wmuszała mu różne książki. Ale ku największemu jego zdziwieniu ona nie napomknęła o tym ani razu, ani razu nawet nie zaproponowała mu Ewangelii. Sam ją o nią poprosił na krótko przed swoją chorobą i Sonia bez słowa przyniosła mu tę książkę. Dotychczas nie otwierał jej wcale. Nie otworzył jej i teraz także, lecz pewna myśl mignęła mu w głowie: "Czyż jej przekonania mogą teraz nie być moimi przekonaniami? A przynajmniej uczucia jej, jej dążności..."

    Wiara, religia w modernizmie (Młodej Polsce)

    Do rzeczy! Mapa mentalna z modernizmu.

    Jan Kasprowicz Dies irae (fragm.), 1902

    Trąba dziwny dźwięk rozsieje,

    ogień skrzepnie, blask ściemnieje,

    w proch powrócą światów dzieje.

    Z drzew wieczności spadną liście na

    Sędziego straszne przyjście,

    by świadectwo dać Psalmiście...

    A ty, psalmisto Pański, nastrój harfę swoją

    już na ostatni ton!

    [...]

    Kyrie elejson!...

    O Boże! Ty bądź naszą łaską i obroną!

    Kyrie elejson!

    [...]

    W świątyni bożej zamilkł święty śpiew,

    już się zasłona rozdarła na dwoje,

    mur się już wali i skała już pęka...

    A krew w tych morzach, w tych czerwonych rzekach,

    ścięła się w ciemny lód...

    [...]

    O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

    W królestwie Śmierci staje nagi szał.

    [...]

    Idą na się zmartwychwstali -

    w oku mściwy skrzy się gniew,

    rozpaczy kurcz wypręża rozchylone wargi,

    kroplisty pot oblewa policzki zapadłe,

    kudły włosów zlepia gęsta krew.

    Z wyciem hyjen, z rykiem lwów,

    z psów szczekaniem, z rżeniem koni,

    które cugli nie zaznały,

    łkając, jęcząc, grożąc, klnąc,

    poszarpane miecąc skargi,

    pędzi tuman ludzkich żądz.

    [...]

    Szum się wielki stał dokoła,

    kiedy surma archanioła

    na Ostatni Sąd zawoła.

    [...]

    A On,

    potężne Łono przepotężnych łon,

    Jasność jasności,

    Zmrok zmroków,

    Łaska łask i gniewów Gniew, [...]

    rozpoczął Sąd.

    [...]

    Czym jestem wobec Ciebie, ja, com z rajskich włości

    zabrał z sobą, wygnaniec, tę łamiącą winę

    i teraz ginę,

    od Wschodu do Zachodu tułacz nieszczęśliwy,

    pod nieuchronnych wyroków

    w początkach dnia i nocy wzniesionym obuchem?!

    Stopę swoją złożyłeś na pokoleń grzbiecie

    i sądzisz! Kyrie elejson!

    Płaczów i jęków słuchasz nie słyszącym uchem

    i sądzisz! Kyrie elejson!

    Na mękę wieków patrzysz nie widzącym okiem

    i sądzisz! Kyrie elejson!

    Niewiasta z rozpaczliwym krzykiem rodzi dziecię,

    Ty duszę jego grzechu oblewasz hyzopem

    i sądzisz! Kyrie elejson!

    Wicher idzie po rozdrożach westchnieniem głębokiem,

    ku Twojej wyży

    modlitwy niesie krwawe, przybite do krzyży,

    Ty sądzisz! Kyrie elejson!

    A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,

    odziany potępienia podartą żałobą,

    kawałem kiru, zdjętym z mar Twojego świata,

    wił się i czołgał przed Tobą,

    i martwym, osłupiałym z przerażenia okiem

    strasznego Sądu wyławiał płomienne,

    świat druzgocące rozkazy?

    A kto mi kazał patrzeć na te czarne głazy,

    rozpadające się na gruz pod mocą

    Twojego gniewu, przeraźliwy Boże -

    na głazy te, gdzie straszny owoc Twego drzewa,

    złocistowłosa Ewa,

    do piersi pierś padalca tuli obnażoną?...

    [...]

    Sądź, Sprawiedliwy!

    Krusz światów posady,

    rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,

    na popiół spal Adama oszukane serce

    i płacz!

    Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

    Niech Twa surma przeraźliwa

    echem płaczu się odzywa

    nad pokosem Twego żniwa...

    [...]

    I stał się koniec świata... O chwilo spokoju!

    Zgasł płomienny głos proroka

    i wieczności noc głęboka

    nieprzejrzaną jest dla oka.

    A ja, wygnaniec z Raju, tułacz nieszczęśliwy,

    zesłany, aby konać, na te ziemskie niwy,

    i patrzeć, jak pod złomem niebotycznej grani,

    usiadła matka Śmierci, Ewa jasnowłosa,

    pieszcząca węża Grzechu, posyłam w niebiosa,

    opadło nad wieczności tajemniczym mrokiem,

    to moje wiekuiste, nieprzebrzmiałe: Amen!

    Amen!

    [...]

    Przede mną przepaść, zrodzona przez winę,

    przez grzech Twój, Boże!... Ginę! ginę! ginę!

    Amen.

    A cóż powstanie ponad nicościami,

    gdzie ongi były światy

    i Ja, w chęć życia bogaty,

    a dziś w umarłych postawiony rzędzie?

    Niech nic nie będzie!

    Amen!

    Wiara, religia w dwudziestoleciu międzywojennym

    Witkacy, Bóg Ojciec pierwszy raz poważnie zastanowił się nad istotą ziemi, 1931,

    Do rzeczy! Mapa mentalna z dwudziestolecia międzywojennego.

    http://pl.wikipedia.org/wiki/B%C3%B3g_Ojciec_pierwszy_raz_powa%C5%BCnie_zastanowi%C5%82_si%C4%99_nad_istot%C4%85_ziemi_%28nie_%C5%9Bwiata%29#mediaviewer/Plik:Witkacy_-_B%C3%B3g_Ojciec_pierwszy_raz_powa%C5%BCnie_zastanowi%C5%82_si%C4%99_nad_istot%C4%85_ziemi_%281931%29.jpg

    Wiara, religia we współczesności

    ; Do rzeczy! Mapa mentalna ze współczesności.

    Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 1. Męka za wiarę

    Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 1. Męka za wiarę.

    Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 2. Dimka

    Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 2. Dimka.

    Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 3. Gorcew

    Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 3. Gorcew.

    Albert Camus, Dżuma Panneloux I kazanie

    Bibliografia: Albert Camus, Dżuma Panneloux I kazanie.

    Albert Camus, Dżuma Panneloux II kazanie

    Bibliografia: Albert Camus, Dżuma Panneloux II kazanie.

    Miron Białoszewski: Karuzela z madonnami lub Podłogo błogosław

    Miron Białoszewski: Karuzela z madonnami,

    Karuzela z Madonnami
    Wsiadajcie madonny
    madonny
    Do bryk sześciokonnych
    ...ściokonnych!
    Konie wiszą kopytami
    nad ziemią.
    One w brykach na postoju
    już drzemią.
    Każda bryka malowana
    w trzy ogniste farbki
    I trzy końskie maści:
    od sufitu
    od dębu
    od marchwi.
    Drgnęły madonny
    I orszak konny
    Ruszył z kopyta.
    Lata dookoła
    Gramofonowa
    Płyta,
    Taka
    płyta:
    Migają w krąg anglezy grzyw
    I lambrekiny siodeł,
    I gorejące wzory bryk
    Kwiecisto-laurkowe.
    A w każdej bryce vis á vis
    Madonna i madonna
    W nieodmienionej pozie tkwi
    Od dziecka odchylona
    - białe konie
    - bryka
    - czarne konie
    - bryka
    - rude konie
    - bryka
    Magnifikat!
    A one w Leonardach min,
    W obrotach Rafaela,
    W okrągłych ogniach, w klatkach z lin,
    W przedmieściach i niedzielach
    I w każdej bryce vis á vis
    Madonna i madonna
    I nie wiadomo, która śpi,
    A która jest natchniona
    - szóstka koni
    - one
    - szóstka koni
    - one
    - szóstka koni
    - one
    Zakręcone!
    I coraz wolniej karuzela
    Puszcza refren
    I Peryfe
    rafa
    elickie
    madonny
    przed
    mieścia
    wymieniają
    konne piętro
    ...........................
    Wsiadajcie
    w sześcio...!

    Słowa: Miron Białoszewski
    Muzyka: Zygmunt Konieczny

    Miron Białoszewski: Podłogo błogosław

    Buraka burotai buraka
    bliskie profile skrojone
    i jeszcze buraka starość,którą kochamy,

    i nic z tej nudnej fisharmonii

    biblijnych aptek
    o manierach
    i o fornierach w serca,w sęki
    homeopatii zbawienia...

    tu nie fis
    i nie harmonia,
    ale dysonans

    ach! i flet zaczarowany
    w kartofle - flet
    w kartofle rysunków i kształtówzatartych!

    to stara podłoga

    podłoga

    leżąca strona

    boga naszego powszedniego

    zwyczajnych dni

    i takie słowo koncertujące

    w o-gamie

    w tonacji z dna

    naszej mowy...

    Podłogo nasza,

    błogosław nam pod nami

    błogo, o łogo...

  • Władza – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw władzy obejmuje pragnienie panowania, odpowiedzialność rządzących, mechanizmy podporządkowania i oporu. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Władza w języku polskim

    Definicja władzy

    prawo rządzenia państwem, panowanie, rządzenie; stosunek społeczny między dwiema grupami, polegający na tym, że jedna z grup może w sposób trwały oddziaływać na postępowanie grupy drugiej w realizacji zadań społecznych i ma środki zapewniające jej kontrolę tego postępowania; także: rządzenie kimś, kierowanie kimś, np. członkami rodziny, instytucji, stowarzyszeń itp.

    Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    jurysdykcja, kompetencja, panowanie, przewaga, zwierzchnictwo, potęga, siła, przemoc, siła, wojsko, przywództwo, rząd

    Słownictwo powiązane z władzą:

    cesarz, car, król, władca, rządzący, rząd, prezydent, premier, przełożony, zwierzchnik, despotyzm, totalitaryzm, autorytaryzm, demokracja, anarchia, umowa społeczna, legitymizacja władzy,

    Związki frazeologiczne:

    coś bierze/wzięło kogoś we władanie,

    malowany władca,

    pan i władca,

    czwarta władza,

    być w pełni władz umysłowych,

    mieć władzę nad sobą,

    pan władza,

    komuś władza uderzyła do głowy

    Przysłowia

    Koryto to samo, tylko świnie się zmieniają.

    Bądź panem dla tego, który cię nie lubi; niewolnikiem dla tego, który cię kocha. (tureckie)

    Aforyzmy

    Kto chce rządzić ludźmi, nie powinien ich gnać przed sobą, lecz sprawić, by podążali za nim. Monteskiusz

    Jeżeli chcesz poznać prawdziwy charakter człowieka, daj mu władzę. Abraham Lincoln

    Wiedza to władza. Ale niewiedza, niestety, nie oznacza jeszcze braku władzy. Niels Bohr

    Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. Józef Stalin

    Władza w antyku

    .

    Władca i władza w dramacie Sofoklesa: Król Edyp

    Poniżej znajdują się fragmenty Króla Edypa Sofoklesa.

    Edyp jako władca

    Fragment 1. Edyp (Prolog)

    Edyp
    O dzieci, Kadma starego potomstwo,
    Czegoście na tych rozsiedli się progach,
    Trzymając w ręku te wiązki błagalne?
    Czemuż nad miastem dym wonnych kadzideł
    Wznosi się razem z modlitwą i jękiem?
    Ja, Edyp, sławą cieszący się ludzi. –
    Rzeknij więc, starcze, boś ty powołany
    Za innych mówić, co was tu zebrało,
    Strach czy cierpienie? Wyjaw to mężowi,
    Co chce wam ulżyć; bo byłby bez serca,
    Gdyby ten widok mu serca nie wzruszył.

    Kapłan
    O Panie, który ziemicą tą władasz, [...]
    Bo miasto – sam widzisz – odmęty
    Złego zalały i lud bodaj głowę
    Wznosi wśród klęski i krwawej pożogi,
    Mrąc w ziemi kłosach i ziemi owocach,
    Mrąc w stadach bydła i niewiast porodach,
    Płonnych od kiedy bóg ogniem zionący
    Zaciężył srogą nad miastem zarazą,
    By grody Kadma pustoszyć, a jękiem
    Czarne Hadesu wzbogacić ostępy.
    Choć więc my ciebie nie równamy bogom
    Ani te dzieci, siedliśmy w tych progach,
    Bo ciebie pierwszym mienimy wśród ludzi,
    Wśród ciosów życia i wśród nieba gromów.
    Tyś bo przybywszy, gród stary Kadmosa
    Od strasznych ofiar dla Sfinksa wyzwolił,
    Nic od nas wprzódy się nie wywiedziawszy
    Nie pouczony; nie! z ramienia bogów
    Dałeś nam życia ochłodę i ulgę.
    A więc ku tobie, któryś nam najdroższym,
    Ślemy, Edypie, tę prośbę błagalną,
    Byś nas ratował, czy z bogów porady
    Znajdując leki, czy z ludzi natchnienia. [...]

    Edyp
    O biedna dziatwo! Nazbyt ja świadomy
    Próśb waszych celu; wiem, że wszystkie domy
    Gnębi choroba, lecz wśród zła powodzi
    Najgorsza nędza w mą osobę godzi.
    Bo was jedynie własne brzemię dręczy,
    Gdy moja dusza za mnie, za was jęczy,
    Za miasto całe; ze snu się nie budzę
    Na wasze głosy; wiedzcie, że łzy ronię
    I częstym troski błąkaniem się trudzę,
    By co obmyśleć ku ludu obronie.
    I uczyniłem, co dobrem się zdało,
    Syna Menojka, a żony mej brata
    Do Apollina pityjskich wyroczni
    Posłałem, aby Kreon się wywiedział,
    Co czyniąc, mówiąc, zbawiłbym to miasto. [...]

    Kreon
    Czy chcesz, bym mówił od razu przed ludźmi
    Lub wszedł do domu; na wszystko ja gotów.

    Edyp
    Mów tu, wszem wobec; bo tamtych katusze
    Bardziej mnie dręczą niż strach o mą duszę.

    Kreon
    Niech więc wypowiem, co Bóg mi obwieścił. –
    Febus rozkazał stanowczo, abyśmy
    Ziemi zakałę, co w kraju się gnieździ,
    Wyżęli i nie znosili jej dłużej. [...]

    Edyp
    Więc od początku ja rzeczy ujawnię.
    Bo słusznie Febus i ty równie słusznie
    Ku umarłemu zwróciliście troskę;
    Z wami ja wspólnie siły złączonemi
    Spłacę dług bogu i dług naszej ziemi,
    A tym nie dalszym z pomocą ja idę,
    Lecz sam ze siebie tę zrzucę ohydę.
    Bo ów morderca mógłby równie łacno
    Zbrodniczą na mnie podnieść rękę.
    Zmarłemu służąc, usłużę więc sobie.

    Fragment 2. Edyp i Tyrezjasz (Epejsodion I)

    Edyp
    O Tyrezjaszu, co sprawy przenikasz
    Jasne i tajne, na ziemi i niebie!
    Chociaż ty ślepym, nie uszło twej wiedzy,
    Jako choruje gród ten, przeto w tobie
    Upatrzyliśmy zbawcę i lekarza.
    Bo Febus, jak ci już może donieśli,
    Po wieściach naszych tę wróżbę obwieścił,
    Że wyzwolenie li wtedy nastąpi,
    Skoro odkrywszy morderców Laiosa
    Na śmierć ich albo wygnanie skażemy.
    Ty przeto, lotu ptaków nie niechając
    Ni innych środków twej wróżbiarskiej sztuki,
    Siebie i miasto, ratuj mą osobę,
    I zbaw nas z wszelkiej zakały tej zbrodni.
    W tobie nadzieja; kto, czym tylko może,
    Wesprze bliźniego, spełni dzieło boże. [...]

    Tyrezjasz
    Puść mnie do domu; bo łacniej co twoje
    I ja co moje zniosę, gdy usłuchasz.

    Edyp
    Miastu, któregoś dzieckiem, służyć radą
    Jest obowiązkiem miłości i prawa. [...]

    Tyrezjasz
    Wy wszyscy w błędzie. Ja nigdy złych rzeczy
    Moich, by nie rzec... twoich, nie wyjawię.

    Edyp
    Ze złych najgorszy – bo nawet byś skałę
    Obruszył – wiecznie więc milczeć zamierzasz
    I niewzruszony tak wytrwać do końca?

    Tyrezjasz
    Upór mój ganisz, a w sobie nie widząc
    Obłędów gniewu, nade mną się znęcasz. [...]

    Edyp
    A więc wypowiem, co mi w błyskach gniewu
    Już świta; wiedz ty, iż w moim mniemaniu
    Tyś ową zbrodnię podżegł i zgotował
    Aż po sam zamach; a nie byłbyś ślepym,
    To i za czyny bym ciebie winował.

    Tyrezjasz
    Doprawdy? a więc powiem ci, byś odtąd
    Twego wyroku pilnując, unikał
    Wszelkiej i ze mną, i z tymi rozmowy,
    Jako ten, który pokalał tą ziemię.

    Edyp
    Jakie bezczelne wyrzucasz ty słowa?
    I gdzież zamyślasz przed srogą ujść karą? [...]

    Tyrezjasz
    Którego szukasz, ty jesteś mordercą. [...]

    Edyp
    Skarby, królestwo i sztuko, co sztukę
    Przewyższasz w życia namiętnych zapasach,
    Jakże was zawiść natrętnie się czepia,
    Jeżeli z tronu, którym mnie to miasto
    W dani, bez prośby mojej zaszczyciło,
    Kreon, ów wierny, ów stary przyjaciel
    Zdradą, podstępem zamierza mnie zwalić
    I tak podstawia tego czarodzieja,
    Kuglarza, który zysk bystro wypatrzy,
    A w swojej sztuce dotknięty ślepotą. [...]

    Że bliskim będziesz przy Kreona tronie.
    Lecz ciężko i ty, jak ów, co podżega,
    Odpokutujesz, a gdyby nie starość,
    Wraz byś otrzymał kaźń za twe zamysły. [...]

    Tyrezjasz
    Rzekłszy, co miałem – idę, nie z obawy
    Przed twym obliczem, bo próżne twe groźby.
    A powiem jeszcze: człek, którego szukasz,
    Z dawna pogróżki i wici o mordzie
    Laiosa głosząc, jest tutaj na miejscu.
    Obcym go mienią, ale się okaże,
    Iż on zrodzony w Tebach; nie ucieszy
    Tym się odkryciem; z widzącego ciemny,
    Z bogacza żebrak – na obczyznę pójdzie,
    Kosturem drogi szukając po ziemi.
    I wyjdzie na jaw, że z dziećmi obcował
    Własnymi, jak brat i ojciec, że matki
    Synem i mężem był, wreszcie rodzica
    Współsiewcą w łóżku i razem mordercą.
    Zważ to, a jeśli to prawdę obraża,
    Za niemądrego ogłoś mnie wróżbiarza.

    Fragment 3. Edyp i Kreon (Epejsodion II)

    Kreon
    Drodzy ziomkowie, doszło moich uszu,
    Że Edyp władca ciężko mnie winuje. [...]

    Chór
    Zarzut ten jednak w gniewliwym zapale
    Raczej się począł, a nie w głębi duszy. [...]

    Edyp
    Tyś tutaj? A więc śmiesz tak być bezczelnym,
    Aby do moich przybliżać się progów,
    Ty, coś zamierzył popełnić morderstwo
    I z władzy króla mnie gwałtem ograbić?
    Rzeknij, na bogów, czy słabość czy głupstwo
    We mnie spostrzegłeś, by snuć te zamiary?
    Czyś mniemał, że twych ukrytych podstępów
    Nie dojrzę, że się obronić, nie zdołam?
    Czyż nie przewrotnym twoje przedsięwzięcie,
    Bez sił, wspólników, tak rwać się na trony,
    Które się ludźmi zdobywa i złotem?

    Kreon
    Radzę ci naprzód wysłuchać mej mowy,
    A potem, rzeczy poznawszy, osądzić.

    Edyp
    W słowach ty dzielny, lecz złym ci ja będę
    Uczniem, bo mam cię za zdrajcę i wroga. [...]

    Kreon
    Jeśli mniemasz, że upór jest skarbem,
    Choć bezrozumny, to mniemasz przewrotnie.

    Edyp
    Jeśli sądzisz, iż krzywdząc krewnego
    Nie zaznasz kary, to sądzisz fałszywie. [...]

    Kreon
    Mów więc – maszli ty mą siostrę za żonę?

    Edyp
    Tego pytania zaprzeczyć nie mogę.

    Kreon
    Czy nie dopuszczasz onej do współrządów?

    Edyp
    Cokolwiek zechce, przyznaję jej chętnie.
    [...]
    Kreon
    Cóż więc zamierzasz? Czy z kraju mnie wygnać?

    Edyp
    Nic mniej; chcę śmierci twojej, nie wygnania.

    Kreon
    Dowiedź mi naprzód, w czym moja jest wina.

    Edyp
    Więc ani folgi mi nie dasz, ni wiary?

    Kreon
    Bo ci rozwagi brak.

    Edyp
    Mam ją dla siebie.

    Kreon
    Trza jej i dla mnie.

    Edyp
    Ty złym jesteś człekiem.

    Kreon
    A gdybyś błądził?

    Edyp
    Jednak słuchać trzeba.

    Kreon
    I złego pana? [...]

    Jokasta
    Czemuż, nieszczęśni, jątrzycie się słowy?
    Nie wstyd wam ludzi, gdy ogół chorzeje,
    Własne poruszać spory i zatargi?
    Idź więc do domu ty i pójdź, Kreonie,
    By błahych żalów nie spiętrzać nad miarę.

    Kreon
    O siostro! Mąż twój straszne miota na mnie
    Groźby, podwójne wydziela mi kaźnie:
    Albo wygnanie, lub życia utratę.

    Edyp
    Tak jest, bom schwycił na złych go zamysłach
    Podstępnie przeciw mej knutych osobie.

    Kreon
    Niechbym nie uszedł, lecz zginął pod klątwą,
    Jeśli prawdziwe twoje oskarżenia.

    Jokasta
    Zawierz, na bogów, Edypie, tej mowie,
    Bacząc nasamprzód na święte zaklęcia,
    A potem na mnie i tych, co obecni. [...]

    Edyp
    Wiedz ty, iż tego żądając ode mnie,
    Żądasz mej śmierci i mego wygnania.

    Kreon jako władca

    Chór
    Kiedy tak błagasz, właśnie w samą porę
    Nadszedł tu Kreon, by działać i radzić,
    Bo on po tobie tej ziemi jest stróżem.

    Edyp
    Biada mi! Cóż ja do niego wyrzeknę?
    Czyż on zawierzy? W ostatnich bo czasach
    Srodze ja wobec niego zawiniłem.

    Kreon
    Nie by urągać przyszedłem, Edypie.
    Lecz jeśli nie wstyd wam zwykłych śmiertelnych,
    Baczcie przynajmniej na to wszechwidzące
    Światło Heliosa, aby nie wystawiać
    Na widok takiej ohydy; nie ścierpi
    Jej ani ziemia, dżdże święte, ni słońce.
    A więc zawrzyjcie go w domu co prędzej,
    Bo tylko krewni mogą bez pochyby
    Krwi swojej grozy i widzieć, i słyszeć.

    Edyp
    Na bogów, skoroś mą trwogę rozprószył
    I dobrotliwie do złego się zwrócił,
    Usłuchaj prośby, którą ci wypowiem,
    Raczej na ciebie bacząc niż na siebie.

    Kreon
    O co więc błagasz mnie z takim naciskiem?

    Edyp
    Wyrzuć co żywo mnie z tej tu krainy
    Tam, gdzie bym żadnych nie spotykał ludzi.

    Kreon
    Byłbym to spełnił, wiesz dobrze, lecz wprzódy
    Bóstwa chcę spytać, co czynić należy. [...]

    Edyp
    [...]
    Niech więc się moje spełnia przeznaczenie!
    A z dzieci moich – o chłopców Kreonie,
    Nie troszcz się zbytnie: są oni mężami
    I nie zabraknie im życia zasobów.
    Lecz o biedaczki, sieroce dziewczęta,
    Które siadały tu ze mną po społu,
    Z którymi, skoro wyciągły rączęta,
    Każdą się strawą dzieliłem ze stołu,
    O te się troskaj; pozwól je rękami
    Objąć, rzewnymi opłakać je łzami.
    Uczyń to, książę szlachetny!
    Zrób to! Bo gdy je przytulę, ukoję,
    Choć ich nie dojrzę, czuć będę, że moje.

    Wprowadzają małą A n t y g o n ę i I s m e n ę.

    Cóż to?
    Czyż mnie słuch zwodzi, na bogi, czy słyszę
    Głos moich pieszczot, jak kwilą, czyż Kreon
    Litośnie wezwał najdroższe me dzieci?
    Czyż to nie złuda?

    Kreon
    O nie! zrobiłem po twojej ja woli,
    Wiedząc, co serce twe zwykło radować.

    Edyp
    [...] Synu Menojka! Żeś ojcem ty jednym
    Dla tych sierotek, nie żałuj zachodu,
    Gdy nas im zbrakło, nie pozwól tym biednym
    Tułać się samym wśród nędzy i głodu.
    Nie zrównaj nigdy niedoli ich z moją,
    Niech twe litości je przed tym osłonią,
    Boś dla tych ofiar jedyną ostoją;
    Przyrzeknij, poręcz to, książę, mi dłonią.
    Gdyby nie wiek wasz, o dzieci, ni głosu,
    Ni rad bym szczędził; dziś prośbą zakończycie,
    Bym żył, gdzie dadzą, a wam z ręki losu
    Lepsze niż ojcu przypadło tu życie.

    Kreon
    Łez już dosyć, dość już żalu, wstępuj więc do wnętrza już. [...]

    Kreon
    Co nastąpi, wskaże bóg.

    Edyp
    Lecz ja w bogów nienawiści.

    Kreon
    Toż osiągniesz, czego chcesz.

    Edyp
    A więc zgoda?

    Kreon
    Co nie w myśli, tego w fałsz nie stroję słów.

    Edyp
    A więc stąd mnie już uprowadź.

    Kreon
    Idź, lecz wprzódy dzieci puść.

    Władza w średniowieczu

    ,.

    Władca i władza w Dziejach Tristana i Izoldy cz. IX *

    Poniżej znajdują się fragmenty Dziejów Tristana i Izoldy.

    Król rozwiązuje płaszcz o zapinkach ze szczerego złota i odsłania swe piękne ciało. Dobywa miecza z pochwy i powtarza w sercu, że chce zginąć, jeśli ich nie zgładzi. Leśny idzie za nim, król daje znak, aby się wrócił.

    Wchodzi sam jeden do szałasu z nagim mieczem i podnosi go... Ha! cóż za żałoba, jeśli wymierzy ten cios! Ale zauważył, iż usta ich nie stykają się i że nagi miecz rozdziela ich ciała.

    „Boże — rzekł do siebie w myśli — cóż ja widzę! Trzebaż ich zabić? Żyjąc od tak dawna w tym lesie, gdyby się miłowali występną miłością, żali położyliby ten miecz między siebie? Żali każdy nie wie, że nagi brzeszczot, który rozdziela dwa ciała, jest zakładnikiem i stróżem czystości? Gdyby się miłowali występną miłością, czyż odpoczywaliby tak niewinnie? Nie, nie zabiję ich; to byłby wielki grzech ich ugodzić; gdybym obudził śpiącego i gdyby jeden z nas poległ, mówiono by o tym długo i na naszą hańbę. Ale tak uczynię, aby przy obudzeniu wiedzieli, że zastałem ich śpiących, że nie chciałem ich śmierci i że Bóg ulitował się nad nimi".

    Słońce, przechodząc przez sklepienie szałasu, paliło białą twarz Izoldy; król zdjął rękawiczki oszyte gronostajem: „To ona — myślał — przywiozła mi je niegdyś z Irlandii!..." Umieścił je wśród liści, aby zamknąć dziurę, przez którą wnikał promień; następnie zdjął ostrożnie pierścień z kamieniem szmaragdu, który był dał królowej. Niegdyś trzeba go było siłować po trosze, aby nawlec na palec; teraz palce jej były tak wątłe, iż pierścień zsunął się bez trudu! Na jego miejsce król włożył pierścień, z którego Izolda niegdyś uczyniła mu podarek. Wreszcie podjął miecz, który rozdzielał kochanków, ten sam — poznał go — który wyszczerbił się na czaszce Morholta, położył swój w jego miejsce, wyszedł z altany, skoczył na siodło [...]

    Władza w renesansie

    Władza i władca w Księciu N. Machiavellego*

    Poniżej znajdują się fragmenty Księciai zadania pomocnicze.

    XVIII W jaki sposób powinni książęta dotrzymywać wiary

    Musicie bowiem wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki: jeden – prawem, drugi - siłą; pierwszy sposób jest ludzki, drugi zwierzęcy, lecz ponieważ częstokroć pierwszy nie wystarcza, wypada uciekać się do drugiego. Dlatego książę musi umieć dobrze posługiwać się naturą zwierzęcia i człowieka. [...] Przeto książę, zmuszony umieć posługiwać się dobrze naturą zwierząt, powinien spośród nich wziąć za wzór lisa i lwa, albowiem lew nie umie unikać sideł, a lis bronić się przed wilkami. Trzeba przeto być lisem, by wiedzieć, co sidła, i lwem, by postrach budzić u wilków. Nie rozumieją się na rzeczy ci, którzy wzorują się wyłącznie na lwie. Otóż mądry pan nie może ani powinien dotrzymywać wiary, jeżeli takie dotrzymywanie przynosi mu szkodę i gdy zniknęły przyczyny, które spowodowały jego przyrzeczenie. Zapewne gdyby wszyscy ludzie byli dobrzy, ten przepis nie byłby dobry, lecz ponieważ są oni nikczemni i nie dotrzymywaliby tobie wiary, więc ty także nie jesteś obowiązany im jej dotrzymywać.

    XIX Jako należy unikać ściągania na siebie pogardy i nienawiści

    Nienawistnym czyni księcia, jak już powiedziałem, przede wszystkim chciwość i porywanie się na mienie i niewiasty poddanych, tego więc powinien unikać, bo ogół ludzi żyje zadowolony, byle tylko nie nastawać na ich mienie i cześć, i wtedy ma się do zwalczenia jedynie ambicje małej grupy, którą łatwo w różny sposób trzymać można na wodzy.

    Popada książę w pogardę, gdy uważa się go za zmiennego, lekkiego, zniewieściałego, tchórzliwego i wahającego się, tego więc powinien wystrzegać się, jak żeglarz rafy, i usilnie starać się, by w jego czynnościach widziano wielkość, dzielność, powagę i siłę, a co się tyczy prywatnych spraw poddanych, dążyć do tego, by jego wyrok był nieodwołalny i by on sam wyrobił sobie wśród ludzi taką opinię, żeby nikt nie pomyślał o oszukaniu go ani o podejściu. Książę, który cieszy się taką opinią jest bardzo szanowany, a przeciw temu, kto jest szanowany, bardzo trudno spiskować i trudno napadać na niego, ponieważ widzi się w nim człowieka znakomitego i przez swoich szanowanego. Bowiem książę musi mieć dwie troski, jedną wewnętrzną, odnośnie do swych poddanych, drugą zewnętrzną, odnośnie do możnych sąsiadów; przed tymi ostatnimi obroni się dobrym wojskiem i dobrymi przyjaciółmi, a nigdy nie braknie mu dobrych przyjaciół, ilekroć będzie miał dobre wojsko; zawsze zaś, gdy stoją pewnie sprawy zewnętrzne, stać również pewnie będą wewnętrzne, jeżeli tylko nie zakłóci ich jaki spisek [...]

    Źródło: Niccollo Machiavelli: Książę - tekst, [dostęp dnia 28.01.2014]

    Władza i władca w Makbecie W. Szekspira

    Poniżej znajdują się fragmenty Makbeta.

    Makbet, Akt I, scena 3.
    Makbet
    do siebie
    Glamis i Kawdor! Najważniejszej jeszcze
    Brakuje rzeczy. [...]
    na stronie do Banka
    Wątpiszże widzieć twe dzieci królami,
    Gdy ci te same usta to przyrzekły,
    Które nazwały mnie tanem Kawdoru?
    Banko
    podobnież do niego
    Wieszczba ta, jeśli wiarę w niej położysz,
    Może zapalić w tobie niebezpieczną
    Żądzę korony. Często, przyjacielu,
    Narzędzia piekła prawdę nam podają,
    Aby nas w zgubne potem sieci wplątać;
    Łudzą nam duszę uczciwym pozorem,
    Aby nas znęcić w przepaść następstw; [...]
     
    Makbet
    do siebie
    Dwie wróżby, będące
    Niby prologiem świetniejszej przyszłości,
    Już się sprawdziły. […]
     
    Makbet
    wciąż do siebie
    Chceli los, abym był królem,
    Niech mię bez przyczynienia się mojego
    Ukoronuje. […]
    Makbet, Akt II, scena 2.
    Makbet
    Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,
    Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
    Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
    Ciągle cię widzę. Fatalne widziadło!
    Słyszeć się daje odgłos dzwonka.
    Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanie
    Daje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie,
    Bo tego dzwonka melodia straszliwa
    Do nieba ciebie lub do piekła wzywa.
    […]
    Makbet, Akt III, scena 1.
    Makbet
    […] Toż więc sumienie sobie splugawiłem
    Dla rodu Banka, dla jego korzyści
    Zamordowałem zacnego Dunkana;
    Spokojność sobie zatrułem jedynie
    Dla rodu Banka i wieczny mój klejnot
    Wspólnemu ludzi nieprzyjacielowi
    Na łup oddałem po to tylko, żeby
    Ukoronować ród, nasienie Banka!
    O, niech się raczej ostateczność stanie.
    Losie, wyzywam cię w zapasy! […]
    Makbet, Akt III, scena 6.
    Lennox
    […] Słyszałem, że Makduf
    Z powodu kilku wyrazów niebacznych
    I nieprzybycia na ucztę tyrana
    Popadł w niełaskę. […]
    Lord
    Starszy syn Dunkana,
    Co go z praw rodu wyzuł przywłaszczyciel,
    Żyje na dworze Anglii, […]
    Abyśmy w czasie uczt, zabezpieczeni
    Od zbójczych nożów, mogli niezmyślone
    Hołdy oddawać i przyjmować prawe
    Nagrody, czego wszystkiego dziś łakniem. […]
     
    Lennox
    [...]Oby
    Błogosławieństwo prędzej mogło wrócić
    Temu krajowi, gniecionemu jarzmem
    Przeklętej ręki. […]
    Makbet Akt IV, scena 1.
    Zjawisko
    Makbet! bądź mężny, nieugięty, srogi,
    Gardź siłą ludzką i skrytymi wrogi,
    Z tych bowiem, których rodziła kobieta,
    Nikt potężnego nie zmoże Makbeta.
    Znika.
    Makbet
    Żyj więc, Makdufie, niestrasznyś mi teraz.
    Wolę się jednak podwójnie zapewnić
    I wziąć od losu zakład: musisz umrzeć,
    Bym mógł fałsz zadać trwodze i spokojnie
    Spać przy łoskocie gromów. […]
     
    Lennox
    To dwóch rycerzy, panie, którzy waszej
    Królewskiej mości przywieźli wiadomość,
    Że Makduf zbiegł do Anglii.
     
    Makbet
    Zbiegł do Anglii?
     
    Lennox
    Tak, panie.
    Makbet
    Czasie, ty uprzedzasz straszne
    Moje ocknienie. Zamiary są wiatrem,
    Kiedy nie idą z wykonaniem w parze.
    Od dziś dnia każdy płód mojego mózgu
    Będzie bliźniącym bratem mojej ręki
    I przedsięwzięcie to ziszczę natychmiast:
    Napadnę zamek Makdufa, zdobędę
    Cały Fajf, oddam na pastwę żelazu
    Jego niewiastę, jego dzieci, wszystko,
    Co ma z krwią jego jakikolwiek związek.
    Dość tych przechwałek! Niech skutek dowodnie
    Odpowie słowom, nim zamiar ochłodnie. […]
    Makbet Akt IV, scena 3.
    Makduf
    Idźmy wznieść raczej miecz nieubłagany
    I, jak przystoi prawym mężom, walczyć
    Za poniżone nasze gniazdo. Z każdym
    Nowym porankiem nowe wdów jęczenia,
    Nowy płacz sierot, nowe skargi głośno
    Biją w niebiosa, tak że te wydają
    Żałobny odgłos, jak gdyby toż samo
    Czuły co Szkocja i tak samo pomsty
    Wzywały. […]
    Malkolm
    […] Wierzę, iż kraj nasz upada pod jarzmem,
    Że jęczy, we krwi się pławi, że z każdym
    Nowym dniem nowa przybywa mu rana. […]
    Makduf
    Nie ma
    W zastępach piekieł szatana zdolnego
    Przewyższyć w złości Makbeta.
    Malkolm
    To prawda,
    Że on jest krwawy, gwałtowny, złośliwy,
    Fałszywy, chytry, drapieżny, wszeteczny,
    Pełen wszelkiego rodzaju ohydy,

    Władza w baroku

    Władca i władza w malarstwie barokowym

    Jan Tricius, Jan III Sobieski w skórze leoparda,1680,http://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/portrait-of-john-iii-sobieski-in-a-leopard-skin/5AFdPYUh-EgN3A?hl=pl&projectId=art-project

    Władza w oświeceniu

    Władca i władza w Umowie społecznej J.J. Rousseau

    Poniżej znajdują się fragmenty Umowy społecznej.

    „Przez umowę społeczną traci człowiek swoją wolność przyrodzoną i nieograniczone prawo do wszystkiego, co go nęci i co może osiągnąć, zyskuje natomiast wolność społeczną i własność nad wszystkim co posiada".

    „Przyznaję, że z tego, co każdy przez umowę społeczną oddaje, swojej mocy, swych dóbr, swej wolności, tylko część potrzebna jest wspólnocie; ale trzeba przyznać również, że tylko zwierzchnik jest sędzią w sprawie tej potrzeby. Wszystkie usługi, jakie obywatel może oddać państwu, winien natychmiast wykonać, skoro państwo tego żąda. Jednakże zwierzchnik nie może obarczać poddanych żadnym ciężarem niepotrzebnym dla wspólnoty. Nie może nawet chcieć tego, bo wobec praw rozumu nic nie powstaje bez przyczyny, podobnie jak przy prawach natury".

    „Czymże jest właściwie akt zwierzchnictwa? Nie jest to układ przełożonego z podwładnym, ale układ całości z każdym ze swych członków; układ prawowity, bo opiera się na umowie społecznej; słuszny, bo wspólny dla wszystkich; korzystny, bo przedmiotem jego może być tylko dobro powszechne; i trwały, bo posiada gwarancję w sile publicznej i władzy najwyższej. Dopóki poddani polegają tylko takim układom, nie słuchają nikogo prócz własnej woli. Dlatego zapytać o to, jak daleko rozciągają się odnośne prawa zwierzchnika i obywateli, znaczy tyle co pytać, jak dalece ci ostatni mogą się zobowiązywać wobec siebie samych, każdy wobec wszystkich i wszyscy wobec każdego."

    Źródło: http://piotrnapierala.blogspot.com/2011/02/1762-jj-rousseau-umowa-spoeczna.html

    J.J.Rousseou: Umowa społeczna - tekst

    Władza w romantyzmie

    Władza i władca w Dziadach cz. III Adama Mickiewicza

    Poniżej znajdują się fragmenty Dziadów IIIi zadania pomocnicze.

    Dziady III Improwizacja Konrad jako władca

    KONRAD
    [...]

    Ja kocham cały naród! - objąłem w ramiona

    Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,

    Przycisnąłem tu do łona,

    Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:

    Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,

    Chcę nim cały świat zadziwić,

    Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec. [...]

    Tę władzę, którą mam nad przyrodzeniem,

    Chcę wywrzeć na ludzkie dusze,

    Jak ptaki i jak gwiazdy rządzę mym skinieniem,

    Tak bliźnich rozrządzać muszę. [...]

    Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;

    Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie:

    Co ja zechcę, niech wnet zgadną,

    Spełnią,tym się uszczęśliwią,

    A jeżeli się sprzeciwią,

    Niechaj cierpią i przepadną.

    Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,

    Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; -

    Mówią, że Ty tak władasz!

    Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;

    Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,

    Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,

    I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,

    Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!

    Daj mi rząd dusz! - Tak gardzę tą martwą budową,

    Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,

    Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo

    Nie mogłoby jej wnet zwalić.

    Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę

    Ścisnął, natężył i razem wyświecił,

    Może bym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił -

    Bo jestem nieśmiertelny! [...]

    Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,

    Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.

    (Długie milczenie)

    (z ironią)

    [...]

    Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony?

    Ciałem połknąłem jej duszę,

    Ja i ojczyzna to jedno.

    Nazywam się Milijon - bo za milijony

    Kocham i cierpię katusze.

    Patrzę na ojczyznę biedną,

    Jak syn na ojca wplecionego w koło;

    Czuję całego cierpienia narodu,

    Jak matka czuje w łonie bole swego płodu.

    Cierpię, szaleję - a Ty mądrze i wesoło

    Zawsze rządzisz,

    Zawsze sądzisz,

    I mówią, że Ty nie błądzisz! [...]

    Widzisz, żem pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu,

    Że Cię znam lepiej niźli Twoje archanioły,

    Wart, żebyś ze mną władzą dzielił się na poły [...]

    Dziady III Akt I, scena 6. Car jako władca we śnie Senatora.

    BELZEBUB

    Jak zbyt nastraszysz raz,

    Gotów przypomnieć sen,

    Gotów oszukać nas,

    Wypuścisz ptaka z rąk.

    DIABEŁ I

    (pokazując sennego)

    Ależ braciszek ten,

    Ten mój najmilszy syn,

    Będzież on spał bez mąk?

    Nie chcesz? - ja męczę sam. [...]

    SENATOR

    (przez sen)

    Pismo! - to do mnie - reskrypt Jego Carskiej Mości!

    Własnoręczny, - ha! ha! ha! - rubli sto tysięcy.

    Order! - gdzie - lokaj, przypnij - tu. Tytuł książęcy!

    A! - a! - Wielki Marszałku; a! - pękną z zazdrości.

    (przewraca się)

    Do Cesarza! - przedpokój - oni wszyscy stoją;

    Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.

    Marszałek - Grand Contrôleur - ledwie poznasz, w masce.

    Ach, jakie lube szemrania,

    Dokoła lube szemrania:

    Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce, w łasce.

    Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,

    Jak śród nałożnic moich łoskotania!

    Każdy się kłania,

    Jestem duszą zebrania.

    Patrzą na mnie, zazdroszczą - nos w górę zadzieram.

    O rozkoszy! umieram, z rozkoszy umieram!

    (przewraca się)

    Cesarz! - Jego Imperatorska Mość - a! Cesarz wchodzi,

    A! - co? - nie patrzy! zmarszczył brwi - spójrzał ukosem?

    Ach! - Najjaśniejszy Panie - ach! - nie mogę głosem -

    Głos mi zamarł - ach! dreszcz, pot, - ach! dreszcz ziębi, chłodzi. -

    Ach, Marszałek! - co? do mnie odwraca się tyłem.

    Tyłem, a! senatory, dworskie urzędniki!

    Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem,

    I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.

    Uciekają ode mnie. Ha! jak pusto! głucho.

    Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczyrza zęby -

    Dbrum - ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.

    (spluwa)

    Jaki dźwięk! - to kalambur - o brzydka mucho;

    (opędza koło nosa)

    Lata mi koło nosa

    Jak osa.

    I epigramy, żarciki, przytyki,

    Te szmery - ach, to świerszcze wlazły mi w ucho:

    Moje ucho, moje ucho!

    (wytrząsa palcem ucho)

    Jaki szmer! - kamerjunkry świszczą jak puszczyki,

    Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki,

    Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski:

    Senator wypadł z łaski, z łaski! z łaski, z łaski.

    Historia kupca Kanissyna

    LOKAJ

    Człowiek kupca Kanissyna

    Czeka i jakiś Panu rejestr przypomina.

    SENATOR

    Rejestr? jaki tam rejestr? - kto?

    SEKRETARZ

    (wstając od stolika)

    On powiada, że jeśli Pan zapłatę zwleka,

    On zrobi proces.

    SENATOR

    Napisz grzecznie, niechaj czeka.

    (zamyśla się)

    A propos - ten Kanissyn - trzeba mu wziąć syna

    Pod śledztwo. - Oj, to ptaszek!

    SEKRETARZ

    To mały chłopczyna.

    SENATOR

    Oni to wszyscy mali, ale patrz w ich serce -

    Najlepiej ogień zgasić, dopóki w iskierce.

    SEKRETARZ

    Syn Kanissyna w Moskwie.

    SENATOR

    W Moskwie? - a, voyez-vous,

    Emisaryjusz klubów. - Czas zabieżeć temu,

    Wielki czas.

    SEKRETARZ

    On podobno u kadetów służy.

    SENATOR

    U kadetów? - voyez-vous, on tam wojsko burzy.

    SENATOR

    [...] Hej, dyżurny! - We dwadzieście cztery

    Godzin wysłać kibitkę i zabrać papiery.

    Zresztą ojciec lękać się nas nie ma przyczyny,

    Jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.

    Historia młodego Rollisona

    PELIKAN

    Niech Pan Senator uważy,

    Iż mimo tajemnicy i czujności straży

    O biciu Rollisona niechętne osoby

    Wieść roznoszą, i może wynajdą sposoby

    Oczernić przed Cesarzem nasze czyste chęci,

    Jeśli się temu śledztwu prędko łeb nie skręci.

    DOKTOR

    Właśnie ja rozmyślałem nad tym, Jaśnie Panie.

    Rollison od dni wielu cierpi pomieszanie;

    Chce sobie życie odjąć, do okien się rzuca,

    A okna są zamknięte...

    PELIKAN

    On chory na płuca;

    Nie należy w zamknionym powietrzu go morzyć;

    Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć.

    Mieszka na trzecim piętrze - powietrza użyje... [...]

    Jakże Pan z Rollisonem każe decydować?

    Jeżeli on dziś jeszcze... umrze, to?...

    SENATOR

    Pochować; [...]

    Zadania pomocnicze do fragmentu:

    Jaki jest temat rozmowy?

    Jaką władzą dysponuje Nowosilcow i do czego ją wykorzystuje?

    Jakim systemem wartości kieruje się Senator?

    Co sądzisz o takim postępowaniu Nowosilcowa?

    Jakie konteksty dostrzegasz w tekście?

    Rozmowa z Księdzem Piotrem

    KS. PIOTR

    Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jej słucha;

    Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha.

    SENATOR

    Jeżeli cię powieszę, a Cesarz się dowie,

    Żem zrobił nieformalnie, a wiesz, co on powie?

    "Ej, Senatorze, widzę, że się już ty bisisz".

    A ty, mnichu, tymczasem jak wisisz, tak wisisz. [...]

    Rozmowa Senatora z Doktorem

    DOKTOR

    Właśnie przedstawiam pokornie,

    To jest rzecz umówiona,i te wszystkie spiski

    Kieruje, jak wiem pewnie, Książę Czartoryski.

    [...]

    DOKTOR

    Przynajmniej jest mowa o księciu

    W tych listach i o całym jego przedsięwzięciu,

    I wielu profesorów - a głównym ogniskiem

    Jest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem. [...]

    Mnie też to kosztowało niemało zabiegów:

    Ze szczupłej mojej płacy opłacałem szpiegów;

    A wszystko z gorliwości o dobro Cesarza.

    SENATOR

    (biorąc go pod rękę)

    Mon cher, idź zaraz, weźmij mego sekretarza.

    Wziąć te wszystkie papiery i opieczętować;

    (do Doktora)

    Wieczorem będziem wszystko razem trutynować.

    (do siebie)

    Ja pracowałem, śledztwo prowadziłem całe,

    A on z tego odkrycia miałby zysk i chwałę!

    (zamyśla się)

    (do Sekretarza w ucho)

    Przyaresztuj Doktora razem z papierami. [...]

    Władza we współczesności

    Władca i władza w wierszu J. Tuwima Do prostego człowieka

    Akurat,Do prostego człowieka(tekst: Julian Tuwim),

    J.Tuwim, Do prostego człowieka - tekst

    Władza w Tangu S. Mrożka

    Tango Akt II

    ALA - (ziewając) Czego chciałeś? [...]

    ARTUR - Czy pomyślałaś już o tym, o czym ci mówiłem dziś rano? Zgadzasz się?

    ALA - Żeby wyjść za ciebie za mąż? Przecież już mówiłam, że nie widzę potrzeby. [...]

    ALA - Co mam zrobić?

    ARTUR - Zgodzić się na ślub. Od tego zaczniemy. Żadne nielegalne związki, żadne życie ułatwione. Ślub jest mi potrzebny. [...] Kiedy ich tak dopadniemy, znienacka, raz wzięci w formę, już później się z niej nie wydostaną. Wciągnę ich w ślub, a ślub będzie taki, że nie będą mieli innego wyjścia, jak tylko wziąć w nim udział na moich warunkach. Zrobię z nich orszak weselny i mój ojciec będzie się musiał nareszcie pozapinać. Co ty na to? [...]

    ALA – Poczekaj... [...]

    Wchodzi ostrożnie do pokoju, zamykając za sobą drzwi po cichu. Artur czeka w napięciu. Cisza niczym nie zmącona. Artur przechadza się nerwowo. Scena oczekiwania przedłuża się, Artur patrzy na zegarek, chodzi coraz szybciej. Decyduje się wreszcie i z rozpędem otwiera na oścież oba skrzydła drzwi, tak aby ukazało się całe wnętrze pokoju. Ukazuje się tam obraz następujący: pod nisko zwieszoną lampą, która rzuca silne światło na okrągły stolik, siedzą: Eleonora, Edek, Eugenia i Stomil, grając w karty. Stomil właśnie wykłada kartę.[...]

    ARTUR - (uderzając pięścią w stolik) Dosyć tego!

    ELEONORA - Ależ myśmy dopiero zaczęli! [...]

    ARTUR - Nie chcieliście po dobroci, to ja was zmuszę! Koniec gry! [...]

    STOMIL - (siląc się na surowy ton) Posłuchaj no, Arturze, nie jesteś już dzieckiem i przykro mi, że muszę do ciebie przemawiać w tym tonie, ale ze względu na matkę... Artur wyciąga mu rewolwer z kieszeni piżamy. Wszyscy zrywają się od stolika.

    EUGENIA - Przecież to furiat! Stomilu, dlaczegoś go spłodził? Co za lekkomyślność!

    STOMIL - A mama to niby nie wie?

    EDEK - Panie Arturku, co pan...

    ARTUR - Milczeć! Wszyscy do salonu! (zebrani wychodzą pojedynczo na środek sceny. Artur przepuszcza ich obok siebie. Do ojca, kiedy ten przechodzi koło niego) My jeszcze porozmawiamy. [...]

    EUGENIUSZ - (do Artura) Co? Już?

    ARTUR - Jeszcze nie. Czekam na odpowiedź.

    EUGENIUSZ - Myślałem, że już. Słyszałem jakieś krzyki, przybiegłem czym prędzej.

    ARTUR - Nic nie szkodzi, dobrze, że wujcio przyszedł. Niech wujcio tu zostanie i popilnuje ich trochę. Ja zaraz wrócę, (oddaje mu rewolwer)

    EUGENIUSZ - Tak jest. [...]

    ELEONORA - Czy wyście obaj zwariowali?

    ARTUR - W razie czego kula w łeb. Zrozumiano?

    EUGENIUSZ - Tak jest.

    ELEONORA - To jakiś spisek! Mamo, twój brat jest gangsterem!

    EUGENIA - Genek, rzuć to w tej chwili! Kto widział bawić się w Indian w twoim wieku! (próbuje wstać)

    EUGENIUSZ - Hej tam, nie ruszać się!

    EUGENIA - (zdumiona) Genek, przecież to ja, twoja siostra Eugenia!

    EUGENIUSZ - Nie mam siostry, kiedy jestem na służbie.

    EUGENIA - Na jakiej służbie, opamiętaj się!

    EUGENIUSZ - Jestem na służbie idei.

    ARTUR - Bardzo dobrze. Widzę, że mogę na wujciu polegać. Zostawiam was na chwilę. [...]

    ELEONORA - Co chcecie z nami zrobić?

    EUGENIUSZ - Przywrócimy wam godność, wy, upadłe społeczeństwo. Zrobimy z was z powrotem ludzi z zasadami.

    ELEONORA - Siłą?

    EUGENIUSZ - Choćby i siłą, jeżeli nie można inaczej.

    STOMIL - To kontrreformacja.

    EUGENIUSZ - To wybawienie.

    STOMIL - Wybawienie? Od czego?

    EUGENIUSZ - Od waszej przeklętej wolności. [...]

    ARTUR - Kto mógł przewidzieć? Byłem pewien, że ją przekonałem, (woła) Ala, Ala! (ze złością) Żeby przez jedną głupią kuzynkę... To niemożliwe! (woła) Ala, Ala!

    EUGENIUSZ - Przez kobietę upadły imperia.

    ALA - (wchodzi) Ojej, nikt jeszcze nie śpi? [...]

    ARTUR - Ja nie pytam o pogodę. Czy się zgadzasz?

    ALA - Wolałabym się jeszcze zastanowić.

    ARTUR - Odpowiedz natychmiast. Miałaś dosyć czasu. Pauza.

    ALA - Tak.

    EUGENIUSZ - Brawo!

    ARTUR - Bogu niech będą dzięki. Przystąpmy więc do dzieła! (bierze Ale za rękę i prowadzi ja do sofy, na której siedzi Eugenia) Babciu, błogosławieństwo!

    EUGENIA - (przestraszona, wskazuje na sofę) Zostawcie mnie w spokoju, ja wam nie przeszkadzam! [...]

    ARTUR - (groźnie) Błogosławieństwo, babciu!

    STOMIL - To jakieś niesmaczne żarty, dajmy temu spokój.

    EUGENIUSZ - (tryumfalnie) Żarty się skończyły, żartujecie już od pięćdziesięciu lat. Stomil, pozapinaj się natychmiast! To są zaręczyny twojego syna, skończyło się porozpinanie. Genia, błogosław.

    EUGENIA - Eleonora, co mam robić?

    ELEONORA - Niech mama błogosławi, kiedy o to proszą. [...]

    EUGENIA - (kładzie ręce na głowach Ali i Artura) Błogosławię was, moje dzieci... A niech was wszyscy diabli!

    EUGENIUSZ - (wzruszony) Jak przed laty, jak przed laty...

    ARTUR - (wstaje i całuje Eugenię w rękę) Dziękuję, babciu.

    EUGENIUSZ - Stomil się zapiął! Nowe życie przed nami! [...]

    ELEONORA - (przez łzy) Kiedy ślub?

    ARTUR - Jutro.

    EUGENIUSZ - Hurrra! Wygraliśmy!

    Tango Akt III Władza totalitarna

    ARTUR - Oszustwo, wszystko oszustwo... (zapada się w sobie)

    STOMIL - (pochyla się nad nim) Jest zupełnie pijany. [...]

    ARTUR - To nie była szansa. Myśmy się pomylili, to beznadziejne... [...]

    STOMIL - Nie opowiadaj nam tu historyjek. Z rozpaczy się upiłeś.

    ARTUR - Tak. Z rozpaczy także. Z rozpaczy, że forma nie zbawi świata.

    EUGENIUSZ - A co?

    ARTUR - (wstaje z klęczek, uroczyście) Idea!

    EUGENIUSZ - Jaka?

    ARTUR - A żebym to ja wiedział? Ale konwencja zawsze brała się z idei. [...]

    ARTUR - [...] Edek! (wchodzi Edek) Zamknij wszystkie drzwi.

    ELEONORA - Zamknij, Edziu, bo przeciąg. [...]

    ARTUR - (zasuwając kotarę przed katafalkiem) Edek, do mnie! (Edek podchodzi do niego i staje na baczność. Artur bada mu bicepsy) Masz dobry cios?

    EDEK - Niezły, proszę pana.

    ARTUR - A umiałbyś w razie czego... (przeciąga palcem po gardle)

    EDEK - (flegmatycznie, po pauzie) Pan się o coś pytał, panie Artku? Nie dosłyszałem... (pauza. Artur śmieje się niepewnie, jakby na próbę - i wyczekuje. Edek odpowiada podobnym "che che", Artur z kolei "che che" nieco już pewniejszym i głośniejszym, na co Edek"che che" crescendo. Artur klepie go po ramieniu) [...]

    ARTUR - Skończone wszystkie niepewności. Przed nami droga jasna i czysta. Jedno będzie prawo i jedna owczarnia. [...]

    ARTUR - Możliwa jest tylko władza! [...] Tylko władza da się stworzyć z niczego. Tylko władza jest, choćby niczego nie było. Oto jestem w górze, nad wami. W dole was widzę, w dole!

    EUGENIUSZ - A to wymyślił!

    ELEONORA - Arturze, zejdź natychmiast, pobrudzisz obrus!

    ARTUR - Czołgacie się w prochu i pyle!

    EUGENIUSZ - Czy pozwolimy, żeby on nas tak traktował? [...]

    STOMIL - E tam, nie trzeba się przejmować. To tylko szczeniackie zabawy. Słowa, słowa, słowa. Jaką on ma władzę nad nami?

    EUGENIUSZ - Słusznie. Na czym on opiera to swoje gadanie? Łączą nas tylko więzy krwi, a nie jakaś abstrakcja. Nic nam nie może zrobić.

    ARTUR - Jaką? To bardzo proste. Mogę was zabić.

    STOMIL - (unosząc się z fotela i opadając z powrotem) Zabraniam ci... wszystko ma swoje granice!

    ARTUR - Granice można przekroczyć. Czyście mnie tego nie uczyli? Władza nad życiem i śmiercią, co może mi dać większe panowanie? Odkrycie proste i genialne. [...] Edek, ty mój posępny aniele boskiej abstrakcji, czy jesteś gotowy?

    EDEK - Gotowy, szefku. [...]

    ARTUR - Na początek rozwalimy wujcia.

    ELEONORA - "Rozwalimy"... Fuj, co za uliczne wyrażenia!

    STOMIL - I to właśnie teraz, kiedy mam niedobre ciśnienie... [...]

    EUGENIUSZ - (uciekając) Szaleniec, zbrodniarz!

    ARTUR - (wstaje z krzesła i wznosi rękę) Nie! Tylko człowiek, który się nie cofa przed jedyną możliwością. Jestem czysty jak sama natura. Czuję się wolny! wolny!

    ALA - Artur...

    ARTUR - Poczekaj. Najpierw zbawienie świata.

    ALA - Ja cię zdradziłam z Edkiem. [...]

    ARTUR - (ryczy) Mnie? [...] Ja chciałem was uratować, ja już byłem blisko... Wszystko psujecie, świat jest zły, zły, zły!

    ALA - Chodź do mnie Arturku. (zbliża się do niego) Moje biedactwo, tak mi ciebie żal...

    ARTUR - (odtrąca ją) Mnie? Żal? Ty śmiesz mnie żałować? [...] Odchodzę, ale nie zostawię was na ziemi. I tak nie wiecie, po co żyć. Gdzie jest ten twój słodki amant? Gdzie ten zgniły brzuch? Niech ja go wypatroszę, twego rannego ptaszka, (kręci się rozpaczliwie po pokoju, szukając po omacku na stole, na stolikach, nawet na sofie) Rewolwer!

    Gdzie jest rewolwer?! Przez te przeklęte porządki nie można niczego znaleźć. Mama nie widziała gdzieś rewolweru.

    (Edek zakrada się do niego od tyłu, wyjmuje z zanadrza rewolwer i kolbą z. rozmachem uderza Artura w kark. Artur osuwa się na kolana.[...])

    ELEONORA - (biegnie do Stomila i szarpie go) Obudź się, twój syn umiera!

    STOMIL - (otwierając oczy) Więc jeszcze i to? Niczego nie oszczędzicie? (wstaje z trudem i podtrzymywany przez Eleonorę zbliża się do Artura. Artur na środku sceny, wciąż w tej samej pozycji. Eleonora, Stomil i Eugeniusz stoją nad nim, Ala klęczy. Edek, na boku, siada wygodnie na fotelu)

    ARTUR - (osuwając się na podłogę) Ja chciałem! Ja chciałem! (pauza)

    ALA - (wstając z klęczek, mówi rzeczowo) Nie żyje. [...]

    EDEK - Myślał dobrze, tylko był za nerwowy. Taki się nie uchowa.

    Pozostali odwracają się ku niemu.

    STOMIL - Milcz, kanalio, i opuść ten dom. Ciesz się, że nie żądamy od ciebie rachunku.

    EDEK - A dlaczego miałbym teraz sobie pójść? Powtarzam: on myślał dobrze. Ja tu zostanę.

    STOMIL - Po co?

    EDEK - Teraz moja kolej. Wy będziecie mnie słuchać.

    STOMIL - My? Ciebie?

    EDEK - A dlaczegóż by nie? Widzieliście, jaki mam cios. Ale nie bójcie się, byle cicho siedzieć, nie podskakiwać, uważać, co mówię, a będzie wam ze mną dobrze, zobaczycie. Ja jestem swój chłop. I pożartować mogę, i zabawić się lubię. Tylko posłuch musi być.[...]

    EUGENIUSZ - Ulegam przemocy, ale w duszy będę nim gardził.

    EDEK - A gardźże sobie pan, tylko zdejmuj. No, ruszać się, raz-dwa! (Eugeniusz przyklęka i zdejmuje buty Edkowi) [...]

    EDEK - Panie Geniu, zatańczymy sobie?

    EUGENIUSZ - Z panem?... A wie pan, że nawet i zatańczę

    Władca i władza w Cesarzu R. Kapuścińskiego*

    Ryszard Kapuściński: Cesarz* fragm.

    Bibliografia: Ryszard Kapuściński: Cesarz* fragm..

    Wiktor Sadowski, Macbeth. Verdi. Teatr Wielki. Warszawa, 1985,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/56/1/274,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg

  • Wojna – motyw literacki: znaczenie, przykłady i konteksty

    Motyw wojny pokazuje przemoc, doświadczenie graniczne, heroizm, cierpienie ludności i rozpad dotychczasowego ładu. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

    Wojna w języku polskim

    Definicja wojny

    zorganizowana walka zbrojna między państwami, narodami lub grupami społecznymi, religijnymi itp., prowadzona dla osiągnięcia zamierzonych celów (np. zagarnięcia obcego terytorium lub obrony własnego);

     Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

    Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

    konfrontacja, konflikt zbrojny, działania wojenne, kampania, starcie, walka, batalia, bój,

    Słownictwo powiązane z wojną:

    pacyfizm, batalia, bitwa, pole walki, agresor, wojna obronna, wojna partyzancka, wojna handlowa, wojna nerwów, zbrodnia wojenna, zbrodnia przeciw ludzkości, ludobójstwo, strategia, taktyka, uzbrojenie, broń, obronność, napaść, prowokacja, propaganda, dezinformacja, odwet, eskalacja, wojownik, rycerz, etos rycerski, spiskowanie, konspiracja, powstaniec, żołnierz, weteran, kombatant.

    Związki frazeologiczne:

    zimna wojna, psy wojny, wojna domowa, wojna totalna, święta wojna, wojna religijna, wojna nerwów, wojna psychologiczna, wojna pozycyjna, wojna partyzancka, wojna prewencyjna, wojna na górze, wydać komuś wojnę.

    Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

    Przysłowia

    Łatwiej wojnę zacząć niż ją skończyć.

    Aforyzmy

    Ludzkość musi położyć kres wojnie, bo inaczej wojna położy kres ludzkości.  J.F. Kennedy

    Wojna i miłość są dwiema jedynymi rzeczami, dla których rodzić się i żyć warto. Henryk Sienkiewicz

    Wojna - to życie; które nie może istnieć bez śmierci. Emil Zola

    Wojna w antyku

    ; .

    1 Księga Samuela (1 Sm 17) Dawid i Goliat

    Saul ubrał Dawida w swoją zbroję: włożył na jego głowę hełm z brązu i opiął go pancerzem. Przypiął też Dawid miecz na swą szatę i próbował chodzić, gdyż jeszcze nie nabrał wprawy. Po czym oświadczył Dawid Saulowi: «Nie potrafię się w tym poruszać, gdyż nie nabrałem wprawy». I zdjął to Dawid z siebie. Wziął w ręce swój kij, wybrał sobie pięć gładkich kamieni ze strumienia, włożył je do torby pasterskiej, którą miał zamiast kieszeni, i z procą w ręce skierował się ku Filistynowi. Filistyn przybliżał się coraz bardziej do Dawida, a giermek jego szedł przed nim. Gdy Filistyn popatrzył i przyjrzał się Dawidowi, wzgardził nim dlatego, że był młodzieńcem, i to rudym, o pięknym wyglądzie. I rzekł Filistyn do Dawida: «Czyż jestem psem, że przychodzisz do mnie z kijem?» Złorzeczył Filistyn Dawidowi [przyzywając na pomoc] swoich bogów. Filistyn zawołał do Dawida: «Zbliż się tylko do mnie, a ciało twoje oddam ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom». Dawid odrzekł Filistynowi: «Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Pana Zastępów, Boga wojsk izraelskich, którym urągałeś. Dziś właśnie odda cię Pan w moją rękę, pokonam cię i utnę ci głowę. Dziś oddam trupy wojsk filistyńskich na żer ptactwu powietrznemu i dzikim zwierzętom: niech się przekona cały świat, że Bóg jest w Izraelu. Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani dzidą Pan ocala. Ponieważ jest to wojna Pana, On więc odda was w nasze ręce».

    I oto, gdy wstał Filistyn, szedł i zbliżał się coraz bardziej ku Dawidowi, Dawid również pobiegł szybko na pole walki naprzeciw Filistyna. Potem sięgnął Dawid do torby pasterskiej i wyjąwszy z niej kamień, wypuścił go z procy, trafiając Filistyna w czoło, tak że kamień utkwił w czole i Filistyn upadł twarzą na ziemię. Tak to Dawid odniósł zwycięstwo nad Filistynem procą i kamieniem; trafił Filistyna i zabił go, nie mając w ręku miecza.

    Dawid podbiegł i stanął nad Filistynem, chwycił jego miecz, i dobywszy z pochwy, dobił go; odrąbał mu głowę. Gdy spostrzegli Filistyni, że ich wojownik zginął, rzucili się do ucieczki. Powstali mężowie Izraela i Judy, wydali okrzyk wojenny i ścigali Filistynów aż do Gat i bram Ekronu; a trupy filistyńskie leżały na drodze z Szaaraim aż do Gat i Ekronu. Izraelici wracając potem z pościgu za Filistynami, złupili ich obóz. Dawid zaś zabrał głowę Filistyna i przeniósł ją do Jerozolimy, a zbroję umieścił w przybytku.

    Gdy Saul zauważył Dawida wychodzącego do walki z Filistynem, zapytał Abnera, dowódcy wojska: «Czyim synem jest ten chłopiec6, Abnerze?» Abner odrzekł: «Na życie twej duszy, królu, nie wiem». Król dał rozkaz: «Masz się dowiedzieć, czyim synem jest ten młodzieniec». Kiedy Dawid wrócił po zabiciu Filistyna, wziął go Abner i przedstawił Saulowi. W ręce niósł on głowę Filistyna. I zapytał go Saul: «Czyim jesteś synem, młodzieńcze?» Dawid odrzekł: «Jestem synem sługi twego, Jessego z Betlejem».

    Źródło:

    http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1170

    Wojna w średniowieczu

    , .

    Pieśń o Rolandzie

    LXXXIII

    Oliwier powiada: "Poganie są bardzo silni, a naszych Francuzów (tak mi się zda) jest bardzo skąpo. Rolandzie, towarzyszu mój, zadmijże w róg; Karol usłyszy i wojsko wróci." Roland odpowiada: "Chybabym oszalał! Postradałbym w słodkiej Francji moje imię. Wnet zacznę walić Durendalem6 co wlezie. Brzeszczot zakrwawi się po złotą rękojeść. Zdrajcy poganie przyszli w ten wąwóz na swoje nieszczęście. Przysięgam ci, wszyscy naznaczeni są przez śmierć!"

    CXXVI

    Bitwa jest cudowna i wielka. Francuzi walą ciemnymi kopiami. Gdybyście widzieli tyle cierpień, tyle ludzi nieżywych, rannych, okrwawionych! Leżą kupami, twarzą ku niebu, twarzą ku ziemi. Saraceni nie mogą strzymać dłużej; po woli czy po niewoli opuszczają pole. Frankowie pilnie gonią za nimi.

    CXXXV

    Hrabia Roland ma zakrwawione usta. Skroń mu pękła. Dzwoni w róg boleśnie, z lękiem. Karol słyszy i Francuzi słyszą. Król powiada: "Ten róg ma długi dech." Książę Naim7 odrzecze: "To dlatego, że dzielny rycerz weń dmie. Wydaje bitwę, jestem tego pewien. Ten sam, który go zdradził, namawia cię teraz, abyś chybił swej powinności. Uzbrój się, krzyknij swój okrzyk wojenny i wspomóż swych wiernych. Słyszysz wyraźnie: to Roland jest w rozpaczy!"

    CLXVIII

    Roland czuje, że śmierć jest blisko. Uszami mózg mu się wylewa. Modli się do Boga za swoich parów8, aby ich przyjął do nieba; następnie prosi anioła Gabriela za samego siebie. Bierze róg, iżby mu nikt nie robił wyrzutu, i drugą ręką swój miecz zwany Durendalem. Nieco dalej niż na strzelanie z kuszy idzie ku Hiszpanii przez pole9. Wstępuje na wzgórek. Tam, pod pięknym drzewem, są cztery głazy z marmuru. Na zielonej trawie upada na wznak. Omdlewa, śmierć jego się zbliża.

    CLXXIII

    Roland uderzył mieczem o krzemień! Walił nim więcej, niżbym zdołał powiedzieć. Miecz zgrzyta, nie pryska ani się nie łamie. Odskakuje ku niebu. Kiedy hrabia widzi, że go nie złamie, żałuje go w duszy bardzo łagodnie: "Ha! Durendalu, jakiś ty piękny i święty! Twoja złota gałka pełna jest relikwij: ząb świętego Piotra, krew świętego Bazylego i włosy wielebnego świętego Dionizego, strzęp szaty Najświętszej Panny10. Nie godzi się, by poganie cię posiedli; chrześcijanie powinni pełnić twoją służbę. Obyś nigdy nie dostał się w ręce tchórza! Tobą zdobyłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol, cesarz siwobrody; przez ciebie jest potężny i bogaty."

    CLXXIV

    Roland czuje, że śmierć go bierze całego: z głowy zstępuje do serca. Biegnie rycerz pędem pod sosnę11, położył się na zielonej murawie, twarzą do ziemi12. Pod siebie kładzie swój miecz i róg13. Obrócił głowę ku zgrai pogan; tak czyni chcąc, aby Karol powiedział i wszyscy jego ludzie, że umarł jako zwycięzca i jako zacny hrabia. Raz po raz słabnącą ręką uderza się w piersi. Za grzechy swoje wyciąga ku Bogu swoją rękawicę14.

    CLXXV

    Roland czuje, że dobiegł już kresu. Leży na stromym pagórku twarzą ku Hiszpanii. Jedną ręką bije się w pierś: "Boże, przez twoją łaskę, mea culpa15; za moje grzechy, wielkie i małe, jakie popełniłem od godziny urodzenia się aż do dnia, w którym oto poległem!" Wyciągnął do Boga prawą rękawicę16. Aniołowie z nieba zstępują ku niemu.

    Dzieje Tristana i Izoldy

    Fragment 1.

    Rohałt Dzierżący Słowo przygarnął sierotę. Już ludzie diuka Morgana wdzierali się do zamku; w jakiż sposób Rohałt zdołałby długo wytrzymać bitwę? Słusznie powiadają: „insza rzecz dzielność, insza szaleństwo”; mus mu był zdać się na łaskę diuka Morgana. Ale z obawy, by Morgan nie zamordował Riwalenowego syna, marszałek podał go za własne dziecię i chował ze swymi.

    Fragment 2.

    — Panowie miłościwi, za długoście spali! Wstawajcie, Ryjol szturmuje do zamku!

    Rycerze i mieszczany uzbroili się i pobiegli na mury. Ujrzeli na równinie błyszczące hełmy, rozwiane pióropusze i całą wiarę Ryjolową, która posuwała się w pięknym porządku. Diukowie Hoel i Kaherdyn rozwinęli natychmiast przed bramą pierwsze szyki rycerzy. Przybywszy na strzelenie z łuku, opatrzyli konie i czekali ze spuszczonymi włóczniami, a strzały padały na nich na kształt kwietniowego deszczu.

    Pojedynek, Rycerz, WojnaTristan zbroił się takoż wraz z tymi, których czaty pobudziły ostatnich. Opasuje pludry, naciąga kaftan, ciasne kamasze i złote ostrogi; wdziewa pancerz, nakłada hełm wraz z przyłbicą; siada na koń, pędzi rumaka ostrogą aż w równinę i ukazuje się z tarczą wyciągnioną przed pierś, krzycząc: „Karheń!”. Był czas; już ludzie Hoelowi cofali się ku bramom. Pięknie to było wówczas widzieć powalone konie i spłoszonych wasali, ciosy zadawane przez młodych rycerzy i trawę czerwieniącą się pod ich stopami od krwi! Na czele wszystkich Kaherdyn zatrzymał się śmiało, widząc, jak pędzi ku niemu mężny baron, brat hrabiego Ryjola. Zderzyli się pochylonymi kopiami. Nantejczyk złamał swoją, nie wstrząsnąwszy w siodle Kaherdyna, który pewniej wymierzonym ciosem uchylił tarcz przeciwnika i wbił mu szmelcowane żelazo w bok aż po drzewce. Wyważony z siodła jeździec opuszcza strzemiona i pada.

    Na krzyk brata hrabia Ryjol rzucił się na Kaherdyna z puszczonymi cuglami. Ale Tristan zagrodził mu drogę. Kiedy się zderzyli, lanca Tristana złamała się w ręku, zasię kopia Ryjolowa, napotkawszy pierś konia, wnikła w ciało i rozciągnęła rumaka martwo na błoniu. Tristan, zerwawszy się natychmiast z błyszczącym mieczem w dłoni:

    — Tchórzu — rzekł — hańba temu, kto niecha jeźdźca, aby znęcać się nad koniem! Nie wyjdziesz żyw z tego miejsca.

    — Sądzę, że łżesz! — odparł Ryjol, napierając koniem.

    Ale Tristan uchylił się przed ciosem i podnosząc ramię, opuścił ciężko brzeszczot na hełm Ryjolowy, którego obręcz uszkodził i zerwał przyłbicę. Lanca ześlizgnęła się z ramienia jeźdźca po boku konia, który zachwiał się i runął martwy. Ryjol zdołał się wyplątać spod niego i zerwał się: z pociętą, podziurawioną tarczą, połamaną zbroją, obaj pieszo, szukają się i nacierają wzajem. Wreszcie Tristan ugodził Ryjola w guz hełmu. Obręcz puszcza, cios zaś był tak mocno wymierzony, iż baron pada na kolana i dłonie.

    — Podnieś się, jeśli zdołasz, wasalu — krzyczy Tristan — w nieszczęsną godzinę przyszedłeś na te błonia; trzebać umrzeć!

    Ryjol zrywa się na nogi, ale Tristan sięga go nowym ciosem, który rozwalił hełm, przeciął czapkę i otworzył czaszkę. Ryjol błagał łaski, prosił o darowanie życia: Tristan przyjął jego miecz. Wziął go w porę, ze wszystkich bowiem stron Nantejczycy śpieszyli na pomoc swemu panu. Ale już pan był w niewoli.

    Ryjol przyrzekł udać się do więzienia diuka Hoela, przysiąc mu na nowo hołd i wiarę i odbudować spalone wsie i grody. Na jego rozkaz bitwa uciszyła się i orszak się oddalił.

    Skoro zwycięzcy wrócili do Karhenia, Kaherdyn rzekł do ojca:

    — Panie, wezwij Tristana i zatrzymaj go; nie masz w świecie dzielniejszego rycerza, a twój kraj wymaga barona tej mocy.

    Naradziwszy się ze swymi ludźmi, diuk Hoel przywołał Tristana:

    — Przyjacielu, nie mógłbym ci okazać zbyt wiele miłości, ty bowiem ocaliłeś mi tę ziemię. Chcę oto wypłacić się wobec ciebie. Córka moja, Izold o Białych Dłoniach, zrodzona jest z książąt, królów i królowych. Weź ją, przyzwalam.

    — Panie, biorę ją! — rzekł Tristan.

    Wojna w renesansie

    , , , opracowanie Trenów;

    Wiliam Szekspir, Makbet

    Scena druga[edytuj]

    Obóz pod Forres.

    Wojenna wrzawa za sceną. Król Dunkan, Malkolm, Donalbein, Lennox z orszakiem wchodzą i spotykają rannego Żołnierza.

    DUNKAN

    Cóż to za człowiek krwią zbroczony?

    Wnosząc z jego ran,

    będzie on mógł nam udzielić

    najświeższą wieść o bitwie.

    MALKOLM

    Jest to mężny

    Wojownik, panie, którego odwadze

    Winienem wolność. Witaj, przyjacielu!

    Powiedz królowi, jaki był los bitwy,

    Kiedyś jej pole opuszczał.

    ŻOŁNIERZ

    Wątpliwy,

    Jak los dwóch burzą miotanych pływaków.

    Którzy o siebie zwarci wysilają

    Całą swą sztukę. Okrutny Makdonwald

    (Godzien haniebnej nazwy buntownika,

    Bo go natura mnóstwem wszelkich złości

    Uposażyła), wsparty posiłkami

    Kemów z zachodnich wysp i galloglasów.

    Brał już nad nami górę i fortuna,

    Jak nierządnica, zdała się uśmiechać

    Przeklętej jego sprawie: gdy wtem Makbet,

    Dzielny nasz Makbet, gardząc szalą szczęścia,

    Mieczem, dymiącym się krwią jak kadzidłem,

    Torując sobie drogę wśród zastępów,

    Przedarł się aż do zdrajcy i dopóty

    Nieubłagane zadawał mu cięcia,

    Aż go rozrąbał od czaszki do szczęki

    I głowę jego zatknął u blank naszych.

    DUNKAN

    O zacny mężu, waleczny Makbecie!

    ŻOŁNIERZ

    Jak gdy ze wschodu, skąd słońce zabłysło,

    Wypada burza brzemienna gromami,

    Tak z radosnego nam przed chwilą źródła

    Wynikła nagle bieda. Uważ, królu:

    Zaledwie słuszność, uzbrojona męstwem,

    Zmusiła nędznych kemów do ucieczki.

    Aliści szczęścia próbując na nowo,

    Wzmocniony świeżym ludem i rynsztunkiem,

    Natarł norweski władca.

    DUNKAN

    Nie strwożyłoż

    To naszych wodzów, Makbeta i Banka?

    ŻOŁNIERZ

    Jak wróble orła albo lwa zające.

    Zaprawdę, zdało się, że to dwa działa

    Podwójnie ostrym ładunkiem nabite.

    Z tak podwojoną uderzyli siłą

    Na nieprzyjaciół. Czy chcieli się skąpać

    W gorących ranach, czy też upamiętnić

    Drugą Golgotę, tego już nie umiem

    Powiedzieć. Siły już mnie opuszczają

    I rany moje wzywają pomocy.

    Wchodzi Rosse. [...]

    DUNKAN

    Witaj, szlachetny tanie! skąd przybywasz?

    ROSSE

    Z Fajf, miłościwy królu, gdzie norweski

    Sztandar przed naszym pochylony wieje

    I chłodzi nasze wojska. Dumny Norweg,

    Sam przez się silny, a do tego jeszcze

    Wsparty przez tego nikczemnego zdrajcę

    Tana Kawdoru, srogi bój rozpoczął —

    Gdy wtem Bellony szczęsny oblubieniec,

    Makbet, okryty zbroją, jako skała

    Stanął przeciwko niemu i samowtór

    Ramię z ramieniem, ostrze z ostrzem starłszy,

    Ukrócił hardy jego umysł: słowem,

    Zwycięstwo przy nas.

    Jan Kochanowski, Pieśń V

    Wieczna sromota i nienagrodzona

    Szkoda, Polaku! Ziemia spustoszona

    Podolska leży, a pohaniec sprosny,

    Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny!

    Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje,

    Którzy zagnali piękne łanie twoje

    Z dziećmi pospołu a nie masz nadzieje,

    By kiedy miały nawiedzić swe knieje.

    Jedny za Dunaj Turkom zaprzedano,

    Drugie do hordy dalekiej zagnano;

    Córy szlacheckie (żal się mocny Boże!)

    Psom bisurmańskim brzydkie ścielą łoże.

    Zbójce (niestety), zbójce nas wojują,

    Którzy ani miast, ani wsi budują;

    Pod kotarzami tylko w polach siedzą,

    A nas nierządne, ach, nierządne, jedzą!

    Tak odbieżałe stado więc drapają

    Rozbójce wilcy, gdy po woli mają,

    Że ani pasterz nad owcami chodzi,

    Ani ostrożnych psów za sobą wodzi.

    Jakiego serca Turkowi dodamy,

    Jesli tak lekkim ludziom nie zdołamy?

    Ledwieć nam i tak króla nie podawa;

    Kto się przypatrzy, mała nie dostawa.

    Zetrzy sen z oczu, a czuj w czas o sobie,

    Cny Lachu! Kto wie, jemu czyli tobie

    Szczęście chce służyć? A dokąd wyroku

    Mars nie uczyni, nie ustępuj kroku!

    A teraz k'temu obróć myśli swoje

    Jakobyć szkody nieprzyjaciel twoje

    Krwią swą nagrodził i omył tę zmazę,

    Którą dziś niesiesz prze swej ziemie skazę.

    Wsiadamy? Czy nas półmiski trzymają?

    Biedne półmiski, czego te czekają?

    To pan, i jadać na śrebrze godniejszy,

    Komu żelazny Mars będzie chętniejszy.

    Skujmy talerze na talery, skujmy,

    A żołnierzowi pieniądze gotujmy!

    Inszy to darmo po drogach miotali,

    A my nie damy, bychmy w cale trwali?

    Dajmy; a naprzód dajmy! Sami siebie

    Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.

    Tarczej niż piersi pierwej nastawiają,

    Pozno puklerza przebici macają.

    Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie":

    Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,

    Nową przypowieść Polak sobie kupi,

    Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

    Miguel Cervates de Saavedra, Don Kichot z La Manchy, Rozdział VII fragm.

    O powodzeniu, jakiego doznał rycerz Don Kichot w straszliwej i niesłychanej przygodzie z wiatrakami i o tym, co się później stało.

    Kiedy tak rozmawiają, Don Kichot spostrzegł z daleka ze trzydzieści lub czterdzieści wiatraków, i jak je tylko spostrzegł, zawołał: „Fortuna sprzyja nam bardziej, niżbyśmy sami pragnęli. Przyjacielu Sancho, czy widzisz tę gromadę niezmiernych olbrzymów? Ja na nich uderzę i wszystkich zgładzę z tego świata — taki mój zamiar. Piękny będzie początek, z ich łupu wzbogacimy się, co się nazywa. Taka wojna uczciwa, bo na chwałę boską; ród ten olbrzymi trzeba z ziemi wyplenić, tak Bóg każe”.

    — Co za olbrzymy? gdzie? — pyta Sancho Pansa.

    —A tam, czyż ich nie widzisz? — rzecze Don Kichot — z takimi okropnymi rękoma, że u niektórych i na pół mili sięgają.

    — Ależ przyjrzyjcież się dobrze, wielmożny panie — odpowie Sancho — toć to nie olbrzymy, to są wiatraki, a te ręce, to śmigi, którymi wiatr obraca.

    — Ha, jak to widać zaraz — rzecze Don Kichot — że nie masz doświadczenia w rycerskiej sztuce. To olbrzymy, mówię ci, a jeżeli cię strach bierze, to ruszaj sobie gdzie w kąt pacierz mówić. Ja rzucę się na nich sam, chociaż ich tylu. — I mówiąc to, spiął ostrogami Rosynanta. Sancho klął się na duszę i ciało, że to wiatraki, a nie olbrzymy, ale dla naszego rycerza były to takie olbrzymy, że nie tylko nie słyszał krzyków swojego giermka, ale im bardziej się do nich zbliżał, tym więcej wierzył swemu urojeniu. „Nie uciekajcie, tchórze! — wrzeszczał na całe gardło — nie uciekajcie, podły i nikczemny rodzie, jeden tylko rycerz na was idzie”. Że właśnie wiatr się zerwał, wiatraki zaczęły się obracać, a Don Kichot jeszcze głośniej wrzeszczał: „Próżne to rzeczy, próżne, żebyście tam tylu rękami machali, co sam Bryjareusz, to nic nie pomoże, zaraz ja się tu z wami sprawię”. I nie tracąc czasu, poleca się natychmiast z całej duszy pani serca swego, pięknej Dulcynei, błagając ją o pomoc w tak wielkim niebezpieczeństwie. Zasłania się tarczą, wyszczerza dzidę i co tylko sił w Rosynancie, pędzi na wiatrak najbliższy, wpada na śmigę, która mu dzidę łamie w kawałki, a samego razem z koniem wyrzuca daleko na pole, w nader biednym stanie. Sancho przybiega kłusem na ośle i widzi, że pan jego ani się ruszyć nie może. O, bo ciężki był to upadek!

    — A co do milionset — woła Sancho — czym nie mówił, że to wiatraki! dosyć było mieć oczy! chyba, że w głowie świeciło co innego.

    — Cicho bądź, Sancho — rzecze Don Kichot — w wojennym rzemiośle los rządzi wszystkim, nic nie ma stałego. Wiesz, co ja myślę! to niezawodna prawda, to ten czarnoksiężnik Fresto; co mi porwał książki wszystkie razem z biblioteką, poprzemieniał teraz tych olbrzymów w wiatraki, żeby mi odjąć chwałę zwycięstwa, taki na mnie zawzięty i wściekły. Ale obaczymy, obaczymy, sztuka jego przed mieczem moim musi ustąpić.

    [...]

    Usłyszawszy taką mowę, podróżni pewni już byli, że Don Kichot ma źle w głowie i bardzo się dziwowali tej niezwyczajnej chorobie. Vivaldo że był bardzo wesoły i chciał się w drodze zabawić, wyrozumiawszy rzecz dobrze, w ten sposób Don Kichota zagadnął, żeby go rozochocić:

    —Zdajemi się, mości błędny rycerzu, że obrałeś sobie jedno z najtwardszych powołań na świecie; wątpię nawet, żeby zakon kartuzów większej wymagał surowości.

    — W surowości może nam wyrównywają — odpowiedział nasz rycerz — ale nigdy w użyteczności i sławie, bo dla nich dosyć modlić się spokojnie i cicho do Boga, dla dobra innych ludzi, a my rycerze i wojownicy urzeczywistniamy to, o co oni się tylko modlą, zapewniając ludziom pomyślność i sprawiedliwość dzielnością ramienia naszego i ostrzem oręża. Ale za to narażeni jesteśmy na wszystkie niewygody i utrapienia; latem ciągle na piekącym słońcu, a zimą na trzaskających mrozach. Mamy więc prawo nazywać się zesłańcami bożymi na tej ziemi i wykonawcami sprawiedliwości. Wojna i trudy żołnierskie ciągną za sobą tysiące innych mozołów, dlatego też, kto ten stan sobie obierze, wielkie ma zasługi, jeżeli cały się poświęca dla dobra bliźniego. Z tym wszystkim niechże mnie Bóg broni, abym miał twierdzić, że stan rycerza błędnego jest równie święty i bezpieczny, jak stan duchowny; ale to rzecz niezawodna i z doświadczenia dobrze mi znana, że przecierpieć w nim wszelakich udręczeń, głodu, pragnienia, bólu i niewczasu trzeba daleko więcej, słowem, że to stan daleko nędzniejszy, niż o tym przekonać się można z nieszczęść rozmaitych rycerzy, które historia opisuje. Byli wprawdzie między nimi i tacy, co dzielnością oręża korony sobie zdobyli, ale wierzajcie mi, dobrze oni to krwią i trudami przypłacili; a gdyby nie mieli przy sobie mędrców i czarnoksiężników do pomocy, to bądźcie pewni, że niewiele by wskórali.

    Wojna w baroku

    Mikołaj Sęp Szarzyński SONET IV O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem

    Pokój - szczęśliwość, ale bojowanie

    Byt nasz podniebny: on srogi ciemności

    Hetman i świata łakome marności

    O nasze pilno czynią zepsowanie.

    Nie dosyć na tym, o nasz możny Panie,

    Ten nasz dom - Ciało, dla zbiegłych lubości

    Niebacznie zajżrząc duchowi zwierzchności,

    Upaść na wieki żądać nie przestanie.

    Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,

    Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?

    Królu powszechny, prawdziwy pokoju,

    Zbawienia mego jest nadzieja w tobie.

    Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie

    Będę wojował i wygram statecznie.

    Źródło:

    http://staropolska.pl/barok/Sep_Szarzynski/sonety_04.html

    Wacław Potocki Pospolite ruszenie *

    Dano znać do obozu od placowej straży,

     Że nieprzyjaciel nocą na imprezę waży,

    Że Kozacy strzelają często z samopałow.

     Toż rotmistrz: dobosz obudź Ichmości do wałow;

    Niechaj każdy przy swoim zbrojno stawa koszu;

     Nie mijajże żadnego namiotu, doboszu!

    A ten: wstawajcie Waszmość czym prędzej dla Boga,

     Pan rotmistrz rozkazuje, bo już w polu trwoga.

    Aż jaki taki w swoim ozwie się namiecie:

     Bij kto skurwego syna kijem, niech nie plecie.

    Kto widział ludzi budzić w pierwospy? oszalał

     Pan rotmistrz, abo sobie gorzałki w czub nalał?

    Niechże sam strzeże, jeśli tak dalece tchórzy,

     A wolnej równej szlachty sobie, snem nie morzy.

    Sprawi się w Proszowicach za pomocą Bożą,

      Że braciej rozkazuje z chłopami na stróżą.

    Widząc dobosz, że go nikt zgoła nie usłucha

     Poszedł i sam spać, nim kto strzepie mu kożucha,

    I rotmistrz, towarzystwo kiedy się nie trwoży,

     Zdjąwszy zbroję ze grzbieta, znowu się położy

    Wojna w oświeceniu

    Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichot z La Manchy, Księga pierwsza

    W którym opisane są stan i zajęcia wielce słynnego hidalga Don Kichota z Manchy.

    W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają. Rosolina powszednia, z baraniny częściej niż z wołowiny wygotowana na obiad, bigosik z resztek obiadu prawie co wieczór na kolację, co piątek soczewica, co sobota jaja sadzone po hiszpańsku, a na niedzielę gołąbeczek jakiś w dodatku do codziennej strawy, zjadały mu corocznie trzy czwarte części całego dochodu. Reszta szła na przyodziewek: na opończę z sukna cienkiego, hajdawery aksamitne z takimiż łapciami i na świtkę z krajowego samodziału dobornego, którą się w powszednie dni tygodnia obchodził. [...]

    Wiekiem hidalgo nasz już na pięćdziesiątkę zarywał, ale ciałem był krzepki, w sobie kościsty, na twarzy suchy, zawiędły, do rannego stawania od ptaka skorszy, a do polowania bez miary zapalony. Przydomek miał podobno Quixada albo Quesada, bo co do tego nie ma zgodności między historykami, którzy o nim pisali; ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zdaje się, że się zwał Quijana. Mniejsza wszakże o to dla naszej historii; tu rzecz główna w tym, ażeby opowieść na jedno źdźbło z prawdą się nie rozminęła.

    Owóż tedy, trzeba wam wiedzieć, mili czytelnicy, że ów jegomość hidalgo, w chwilach wolnych, kiedy nie miał nic do roboty (co bodajże cały rok się wydarzało), strasznie lubił wczytywać się w książki rycerskie, przygody opisujące, i tak się do nich zapalił, że nawet o polowaniu całkiem zapomniał i starunku o gospodarkę zaniechał. Zaciekłość ta jego do owych ksiąg do takiego stopnia doszła, że sprzedał spory szmat ziemi, byle mieć za co tych ksiąg nakupić. Zebrało się też to tego w domu co niemiara; bo gdzie jeno jaką rycerską książkę zobaczył, zaraz kupował. [....]

    Zagłębiając się w takie mądrości, nasz biedny szlachetka tracił po trosze rozum i zachodził w głowę, szukając w nich sensu, a podziwiając je tym bardziej, im mniej rozumiał. [...] Krótko mówiąc, szlachetka nasz tak się zaciekł w czytaniu, że dnie i noce nad książkami trawił; doszło do tego, że wskutek zbytecznego natężenia i niewywczasu, mózg mu jakoś scieńczał, iż, po prostu mówiąc, zgłupiał na piękne. Nabił sobie mózgownicę wszystkimi tymi andrybajami, które czytał, tak dalece, że mu się zamieniła całkiem w ładowny lamus czarów, uroków, zabijatyk, potyczek, ran, miłości, sercowych żałości, zapałów, udręczeń, srogości i tym podobnych niedorzeczności. I tak to wszystko, co czytał, wbił sobie krzepko w biedną głowinę, że ani mu gadaj, ażeby mogło być co prawdziwszego w dziejach świata. [...]

    Straciwszy nareszcie rozum z kretesem, przyszła mu do łba myśl najgłupsza, na jaką kiedy bądź szaleniec się zdobył. Ubrdał sobie, że tak dla blasku własnej sławy, jako i dla dobra ojczyzny, wypada mu koniecznie zrobić się błędnym rycerzem, puścić się w świat szeroki konno i zbrojnie na wielkie przygody i te wszystkie praktyki, których się naczytał o słynnych rycerzach błędnych, żeby jak oni, mszcząc krzywdy cudze, narażając się na wszelkie niebezpieczeństwa, na boje i trudy, dojść chwały nieśmiertelnej. [...]

    Przypomniawszy zaś sobie, że Amadisowi dzielnemu nie dość było na własnym nazwisku poprzestać i że dodał jeszcze do niego nazwę ojczyzny swej i królestwa, dla większego ich uświetnienia przezwał się Amadisem z Galii, nasz rycerz uczynił tak samo i przezwał się Don Kichotem z Manchy, myśląc, że tym sposobem rozgłosi po świecie całym i zaleci na wieki imię swej rodziny i miejsca rodzinnego.

    Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichot z La Manchy, Rozdział VIII

    O powodzeniu, jakiego doznał rycerz Don Kichot w straszliwej i niesłychanej przygodzie z wiatrakami, i o tym, co się później stało.

    Kiedy tak rozmawiają, Don Kichot spostrzegł z daleka ze trzydzieści lub czterdzieści wiatraków, i jak je tylko spostrzegł, zawołał: „Fortuna sprzyja nam bardziej, niżbyśmy sami pragnęli. Przyjacielu Sancho, czy widzisz tę gromadę niezmiernych olbrzymów? Ja na nich uderzę i wszystkich zgładzę z tego świata – taki mój zamiar. Piękny będzie początek, z ich łupu wzbogacimy się, co się nazywa. Taka wojna uczciwa, bo na chwałę boską; ród ten olbrzymi trzeba z ziemi wyplenić, tak Bóg każe”.

    – Co za olbrzymy? Gdzie? – pyta Sancho Pansa.

    – A tam, czyż ich nie widzisz? – rzecze Don Kichot – z takimi okropnymi rękoma, że u niektórych i na pół mili sięgają.

    – Ależ przyjrzyjcież się dobrze, wielmożny panie – odpowie Sancho – toć to nie olbrzymy, to są wiatraki, a te ręce, to śmigi, którymi wiatr obraca.

    – Ha, jak to widać zaraz – rzecze Don Kichot – że nie masz doświadczenia w rycerskiej sztuce. To olbrzymy, mówię ci, a jeżeli cię strach bierze, to ruszaj sobie gdzie w kąt pacierz mówić. Ja rzucę się na nich sam, chociaż ich tylu. – I mówiąc to, spiął ostrogami Rosynanta. Sancho klął się na duszę i ciało, że to wiatraki, a nie olbrzymy, ale dla naszego rycerza były to takie olbrzymy, że nie tylko nie słyszał krzyków swojego giermka, ale im bardziej się do nich zbliżał, tym więcej wierzył swemu urojeniu. „Nie uciekajcie, tchórze! – wrzeszczał na całe gardło – nie uciekajcie, podły i nikczemny rodzie, jeden tylko rycerz na was idzie”. Że właśnie wiatr się zerwał, wiatraki zaczęły się obracać, a Don Kichot jeszcze głośniej wrzeszczał: „Próżne to rzeczy, próżne, żebyście tam tylu rękami machali, [...] to nic nie pomoże, zaraz ja się tu z wami sprawię”. I nie tracąc czasu, poleca się natychmiast z całej duszy pani serca swego, pięknej Dulcynei, błagając ją o pomoc w tak wielkim niebezpieczeństwie. Zasłania się tarczą, wyszczerza dzidę i co tylko sił w Rosynancie, pędzi na wiatrak najbliższy, wpada na śmigę, która mu dzidę łamie w kawałki, a samego razem z koniem wyrzuca daleko na pole, w nader biednym stanie. Sancho przybiega kłusem na ośle i widzi, że pan jego ani się ruszyć nie może. O, bo ciężki był to upadek!

    – A co do milionset – woła Sancho – czym nie mówił, że to wiatraki! Dosyć było mieć oczy! Chyba że w głowie świeciło co innego.

    – Cicho bądź, Sancho – rzecze Don Kichot — w wojennym rzemiośle los rządzi wszystkim, nic nie ma stałego. Wiesz, co ja myślę! To niezawodna prawda, to ten czarnoksiężnik Fresto, co mi porwał książki wszystkie razem z biblioteką, poprzemieniał teraz tych olbrzymów w wiatraki, żeby mi odjąć chwałę zwycięstwa, taki na mnie zawzięty i wściekły. Ale obaczymy, obaczymy, sztuka jego przed mieczem moim musi ustąpić.

    Źródło:

    https://epodreczniki.pl/a/po-co-walczyc-z-wiatrakami-don-kichotnbspmiguela-de-cervantesa-saavedry/D1K5FRezE

     Zobacz też: 

    MIŁOŚĆ. OBRAZ MIŁOŚCI W DON KICHOCIE

    Jego ukochana (raczej: dama serca) to Dulcynea z Toboso.

    Wojna w romantyzmie

    Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, fragm.

    Księga IX Bitwa

    Tadeusz, który został w domu kobiet bronić

    Z rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzej

    Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,

    Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;

    Śpieszy, łączy się z szlachtą i staje na czele.

    Bieży, broń wzniosłszy, szlachta rusza jego śladem,

    Jegry, przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.

    Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;

    Zaczem wstrzymują szlachtę, Robak z jednej strony,

    A z drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,

    Ogląda się, cofa; widzą to Moskale;

    Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,

    Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.

    "Formuj się do ataku! - zawołał - na sztyki!

    Naprzód!" Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki,

    Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku;

    Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,

    Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;

    Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,

    Krzyczy: "Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!"

    "Pal - woła Sędzia - ja cię w tym ogniu usmażę".

    O dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe

    Świecą się pod lipami twoje ściany białe

    Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada

    Za gościnnemi stoły Sędziego zasiada,

    Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie;

    Bez niego już by było dziś po Soplicowie!

    Konewka dotąd małe dał męstwa dowody;

    Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,

    Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,

    Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę,

    Nie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa

    Na czczo; szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa,

    Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił;

    Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,

    Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,

    Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę

    I spojrzał na plac boju; widzi, że błyszcząca

    Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;

    Przeciw tej fali płynie, schyla się do ziemi

    I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi

    Środkiem dziedzińca, aż tam, gdzie rosła pokrzywa,

    Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.

    Sak, broniąc dworu, stanął z szturmakiem u proga,

    Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,

    Od której choć w zalotach został pogardzony,

    Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.

    Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,

    Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza

    Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;

    Sak puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.

    Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija,

    Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/xxx/panfull/0009.htm

    Adam Mickiewicz REDUTA ORDONA. OPOWIADANIE ADIUTANTA

    Nam strzelać nie kazano. - Wstąpiłem na działo

    I spójrzałem na pole; dwieście armat grzmiało.

    Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,

    Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;

    I widziałem ich wodza: przybiegł, mieczem skinął

    I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął;

    Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota

    Długą czarną kolumną, jako lawa błota,

    Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy

    Czarne chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.

    Przeciw nim sterczy biała, wąska, zaostrzona,

    Jak głaz bodzący morze, reduta Ordona.

    Sześć tylko miała armat; wciąż dymią i świecą;

    I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,

    Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,

    Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.

    Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,

    Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;

    Pęka śród dymu granat, szyk pod niebo leci

    I ogromna łysina śród kolumny świeci.

    Tam kula, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.

    Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; -

    Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,

    Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.

    Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,

    Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:

    Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,

    Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.

    Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?

    Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?

    Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,

    Król wielki, samowładnik świata połowicy;

    Zmarszczył brwi, - i tysiące kibitek wnet leci;

    Podpisał, - tysiąc matek opłakuje dzieci;

    Skinął, - padają knuty od Niemna do Chiwy.

    Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,

    Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,

    Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, -

    Warszawa jedna twojej mocy się urąga,

    Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,

    Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,

    Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

    Car dziwi się - ze strachu. drzą Petersburczany,

    Car gniewa się - ze strachu mrą jego dworzany;

    Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara

    Jest Car. - Car gniewny: umrzem, rozweselim Cara.

    Posłany wódz kaukaski z siłami pół-świata,

    Wierny, czynny i sprawny - jak knut w ręku kata.

    Ura! ura! Patrz, blisko reduty, już w rowy

    Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;

    Już czernią się na białych palisadach wałów.

    Jeszcze reduta w środku, jasna od wystrzałów,

    Czerwieni się nad czernią: jak w środek mrowiaka

    Wrzucony motyl błyska, - mrowie go naciska, -

    Zgasł - tak zgasła reduta. Czyż ostatnie działo

    Strącone z łoża w piasku paszczę zagrzebało?

    Czy zapał krwią ostatni bombardyjer zalał?

    Zgasnął ogień. - Już Moskal rogatki wywalał.

    Gdzież ręczna broń? - Ach, dzisiaj pracowała więcej

    Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcej;

    Zgadłem, dlaczego milczy, - bo nieraz widziałem

    Garstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.

    Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;

    Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;

    A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;

    Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,

    Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,

    Żołnierz jako młyn palny nabija - grzmi - kręci

    Broń od oka do nogi, od nogi na oko:

    Aż ręka w ładownicy długo i głęboko

    Szukała, nie znalazła - i żołnierz pobladnął,

    Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;

    I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;

    Upuścił ją i upadł; - nim dobiją, skona.

    Takem myślił, - a w szaniec nieprzyjaciół kupa

    Już łazła, jak robactwo na świeżego trupa.

    Pociemniało mi w oczach - a gdym łzy ocierał,

    Słyszałem, że coś do mnie mówił mój Jenerał.

    On przez lunetę wspartą na moim ramieniu

    Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.

    Na koniec rzekł; "Stracona". - Spod lunety jego

    Wymknęło się łez kilka, - rzekł do mnie: "Kolego,

    Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,

    Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?" - "Jenerale,

    Czy go znam? - Tam stał zawsze, to działo kierował.

    Nie widzę - znajdę - dojrzę! - śród dymu się schował:

    Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy

    Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. -

    Widzę go znowu, - widzę rękę - błyskawicę,

    Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,

    Biorą go - zginął - o nie, - skoczył w dół, - do lochów"!

    "Dobrze - rzecze Jenerał - nie odda im prochów".

    Tu blask - dym - chwila cicho - i huk jak stu gromów.

    Zaćmiło się powietrze od ziemi wylomów,

    Harmaty podskoczyły i jak wystrzelone

    Toczyły się na kołach - lonty zapalone

    Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął

    Prosto ku nam; i w gęstej chmurze nas ochłonął.

    I nie było nic widać prócz granatów blasku,

    I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.

    Spojrzałem na redutę; - wały, palisady,

    Działa i naszych garstka, i wrogów gromady;

    Wszystko jako sen znikło. - Tylko czarna bryła

    Ziemi niekształtnej leży - rozjemcza mogiła.

    Tam i ci, co bronili, -i ci, co się wdarli,

    Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.

    Choćby cesarz Moskalom kazał wstać, już dusza

    Moskiewska. tam raz pierwszy, cesarza nie słusza.

    Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona:

    Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.

    On będzie Patron szańców! - Bo dzieło zniszczenia

    W dobrej sprawie jest święte, Jak dzieło tworzenia;

    Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.

    Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,

    Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona

    Obleją, jak Moskale redutę Ordona -

    Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zatrute,

    Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0060.htm

    Juliusz Słowacki, SOWIŃSKI W OKOPACH WOLI.

    W starym kościołku na Woli

    Został jenerał Sowiński,

    Starzec o drewnianej nodze,

    I wrogom się broni szpadą;

    A wokoło leżą wodze

    Batalionów i żołnierze,

    I potrzaskane armaty

    I gwery: wszystko stracone!

    Jenerał się poddać nie chce,

    Ale się staruszek broni,

    Oparłszy się na ołtarzu,

    Na białym Bożym obrusie,

    I tam łokieć położywszy,

    Kędy zwykle mszały kładą,

    Na lewej ołtarza stronie,

    Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

    I wpadają adjutanty,

    Adjutanty Paszkiewicza,

    I proszą go: »Jenerale

    Poddaj się... nie giń tak marnie«

    Na kolana przed nim padli,

    Jak ojca własnego proszą:

    »Oddaj szpadę Jenerale

    Marszałek sam przyjdzie po nią...«

    »Nie poddam się wam panowie —

    Rzecze spokojnie staruszek —

    Ani wam, ni marszałkowi

    Szpady tej nie oddam w ręce,

    Choćby sam Car przyszedł po nią,

    To stary — nie oddam szpady, 

    Lecz się szpadą bronić będę,

    Póki serce we mnie bije.

    Choćby nie było na swiecie

    Jednego już nawet Polaka,

    To ja jeszcze zginąć muszę

    Za miłą moją ojczyznę,

    I za ojców moich duszę

    Muszę zginąć... na okopach,

    Broniąc się do smierci szpadą

    Przeciwko wrogom ojczyzny,

    Aby miasto pamiętało,

    I mówiły polskie dziatki,

    Które dziś w kołyskach leżą

    I bomby grające słyszą,

    Aby mówię, owe dziatki

    W yrosłszy wspomniały sobie,

    Ze w tym dniu poległ na wałach

    Jenerał — z nogą drewnianą.

    Kiedym chodził po ulicach

    I smiała się często młodzież,

    Żem szedł na drewnianej szczudle

    I często stary utykał.

    Niechże teraz mię obaczy,

    Czy mi dobrze noga służy,

    Czy prosto do Boga wiedzie,

    I prędko tam zaprowadzi.

    Adjutanty me, fircyki,

    Że byli na zdrowych nogach,

    To też usłużyli sobie

    W potrzebie — temi nogami,

    Tak że muszę na ołtarzu

    Oprzeć się człowiek kulawy,

    Więc smierci szukać nie mogę,

    Ale jej tu dobrze czekam.

    Nie klękajcie wy przedemną,

    Bo nie jestem żaden święty,

    Ale Polak jestem prawy,

    Broniący mego żywota;

    Nie jestem żaden męczennik,

    Ale się do smierci bronię,

     kogo mogę zabiję,

    I krew dam — a nie dam szpady...«

    To rzekł jenerał Sowiński,

    Starzec o drewnianej nodze,

    I szpadą się jako fechmistrz       

    Opędzał przed bagnetami;

    Aż go jeden żołnierz stary

    Uderzył w piersi i przebił...

    Opartego na ołtarzu

    I na tej nodze drewnianej.

    Źródło:

    https://pl.wikisource.org/wiki/Sowi%C5%84ski_w_okopach_Woli

    Wojna w pozytywizmie

    Prus, Lalka, Rozdział X. Pamiętnik starego subiekta fragm.

    Z tej długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie karabinowych strzałów, a w tamtych białych chmurach szalała burza armat.

    - Phy! - odezwałeś się wtedy, Katz - i to ma być bitwa?... Miałem się też czego bać...

    - Zaczekaj no - mruknął podoficer.

    - Przygotuj broń!... - rozległo się po szeregach.

    Klęcząc zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo się szczękanie stalowych stempli i trzask odciąganych kurków... Podsypaliśmy proch na panewki i znowu cisza.

    Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi gościniec. Spostrzegłem, że na jego żółtym tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce utworzyły białą linię, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu leżącego o kilkaset kroków na lewo od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas huknął strzał armatni i nad białym oddziałem austriackim ukazał się siwy obłoczek dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół minuty - znowu strzał i znowu obłoczek...

    - Her Gott! -- zawołał stary podoficer - jak nasi strzelają... Bem komenderuje czy diabeł...

    Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym... trzeci dym... czwarty...

    - Mądre bestie! - mruknął podoficer.

    - Batalion!... naprzód marsz!... - wrzasnął ogromnym głosem nasz major. [...]

    W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na lewo, zrobiło się zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział trzymając się rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do mnie, alem go nie słyszał ; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam wpadła kropla wody. [...]

    Nareszcie dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką cenę chciałem wydobyć się z niego. Cofnąłem się z początku wolno, później biegiem, widząc ze zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu wyciągniętych szeregów zobaczyłem kupę uciekających ludzi.

    -" Czego oni, u diabła, uciekają?..." - myślałem przyspieszając kroku. Nie był to już bieg, ale koński galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś nowy batalion, a na szczycie wzgórza walą z armat.

    - Rezerwy w ogniu!... Naprzód, łajdaki!... Świnie wam paść, psubraty!... - wołali czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiając nas na powrót w szeregi i płazując każdego, kto nawinął się im pod rękę

    Majora między nimi nie było.

    Powoli zmieszani w odwrocie żołnierze znaleźli się w swoich plutonach, ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do porządku. Ubyło jednak ze czterdziestu ludzi.

    - Gdzież oni się rozbiegli? - spytałem podoficera.

    - Aha, rozbiegli się - odparł zachmurzony.

    Nie śmiałem pomyśleć, że zginęli.

    [...]

    Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i - zobaczyłem ze sto wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas przeleciał wicher pocisków.

    - Stój!... Pal!...

    Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja ; czułem, że zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi ; bałem się zobaczyć leżącego człowieka.

    Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: " Naprzód!" i - nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem... Strzały prawie ucichły i odzywały się tylko pojedyńczo... Z impetem uderzyłem o coś piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja...

    - Kłuj Szwaba!... - krzyczał nieludzkim głosem Katz rwąc się naprzód. A że nie mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry stojących przed nami kolegów.

    Nareszcie zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się giąć klatka piersiowa i uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że nie stoję na ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za nogę. W tej chwili wrzeszczący tłum posunął się naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka poślizgnęła mi się we krwi.

    Obok mnie leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek młody, o bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem:

    - Nie trzeba deptać... Niemcy są też ludźmi...

    Wsunął rękę pod bok i jęczał żałośnie.

    Pobiegłem za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały austriackie baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną armatę przewróconą, drugą zaprzężoną i otoczoną przez naszych.

    Trafiłem na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła armaty, drudzy ściągali woźnicę z siodła; Katz przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a kanonier austriacki chciał zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za kołnierz i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię. Katz i jego chciał przebić.

    - Co robisz, wariacie?!... - zawołałem odbijając mu karabin.

    Wtedy rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer pałaszem odtrącił mu bagnet.

    - Czego się tu mieszasz?... - krzyknął Katz na oficera i - oprzytomniał. [...]

    Około czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było po bitwie. Tylko na zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały się pojedyncze strzały lekkiej artylerii, jak odgłosy burzy, która już przeszła.

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/lalka/0010.htm

    Henryk Sienkiewicz, Potop fragm.

    Ledwie tedy rozbłysło na niebie, rozpoczęła się walka artylerii; lecz tym razem pierwsze zagrały działa szwedzkie. Działa klasztorne odpowiadały grzmotem na grzmot, błyskawicą na błyskawicę, ile mogły, ile ludziom sił i tchu w piersi starczyło. Ziemia zdawała się trząść w posadach. Morze dymu rozciągnęło się nad klasztorem i nad kościołem.Co za chwile, co za widoki dla ludzi, którzy nigdy w życiu nie patrzyli w krwawe oblicze wojny!

    Ów huk nieustający, błyskawice, dymy, wycia kul rozdzierających powietrze, straszliwy chychot granatów, szczękanie pocisków o bruki, głuche uderzenia o ściany, dźwięk rozbijanych szyb, wybuchy pękających kul ognistych, świst ich skorup, chrobot i trzaskanie dylowań1, chaos, zniszczenie, piekło!...

    Nagle na wieży odezwały się trąby wspaniałą harmonią pobożnej pieśni. Płynęła z góry ta pieśń i słychać ją było naokół, słychać wszędy, aż na bateriach szwedzkich. Do dźwięku trąb dołączyły się wkrótce głosy ludzkie i wśród ryku, świstu, okrzyków, łoskotu, grzechotania muszkietów rozlegały się słowa:

    Bogurodzica, Dziewica,

    Bogiem sławiena Maryja!...

    Tu wybuchło kilkanaście granatów; trzask dachówek i krokwi, a potem krzyk: „Wody!”targnął słuchem i … znów pieśń płynęła dalej spokojnie:

    U Twego Syna, hospodyna

    Spuści nam, ziści nam

    Chlebny czas, zbożny czas.

    Jak czasem stada wędrownych żurawi, znużone długim lotem, obsiadają wzgórza wyniosłe, tak roje ognistych posłanników padały na szczyt kościoła i na drewniane dachy zabudowań. Kto nie brał udziału w walce, kto nie był przy armatach, ten siedział na dachach. Jedni czerpali wodę w studniach, drudzy ciągnęli sznurami wiadra, trzeci tłumili pożar mokrymi płachtami. (…)

    Ledwie pogaszono jedne pociski, ledwie wody spłynęły po zrębach, leciały nowe stadarozpalonych kul, płonących szmat, skier, żywego ognia. Cały klasztor był nim objęty, rzekłbyś: niebo otworzyło się nad nim i ulewa piorunów nań spada; jednak gorzał, a nie palił się, płonął i nie zapadał w rumowisko; co więcej, wśród tego morza płomieni śpiewać począł jak ongi młodzieńcy w piecu ognistym.

    Ludziom stojącym na murach i pracującym przy działach, którzy w każdej chwili mogli sądzić, że tam już wszystko płonie i w gruzy się wali za ich plecami, pieśń ta była jakby balsam kojący, zwiastowała im bowiem ciągle i ustawicznie, że stoi klasztor, stoi kościół, że płomień dotąd nie zwyciężył wysileń ludzkich.

    Źródło:

    http://xn--jzyk-polski-rrb.pl/matura/zadania-maturalne/121-dwa-obrazy-wojny

    Eliza Orzeszkowa, Gloria victis* (fragm.)

    Ilekroć rozdzierało się na chwilę napowietrzne morze dymu, widać było bliżej i dalej, z jednej strony i z drugiej, postacie ludzkie rozciągnięte na mchach i wiklinach jak czarne, leżące cienie.

    Po obu stronach padały trupy. Lecz nie wszyscy upadający byli trupami.

    Upadł stąd niedaleko i rozciągnął się na paprociach mały Tarłowski. Ale żył…

    Od początku bitwy, za rosochatą olchą na jedno kolano klęcząc, nabijał strzelbę, celował i strzelał, bez ustanku, zapamiętale, szybko, z wprawą, którą obdarzyły go ćwiczenia obozowe. Jakby nigdy pragnieniem był nie biegł ku rajskiej erze wiecznego pokoju świata, jakby nigdy razem z poetą nie wyrzekał na wlaną w serce człowiecze kroplę wściekłości lwiej… Coś lwiego czy tygrysiego błyszczało mu w oczach o rozpalonym błękicie, pod czołem ściągniętym w jedną zmarszczkę uwagi wytężonej i zaciętości srogiej; w linię srogą jak krwawa uraza zaciskały mu się usta albo rozwarte, dyszące, w pierś wątłą chłonęły węże dymu ziejące prochową wonią.

    Wtem nadleciało coś mającego w szarym dymie podobieństwo do wydłużonego ciała czarnej pszczoły i w ramię go ugodziło. Ramię to zwisło u boku, strzelba z ręki wypadła, chciał porwać się z klęczek, zachwiał się i na wysokie paprocie upadł. Ale żył i po długiej chwili dwie pary silnych ramion zdjęły go z okrwawionych paproci i wniosły do tego namiotu, u stóp moich stojącego, który już nie był pusty.

    Pod dachem wysokim, z zielonych gałęzi uplecionym, na mchowych i paprociowych pościelach leżało już kilkunastu ludzi, w których trzewia lub członki żądła swe pogrążyły czarne pszczoły. Nad nimi, od jednego do drugiego przechodząc, przyklękali dwaj ludzie z twarzami zatroskanymi, z czołami  oblanymi potem, z rękoma czynnymi. Lekarze obozowi.

    Ale wówczas dokoła polany tej stawało się już bardzo gorąco. Z coraz częstszymi, z coraz dłuższymi, gęstszymi grzmotami karabinowego ognia, szara masa zbliżyła się już na odległość, z której można było rozpoznawać wzrokiem pojedyncze postacie, twarze, ubrania, bronie. Z żelaznym prawem liczby zaokrąglała się ona w obręcz i opasywała polanę coraz zupełniej, coraz bliżej. Ludzie z tej i z tamtej strony poczęli spotykać się oko w oko i zwierać się pierś z piersią.

    W stukach i grzmotach obustronnych ogni dym gęstniał, napełniony ognistymi błyskawicami, krzykami, przekleństwami i wybijającymi się nad wszystko głosami komend krótkich, zdyszanych, coraz śpieszniejszych, zapalczywych, śmiertelniejszych. Duszność i ciemność od dymu wzrastały; lały się w nich strumienie potu, ciekły strugi krwi. Coraz ciaśniej stawało się tam, wrzaskliwiej, krwawiej, wścieklej, przeklęciej. Piekło, piekło, mówię ci, wietrze prędki, szalało w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju leśnym. Piekło ludzkie.

    I zdawać się mogło, że nad to, co się już działo, nic na ziemi straszniejszego dziać się nie może. A jednak… Kiedy na ludzi spoglądasz, wietrze prędki, nie mów nigdy: „Tu kres ich tragedii!” Bo nikt wśród wszechświata odgadnąć ani obliczyć nie zdoła tego szczytu najwyższego, na który wzbijać się mogą ich tragedie, ich zbrodnie i ich niedorównany we wszechświecie ból.

    I oto… Zza gęstwiny olch i osin, zza tej, co to, widzisz, naprzeciw mnie, spośród krzaczastych zarośli wyrasta, wysunął się oddział wojska konnego, lasem pik długich nad głowami najeżony, nad końskimi grzbietami pochylony i krzyk wydając przeraźliwy począł przez pustą polanę ku temu namiotowi pędzić. Zoczył namiot ten ludzi pełen i pędzić ku niemu począł, ku namiotowi, w którym sił i broni pozbawieni leżeli ludzie ranni, a nad nimi z rękoma czynnymi klęczeli lekarze.

    Pędził oddział, zbrojny w piki, na koniach chyżych pochylony, z krzykami przeraźliwymi, z twarzami opalonymi w ogniu bitwy, i szalała mu w żyłach wściekłość lwia…

    Lecz za mną tuż rozległ się głos stalowy, wrzask boju przewyższający:

    — Jazda! Na obronę rannych.

    W mgnieniu oka z dowódcą swym na czele wlecieli na polanę. Czarni od dymów piekielnych, na zziajanych koniach wypadli zza drzew i zarośli naprzeciw tamtym z podniesionymi szablami w rękach…

    Słońce miało się ku zachodowi i zza dymu świeciło tarczą z rozżarzonej miedzi. Na ten poczet lecący, na jego spalone twarze i obnażone szable padł rdzawoczerwony blask, bezpromienny, ponury. W tym blasku dopadli namiotu, już przez tamtych okrążonego, z wątłą ścianą gałęzi już rozwaloną. Straszliwy panował tam tłok i rozlegały się nieludzkie wycia i ryki. Całą siłą rozpędu koni w tłok ten uderzyli, z rąk sypiąc błyskawice szabel i pistoletowe strzały. Dowódca czarnowłosy, do Archanioła z mieczem płomiennym podobny, pierwszy szerokiego otworu doskoczył i jakby nogi konia jego ziemia do siebie przykuła — stanął.

    O, Jezu! Nie było już w namiocie rannych ani lekarzy. Były tylko trupy w krwi broczące i jeszcze otrzymujące nowe rany, umilkłe albo w strasznym konaniu charczące. A w pośrodku tego pola ordów dokonanych dokonywał się już ostatni. Na ostrzach kilku pik osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze mały Tarłowski twarz białą jak chusta wystawiał na rdzawoczerwony blask słońca.

    Męczeńska twarz ta o umierających oczach, z czerwonym sznurkiem krwi od złotych włosów do ust konwulsją wstrząsanych poznała jednak przyjaciela, ręka szybkim ruchem rzuciła ku niemu jakiś przedmiot czerwony i głos mdlejący zawołał:

    — Jagmin! Siostrze!

    Ostatni dar, ostatnia myśl, ostatnie słowo! Jak ptak czerwony chusta krwią ociekająca zleciała na szeroką pierś dowódcy jazdy, lecz w tejże chwili upadł pod nim koń jego, kulą ugodzony i on sam wśród tłoku, dymu, wrzasku, stuku wystrzałów, ulewy ognistych błyskawic — zniknął!…

    Źródło:

    https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/gloria-victis-tom-opowiadan/

    Adam Asnyk, W dwudziestopięcioletnią rocznicę powstania 1863 roku 

    współuczestnikom poświęca autor

    Ruchliwe fale czasu nie zatarły

    Twych krwawych śladów, o nieszczęścia roku!

    Dotąd w swej grozie posępnej zamarły

    Ciężysz nad nami - i z przeszłości mroku

    Przez lat szeregi kroczysz, widmo blade,

    Wlokąc za sobą, jak całun - zagładę.

    Wieleż to razy ciebie przeklinano,

    A z tobą marzeń zdradliwych ponętę;

    Za każdą świeżą z ręki wroga raną

    Zawsze twe imię wracało przeklęte

    I zamrażało żywsze serc porywy

    Krzykiem zwątpienia i bojaźni mściwej.

    Z twoich doświadczeń czerpano nauki

    I niewolnicze wysławiano cnoty,

    Gaszono skrzętnie święty żar - dopóki

    Męskim zapałem tchnęła pierś heloty,

    Sądząc, że lekiem najlepszym na rany

    Jest gwałt polskiemu uczuciu zadany.

    Za twoje grzechy Polskę z mieczem w dłoni

    Z szat obnażono jak jawnogrzesznicę

    I urągano, że praw swoich broni,

    I z ran szydzono, i plwano jej w lice,

    I z czci ją chciano odrzeć do ostatka,

    Jakby to była nie ich własna matka!

    Wszystko to w spadku zostało po tobie:

    Grzeszne ofiary i grzeszniejsza skrucha,

    Bunt tych, co widząc malejące już ciało,

    Śmieli doradzać samobójstwo ducha -

    I więzy, które mocniej się nam wpiły,

    I łzy palące... i wstyd... i mogiły...

    A jednak pamięć obchodzimy twoją,

    Jak ci, co dawno z niedolą zbratani,

    Nieszczęściu w oczy spojrzeć się nie boją

    I nawet z ciemnej wynoszą otchłani

    Tę nieśmiertelną nadzieję, co z dala

    Pracę pokoleń wiąże i utrwala.

    My obchodzimy twą rocznicę smętną,

    Bo dawnych zwycięstw święcić dziś nie śmiemy;

    Niewolnik, hańby swej noszący piętno,

    W rocznicę chwały ojców stoi niemy -

    A tylko ta mu droga jest i święta,

    W której sam skruszyć chciał krzywdzące pęta.

    My obchodzimy w twym żałobnym święcie

    Najbliższą z naszych dziejowych pamiątek

    I rycerskiego rapsodu zamknięcie,

    Tego rapsodu, co jak krwawy wątek

    Przebiegał dziejów pogrobowych kartę,

    Zbrojąc wciąż serca pokoleń uparte.

    Boś ty nie przyszedł jako klątwa nieba

    Ani nie spadłeś jak grom niespodzianie,

    Lecz jak duchowa narodu potrzeba

    W krwawej wypadków wypłynąłeś pianie -

    Aby ostatnim orężnym protestem

    Zapisać w dziejach nieśmiertelne: jestem!

    Ty byłeś dzieckiem ostatnim epoki,

    Która tradycję przechowując żywą,

    Z dumnej przeszłości czerpała swe soki

    I, wolnych marzeń snując wciąż przędziwo,

    Ku zmartwychwstaniu stale naprzód biegła -

    Tak jeszcze bliska... a tak już odległa.

    Nad tą epoką jaśniał jeszcze w górze

    Duch niepodległej ojczyzny widomy,

    Jeszcze francuskiej rewolucji burze

    Świat wstrząsające rozrzucały gromy,

    I biła na nią krwawych świateł fala

    Z wojennych ognisk "małego kaprala".

    To pokolenie, które wówczas wzrosło,

    Dni Listopada było niedalekiem

    I swoich ojców rycerskie rzemiosło

    Z krwią wzięło w spadku - i wyssało z mlekiem

    Żywą tradycję krótkiej zwycięstw chwały

    I majestatu Polski zmartwychwstałej.

    W cudownej przed nim spływały legendzie

    Postacie wodzów, strojne w liść wawrzynu,

    Wieszczów krwawiących swe piersi łabędzie

    I męczenników, rwących się do czynu -

    Więzienia, groby, szubienice, krzyże

    I śnieżna, mroźna otchłań na Sybirze...

    Więc silniej każde uderzało tętno,

    I klątwa wieszczów na grunt padła żyzny,

    Budząc gniew, zemstę i boleść namiętną

    Nad poniżeniem i hańbą ojczyzny.

    I wszystkie serca zbroiły się harde

    W niewolniczego żywota pogardę.

    Jeszcze ten łańcuch duszącej niewoli

    Nie zatamował męskiego oddechu,

    Jeszcze męczeńskiej naszej aureoli

    Nie tknęło błoto urągań i śmiechu,

    I pokutnicze nie straciły tłumy

    Ostatnich błysków narodowej dumy.

    Nie było nawet podówczas w zwyczaju

    W dyplomatycznej ślizgać się zabawce,

    W lada koniuszym lub dworskim lokaju

    Zaraz ojczyzny upatrywać zbawcę

    I tym, co jawnie wyparli się Polski,

    Dawać na kredyt mandat apostolski.

    Kiedy kto z wrogiem chciał wchodzić w konszachty

    I stawiać złote zjednoczenia mosty,

    Nie powiadano w gronie braci szlachty,

    Że to mąż stanu, lecz że zdrajca prosty -

    I nie wróżono nowej szczęścia ery,

    Widząc na piersiach błyszczące ordery.

    Jeszcze przybierać nie umiała Polska

    Postaci gadu, co się u stóp czołga;

    Wolała, żeby w drodze do Tobolska

    Trupy jej synów unosiła Wołga -

    Wolała ponieść ofiary najkrwawsze,

    Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

    O! wtedy jeszcze nurtem tajnych koryt

    Płynęły na świat idealne mary

    I nadawały cudowny koloryt

    Tkanej przez losy przędzy życia szarej,

    A na niebiosach jaśniał blask nadziemski,

    Niby wschodzącej znów gwiazdy betlemskiej.

    Męki wygnania, tęsknoty sieroctwa

    Tonęły w wielkim mistycznym zachwycie;

    Sny mesjaniczne, natchnione proroctwa

    Nad ziemią inne wytwarzały życie,

    Gdzie rzeczywistość znikała sprzed oczu

    W gwiaździstym, sennym marzenia przeźroczu.

    Pamiętam dotąd chwile owych wiosen,

    Gdy serca nasze paliła tęsknota,

    A bór nam szumem dębów swych i sosen

    Śpiewał, jak stary pieśniarz wajdelota,

    Rycerskie pieśni dawnej przodków chwały,

    Które nas czarem swoim upajały.

    Pamiętam dotąd, jak nam szmer strumieni,

    Słowików śpiewy, powiew kwiatów woni

    I zorza, która błękity rumieni,

    I wszystko wkoło wciąż mówiło o Niej,

    O nieśmiertelnej, co w grobowcu czeka

    Na odwalenie kamiennego wieka...

    A w piersiach naszych z każdą chwilą rosła

    Miłość bezbrzeżna, wyłączna, jedyna,

    Co na swych skrzydłach duszę w błękit niosła,

    Jakby do matki stęsknionego syna,

    Z wiarą, że w górze poza chmur zasłoną

    Ujrzy ją znowu - jasną i zbawioną.

    Myśmy ją wszyscy przed sobą widzieli -

    Cudowną postać w złotej gwiazd koronie,

    W niepokalanej czystości i bieli,

    Ze zmaz obmytą przez anielskie dłonie,

    Z twarzą podobną do Najświętszej Panny

    I blask z swych włosów siejącą poranny.

    Każdy ją wieńczył w własnych rojeń kwiaty

    I jej piękności odczuwał inaczej,

    Każdy w odmienne ubierał ją szaty -

    Lecz nikt nie wątpił, iż po dniach rozpaczy

    Nadpłynie w blasków różanych powodzi

    I swą pięknością cały świat odmłodzi.

    Więceśmy ręce do niej wyciągali,

    Wołając: "Zstępuj z błękitów, królowo!

    Krzywdy nędzarzów zważ na prawa szali

    I sprawiedliwość wymierz im na nowo,

    Zawieś miecz pomsty nad fałszem i zbrodnią

    I bądź ludzkości gwiazdą znów przewodnią.

    My ci pod stopy ciała swe uścielem,

    Abyś stanęła na nich jak na tronie

    I praw zgwałconych stała się mścicielem,

    Z błogosławieństwem wyciągając dłonie

    Ku tym, co cierpiąc niesłusznie skrzywdzeni,

    Wzywają ciebie z czyśćcowych płomieni.

    My nic dla szczęścia swego, nic dla siebie

    Nie pragniem - nawet nie żądamy dożyć

    Chwili, gdy z jutrznią zabłyśniesz na niebie.

    Chcemy na zawsze w prochu się położyć

    I za swe wiano wziąć niepamięć wieczną,

    Byłeś Ty jasność rozlała słoneczną".

    To wszystko teraz w przepaść się zapadło,

    I już przeminął czas rycerskiej służby;

    Z błękitów jasne zniknęło widziadło,

    Umilkły wieszcze natchnienia i wróżby,

    A burza nieszczęść strąciła nam z głowy

    Nawet ostatni wieniec nasz - cierniowy.

    Śpiewne serc głosy, idealne hasła,

    Płomienne słowa, mistyczne zachwyty

    Przebrzmiały - lampa cudowna zagasła,

    Na ziemię runął ideał rozbity...

    I w naszych oczach rozpadło się w gruzy

    Tęczowe państwo romantycznej muzy.

    Prąd czasu innym popłynął korytem,

    Nastała nowa epoka, żelazna,

    Która wciąż ziemskim zaprzątnięta bytem,

    Niebiańskich widzeń słodyczy nie zazna

    I tylko w ziemi wnętrznościach się grzebie,

    Zajęta myślą o codziennym chlebie.

    Uboga duchem i uczuciem skąpa,

    Dokoła cień swój roztacza ponury,

    Ciężko po ciałach swoich ofiar stąpa -

    I chciwą dłonią szarpiąc pierś natury,

    Pragnie zasłonę zedrzeć tajemniczą,

    Za coraz nową zdążając zdobyczą.

    Choć na chorągwi kładzie prawdy znamię

    I ludzkiej wiedzy skarbnicę bogaci -

    Czynami swymi wiecznym prawdom kłamie

    I fałsz podaje w misternej postaci,

    I jadem zbroi węże i padalce,

    By zwyciężały w strasznej o byt walce.

    Nastała nowa epoka, z obliczem

    Nieubłaganem, lodowatem, chmurnem;

    Jej bóg jest owym, nie wzruszonym niczem,

    Pożerającym swe dzieci Saturnem -

    A jej religia, dziką tchnąca grozą,

    Drapieżnej siły jest apoteozą.

    Z nową religią nowi są prorocy,

    Co słabszym niosąc wyrok unicestwień,

    Głoszą królestwo gwałtu i przemocy,

    I ewangelię plemiennych rozbestwień,

    Jako pociechę wskazując w rozbiciu

    Nędzę i nicość i w śmierci, i w życiu.

    Pod ich chorągwie spieszą ludzie nowi,

    Widząc, że wiara przeszłości zawiodła -

    Urągać czystych poświęceń duchowi,

    Kruszyć braterstwa i wolności godła,

    Przed złotym cielcem korzyć się tyranii -

    Panmoskwicyzmu albo pangermanii.

    I u nas przyszło nowe pokolenie,

    Wpatrzone w ziemię z chłodem i rozwagą,

    Pragnące teraz na dziejowej scenie

    Odgrzebać z gruzów rzeczywistość nagą,

    Podstawę bytu, mniej od dawnej chwiejną,

    By na niej znowu budować kolejno.

    W twardej nieszczęścia urobione szkole,

    Zrzekło się marzeń zdradliwych słodyczy;

    Krępuje skrzydła młodości sokole,

    W każdym porywie z siłami się liczy -

    I wchodzi z prądem dziejowym w przymierza,

    Biorąc w rachubę instynkt i moc zwierza.

    Spragnione prawdy, za nią jedną goni,

    Choćby nią miało zatruć czyste zdroje,

    Gdyż pragnie świeżej doszukać się broni,

    Z którą by mogło przyszłe staczać boje -

    A w tej pogoni - stopą nieoględną

    Depcze wawrzyny, co na grobach więdną.

    To pokolenie, milczące i smutne,

    Daleko myślą od dawnych odeszło;

    Oskarża serca miłością rozrzutne

    I lekceważy ich zasługę przeszłą,

    Nie wiedząc nawet, ile w niej się mieści

    Wielkich poświęceń, cnoty i boleści.

    Myśmy przez piękność, sercami odczutą,

    W dobra i prawdy chcieli wejść krainę,

    A oto kończym nasze dni pokutą,

    Zbyt śmiałych lotów opłakując winę...

    Nie może m jednak bez goryczy patrzeć,

    Widząc, jak chcecie ślad przeszłości zatrzeć.

    Lecz chociaż droga nasza się rozchodzi,

    A chłód wasz lodem spada nam na serce -

    My błogosławim wam, rycerze młodzi,

    Narodowego długu spadkobiercę,

    I na trud przyszłych, mozolnych wyzwoleń

    Niesiem życzenia gasnących pokoleń.

    Idźcie, jak światła przystoi czcicielom,

    Oświecać drogi ludzkiego pochodu

    Ku coraz wyższym i jaśniejszym celom!

    Szukajcie prawdy dla swego narodu,

    Ażeby przez nią posiąść mógł helota

    Stracone piękno i dobro żywota.

    Lecz wiedzcie: prawda, której wy szukacie,

    Jest jak Proteusz kryjący się zdradnie,

    Który wciąż swoje odmienia postacie,

    Gdy śmiały nurek w głębi go napadnie,

    I pokolenia ciekawych żeglarzy

    Coraz to nową odpowiedzią darzy...

    22-24 styczeń 1888

    Źródło:

    http://literat.ug.edu.pl/~literat/asnyk/085.htm

    Wojna w modernizmie (Młodej Polsce)


    Stefan Żeromski, Rozdziobią nas kruki, wrony*

     Ani jeden żywy promień nie zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez wichry. Skąpa jasność poranka rozmnożyła się pokryjomu, uwidoczniając krajobraz płaski, rozległy i zupełnie pusty. Leciała ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku ukośnym i ciskał o ziemię.
     Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach wszystko, co żyło. Obdarte z liści, zczerniałe rokiciny żałośnie szumiały, zniżając pręty aż do samej ziemi. Kartofliska, ściernie, a szczególniej role świeżo uprawne i zasiane, rozmiękły na przepaściste bagna. Bure obłoki, podarte i rozczochrane leciały szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i przez deszcz chłostanych.
     Właśnie o samym świcie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranem nazwiskiem Szymona Winrycha), wyjechał z za pagórków rajgórskich i skierował się pod Nasielsk, na szerokie płaszczyzny. Porzuciwszy zarośla, trzymał się przez czas pewien śladu polnej drożyny, gdy mu ta jednak zginęła w kałużach, ruszył wprost przed siebie, napoprzek zagonów.
     Przez dwie noce już czuwał i trzeci dzień wciąż szedł przy wozie. Buty mu się w rządkiem błocie rozciapały tak misternie, że przyszwy szły swoim porządkiem, podeszwy swoim porządkiem, a bose stopy w zupełnem odosobnieniu. Bardzo przemókł i przeziąbł do szpiku kości. Któżby zdołał poznać w tym obdartusie byłego prezesa najweselszej pod księżycem konfraternii t. zw. śrubstaków, dawnego Jędrka, króla i padyszacha syren warszawskich? Włosy mu wyrosły «w orle pióra», paznogcie «w dzikie szpony», chodził teraz w przepoconej sukmanie, żarł chciwie razowiec ze sperką i żłopał gorzałę z taką naiwnością, jakby to była woda sodowa z sokiem porzeczkowym.
     Konie były głodne i zgonione tak dalece, że co pewien czas ustawały. Nic dziwnego: koła zarzynały się w błoto po szynkle, a na drabiniastym wozie pod trochą olszowego chróstu, siana i słomy leżało samych karabinów sztuk sześćdziesiąt i kilkanaście pałaszów, nie licząc broni drobniejszej. Były to wcale niezłe szkapy: rosłe, podkasane, prawie chude, ale ze świetnej rasy pociągowej. Mogły jak nic robić dziesięć mil na dobę, byleby im pozwolić dobrze wytchnąć dwa razy i uczciwie je popaść. Konie należały do pewnego szlachetki z okolic Mławy. Stanowiły one znaczną część jego majątku, bo posiadał suma sumarum trzy szkapy, jednakże pożyczał ich Winrychowi na każde zapotrzebowanie. Ten ostatni przychodził zazwyczaj późno w nocy, stukał do okna domostwa, — wychodzili obydwaj z gospodarzem, wyprowadzali konie cichaczem, aby nie budzić parobka, wytaczali wóz i jazda! Letnią porą była to rzecz wcale łatwa, owa jazda. We dnie Winrych spał w gąszczach leśnych, a konie się pasły. Teraz niepodobna było, ani spać, ani popasać. Winrych liczył na to, że go ktoś zluzuje, zwłaszcza, że najuciążliwsze posterunki i przeszkody szczęśliwie wyminął. Ale nie takie to już były czasy... Jeżeli kto jeszcze na tej ziemi walczył w całem i zupełnem znaczeniu tego słowa, to on, Winrych. On jeden chodził jeszcze po broń, jeden nie upadał na duchu. Gdyby nie on i sama partya byłaby się oddawna rozleciała na cztery strony świata. Przez długi czas tych ludzi ściganych, głodnych, przeziębłych i wylęknionych wspierał swemi szyderczemi półsłowami i podniecał, jak chłostą. Teraz, gdy już wszystko runęło na łeb w bezdenną jamę trwogi, on się, jak to mówią, zawziął. W miarę tego, jak nietylko do głębi nastrojów i sumień, ale do podstaw t. zw. polityki rewolucyjnej wciskać się poczęła coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna zasada: fratres, rapiamus, capiamus, fugiamusque, — on czuł w sobie upór coraz zuchwalszy, coraz straszliwiej bolesny i już prawie szalony...
     Gdy tak zmoknięty, głodny i bardzo znużony brnął przy wozie, poczęło, jakoby wraz z zimnem, wsiąkać w niego uczucie nędzy. W kieszeni nie miał już ani okruszyny chleba i ani kropli wódki we flaszce. Dziurawe buty, absolutnie wzięte (jeżeli, nota bene, był w nich milimetr rzemienia zasługujący na to, aby był absolutnie, czy tam inaczej brany), nie mogły być przyczyną owego uczucia nędzy. Nie sam głód również i nie samo zimno je wywoływało. Ale po śladach, zostawionych na błocie przez te dziurawe buty, szła za Winrychem ironia spostrzeżeń, owa bieda okrutna, co nie waha się wtargnąć do miejsca świętego świętych, co odważnie, jak plugawy lichwiarz, bierze w szachrajską swą rękę bezcenne klejnoty ludzkiego ducha i drwi z ich wartości, ubierając tę podłość w najlogiczniejsze syllogizmy.
     — Wszystko przełajdaczone, — szepce Winrych, pogwizdując, — przegrane nietylko do ostatniej nitki, ale do ostatniego westchnienia wolnego. Teraz dopiero wyleci na świat strach o wielkich ślepiach, ze stojącymi na łbie włosami i wypędzi z mysich nor wszystkich metafizyków reakcyi i proroków ciemnoty. Czego dawniej nie ważyłby się jeden drugiemu do ucha powiedzieć, to teraz będą opiewali heksametrem. Ile w człowieku jest zbója i zdrajcy, tyle z niego wywleką, na widok publiczny ukażą i ku czci, oraz naśladowaniu podadzą. I pomyśleć, że to my taki sprawiliśmy postęp wyobrażeń, ponieważ przegraliśmy...
     Mocniej zacisnął pas wełniany, osłonił piersi sukmaną i ruszył dalej, zwiesiwszy głowę. Czasami ją podnosił i mówił przez zęby:
     — Psy parszywe!
     Deszcz ostry zacichł i siał tylko ów pył wodny, nieustanny, zawieszający tuż przed okiem jakby nieprzejrzystą zasłonę. Podmuchy wiatru szalały dokoła wozu, gwizdały między sprychami, wydymały długie poły sukmany i targały koszulę na Winrychu.
     Za zasłoną mgły dał się nagle spostrzec jakiś ruch jednostajny, równoległy do ledwie widocznego horyzontu. Mógł to być szereg wozów, stado bydła — albo wojsko.
     Winrych patrzał przez chwilę, przymrużywszy powieki. Doznał takiego wrażenia, jakby ktoś zagiął palec pod żyłą krwionośną w jego piersiach i wydzierał ją na zewnątrz.
     — Moskale... — wyszeptał.
     Dał koniom po siarczystym bacie, ściągnął lejce, zawrócił prawie na miejscu i zaczął uciekać. Nie chciał, a raczej nie mógł odwrócić głowy, ażeby się obejrzeć po za siebie i zbadać, co się tam dzieje. Zdawało mu się, że umknie na bok niepostrzeżony. Nieszczęście chciało, że miejsce było gołe i puste w promieniu wiorst kilku.
     Uciekający wóz spostrzeżono. Z szeregów postępującego wojska odłamała się grupa jeźdźców, wysunęła przed front i pomknęła co koń skoczy. Winrych, patrząc już na to zjawisko, nie mógł zrozumieć, czy ci ludzie sadzą ku niemu, czy się oddalają w kierunku przeciwległym. Dopiero, zobaczywszy chorągiewki przy schylonych lancach i łby końskie, zorjentował się dobrze. Wtedy krew szarpiąca się w jego pulsach — jakby stężała i stanęła w biegu... Zatrzymał konie, omotał dokoła luśni parciane lejce i namyślał się, co wywlec z wozu do obrony: pałasz, czy sztucer nienabity?
     Zanim wszakże cokolwiek przedsięwziąć zdołał, machinalnie zbliżył się do zmordowanych koni swoich i zaczął jednemu z nich zdejmować kantar ze łba i ściągać chomąto, jakby z zamiarem puszczenia na wolność tych towarzyszów niewoli. Czyniąc to, na chwilę przytulił się do szyi końskiej i westchnął.
     Ośmiu ułanów rosyjskich na pięknych koniach dopadło wozu i w mgnieniu oka ze wszystkich stron go otoczyło. Jeden z nich, nie mówiąc ani słowa, począł zrzucać lancą suche gałęzie, oraz snopki kłoc i sondować głąb wozu.
     Gdy grot dźwięknął, uderzywszy o lufy sztucerów — żołnierz poklepał Winrycha po ramieniu i mrugnął na towarzyszów. Tamci sięgnęli po karabinki, założone na plecy. Winrych stał na miejscu, jak przedtem, obejmując ramieniem kark konia. Usta mu się skrzywiły wzgardliwie i w sercu zsiadło nie to męstwo, lecz pogarda bezbrzeżna, pogarda wszystkiego na tej ziemi.
     — Ty do czyjej partyi to wiozłeś? — zapytał go ów rewidujący.
     — Głupiś! — odrzekł Winrych, nie podnosząc głowy.
     — Do czyjej partyi to wiozłeś? Słysz, polaczyszka!
     — Głupiś!
     — To nie chłop — rzekł do podwładnych starszy, z naszywką na ramieniu — to powstaniec.
     — Głupiś! — rzekł Winrych, patrząc w ziemię.
     — Bierz psiego syna! — wrzasnął żołdak.
     Dwu z nich odsądziło się natychmiast o kilkadziesiąt kroków i szybkim ruchem nastawiło lance poziomo. Skazany spojrzał na nich, gdy mieli ukłuć konie ostrogami, i zaraz, jak małe dziecko, zasłaniając głowę rękami, cichym, szczególnym głosem wymówił:
     — Nie zabijajcie mnie...
     Zerwali się w skok z miejsca zgodnym susem i wraz go przebili. Jeden ohydnie rozpłatał mu brzuch, a drugi złamał dekę piersiową. Trzeci ułan odjechał o kilkanaście kroków i gdy dwaj pierwsi, wyrwawszy lance i splunąwszy, usunęli się na bok, wziął na cel głowę powstańca. Pociągnął za cyngiel wtedy właśnie, gdy nieszczęsny zsunął się w brózdę. Kula, przeszywszy czaszkę naręcznego konia, zabiła go na miejscu. Zwierzę stęknęło żałośnie i padło na nogi konającego Andrzeja. Żołnierze zsiedli z koni i zrewidowali puste kieszenie sukmany. Rozgniewani o to, że Winrych wypił wszystką gorzałkę, rozbili butelkę na jego czaszce I i podarli mu ostrogami policzki. Na głos sygnału, wzywającego ich do powrotu, wskoczyli na siodła i nabrawszy z wozu po kilka sztuk dobrych pałaszów belgijskich, odjechali za oddziałem, który zanurzył się już we mgłę i szarugę. Dowódca szwadronu ścigał forsownie jakiś topniejący oddziałek powstańczy, to też nie miał czasu zawrócić po broń, zostawioną w polu na Winrychowym wozie.
     Tymczasem deszcz rzęsisty puścił się znowu i na małą chwilę ocucił powstańca.
     Powieki jego, zaciśnięte przez ból i popłoch śmiertelny, dźwignęły się i oczy po raz ostatni zobaczyły obłoki. Usta mu drgnęły i wymówiły do tych chmur szybko pędzących ostatnią myśl:
     —...Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...
     Wielka nadzieja nieśmiertelności ogarnęła umierającego, niby przestrzeń bez końca. Z tą nadzieją w sercu umarł.
     Głowa jego wygniotła w błocie dołek, do którego teraz spływać poczęły maleńkie strumyki i tworzyły coraz większą kałużę. Krople, trzepiąc w nią, wzbijały duże, wysoko wzdęte bańki, rozpryskujące się w nicość tak szybko i zupełnie, jak ludzkie święte złudzenia. Zabity koń stygł szybko na zimnie, a pozostały przy życiu szarpał się w zaprzęgu tak gwałtownie, jakby go kto smagał batem rzemiennym. Nagle przechylił się przez dyszel, przez martwego towarzysza i obwąchał głowę Winrycha. Skoro poczuł trupa, ślepie mu krwią nabiegły, grzywa na karku wzburzyła się dziko, szarpnął się w tył, potem cisnął naprzód całym korpusem, bił nogami w ziemię i wierzgał na wszystkie strony w takiej furyi, że tylna jego noga wpadła między sprychy przedniego koła wozu. Szarpnął ją z całej mocy i okropnie złamał powyżej pęciny. Ból wprawił go we wściekłość tem większą. Rozjuszony, wściekłymi skokami rzucać się począł. Kość pękła na dwoje w taki sposób, ze ostry i jak nóż śpiczasty jej kawałek przebił skórę i coraz bardziej, wskutek targania, ją okrawał.
     Dopiero nazajutrz rano pluchota bić przestała, choć wiatr wcale nie ucichł. Chmury leciały wysoko, poprzedzielane głębiami cieniów o kształtach dziwacznych. Pod wiatr i jakby na spotkanie obłoków ciągnęły już stadami, już pojedynczo kruki i wrony. Podmuchy wichrów odnosiły je i odpychały napowrót, nieraz zabawnie wyłamywały im skrzydła do góry, albo kamieniem ciskały ku ziemi. Nad padliną w polu leżącą ptactwo krążyć poczęło, zniżało lot usilnie i po długiem mocowaniu się z wichurą siadało na zagonach zdaleka.
     Koń żyjący wciąż stał ze złamaną nogą, zamkniętą między sprychami. Wyciągnąć jej dla wielkiego bólu już nie usiłował. Obnażona kość przy każdem poruszeniu zaczepiała się o drzewo i krajała skórę.
     Ujrzawszy wrony, powolnymi kroki, z nogi na nogę postępujące ku wozowi, koń zarżał. Zdawał się wołać na ludzi osiadłych, na plemię ludzkie;
     — O ludzie nikczemni, o rodzie występny, o plemię morderców!...
     Krzyk ten rozlegał się nad pustą okolicą i ginął W szalonym głosie wiatru, tylko na chwilę wstrzymując postęp trupojadów. Wrony z wielką rozwagą, taktem, statkiem, cierpliwością i dyplomacyą zbliżały się, przekrzywiając głowy i uważnie badając stan rzeczy. Szczególnie jedna zdradzała największy zasób energii, żądzy odznaczenia się, czy nienawiści. Było to może zresztą, poprostu namiętne odczuwanie interesów własnego dzioba i żołądka, czyli jak przywykliśmy mówić, odwagi (co «było dawniej paradoksem, ale w nowszych czasach okazało się pewnikiem»...) Przymaszerowała aż do nozdrzy zabitego konia, z których sączył się jeszcze sopel krwi skrzepłej, okrytej błoną rudawą. Bystre i przenikliwe jej oczy dojrzały, co należy. Wtedy bez namysłu skoczyła na głowę zabitej szkapy, podniosła łeb do góry, rozkraczyła nogi, jak drwal, zabierający się do rąbania, nakierowała dziób prostopadle i, jak żelaznym kilofem palnęła nim martwe oko trupa. Za przykładem śmiałej wrony ruszyły się jej towarzyszki. Ta preparowała żebro, inna szczypała nogę, jeszcze inna rozrabiała ranę w czaszce. Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta — (należy jej się tytuł «tej miary»), co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania.
     Nim wszakże skosztowała warcholskięgo mózgu i zdążyła osiągnąć t. zw. tytuł do sławy, spłoszył ją nowy przybysz, co zbliżał się niepostrzeżenie, chyłkiem, podobny do dużej, szarej bestyi. Nie był to wcale poetyczny szakal, lecz człowiek ubogi, chłop z wioski najbliższej. Na działku, który odtąd miał do niego należeć na zawsze, znalazły się trupy — szedł tedy zabrać je stamtąd.
     Bał się srodze Moskali, to też prawie pełzał na czworakach. Paliła go żądza poucinania rzemieni i podniecała słodka nadzieja znalezienia jeszcze, pomimo lustracyi żołnierskiej, żelastwa, postronków i odzieży na trupie. Stanąwszy wreszcie nad zwłokami Winrycha, począł kiwać głową i wzdychać — potem ukląkł na ziemi, zdjął kaszkiet, przeżegnał się i zmówił głośno pacierz.
     Wyrzekłszy ostatnie amen, już z błyskiem pożądliwości w oczach, rzucił się przedewszystkiem do kieszeni i zanadrza i począł szukać trzosa. Nic tam już nie znalazł. Obdarł tedy trupa z sukmany, szmat zgrzebnych, zzuł mu buty, zabrał nawet zbłocone onuczki, owinął tymi łachmanami część broni i szybko się oddalił. Po upływie godziny wrócił, aby zabrać resztę zdobyczy. Około południa przyprowadził parę koni i wyprzągł konia kalekę. Obejrzawszy jak najstaranniej jego przetrąconą nogę, przyszedł do wniosku, że jest zepsuta zupełnie. Trzeba było szkapę na nic niezdatną udusić. Założył jej też, nie zwlekając, linkę na kark, przywiązał ją do wagi od orczyków, wlokącej się za parą jego koni, plunął w garść i popędził je, tnąc z całej mocy. Konie nagle szarpnęły, pętlica zdusiła gardziel skazańca i zwaliła go na ziemię. Za chwilę jednak moriturus zerwał się i pobiegł cwałem za ciągnącą go parą, stąpając ostrym szpicem nagiej piszczeli po błocie i po kamieniach.
     Chłop spojrzał i aż zakrył sobie oczy z obrzydzenia. Zaraz odwiązał linkę i dał pokój egzekucyi. Zaprzągł konie do wozu i odjechał. Po południu zjawił się z kozikiem i zdjął skórę z konia, zastrzelonego przez ułanów. Została tylko do usunięcia skóra na koniu jeszcze żywym. Chłopowina medytował, roztrząsał sprawę i rozpatrywał ją z rozmaitych punktów. Mógłby zdechlaka zarznąć kozikiem i załatwić całą rzecz za jednym zamachem, ale nie chciało mu się «paprać» moralnie i fizycznie. Z drugiej strony — bał się nie na żarty, aby ktoś w nocy nie zakradł się cichaczem, nie zatłukł szkapy i skóry z niej nie ściągnął. Koniec końców, tknięty jakimś skrupułem, rzekł do leżącej:
     — Ej — a dychaj se tu... I tak na jutro na rano kopyta wyciągniesz. Spracowałem się! Pan Jezus miłosierny pobłogosławił mnie grzesznemu...
     Na uboczu, względnie do tego kierunku, w jakim zdążał Winrych, były w równem polu doły kartoflane. Ponieważ okazało się, że grunt przepuszczał wodę do wnętrza tych dworskich piwnic zimowych, więc przeniesiono je w inne miejsce, a jamy owe chwastem zarosły. Krzaki berberysu zagaiły ich dno i ściany. Belki ocembrowania pozapadały się wraz z bryłami gliny, tworząc lochy i katakumby, pełne teraz wodnistego błota. Do jednej z tych dziur zaciągnął włościanin nad wieczorem trupa powstańca i zwłoki konia, obdartego ze skóry. Zepchnął je pospołu do jednego lochu, uwikłał żerdzią między dylami i zielskiem i narzucił z wierzchu trochę gliny, aby tego żeru wrony nie wytropiły.
     Tak bez wiedzy i woli zemściwszy się za tylowieczne niewolnictwo, za szerzenie ciemnoty, za wyzysk, za hańbę i za cierpienie ludu, szedł ku domowi z odkrytą głową i z modlitwą na ustach. Dziwnie rzewna radość zstępowała do jego duszy i ubierała mu cały widnokrąg, cały zakres umysłowego objęcia, całą ziemię barwami cudnie pięknemi. Głęboko, prawdziwie, z całej duszy wielbił Boga za to, że w bezgranicznem miłosierdziu swojem zesłał mu tyle żelastwa i rzemienia...
     Nagle w śmiertelnej ciszy jesiennego zmroku przeleciało nad ziemią rozpaczliwe końskie rżenie. Chłop się zatrzymał, i nakrywszy oczy dłonią od blasku, patrzał pod zachód słońca.
     Na tle zorzy liliowej widać było konia, wspartego na przednich nogach. Miotał łbem, wykręcał go w stronę grobu Winrycha i rżał.
     Trzepały się nad tym żywym trupem, wzlatywały, spadały i krążyły wron całe gromady. Zorza szybko gasła. Z za świata szła noc, rozpacz i śmierć.

    Źródło:

    https://pl.wikisource.org/wiki/Rozdziobi%C4%85_nas_kruki,_wrony

    Wojna w dwudziestoleciu międzywojennym

    Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Część pierwsza — Szklane domy, fragm.

    Miasto Baku znalazło się w położeniu fatalnym. Bronione przez artylerię angielską, która silnie i umiejętnie ufortyfikowała się na wzgórzach, i przez pułki ormiańskie, które teraz nic nie miały do stracenia, skoro jeszcze Gruzini pociągnęli do domu, znalazło się pod ogniem artylerii tureckiej. Na mocy układu zawartego przez dowódcę Szaumianca z Anglikami miasto Baku miało wystawić coś w rodzaju wojska czy pospolitego ruszenia w sile co najmniej sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Poczęto tedy pędzić do okopów, cokolwiek w mieście i okolicy nosiło spodnie, od niedorosłych młokosów do starców zgrzybiałych. Mimo to nie zdołano wystawić więcej ponad trzydzieści — czterdzieści tysięcy ludzi, nie przygotowanych i nie przydatnych do wojny. Nadto nie zdołano wykarmić tej ormiańskiej armii, złożonej z najrozmaitszych żywiołów krzątających się około nafty bakińskiej. Waliły się od tureckich pocisków nie tylko domy Ormian, bogaczów, przemysłowców, kapitalistów, lecz i kruche domostwa tatarskie. Ulice były zarzucone rumowiskiem. Nikt z mieszkańców nie przebywał nad poziomem, lecz chronił głowę w piwnicy. Czarne miasto naftowe stało się podwójnie czarnym: od dymu i kurzawy wojennej.

    Życie Cezarego Baryki upływało podczas bombardowania Baku w warunkach opłakanych. Po upadku pierwiastkowej rewolucji wypędzony został z izby, którą mu na mieszkanie przeznaczono. Dom, w którym niegdyś mieszkali rodzice, runął właśnie pod pociskami tureckimi. Jednak w piwnicy, która niegdyś zawierała skarb rodzicielski, Cezary znalazł kryjówkę dla siebie i kilku współtowarzyszów. Przeżywał czasy głodu. Chadzał półnagi, brudny, obrośnięty kłakami, nie wiedząc dnia ani godziny, kiedy go niewiadomy pocisk porazi. Od świtu do nocy tudzież w nocy czyhał na sposobność zdobycia jakiego takiego pożywienia, sposobem niewiele mającym wspólnego z prawem normalnego kupna albo uspołecznioną wymianą jakichkolwiek walorów.

    Patrzył na rzeczy fenomenalne, gdyż Tatarzy i Ormianie nie próżnowali w tym czasie, zagryzając się wzajem na śmierć i mordując, gdzie się tylko zdarzyło. Okazało się naocznie, że nie tylko rewolucjoniści, lecz i wszyscy inni mają w sobie żyłkę do rzezi. Cezary nie wiedział, kim właściwie jest i gdzie jest jego miejsce w tych zatargach. Nie mógł stać po stronie Ormian ani Tatarów, ani Turków, ani Anglików, ani Rosjan, którzy tu niegdyś władali, a później obalili swą władzę przynosząc hasła rewolucji. Rewolucja jednak upadła i nie było o niej mowy w ogniu dwu frontów rozjuszonych. Natura, Ogień, Religia, Ziemia, InteresJedyną rzeczywistością realną i niezmienną został znowu, jak przed nieprzeliczonymi wiekami, gaz, pałający węglowodór[83], którego pochwycenie odpokutował ongi Prometeusz przybiciem rąk do skał Kaukazu. Nie z taką już pogardą, jak niegdyś, Cezary Baryka myślał teraz o świątyni ognia między kopalniami nafty Barachan i Surachan, gdzie niegdyś wyznawcy Zoroastra czcili tę wieczystą moc niszczyciela. Nic innego przecie, tylko tajemne nagromadzenie skalnego oleju[87] we wnętrzu ziemi zegnało w to miejsce tyle nacji wszelakich i rozmaitych, a tak je między sobą skłóciło. Komuż było oddać pierwszeństwo, a choćby słuszność w wyścigu do najobfitszego, samorodnego źródła? Zaiste — nie było komu.

    Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Część druga — Nawłoć, fragm.

    Wybuchła wojna z bolszewikami. Cezary wstąpił do wojska, jak wszyscy jego koledzy z fakultetu. Nie pałał ci on entuzjazmem do wojaczki, ani myślowo i przekonaniowo pragnął wojować z Sowietami, ale musiał iść w obawie niesławy. Ów snobizm wojenny silniejszy był niż przekonania i sympatia dla tamtej strony. [...]

    Cezary Baryka niemało się nachodził w tej narodowej wojnie. Wykonywał wraz z kolegami z oddziału wściekłe marsze i wypady, obroty i zasadzki, to znowu wiał przed siłą przemożną. Zdarzało mu się iść w sam środek nieprzyjaciół, uczestniczyć w brawurowym przedsięwzięciu generała Sikorskiego, jak pchnięcie bagnetu rozpruwającym front bolszewicki. Zdarzało mu się maszerować dniami i nocami, naprzód, wciąż na wschód za wrogiem uciekającym. Przesunęły mu się przed oczyma niezliczone wsie i miasteczka, lasy i pola. Przebrnął rozlewne rzeki wśród łęgów. Ojcowskich szklanych domów nigdzie a nigdzie nie było. Z wolna przestał o nich myśleć. Nie myślał także o ideologii najeźdźców ze wschodu. Nie widać jej było w ruinie, w zniszczeniu, tratowaniu, w śladach rabunków, rzezi i gwałtów.

    Wróg śmiertelny ludzi ubogich szedł przed nim wszystkimi drogami na wschód — niszczyciel i rabuś. Gdzie były żelazne mosty, wisiały poprzetrącane ich gnaty — gdzie były mosty drewniane, sterczały osmalone pale. Gdzie były wsie, stały porozwalane pustki. Gdzie cokolwiek pięknego, wzniosłego przeszłość zostawiła potomnym na tej ziemi ubogiej, widniała kupa gruzów. Jakże tu było doczytać się w tym piśmie najeźdźców ze wschodu idei głoszonych przez mówców wiecowych? Nadto sama wojna, jako przedsięwzięcie gromadne, jako dzieło kunsztowne a nowe i nieznane, zajęła go, a raczej przytłoczyła. Baryka nie myślał teraz, o co walczy i z kim, gdzie jest i dokąd dąży. Maszerował według rozkazu, nocował, jadł, spał, zrywał się na nogi, stał na warcie albo chytrze podkradał się pod placówki. [...]

    W kompanii zaprzyjaźnił się specjalnie z pewnym młodzieńcem, również studentem Warszawskiego Uniwersytetu a obecnie tęgim żołnierzem, imieniem Hipolit, nazwiskiem Wielosławski. W pewnej przygodzie w okolicach Łysowa pod Łosicami Cezary wyratował tego Wielosławskiego z opresji. W potyczce Wielosławski wpadł między bolszewików, został poźgany bagnetami, potłuczony kolbami i porzucony w lesie zwanym Rogacz. Cezary nie znalazłszy go w kompanii wrócił się co tchu do lasu, wyszukał kolegę, wziął go na ramię i odniósł między swoich.

    Źródło:

    https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/przedwiosnie.html

    Wojna we współczesności

    Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat,

    Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat,.

    Różewicz, Lament, 1947

    Podmiot „Lamentu” mówi jako człowiek młody metrykalnie, lecz przedwcześnie pozbawiony niewinności przez doświadczenie wojny. Zwróć uwagę na zestawienie młodego ciała z pamięcią przemocy i śmierci.

    Zwracam się do was kapłani

    nauczyciele sędziowie artyści

    szewcy lekarze referenci

    i do ciebie mój ojcze

    Wysłuchajcie mnie.

    Nie jestem młody

    niech was smukłość mego ciała

    nie zwodzi

    ani tkliwa biel szyi

    ani jasność otwartego czoła

    ani puch nad słodką wargą

    ni śmiech cherubiński

    ni krok elastyczny

    Nie jestem młody

    niech was moja niewinność

    nie wzrusza

    ani moja czystość

    ani moja słabość

    kruchość i prostota

    mam lat dwadzieścia

    jestem mordercą

    jestem narzędziem

    tak ślepym jak miecz

    w dłoni kata

    zamordowałem człowieka

    i czerwonymi palcami

    gładziłem białe piersi kobiet.

    Okaleczony nie widziałem

    ani nieba ani róży

    ptaka gniazda drzewa

    świętego Franciszka

    Achillesa i Hektora

    Przez sześć lat

    buchał w nozdrza opar krwi

    Nie wierzę w przemianę wody w wino

    nie wierzę w grzechów odpuszczenie

    nie wierzę w ciała zmartwychwstanie

    Motyw wojny zostaje ukazany poprzez jej trwały wpływ na psychikę i system wartości. Wojna odbiera możliwość prostego powrotu do dawnej niewinności, wiary i kulturowych wzorców, dlatego jej skutki trwają również po zakończeniu walk.

    Źródło: Tadeusz Różewicz, „Lament”, [w:] tegoż, „Niepokój”, Kraków 1947, s. 7–8.

    Kazimierz Wierzyński, Muzy, 1951, 

    Nie przekroczę tej nocy,

    Ciemność jest twarda

    I zegar zmęczony i senny.

    Zapalcie u progu

    Zorzę pomocy,

    Świecznik dziewięcioramienny.

    Nie przekroczę tych zwłok,

    Nie przejdę tych ruin,

    Przed którymi tu stoję

    I cofam się wciąż przerażony.

    Waszego światła mi trzeba,

    Chórów, liry i nieba,

    Anioły moje

    I dziwożony.

    Nie pomogły mi znaki tajemne,

    Nie pomogli ziemscy prorocy

    Ani długie nocne godziny:

    Silniejsza jest śmierć i gruzy.

    Za wami się błąkam tej nocy,

    U Wag i Plejad szukam pomocy,

    Córki Jowisza i Mnemozyny,

    Panny moje, Muzy.

    Wyprowadźcie mnie stąd, lutnistę

    Ciemnego czasu i losu,

    Wyprowadźcie ze zbrodni i zdrad.

    Waszych chcę dotknąć włosów

    I waszej skrzydlatej głowy,

    Wasze światło jest czyste,

    Wasza prawda prawdziwa,

    Wasze sny rzeczywiste

    I poza zgubą Jedyny zaiste

    Jest Orfeuszowy Świat.

    z tomu Korzec maku, 1951

    Źródło:

    Stanisław Rosiek, Zbigniew Majchrowski, Między tekstami. Język polski. Część 5 Wiek XX. Współczesność, Gdańsk 2005 r., s.219

    Staff, Podwaliny, 1954

    Budowałem na piasku

    I zwaliło się.

    Budowałem na skale

    I zwaliło się.

    Teraz budując zacznę

    Od dymu z komina.

    Tadeusz Trepkowski, Nie!, 1952,

    http://www.postermuseum.pl/gfx/plakat/_thumbs/pl/defaultstronaopisowa/404/29/1/123,mXR5oa6vrGuYqcOKaaQ.jpg

    http://www.moma.org/collection/works/7792

    O Tadeuszu Trepkowskim: http://culture.pl/pl/tworca/tadeusz-trepkowski

    Miron Białoszewski Pamiętnik z powstania warszawskiego

    Wpadliśmy po pachnących betonem, cegłami i niewykończeniem schodach do głębokich piwnic z grubymi murami. Od tej pory, od tego wejścia tam zaczęła się nowa, potwornie długa historia wspólnego życia na tle możliwości śmierci. Co pamiętam? I dużo, i nie tak dużo. Mogę coś pomylić w kolejności, w jakiejś dacie.

    Ta groza. Dzienna. Samoloty przylatywały. Czyli zniżały się nad dachy. I wtedy, jak już było słychać, że są… drrrrr… i zlatują nad nasze dachy, to wiadomo było, że i bomby. I zaraz od tego świdrowania z góry na dół samolotowego odłączało się wycie bomby; chwilę się czekało, ale króciutką. Ta chwila to było samo trafienie. A dalej huk, czyli wybuch. I dalej – łomot, trzask, rozsypywanie się czegoś, czyli skutki trafienia.

    To był dzień. A w nocy. Leżymy. Potokiem. Potokami. Piwnicami. I nagle:

    trzszach… trzszach… trzszach… tszach… tszach… tszach…

    Podmuchy, ogień i rwanie murami – po sześć razy, przeważnie.

    Ale jak te mury chodziły… raz patrzę – a one chodzą chyba na metr w tę i w tę…i w tę… i w tę… rozlatujemy się?!... niee – pohuśtały się… trochę mniej, coraz mniej, i ustawiły… tak jak stały. Przecierałem oczy ze zdumienia.

    I znów:

    wh…sz…wh rzsz…wh…sz – ognie, podmuchy, latające mury.

    O, nie. Noce od 12 sierpnia nie były dobre.

    Zaczęło się źle. To nie to, że dopiero wtedy. (Bo ileś razy zaczynało się źle.) Ale samopoczucie. Osaczenia. Tym razem narastające do niemożliwości. Oczywiście przyzwyczajenie, opanowanie, coraz większy sposób na sposób.

    – Zdrowaś, Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą…

    I odmawianie. To mało. Śpiewanie. To dopiero.

    Pod Twoją obronę

    uciekamy się…

    Nagle głośniej, bomby i

    Najświętsze Serce Jezusa,

    zmiłuj się nad nami

    Walenie, latają ściany.

    – I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…

    Ta rzeczywistość – marniuchno – dymi – oczy wciąż trzeba wtykać w kołnierzyk – albo zatykać rękami – pył, gruzik, siwo, czerwono, sucho i gorąco w nosie, w zębach i na języku, oddychanie tym, upał, wszystko gryzie, pocenie się – –

    Coś się wali – –

    – Pocieszycielko nasza

    Niepokój się zaczął, to trzeba było spokoju. Śpiewanie. Błaganie. Stanie. Już bez ciskań się. Różańce. Zacierki. Jedzenie pod framugą. Bo się brało ze sobą. Jak zasypie, to co? Trudno. Chyba że jak dużo. To się odtego, łyżką. I się je.

    (Miron Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Warszawa 1970)

    Zofia Nałkowska, Dzienniki Czasu Wojny Fragmenty

    Jelemec, 15 IX 39. Piątek.

    Cały ten dzień przedwczorajszy wędrowaliśmy polnymi drogami, kryliśmy się w bruzdach i cienistych rowach łąkowych pod krzakami olchowymi. Chcieliśmy dojść jak najdalej, nie unikając jak dotąd światła dnia, zrobiliśmy wiele kilometrów. W chatach nie dostawaliśmy już nic prócz wody, którą nawet ja piłam ze wspólnych kubków i brudnych, wystawionych kolo studni wiader. Takie zmęczenie. Wśród tych pól, łąk i gajów nigdy nie jesteśmy sami. Inni też unikają szos, wędrują miedzami, rowami, zapomnianymi ścieżynami. Nieprzejrzane zastępy uchodźców, zgłodniałych i zmęczonych, spływają się w tych stronach, jak strumyki do rzeki. Wszyscy coraz większą masą dążą do Łukowa. Między ludźmi różnego typu

     - z tobołkami biedaków, z teczkami inteligentów

    i urzędników, z walizeczkami i pledami - w chusteczkach, kapeluszach, wszelkich beretach i czapkach, w pantoflach zwykłych, tenisowych, nawet porannych, w butach narciarskich, boso - powtarza się wciąż typ ludzi prostych, mocnych, niecierpliwych, którzy szukają miejsc, by się zaciągnąć do wojska, których już tu i tam nie wzięto. I oni są głodni, i oni już zszarzali i wychudli od tej głupiej wędrówki, i oni są już źli i mówią złe słowa. Rozmowa nad tym rowem, pod olszynkami, gdzie swoi i nieznajomi, zbliżaliśmy się we wspólnym przeczekiwaniu nalotów. Minęliśmy jakieś urocze mokradła, przez które z trudnością daje się przepychać wózek

     dziecinny, znowu nieduże laski, wyszliśmy na złą piaszczystą drogę, pełną ludzi, jak ulica miasta. Jakaś pani dystyngowana, prowadząca za rękę dziewczynkę, jacyś panowie pełni wątpliwości. Pośród pieszych na trzech furmankach przejeżdża trochę wojskowych, nie lepiej od nas wyglądających. Po raz pierwszy widzę uchodźców Żydów. Idą grupami, niezmieszani z innymi. Po raz pierwszy widzę też grupy ludzi wracających. Wracających po prostu do Warszawy. Przystaje jedna z furmanek, na skrzyni, oznaczonej czerwonym krzyżem, siedzi drobny oficer, może doktor, i ktoś cywilny. Podchodzę do nich i pytam o wiadomości. Nic nie wiedział, jak my, mówił stare, pokrzepiające rzeczy na użytek

    innych. Za nim przetoczył się na obdartej bryczuszce starawy oficer z żoną i tobołkiem. Kopie się to wszystko przez piasek ohydnej drogi, przystaje, pyta, znów rusza dalej. Bez gazet, bez radia, bez żadnych wiadomości wszystko wlecze się już nie wiadomo gdzie, spływa do tego Łukowa, jak na ślepe dno leja. Chaty pełne są ludzi, wszędzie wszystko

    zjedzone, nigdzie nie chcą nas przyjąć. O zmierzchu siedzimy beznadziejnie na jakimś zagonie przy drodze, każdy przy swoim tobołku, bardzo smutni, nie wiedząc, co zrobić z nocą, która jest zimna i mglista. Pan S. poszedł jeszcze coś próbować i wraca z niczym. [...] - Wtedy wstałam i ja, poszłam przez pole do najbliższej chaty, gdzie podobno już odmówiono, i spytawszy o miejsce, uzyskałam je od razu. [...] - Tutaj dopiero - z mapy, z radia, ze słów przechodzących ludzi i uciekających żołnierzy, zaczynamy rozumieć, co się w ciągu tych kilku dni stało, jaki jest los nas wszystkich. To jest nowy typ wojny, dotąd nieznany, na który nie ma dotąd wypracowanych metod obrony. - Ataki lotnicze przenikają daleko w głąb kraju, w jego miejsca nieprzewidziane, nieoczekiwane. Wszędzie już pozrywane druty i tory, nie ma łączności ani porozumienia, nie tylko cywilni ludzie, ale żołnierze i oficerowie - nikt nic nie wie. Detonacje słychać z różnych stron kraju, w różnych stronach widać na horyzoncie pożary - stąd powstają wieści, że są już tu albo tam, gdy właśnie są gdzie indziej, stąd niepewność wszelkich dróg, wszelkich kierunków, stąd ustawiczna zmiana celów. Klęska jest niewątpliwa i niezmierna, i niezmierny jest jej zasięg, zupełna rozsypka ludności i wojska. Nie ma frontu i nie ma tyłów, zewsząd jest niebezpieczeństwo, nie ma gdzie iść, bo to, co jest tu, jest wszędzie.

    Dzienniki czasu wojny, 1939-1945, fragmenty

    Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem fragm.

    Bibliografia: Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem fragm..

    Okińczyc Epitafium, 1981

    http://www.kultura.malopolska.pl/record/-/record/aggregated103079;jsessionid=527749D2277C686979ED5A27A26F1A52?accessibility=false

    Okińczyc: http://culture.pl/pl/tworca/andrzej-okinczyc

    Wróblewski, Rozstrzeliwanie zakładników

    http://culture.pl/pl/dzielo/rozstrzelania

    Marian Nowinski, Don Kichote. Cervantes. Teatr Jednego Znaku. Warszawa, 1986,

    http://www.theartofposter.com/poster.asp?id=4178

    Ryszard Kapuściński, Buty

    Bibliografia: Ryszard Kapuściński, Buty.

    Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa

    Bibliografia: Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa.

Strona 2 z 2