Motyw wiary i religii dotyczy relacji człowieka z Bogiem, sacrum, zwątpieniem, buntem i potrzebą sensu. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

Wiara, religia w języku polskim

Definicja wiary

przeświadczenie, przekonanie, pewność, że coś jest prawdą, że coś jest słuszne; ufność, że coś się spełni, wierzenie w coś;

przeświadczenie o prawdziwości dogmatycznych twierdzeń oparte na uznawaniu ich za objawione przez Boga;

religia, wyznanie; obrządek;

wierność w stosunku do kogoś; rzetelność, słowność, wiarygodność;

 Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

credo, kult, opium dla ludu, religia, teizm, wierzenia, wyznanie; przekonanie, przeświadczenie; ufność, zaufanie

Słownictwo powiązane z wiarą:

Bóg, bogowie, monoteizm, politeizm,kapłan, wierzący, kościół, grzech, potępienie, zbawienie, pokuta, kara za grzechy, życie wieczne, zmartwychwstanie, nirwana, reinkarnacja,

Związki frazeologiczne:

dochować komuś wiary; odsądzać kogoś, coś od czci i wiary; ktoś bez czci i wiary; akt wiary, wyznanie wiary, zła wiara, dobra wiara, wiara w siebie, wiara w człowieka, człowiek małej wiary, nie do wiary, dać czemuś/komuś wiarę, brać/przyjąć coś na wiarę, stara wiara,

Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

Przysłowia

Szczęście innych ludzi zachwyca dlatego, że w nie wierzymy.

Nie wierz nigdy dziewucho, coć chłop szepce na ucho.

Ani w Boga wierzy, ani się diabła boi.

Aforyzmy

Łatwo przychodzi wiara w to, czego się pragnie. Owidiusz

Wiara jest pewnością, że Bóg troszczy się o rzeczy najmniejsze. Soren Kikegaard

Wiara i zwątpienie zależą od siebie: warunkują się wzajemnie jak wdech i wydech. Hermann Hesse

Wiara bywa doświadczana milczeniem Boga. Stefan Wyszyński

Wiara, religia w antyku

;.

Biblia. Księga Rodzaju. DZIEJE POCZĄTKÓW ŚWIATA I LUDZKOŚCI. Świat stworzony przez Boga

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy.
A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!» Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi.
A potem Bóg rzekł: «Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha!» A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem. Bóg widząc, że były dobre, rzekł: «Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona». I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień trzeci.
A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią». I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień czwarty.
Potem Bóg rzekł: «Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba!» Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: «Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi».
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień piąty.
Potem Bóg rzekł: «Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów!» I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich zwierząt pełzających po ziemi. I widział Bóg, że były dobre. A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,
na obraz Boży go stworzył:
stworzył mężczyznę i niewiastę.
Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień szósty.

Jan Parandowski, Mitologia. NARODZINY ŚWIATA

Na początku był Chaos. Któż zdoła powiedzieć dokładnie, co to był Chaos? Niejedni widzieli w nim jakąś istotę boską, ale bez określonego kształtu. Inni — a takich było więcej — mówili, że to wielka otchłań, pełna siły twórczej i boskich nasieni, jakby jedna masa nie uporządkowana, ciężka i ciemna, mieszanina ziemi, wody, ognia i powietrza. Z tej napełnionej otchłani, kryjącej w sobie wszystkie zarodki przyszłego świata, wyłoniły się dwa potężne bóstwa, pierwsza królewska para bogów. Uranos — Niebo i Gaja — Ziemia. Oni dali początek wielu pokoleniom bogów.

[...]

Razem z bogami rodził się świat. Nad ziemią, która jako ląd stały wydobyła się z chaosu, świeciło młode słońce, a z chmur spadały deszcze obfite. Podniosły się pierwsze lasy i ziemię przykryła wielka, szumiąca puszcza. Po nieznanych wzgórzach błądziły rzadkie zwierzęta. Z wolna rzeczy zaczęły przybierać znajome kształty. Źródła znalazły swe groty, a
jeziora wygodne kotliny; góry śnieżnym grzebieniem zarysowały się na jasnym niebie. Gwiazdy lśniły w ciemnych przestworzach nocy, a kiedy one bladły, ptaki wydzwaniały jutrzence swą pierwszą pieśń powitalną.

[...]

Kiedy Dzeus osiadł tron niebieski, ludzie już byli na ziemi i przed ich zatrwożonymi oczyma rozgrywały się walki bogów o panowanie nad światem. O powstaniu rodu ludzkiego różne były podania: że wyszedł wprost z ziemi, wspólnej macierzy wszystkiego, co żyje; że lasy i góry wydały ludzi na podobieństwo drzew i skał; że ludzie pochodzą od bogów — tego mniemania byli zwłaszcza królowie i szlachta. Najchętniej jednak przyjmowano baśń o czterech wiekach ludzkości.

[...]

Inne podania głosiły, że człowiek jest tworem jednego z tytanów — Prometeusza, który ulepił go z gliny pomieszanej ze łzami. Duszę zaś dał mu z ognia niebieskiego, którego parę iskier ukradł z rydwanu słońca.
Niedaleko miasta Panopeus pokazywano chatę z cegieł, gdzie Prometeusz ongi dokonywał swej pracy. Dokoła leżały odłamki gliniastej ziemi, a szedł z nich zapach jakby ciała ludzkiego. Były to bowiem resztki niezużytego materiału. Dziś jeszcze czerwona ziemia beocka przypomina baśń o stworzycielu rodu ludzkiego.

Człowiek Prometeusza był słaby i nagi. [...] Widząc to, Prometeusz ponownie zakradł się do wielkiego spichlerza ognia niebieskiego i przyniósł na ziemię pierwsze zarzewie. W siedzibach ludzkich zapłonęły jasne ogniska, ogrzewając mieszkańców i płosząc drapieżne bestie. Mądry tytan uczył ludzi umiejętnego używania ognia, sztuk i rzemiosł.

Nie podobało się to Dzeusowi. Mając w pamięci niedawną walkę z gigantami, obawiał się wszystkiego, co pochodzi z ziemi. Kazał wtedy Hefajstosowi, z bogów najbieglejszemu we wszystkich kunsztach, stworzyć kobietę cudnej urody, na wzór bogiń nieśmiertelnych.

Wiara, religia w średniowieczu

Do rzeczy! Mapa mentalna ze średniowiecza.

LEGENDA O ŚW. ALEKSYM

Ach krolu wieliki nasz,

Coż ci dzieją Maszyjasz,

Przydaj rozumu k mej rzeczy,

Me sierce bostwem obleczy,

Raczy mię mych grzechow pozbawić,

Bych mogł o twych świętych prawić:

Żywot jednego świętego,

Coż miłował Boga swego.

Cztę w jednych księgach o nim;

Kto chce słuchać, ja powiem.

W Rzymie jedno panie było,

Coż Bogu rado służyło, [...]

Eufamijan jemu dziano,

Wielkiemu temu panu.

A żenie jego dziano Aglijas;

Ta była ubostwu w czas.

Był wysokiego rodu,

Nie miał po sobie żadnego płodu,

Więcci jęli Boga prosić,

Aby je tym darował,

Aby jim jedno plemię dał;

Bog tych prośby wysłuchał.

A gdy się mu syn narodził,

Ten się w lepsze przygodził:

Więcci mu zdziano Aleksy,

Ten był oćca barzo lepszy.

Ten więc służył Bogu rad.

Iże był star dwadzieścia, k temu cztyrzy lata,

Więc k niemu rzekł ociec słowa ta:

Miły synu! Każę tobie,

Pojimże jekąć żonę sobie;

Ktorej jedno będziesz chcieć,

Ślubię tobie, tę masz mieć. [...]

A więc mu cesarz dziewkę dał

A papież ji z nią oddał. [...]

Ktorej krolewnie Famijana dziano,

Co ją Aleksemu dano.

A żenie dziano Aglijas,

Ta była ubostwu w czas.

A gdy się z nią pokładał,

Tej nocy z nią gadał;

Wrocił zasię pirścień jej,

A rzekł tako do niej:

Ostawiam cię przy twym dziewstwie,

Wroć mi ji, gdy będziewa oba w niebieskim krolewstwie;

Jutroć się bierzę od ciebie

Służy[ć] temu, cożci jest w niebie; [...]

Nabrał sobie śrzebra, złota dosyć,

Co go mogł piechotą nosić; [...]

Rozdał swe rucho żebrakom,

Śrzebro, złoto popom, żakom.

Więc sam pod kościołem siedział,

A o jego księstwie nikt nie wiedział.

Więc to zawżdy wstawał reno,

Ano kościoł zamkniono;

Więc tu leżał podle proga,

Falę, proszę swego Boga,

Ano z wirzchu szła przygoda,

Niegdy mroz, niegdy woda. [...]

A gdyż to po nim uznali,

Wieliką mu fałę dali,

Za świętego ji trzymano,

Wiele mu prze Bog dawano. [...]

Wsiadł na morze w kogę,

Brał się do ziemie do jednej;

Do miasta Syryjej;

Tam był czuł świętego Pawła,

Tu była jego myśl padła.

Więc się wietr obrocił;

Ten-ci ji zasię nawrocił.

A gdy do Rzyma przyjał, Bogu dziękował,

Iż ji do ziemie przygnał,

A rzekąc: Już tu chcę cirzpieć,

Mękę i wszytki złe file imieć,

U mego oćca na dworze,

Gdyżeśm nie przebył za morze. [...]

Tu pod wschodem leżał

Każdy nań pomyje, złą wodę lał.

A leżał tu sześćnaćcie lat,

Wszytko cirzpial prze Bog rad;

Siodmegonaćcie lata za morzem był,

Co sobie nic czynił.

A więc gdy już umrzeć miał,

Sam sobie list napisał,

I ścisnął ji twardo w ręce

Popisawszy swoje wszytki męki,

I wszytki skutki, co je płodził,

Jako się na świat narodził.

A gdy Bogu duszę dał,

Tu się wieliki dziw stał:

Samy zwony zwoniły,

Wszytki, co w Rzymie były.

Więc się po nim pytano,

Po wszytkich domiech szukano;

Nie mogli go nigdzie najć.

A wżdy nie chcieli przestać.

Jedno młode dziecię było,

To im więc wzjawiło,

A rzekąc: Aza wy nie wiecie o tym

Kto to umarł? Jąć wam powiem:

U Eufamijanać leży,

O jimże ta fała bieży;

Pod wschodem ji najdziecie,

Acz go jedno szukać chcecie.

Więc tu papież z kardynały,

Cesarz z swymi kapłany,

Szli są k niemu z chorągwiami;

Zwony wżdy zwonili sami;

Tu więc była ludzi siła,

Silno wielka ciszczba była.

Kogokole para zaleciała

Od tego świętego ciała,

Ktory le chorobę miał

Natemieści[e] zdrow ostał;

Tu są krasne cztyrzy świece stały,

Co są więc w sobie święty ogień miały.

Chcieli mu list z ręki wziąć,

Nie mogli go mu wziąć:

Ani cesarz, ani papież,

Ani wszytko kapłaństwo takież,

I wszytek lud k temu

Nie mogł rozdrzeć nicht ręki jemu. [...]

Jedno przyszła żona jego,

A ściągła rękę do niego,

Eż jej w rękę wpadł list,

Przeto iż był jeden do drugiego czyst.

A gdy ten list oglądano,

Natenczas uznano,

Iż był syn Eufimijanow

A księdza rzymskiego cesarzow.

A gdy to ociec...

Źródło: http://literat.ug.edu.pl/poezjas/003.htm

Pełna wersja z opracowaniem: http://staropolska.pl/sredniowiecze/poezja_religijna/sw_aleksy.html

Wiara, religia w renesansie

; Do rzeczy! Mapa mentalna z renesansu.

Jan Kochanowski Treny

TREN IV

Zgwałciłaś, niepobożna Śmierci, oczy moje,

Żem widział umierając miłe dziecię swoje!

Widziałem, kiedyś trzęsła owoc niedordzały,

A rodzicom nieszczęsnym serca się krajały.

Nigdyć by ona była bez wielkiej źałości

Mojej umrzeć nie mogła, nigdy bez ciężkości

I serdecznego bolu, w którymkolwiek lecie

Mnie by smutnego była odbiegła na świecie;

Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy,

Nigdy smutniejszy nie mógł być ani teskliwszy.

A ona, by był Bóg chciał, dłuższym wiekiem swoim

Siła pociech przymnożyć mogła oczom moim.

A przynamniej tymczasem mogłem był odprawić

Wiek swój i Persefonie ostatniej się stawić,

Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej żałości,

Której równia nie widzę w tej tu śmiertelności.

Nie dziwuję Niobie, że na martwe ciała

Swoich namilszych dziatek patrząc skamieniała.

TREN X

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?

W którą stronę, w którąś się krainę udała?

Czyś ty nad wszytki nieba wysoko wniesiona

I tam w liczbę aniołków małych policzona?

Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe

Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe

Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem

Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?

Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,

Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?

Czyli się w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała

Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?

Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,

Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła?

Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,

A nie możesz li w onej dawnej swej całości,

Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną

Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!

TREN XVII

Pańska ręka mię dotknęła,

Wszytkę mi radość odjęta:

Ledwe w sobie czuję duszę

I tę podobno dać muszę.

Lubo wstając gore jaśnie,

Lubo padnąc slońce gaśnie,

Mnie jednako serce boli,

A nigdy się nie utoli.

Oczu nigdy nie osuszę -

I tak wiecznie płakać muszę!

Muszę płakać! - O mój Boże,

Kto się przed Tobą skryć może?

Prózno morzem nie pływamy,

Prózno w bitwach nie bywamy:

Ugodzi nieszczęście wszędzie,

Choć podobieństwa nie będzie.

Wiodłem swój żywot tak skromnie,

Że ledwe kto wiedział o mnie,

A zazdrość i złe przygody

Nie miały miały mi w co dać szkody.

Lecz Pan, który gdzie tknąć, widzi,

A z przestrogi ludzkiej szydzi,

Zadał mi raz tym znaczniejszy,

Czym-em już był bezpieczniejszy.

A rozum, który w swobodzie

Umiał mówić o przygodzie,

Dziś ledwe sam wie o sobie:

Tak mię podparł w mej chorobie.

Czasem by się chciał poprawić,

A mnie ciężkiej troski zbawić,

Ale gdy siędzie na wadze,

Żalu ruszyć nie ma władze.

Prózne to ludzkie wywody,

Żeby szkodą nie zwać szkody;

A kto się w nieszczęściu śmieje,

Ja bych tak rzekł, że szaleje.

Kto zaś na płacz lekkość wkłada,

Słyszę dobrze, co powiada;

Lecz się tym żal nie hamuje,

Owszem, więtszy przystępuje.

Bo, mając zranioną duszę,

Rad i nierad płakać muszę,

Co snać nie cześć, to ku szkodzie

I zelżywość serce bodzie.

Lekarstwo to, prze Bóg żywy,

Ciężkie na umysł troskliwy!

Kto przyjaciel zdrowia mego,

Wynajdzi co wolniejszego!

A ja zatym łzy niech leję,

Bom stracił wszytkę nadzieję,

By mię rozum miał ratować;

Bóg sam mocen to hamować.

TREN XVIII

My, nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje,

W szczęśliwe czasy swoje

Rzadko Cię wspominamy,

Tylko rozkoszy zwykłych używamy.

Nie baczym, że to z Twej łaski nam płynie,

A także prędko minie,

Kiedy po nas wdzięczności

Nie uznasz, Panie, za Twe życzliwości.

Miej nas na wodzy, niech nas nie rozpycha

Doczesna rozkosz licha!

Niechaj na Cię pomniemy

Przynamniej w kaźni, gdy w łasce nie chcemy.

Ale ojcowskim nas karz obyczajem,

Boć przed Twym gniewem stajem

Tak, jako śnieg niszczeje,

Kiedy mu slońce niebieskie dogrzeje.

Zgubisz nas prędko, wiekuisty Panie,

Jesli nad nami stanie

Twa ciężka boska ręka;

Sama niełaska jest nam sroga męka.

Ale od wieku Twoja lutość słynie,

A pierwej świat zaginie,

Niż Ty wzgardzisz pokornym,

Chocia był długo przeciw Tobie spornym.

Wielkie przed Tobą są występy moje,

Lecz miłosierdzie Twoje

Przewyssza wszytki złości.

Użyj dziś, Panie, nade mną litości!

PSALM 91

Qut habitat in adiutorio Altissimi

Kto się w opiekę poda Panu swemu

A całym prawie sercem ufa Jemu,

Śmiele rzec może: "Mam obrońcę Boga,

Nie będzie u mnie straszna żadna trwoga."

Ciebie on z łowczych obierzy wyzuje

I w zaraźliwym powietrzu ratuje;

W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie,

Pod Jego pióry ulężesz biezpiecznie.

Stateczność Jego tarcz i puklerz mocny,

Za którym stojąc na żaden strach nocny,

Na żadną trwogę ani dbaj na strzały,

Którymi sieje przygoda w dzień biały.

Stąd wedla ciebie tysiąc głów polezę,

Stąd drugi tysiąc; ciebie nie dosięże

Miecz nieuchronny, a ty przedsię swymi

Oczyma ujźrzysz pomstę nad grzesznymi.

Iżeś rzekł Panu: "Tyś nadzieja moja",

Iż Bóg nawysszy jest ucieczka twoja -

Nie dostąpi cię żadna zła przygoda

Ani się najdzie w domu twoim szkoda.

Aniołom swoim każe cię pilnować,

Gdziekolwiek stąpisz, którzy cię piastować

Na ręku będą, abyś idąc drogą

Na ostry krzemień nie ugodził nogą.

Będziesz po żmijach bezpiecznie gniewliwych

I po padalcach deptał niecierpliwych;

Na lwa srogiego bez obrazy wsiędziesz

I na ogromnym smoku jeździć będziesz.

Słuchaj, co mówi Pan: "Iż mię miłuje,

A przeciwko mnie szczerze postępuje -

Ja go też także w jego każdą trwogę

Nie zapamiętam i owszem wspomogę.

Głos jego u mnie nie będzie wzgardzony,

Ja z nim w przygodzie; ode mnie obrony

Niech pewien będzie, pewien i zacności,

I lat szedziwych, i mej życzliwości!"

Źródło: http://literat.ug.edu.pl/~literat/kochan/index.htm

Opracowanie Trenów: http://staropolska.pl/renesans/jan_kochanowski/treny/treny_01.html

Wiara, religia w baroku

Do rzeczy! Mapa mentalna z baroku.

Mikołaj Sęp Szarzyński: Sonet IV O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem

Pokój - szczęśliwość, ale bojowanie
Byt nasz podniebny: on srogi ciemności
Hetman i świata łakome marności
O nasze pilno czynią zepsowanie.

Nie dosyć na tym, o nasz możny Panie,
Ten nasz dom - Ciało, dla zbiegłych lubości
Niebacznie zajżrząc duchowi zwierzchności,
Upaść na wieki żądać nie przestanie.

Cóż będę czynił w tak straszliwym boju,
Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?
Królu powszechny, prawdziwy pokoju,
Zbawienia mego jest nadzieja w tobie.

Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie
Będę wojował i wygram statecznie.

Źródło: http://staropolska.pl/barok/Sep_Szarzynski/sonety_04.html

Wiara, religia w romantyzmie

;Do rzeczy! Mapa mentalna z romantyzmu.

Adam Mickiewicz, Dziady część III

KARTA TYTUŁOWA I DEDYKACJA PIERWSZEGO WYDANIA - PARYŻ 1832

ŚWIĘTEJ PAMIĘCI

JANOWI SOBOLEWSKIEMU
CYPRIANOWI DASZKIEWICZOWI
FELIKSOWI KÓŁAKOWSKIEMU,

SPÓŁUCZNIOM, SPÓŁWIĘŹNIOM, SPÓŁWYGNAŃCOM;
ZA MIŁOŚĆ KU OJCZYŹNIE PRZEŚLADOWANYM,
Z TĘSKNOTY KU OJCZYŹNIE ZMARŁYM
W ARCHANGIELU, NA MOSKWIE, W PETERSBURGU,

NARODOWEJ SPRAWY

MĘCZENNIKOM

Poświęca AUTOR

Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena I (fragm.)

KS. LWOWICZ

Bracia, kto wie, ów więzień może jeszcze żyje;

Pan Bóg to sam wie tylko i kiedyś odkryje.

Ja, jak ksiądz, pomodlę się, i wam radzę szczerze

Zmówić za męczennika spoczynek pacierze. -

Kto wie, jaka nas wszystkich czeka jutro dola.

ADOLF

Zmówże i po Ksawerym pacierz, jeśli wola;

Wiesz, że on, nim go wzięli, w łeb sobie wystrzelił.

[...]

ŻEGOTA

Znacie bajkę Goreckiego?

A raczej prawdę?

KILKU

Jaką? Powiedz nam, kolego.

ŻEGOTA

Gdy Bóg wygnał grzesznika z rajskiego ogrodu,

Nie chciał przecie, ażeby człowiek umarł z głodu;

I rozkazał aniołom zboże przysposobić

I rozsypać ziarnami po drodze człowieka.

Przyszedł Adam, znalazł je, obejrzał z daleka

I odszedł; bo nie wiedział, co ze zbożem robić.

Aż w nocy przyszedł diabeł mądry i tak rzecze:

"Niedaremnie tu Pan Bóg rozsypał garść żyta,

Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;

Schowajmy je, nim człowiek ich wartość dociecze".

Zrobił rogiem rów w ziemi i nasypał żytem,

Naplwał i ziemią nakrył, i przybił kopytem; -

Dumny i rad, że Boże zamiary przeniknął,

Całym gardłem rozśmiał się i ryknął, i zniknął.

Aż tu wiosną, nawielkie diabła zadziwienie,

Wyrasta trawa, kwiecie, kłosy i nasienie.

O wy! co tylko na świat idziecie z północą,

Chytrość rozumem, a złość nazywacie mocą?

Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie,

Myśli Boga oszukać - oszuka sam siebie.

[...]

JANKOWSKI

A Lwowicz co? - on pacierz po umarłych mówi!

Posłuchajcie, zaśpiewam piosnkę Lwowiczowi.

(śpiewa)

Mówcie, jeśli wola czyja,

Jezus Maryja.

Nim uwierzę, że nam sprzyja

Jezus Maryja:

Niech wprzód łotrów powybija

Jezus Maryja.

Tam car jak dzika bestyja,

Jezus Maryja!

Tu Nowosilcow jak źmija,

Jezus Maryja!

Póki cała carska szyja,

Jezus Maryja,

Póki Nowosilcow pija,

Jezus Maryja,

Nie uwierzę, że nam sprzyja

Jezus Maryja.

KONRAD

Słuchaj, ty! - tych mnie imion przy kielichach wara.

Dawno nie wiem, gdzie moja podziała się wiara,

Nie mieszam się do wszystkich świętych z litaniji.

Lecz nie dozwolę bluźnić imienia Maryi.

[...]

KONRAD
(śpiewa)

Pieśń ma była już w grobie, już chłodna, -

Krew poczuła - spod ziemi wygląda -

I jak upiór powstaje krwi głodna:

I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda.

Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

Z Bogiem i choćby mimo Boga!

(Chór powtarza)

I Pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,

Naprzód braci rodaków gryźć muszę,

Komu tylko zapuszczę kły w duszę,

Ten jak ja musi zostać upiorem.

Tak? zemsta, zemsta, etc, etc,

Potem pójdziem, krew wroga wypijem,

Ciało jego rozrąbiem toporem:

Ręce, nogi goździami przybijem,

By nie powstał i nie był upiorem.

Z duszą jego do piekła iść musim,

Wszyscy razem na duszy usiędziem,

Póki z niej nieśmiertelność wydusim,

Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.

Tak! zemsta, zemsta,etc. etc.

KS. LWOWICZ

Konradzie, stój, dla Boga, to jest pieśń pogańska.

KAPRAL

Jak on okropnie patrzy,- to jest pieśń szatańska.

Źródło: http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/

Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena II (fragm.)

Ty Boże, ty naturo! dajcie posłuchanie. -

Godna to was muzyka i godne śpiewanie. -

Ja mistrz!

Ja mistrz wyciągam dłonie! [...]

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,

Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże? [...]

O Ty! o którym mówią, że czujesz na niebie.

Jam tu, jam przybył, widzisz, jaka ma potęga,

Aż tu moje skrzydło sięga.

Lecz jestem człowiek, i tam, na ziemi me ciało;

Kochałem tam, w ojczyźnie, serce me zostało, [...]

Ja kocham cały naród! - objąłem w ramiona

Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia,

Przycisnąłem tu do łona,

Jak przyjaciel, kochanek, małżonek, jak ojciec:

Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić,

Chcę nim cały świat zadziwić,

Nie mam sposobu i tu przyszedłem go dociec. [...]

Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie;

Rządzić jak Ty wszystkimi zawsze i tajemnie:

Co ja zechcę, niech wnet zgadną,

Spełnią,tym się uszczęśliwią,

A jeżeli się sprzeciwią,

Niechaj cierpią i przepadną.

Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,

Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa; -

Mówią, że Ty tak władasz!

Wiesz, żem myśli nie popsuł, mowy nie umorzył;

Jeśli mnie nad duszami równą władzę nadasz,

Ja bym mój naród jak pieśń żywą stworzył,

I większe niżli Ty zrobiłbym dziwo,

Zanuciłbym pieśń szczęśliwą!

Daj mi rząd dusz! - Tak gardzę tą martwą budową,

Którą gmin światem zowie i przywykł ją chwalić,

Żem nie próbował dotąd, czyli moje słowo

Nie mogłoby jej wnet zwalić. [...]

Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,

Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.

(Długie milczenie)

(z ironią)

Milczysz, milczysz! wiem teraz, jam Cię teraz zbadał,

Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał. -

Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością,

Ty jesteś tylko mądrością. [...]

Wyzywam Cię uroczyście. [...]

Jeśli ja będę bluźnierca,

Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan [...]

Zaklinam, daj mi władzę - jedna część jej licha, [...]

Odezwij się, - bo strzelę przeciw Twej naturze;

Jeśli jej w gruzy nie zburzę,

To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;

Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:

Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:

Krzyknę, ześ Ty nie ojcem świata, ale...

GŁOS DIABŁA

Carem!

Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena IV Sen Ewy (widzenie Ewy) - fragm.

EWA

Jużem się za ojczyznę moję pomodliła,

Jak nauczono, i za ojca, i za mamę;

Zmówmy jeszcze i za nich pacierze też same.

Choć oni tak daleko, ale to są dziatki

Jednej ojczyzny naszej, Polski, jednej matki.

Litwin, co dziś tu przybył, uciekł od Moskali;

Strach słyszeć, co tam oni z nimi wyrabiali.

Zły car kazał ich wszystkich do ciemnicy wsadzić;

I jak Herod chce całe pokolenie zgładzić.

Litwin ten bardzo ojca naszego zasmucił

Poszedł w pole i dotąd z przechadzki nie wrócił.

Mama na mszę posłała i obchód żałobny,

Bo wielu z nich umarło. - Ja pacierz osobny

Zmówię za tego, co te piosenki ogłosił;

(pokazując książkę)

I on także w więzieniu, jak nam gość donosił.

Te piosenki czytałam; niektóre są piękne -

Jeszcze pójdę, przed Matką Najświętszą uklęknę,

Pomodlę się za niego; kto wie, czy w tej chwili

Ma rodziców, żeby się za nim pomodlili.

(Marcelina odchodzi)

(Ewa modli się i usypia) [...]

WIDZENIE

Deszczyk: tak świeży, miły, cichy jak rosa,

I skąd ten deszczyk - tak czyste niebiosa,

Jasne niebiosa! -

Krople zielone, kraśne - trawki, równianki,

Róże, lilije, wianki

Obwijają mię wkoło. - Ach, jaki sen wonny,

Sen lekki, słodki - oby był dozgonny.

Różo błyszcząca, słoneczna,

Lilijo przeczysta, mleczna!

Ty nie z ziemi - tam rosłaś, nad białym obłokiem.

Narcyzie, jakim śnieżnym patrzysz na mnie okiem;

A te błękitne kwiaty pamiątek,

Jak źrenice niewiniątek -

Poznałam - kwiatki moje - sama polewałam,

W moim ogródku wczora nazbierałam,

I uwieńczyłam Matki Boskiej skronie,

Tam nad łóżkiem na obrazku.

Widzę - to Matka Boska - cudowny blasku!

Pogląda na mnie, bierze wianek w dłonie,

Podaje Jezusowi, a Jezus dziecię

Z uśmiechem rzuca na mnie kwiecie -

Jak wypiękniały kwiatki - jak ich wiele - krocie,

A wszystkie w przelocie

Szukają na powietrzu siebie,

Moje kochanki!

I same plotą się w wianki.

Jak tu mnie miło, jak w niebie;

Jak tu mnie dobrze, mój Boże; -

Niech mię na zawsze ten wianek otoczy,

Niech zasnę, umrę, patrząc w te róże,

W te białe narcyzu oczy.

Róża, ta róża żyje!

Wstąpiła w nią dusza,

Główką lekko rusza,

Jaki ogień z niej bije.

To rumieniec żyjący - jak zorzy wniście.

Śmieje się, jak na uśmiech rozwija liście,

Roztula między liściem dwoje ust z koralu,

Mówi, coś mówi - jak cicho, jak skromnie.

Co ty, różo, szepcesz do mnie?

Zbyt cicho, smutnie - czy to głos żalu?

Skarżysz się, żeś wyjęta z rodzinnej trawki?

Nie wzięłam ciebie dla mojej zabawki,

Jam tobą skronie Matki Najświętszej wieńczyła,

Jam po spowiedzi wczora łzami cię poiła;

A z twoich ust koralu

Wylatują promieniem

Iskierka po iskierce -

Czy taka światłość jest twoim pieniem?

Czego chcesz, różo miła?

RÓŻĄ

Weź mnie na serce.

ANIOŁOWIE

Rozwiążmy, rozplećmy anielski wianek.

RÓŻA

Odwijam me skrzydła, wyplatam czoło.

ANIOŁOWIE

My w niebo do domu lećmy wesoło.

RÓŻA

Ja będę ją bawił, nim błyśnie ranek,

Na sennym jej sercu złożę me skronie:

Jak święty apostoł, Pański kochanek,

Na boskim Chrystusa spoczywał łonie.

Adam Mickiewicz, Dziady część III, scena IV

Adam Mickiewicz, Dziady część III, Scena V Widzenie księdza Piotra (fragm.)

WIDZENIE

Tyran wstał - Herod! - Panie, cała Polska młoda

Wydana w ręce Heroda.

Co widzę? - długie, białe, dróg krzyżowych biegi,

Drogi długie - nie dojrzeć - przez puszcze, przez śniegi

Wszystkie na północ! - tam, tam w kraj daleki,

Płyną jak rzeki.

Płyną: ta droga prosto do żelaznej bramy.

Tamta jak strumień wpadła pod skałę, w te jamy,

A tamtej ujście w morzu. - Patrz! po drogach leci

Tłum wozów - jako chmury wiatrami pędzone,

Wszystkie tam w jednę stronę.

Ach, Panie! to nasze dzieci,

Tam na północ - Panie, Panie!

Takiż to los ich - wygnanie!

I dasz ich wszystkich wygubić za młodu,

I pokolenie nasze zatracisz do końca? -

Patrz! - ha! - to dziecię uszło - rośnie - to obrońca!

Wskrzesiciel narodu,

Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,

A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

Panie! czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć?

Lud mój pocieszyć? -

Nie! lud wycierpi. - Widzę ten motłoch - tyrany,

Zbójce - biegą - porwali - mój Naród związany

Cała Europa wlecze, nad nim się urąga -

"Na trybunał!" - Tam zgraja niewinnego wciąga.

Na trybunale gęby, bez serc, bez rąk; sędzie -

To jego sędzie!

Krzyczą: "Gal,Gal sądzić będzie!"

Gal w nim winy nie znalazł i - umywa ręce,

A króle krzyczą: "Potęp i wydaj go męce;

Krew jego spadnie na nas i na syny nasze;

Krzyżuj syna Maryi, wypuść Barabasze:

Ukrzyżuj, - on cesarza koronę znieważa,

Ukrzyżuj, - bo powiemy, żeś ty wróg cesarza".

Gal wydał - już porwali - już niewinne skronie

Zakrwawione, w szyderskiej, cierniowej koronie,

Podnieśli przed świat cały - i ludy się zbiegły;

Gal krzyczy:"Oto naród wolny, niepOdległy!"

Ach, Panie, już widzę krzyż - ach, jak długo, długo

Musi go nosić - Panie, zlituj się nad sługą.

Daj mu siły, bo w drodze upadnie i skona -

Krzyż ma długie, na całą Europę ramiona,

Z trzech wyschłych ludów, jak z trzech twardych drzew ukuty. -

Już wleką; już mój Naród na tronie pokuty -

Rzekł: "Pragnę" - Rakus octem, Borus żółcią poi,

A matka Wolność u nóg zapłakana stoi.

Patrz - oto żołdak Moskal z kopiją przyskoczył

I krew niewinną mego narodu wytoczył.

Cóżeś zrobił, najgłupszy, najsroższy z siepaczy!

On jeden poprawi się, i Bóg mu przebaczy,

Mój kochanek! już głowę konającą spuścił,

Wołając: "Panie, Panie, za coś mię opuścił!"

On skonał!

(Słychać chóry aniolów - daleki śpiew wielkanocne pieśni - na końcu słychać; "Alleluja! Alleluja")

Ku niebu,on ku niebu, ku niebu ulata!

I od stóp jego wionęła

Biała jak śnieg szata -

Spadła, - szeroko - cały świat się w nią obwinął.

Mój kochanek na niebie, sprzed oczu nie zginął.

Jako trzy słońca błyszczą jego trzy źrenice,

I ludom pokazuje przebitą prawicę.

Ktoż ten mąż? - To namiestnik na ziemskim padole.

Znałem go, - był dzieckiem - znałem,

Jak urósł duszą i ciałem!

On ślepy, lecz go wiedzie anioł pacholę.

Mąż straszny - ma trzy oblicza,

On ma trzy czoła.

Jak baldakim rozpięta księga tajemnicza

Nad jego głową, osłania lice.

Podnożem jego są trzy stolice.

Trzy końce świata drzą, gdy on woła;

I słyszę z nieba głosy jak gromy:

To namiestnik wolności na ziemi widomy!

On to na sławie zbuduje ogromy

Swego kościoła!

Nad ludy i nad króle podniesiony;

Na trzech stoi koronach, a sam bez korony;

A życie jego - trud trudów,

A tytuł jego - lud ludów;

Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,

A imię jego czterdzieści i cztery.

Sława! sława! sława!

Adam Mickiewicz, Dziady część III, scena V

Źródło:

http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/index.htm

Wiara, religia w pozytywizmie

; Do rzeczy! Mapa mentalna z pozytywizmu.

F. Dostojewski: Zbrodnia i kara, Część IV (fragm.)

- A w cerkwi pan słyszał?

- Ja... nie chodziłem. A ty często chodzisz?

- N-nie - wyszeptała Sonia. Raskolnikow uśmiechnął się.

- Rozumiem... Więc i na pogrzeb ojca nie pójdziesz jutro? - Pójdę. I w zeszłym tygodniu byłam... Na nabożeństwie żałobnym. - Za kogo?

- Za Lizawietę. Zamordowano ją siekierą. Nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. Doznawał zawrotu głowy. - Przyjaźniłaś się z Lizawietą?

- Tak... Była sprawiedliwa... przychodziła do mnie... Z rzadka... bo nie wypadało. Czytałyśmy razem... i rozmawiały. Będzie oglądała Boga twarzą w twarz. Dziwnie zabrzmiały mu w jej ustach te książkowe zwroty; i nowa niespodzianka: jakieś tajemnicze spotkania z Lizawietą; i obie - opętane. "Tutaj człowiek i sam gotów sfiksować! To zaraźliwe" - pomyślał. - Czytaj! - zawołał niecierpliwie i rozkazująco. Sonia wciąż się - wahała. Serce się tłukło. Jakoś nie miała odwagi mu czytać. On nieledwie z udręką patrzał na tę "nieszczęsną obłąkaną". - Po co to panu? Przecie pan niewierzący?... - szepnęła cicho, zdyszanym głosem. - Czytaj! Tak chcę! - nalegał. - Lizawiecie wszak czytałaś. Sonia otworzyła książkę i odszukała rozdział. Drżały jej ręce, tchu brakło. Dwukrotnie zaczynała, a pierwsza sylaba wciąż nie chciała dać się wymówić. - "I był niektóry chory Łazarz z Bethanii..." [...] Sonia przemogła się, opanowała spazm gardła, który na początku wersetu zdławił jej głos, i ciągnęła dalej lekturę XI rozdziału Ewangelii podług św. Jana. Tak dobrnęła do 19 wersetu. - "A przyszło było wiele Żydów do Marty i Maryi, aby je cieszyli po bracie ich. Marta tedy, skoro usłyszała, że Jezus idzie, zabieżała Mu; a Maryja doma siedziała. Rzekła tedy Marta do Jezusa: Panie! byś tu był, nie umarłby był brat mój; lecz i teraz wiem, że o cokolwiek będziesz Boga prosił, da Ci Bóg." Tu zatrzymała się znowu, wstydliwie przeczuwając, że znowu drgnie i zerwie się jej głos... - "Powiedział jej Jezus: Zmartwychwstanie brat twój. Rzekła mu Marta: Wiem, iż zmartwychwstanie w zmartwychwstaniu, w ostatni dzień. Rzekł jej Jezus: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyw będzie; a wszelki, który żywię a wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz temu? Powiedziała mu: (i jakby z bólem chwytając oddech, Sonia przeczytała wyraźnie i z mocą, jak gdyby to ona sama wyznawała wszem wobec) Iście, Panie! jam uwierzyła, żeś Ty jest Chrystus, Syn Boży, któryś na ten świat przyszedł." Zatrzymała się, szybko podniosła oczy na niego, lecz co żywo przemogła się i jęła czytać dalej. Raskolnikow siedział i słuchał nieruchomo, nie obracając się, trzymając łokcie na stole, patrząc w bok. Doczytali do 32 wersetu: - "Maryja tedy, gdy przyszła, kędy był Jezus, ujrzawszy Go, przypadła do nóg Jego i rzekła Mu: Panie! byś tu był, nie umarłby był brat mój. Jezus tedy, gdy ją ujrzał płaczącą i Żydy, którzy z nią przyszli, płaczące, rozrzewnił się w duchu i wzruszył sam siebie; i rzekł; Gdzieżeście go położyli? Powiedzieli Mu: Panie! pójdź a oglądaj! I zapłakał Jezus. Mówili tedy Żydowie: Oto jako go miłował. A niektórzy z nich mówili: Nie mógł Ten, który otworzył oczy ślepo narodzonego, uczynić, żeby był ten nie umarł?" Raskolnikow obrócił się do niej i patrzał na nią, przejęty. Tak, właśnie tak! Już nią całą wstrząsała prawdziwa, rzeczywista gorączka. Oczekiwał tego. Oto zbliżała się do słowa o największym, niesłychanym cudzie i zdjęło ją uczucie wielkiego tryumfu. Głos jej nabrał metalicznej dźwięczności; brzmiała w nim i wzmacniała go radość i tryumf. Wiersze druku mieszały się przed nią, bo ciemniało jej w oczach, lecz umiała tekst na pamięć. Przy ostatnim wersecie: "Nie mógł ten, który otworzył oczy ślepo narodzonego..." - Sonia, zniżając głos, gorąco i namiętnie oddała zwątpienie, wyrzut i naganę niewierzących, zaślepionych Żydów, którzy wnet, za chwilę, jak gromem rażeni, padną na ziemię, zaszlochają i uwierzą... "I on, on-także zaślepiony i niewierzący, on także zaraz usłyszy, on także uwierzy, tak, tak! zaraz, natychmiast" - marzyło jej się, więc drżała w radosnym oczekiwaniu. - "Jezus tedy, rozrzewniwszy się znowu sam w sobie, przyszedł do grobu; a była jaskinia, a kamień na niej był położony. Rzekł Jezus: Odejmijcie kamień. Rzekła Mu Marta, siostra tego, który był umarł: "Panie! jużci cuchnie, bo mu już czwarty dzień." Słowo "czwarty" wypowiedziała z naciskiem. - "Powiedział jej Jezus: Zażem ci nie rzekł, iż jeśli uwierzysz, oglądasz chwałę Bożą? Odjęli tedy kamień, a Jezus, podniósłszy oczy swe w górę rzekł: Ojcze! dziękuję Tobie, żeś Mnie wysłuchał. A Jamci wiedział, że Mnie zawsze wysłuchiwasz; alem rzekł dla ludu, który około stoi, aby wierzyli, iżeś Ty Mnie posłał. To rzekłszy, zawołał głosem wielkim: Łazarzu, wynijdź z grobu! I natychmiast wyszedł, który był umarły... (głośno, w zachwyceniu odczytała drżąc i martwiejąc, jakby oglądała to na własne oczy) ...mając ręce i nogi związane chustkami, a twarz jego była chustką obwiązana. Rzekł im Jezus: Rozwiążcie go i puśćcie, aby szedł. Wiele tedy z Żydów, którzy byli przyszli do Maryi i Marty, a widzieli, co uczynił Jezus, uwierzyli Weń." Dalej już nie czytała, nie mogła czytać, zamknęła księgę i szybko wstała z krzesła. - Tyle o wskrzeszeniu Łazarza-ucięła surowym szeptem, i stanęła bez ruchu, odwrócona, nie śmiać i jak gdyby wstydząc się podnieść na niego wzrok. Jej febryczne dreszcze nie ustawały. W koślawym lichtarzu dawno się już dopalił ogarek, mętnie oświetlający w tej nędznej izbie mordercę i jawnogrzesznicę, którzy się dziwnie stowarzyszyli w czytaniu wiecznej księgi. Minęło pięć minut, może więcej. - Przyszedłem w interesie - nagle rzekł Raskolnikow głośno F chmurnie. Wstał i podszedł do Soni. Ona milcząc podniosła na niego oczy. Wzrok jego był szczególnie surowy, a odbijała się w nim jakaś dzika stanowczość. - Porzuciłem dzisiaj krewnych - rzeki - matkę i siostrę. Już do nich nie pójdę. Wszystko tam zerwałem. - Czemu? - spytała Sonia jak oszołomiona. Niedawne spotkanie z jego matką i siostrą wywarło na niej wrażenie nadzwyczajne, aczkolwiek dla niej samej niejasne. Wiadomości o zerwaniu wysłuchała nieledwie ze zgrozą. - Mam teraz tylko dębie - dodał. - Będziemy szli razem... Przyszedłem do ciebie. Obojeśmy przeklęci, wspólnie też pójdziemy!

F. Dostojewski: Zbrodnia i kara, Epilog (fragm.)

Byli sami, nikt ich nie widział. Strażnik się odwrócił. Sam nie wiedział, jak to się stało, lecz nagle coś jakby go poderwało i rzuciło do jej nóg. Płakał i obejmował jej kolana. Zrazu się przeraziła, twarz jej zmartwiała. Zerwała się z miejsca i patrzyła na niego, drżąc. Ale natychmiast, w tejże chwili pojęła wszystko. W jej oczach zajaśniało bezgraniczne szczęście: zrozumiała i już nie było dla niej wątpliwości, że ją kocha, kocha ją nieskończenie, i że oto nareszcie przyszła jednak ta chwila... - chcieli coś mówić, lecz nie mogli, łzy stanęły im w oczach. Oboje byli bladzi i wychudli; ale w tych mizernych, bladych twarzach już promieniał świt odnowionej przyszłości, pełnego odrodzenia ku nowemu życiu. Wskrzesiła ich miłość, serce każdego z nich miało w sobie niewyczerpane źródło życia dla serca drugiego. Postanowili czekać cierpliwie. Pozostawało im jeszcze siedem lat; a do tego czasu - tyle nieznośnej udręki i tyle bezgranicznego szczęścia! Ale zmartwychwstał i wiedział o tym, czuł to w pełni całym odnowionym jestestwem, ona zaś - ona | przecież żyła tylko jego życiem. Wieczorem tego dnia, gdy już zamknięto kazamaty. Raskolnikow leżał na pryczy i myślał o Soni. Tego dnia wydało mu się nawet, że wszyscy katorżnicy, jego byli wrogowie, już patrzą na niego inaczej. Sam nawiązywał z nimi rozmowy, a oni mu odpowiadali przyjaźnie. [...] Zamiast dialektyki przyszło życie i w świadomości musiało się wypracować coś zupełnie innego. Pod jego poduszką leżała Ewangelia. Wziął ją odruchowo. Książka ta należała do niej, była tą samą, z której kiedyś czytała mu o wskrzeszeniu Łazarza. Na początku katorgi przewidywał, że Sonia zamęczy go religią, będzie wciąż mówiła o Ewangelii i wmuszała mu różne książki. Ale ku największemu jego zdziwieniu ona nie napomknęła o tym ani razu, ani razu nawet nie zaproponowała mu Ewangelii. Sam ją o nią poprosił na krótko przed swoją chorobą i Sonia bez słowa przyniosła mu tę książkę. Dotychczas nie otwierał jej wcale. Nie otworzył jej i teraz także, lecz pewna myśl mignęła mu w głowie: "Czyż jej przekonania mogą teraz nie być moimi przekonaniami? A przynajmniej uczucia jej, jej dążności..."

Wiara, religia w modernizmie (Młodej Polsce)

Do rzeczy! Mapa mentalna z modernizmu.

Jan Kasprowicz Dies irae (fragm.), 1902

Trąba dziwny dźwięk rozsieje,

ogień skrzepnie, blask ściemnieje,

w proch powrócą światów dzieje.

Z drzew wieczności spadną liście na

Sędziego straszne przyjście,

by świadectwo dać Psalmiście...

A ty, psalmisto Pański, nastrój harfę swoją

już na ostatni ton!

[...]

Kyrie elejson!...

O Boże! Ty bądź naszą łaską i obroną!

Kyrie elejson!

[...]

W świątyni bożej zamilkł święty śpiew,

już się zasłona rozdarła na dwoje,

mur się już wali i skała już pęka...

A krew w tych morzach, w tych czerwonych rzekach,

ścięła się w ciemny lód...

[...]

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

W królestwie Śmierci staje nagi szał.

[...]

Idą na się zmartwychwstali -

w oku mściwy skrzy się gniew,

rozpaczy kurcz wypręża rozchylone wargi,

kroplisty pot oblewa policzki zapadłe,

kudły włosów zlepia gęsta krew.

Z wyciem hyjen, z rykiem lwów,

z psów szczekaniem, z rżeniem koni,

które cugli nie zaznały,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc,

poszarpane miecąc skargi,

pędzi tuman ludzkich żądz.

[...]

Szum się wielki stał dokoła,

kiedy surma archanioła

na Ostatni Sąd zawoła.

[...]

A On,

potężne Łono przepotężnych łon,

Jasność jasności,

Zmrok zmroków,

Łaska łask i gniewów Gniew, [...]

rozpoczął Sąd.

[...]

Czym jestem wobec Ciebie, ja, com z rajskich włości

zabrał z sobą, wygnaniec, tę łamiącą winę

i teraz ginę,

od Wschodu do Zachodu tułacz nieszczęśliwy,

pod nieuchronnych wyroków

w początkach dnia i nocy wzniesionym obuchem?!

Stopę swoją złożyłeś na pokoleń grzbiecie

i sądzisz! Kyrie elejson!

Płaczów i jęków słuchasz nie słyszącym uchem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Na mękę wieków patrzysz nie widzącym okiem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Niewiasta z rozpaczliwym krzykiem rodzi dziecię,

Ty duszę jego grzechu oblewasz hyzopem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Wicher idzie po rozdrożach westchnieniem głębokiem,

ku Twojej wyży

modlitwy niesie krwawe, przybite do krzyży,

Ty sądzisz! Kyrie elejson!

A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,

odziany potępienia podartą żałobą,

kawałem kiru, zdjętym z mar Twojego świata,

wił się i czołgał przed Tobą,

i martwym, osłupiałym z przerażenia okiem

strasznego Sądu wyławiał płomienne,

świat druzgocące rozkazy?

A kto mi kazał patrzeć na te czarne głazy,

rozpadające się na gruz pod mocą

Twojego gniewu, przeraźliwy Boże -

na głazy te, gdzie straszny owoc Twego drzewa,

złocistowłosa Ewa,

do piersi pierś padalca tuli obnażoną?...

[...]

Sądź, Sprawiedliwy!

Krusz światów posady,

rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,

na popiół spal Adama oszukane serce

i płacz!

Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

Niech Twa surma przeraźliwa

echem płaczu się odzywa

nad pokosem Twego żniwa...

[...]

I stał się koniec świata... O chwilo spokoju!

Zgasł płomienny głos proroka

i wieczności noc głęboka

nieprzejrzaną jest dla oka.

A ja, wygnaniec z Raju, tułacz nieszczęśliwy,

zesłany, aby konać, na te ziemskie niwy,

i patrzeć, jak pod złomem niebotycznej grani,

usiadła matka Śmierci, Ewa jasnowłosa,

pieszcząca węża Grzechu, posyłam w niebiosa,

opadło nad wieczności tajemniczym mrokiem,

to moje wiekuiste, nieprzebrzmiałe: Amen!

Amen!

[...]

Przede mną przepaść, zrodzona przez winę,

przez grzech Twój, Boże!... Ginę! ginę! ginę!

Amen.

A cóż powstanie ponad nicościami,

gdzie ongi były światy

i Ja, w chęć życia bogaty,

a dziś w umarłych postawiony rzędzie?

Niech nic nie będzie!

Amen!

Wiara, religia w dwudziestoleciu międzywojennym

Witkacy, Bóg Ojciec pierwszy raz poważnie zastanowił się nad istotą ziemi, 1931,

Do rzeczy! Mapa mentalna z dwudziestolecia międzywojennego.

http://pl.wikipedia.org/wiki/B%C3%B3g_Ojciec_pierwszy_raz_powa%C5%BCnie_zastanowi%C5%82_si%C4%99_nad_istot%C4%85_ziemi_%28nie_%C5%9Bwiata%29#mediaviewer/Plik:Witkacy_-_B%C3%B3g_Ojciec_pierwszy_raz_powa%C5%BCnie_zastanowi%C5%82_si%C4%99_nad_istot%C4%85_ziemi_%281931%29.jpg

Wiara, religia we współczesności

; Do rzeczy! Mapa mentalna ze współczesności.

Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 1. Męka za wiarę

Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 1. Męka za wiarę.

Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 2. Dimka

Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 2. Dimka.

Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 3. Gorcew

Bibliografia: Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat, fragment 3. Gorcew.

Albert Camus, Dżuma Panneloux I kazanie

Bibliografia: Albert Camus, Dżuma Panneloux I kazanie.

Albert Camus, Dżuma Panneloux II kazanie

Bibliografia: Albert Camus, Dżuma Panneloux II kazanie.

Miron Białoszewski: Karuzela z madonnami lub Podłogo błogosław

Miron Białoszewski: Karuzela z madonnami,

Karuzela z Madonnami
Wsiadajcie madonny
madonny
Do bryk sześciokonnych
...ściokonnych!
Konie wiszą kopytami
nad ziemią.
One w brykach na postoju
już drzemią.
Każda bryka malowana
w trzy ogniste farbki
I trzy końskie maści:
od sufitu
od dębu
od marchwi.
Drgnęły madonny
I orszak konny
Ruszył z kopyta.
Lata dookoła
Gramofonowa
Płyta,
Taka
płyta:
Migają w krąg anglezy grzyw
I lambrekiny siodeł,
I gorejące wzory bryk
Kwiecisto-laurkowe.
A w każdej bryce vis á vis
Madonna i madonna
W nieodmienionej pozie tkwi
Od dziecka odchylona
- białe konie
- bryka
- czarne konie
- bryka
- rude konie
- bryka
Magnifikat!
A one w Leonardach min,
W obrotach Rafaela,
W okrągłych ogniach, w klatkach z lin,
W przedmieściach i niedzielach
I w każdej bryce vis á vis
Madonna i madonna
I nie wiadomo, która śpi,
A która jest natchniona
- szóstka koni
- one
- szóstka koni
- one
- szóstka koni
- one
Zakręcone!
I coraz wolniej karuzela
Puszcza refren
I Peryfe
rafa
elickie
madonny
przed
mieścia
wymieniają
konne piętro
...........................
Wsiadajcie
w sześcio...!

Słowa: Miron Białoszewski
Muzyka: Zygmunt Konieczny

Miron Białoszewski: Podłogo błogosław

Buraka burotai buraka
bliskie profile skrojone
i jeszcze buraka starość,którą kochamy,

i nic z tej nudnej fisharmonii

biblijnych aptek
o manierach
i o fornierach w serca,w sęki
homeopatii zbawienia...

tu nie fis
i nie harmonia,
ale dysonans

ach! i flet zaczarowany
w kartofle - flet
w kartofle rysunków i kształtówzatartych!

to stara podłoga

podłoga

leżąca strona

boga naszego powszedniego

zwyczajnych dni

i takie słowo koncertujące

w o-gamie

w tonacji z dna

naszej mowy...

Podłogo nasza,

błogosław nam pod nami

błogo, o łogo...