Motyw społeczeństwa służy opisywaniu relacji jednostki ze wspólnotą, hierarchii, konfliktów i mechanizmów życia zbiorowego. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Społeczeństwo w języku polskim
Społeczeństwo w języku polskim
Definicja społeczeństwa
ogół ludzi pozostających we wzajemnych stosunkach, wynikających z ich udziału w procesach produkcyjnych i w życiu kulturalnym; ogół obywateli danego kraju, okręgu, miasta
Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003
Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:
grupa społeczna, ludność, ludzie, mieszkańcy, obywatele, populacja, zbiorowość ludzka, ogół, społeczność, zbiorowość, wspólnota
Słownictwo powiązane ze społeczeństwem:
Związki frazeologiczne:
Wyrzutek społeczeństwa, być/znaleźć się poza nawiasem społeczeństwa/poza społeczeństwem, ktoś nie nadaje się do ludzi, mali ludzie, społeczeństwo obywatelskie, opinia społeczna, margines społeczny, niziny społeczne,
Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005
Przysłowia
Do ludzi po naukę, do matki po koszulę, jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one, nie samym chlebem człowiek żyje, Pan Bóg stworzył wieś, a człowiek miasto, z dzieła poznaje się człowieka
Aforyzmy
Historia całego dotychczasowego społeczeństwa jest historią walk klasowych. Karol Marks, Manifest komunistyczny
Pracując przykładnie przez osiem godzin dziennie możesz w końcu zostać kierownikiem i pracować dwanaście. Robert Frost
Rzadkością, doprawdy, jest społeczeństwo mądrze zorganizowane. Tomasz Morus
Społeczeństwo bez religii jest jak okręt bez kompasu. Napoleon Bonaparte
Społeczeństwo, którego przeważająca część członków jest głodna i nieszczęśliwa, z pewnością nie może być kwitnące i szczęśliwe. Adam Smith
Społeczeństwo obywatelskie jest stanem wzajemnej współzależności wszystkich ludzi. Jean-Jacques Rousseau, Ekonomia polityczna
Życie społeczne kształtuje to, co jest w nas najbardziej osobistym: naszą fizjologię cielesną i umysłową. Stanisław Brzozowski, Stanisław Wyspiański
Społeczeństwo w renesansie
, , , opracowanie Trenów;
Jan Kochanowski, Pieśń V
Wieczna sromota i nienagrodzona
Szkoda, Polaku! Ziemia spustoszona
Podolska leży, a pohaniec sprosny,
Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny!
Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje,
Którzy zagnali piękne łanie twoje
Z dziećmi pospołu a nie masz nadzieje,
By kiedy miały nawiedzić swe knieje.
Jedny za Dunaj Turkom zaprzedano,
Drugie do hordy dalekiej zagnano;
Córy szlacheckie (żal się mocny Boże!)
Psom bisurmańskim brzydkie ścielą łoże.
Zbójce (niestety), zbójce nas wojują,
Którzy ani miast, ani wsi budują;
Pod kotarzami tylko w polach siedzą,
A nas nierządne, ach, nierządne, jedzą!
Tak odbieżałe stado więc drapają
Rozbójce wilcy, gdy po woli mają,
Że ani pasterz nad owcami chodzi,
Ani ostrożnych psów za sobą wodzi.
Jakiego serca Turkowi dodamy,
Jesli tak lekkim ludziom nie zdołamy?
Ledwieć nam i tak króla nie podawa;
Kto się przypatrzy, mała nie dostawa.
Zetrzy sen z oczu, a czuj w czas o sobie,
Cny Lachu! Kto wie, jemu czyli tobie
Szczęście chce służyć? A dokąd wyroku
Mars nie uczyni, nie ustępuj kroku!
A teraz k'temu obróć myśli swoje
Jakobyć szkody nieprzyjaciel twoje
Krwią swą nagrodził i omył tę zmazę,
Którą dziś niesiesz prze swej ziemie skazę.
Wsiadamy? Czy nas półmiski trzymają?
Biedne półmiski, czego te czekają?
To pan, i jadać na śrebrze godniejszy,
Komu żelazny Mars będzie chętniejszy.
Skujmy talerze na talery, skujmy,
A żołnierzowi pieniądze gotujmy!
Inszy to darmo po drogach miotali,
A my nie damy, bychmy w cale trwali?
Dajmy; a naprzód dajmy! Sami siebie
Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie.
Tarczej niż piersi pierwej nastawiają,
Pozno puklerza przebici macają.
Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie":
Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.
Społeczeństwo w oświeceniu
Ignacy Krasicki, Do króla
Im wyżej, tym widoczniej. Chwale lub naganie
Podpadają królowie, najjaśniejszy panie!
Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka:
Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka.
Gdy więc ganię zdrożności i zdania mniej baczne.
Pozwolisz, mości królu, że od ciebie zacznę.
Jesteś królem, a czemu nie królewskim synem?
To niedobrze; krew pańska jest zaszczyt przed gminem.
Kto się w zamku urodził, niech ten w zamku siedzi;
Z tegoć powodu nasi szczęśliwi sąsiedzi.
Bo natura na rządczych pokoleniach zna się,
Inszym powietrzem żywi, inszą strawą pasie.
Stąd rozum bez nauki, stąd biegłość bez pracy;
Mądrzy, rządni, wspaniali, mocarze, junacy -
Wszystko im łatwo idzie, a chociażby który
Odstrychnął się na moment od swojej natury,
Znowu się do niej wróci, a dobrym koniecznie
Być musi i szacownym. w potomności wiecznie.
Bo od czegoż poeci? Skarb królestwa drogi,
Rodzaj możny w aplauzy, w słowa nieubogi,
Rodzaj, co umie znaleźć, czego i nie było,
A co jest, a niedobrze, żeby się przyćmiło,
I w to oni potrafią, stąd też jak na smyczy
Szedł chwalca za chwalonym, zysk niosąc w zdobyczy,
A choć który fałsz postrzegł, kompana nie zdradził;
Ten gardził, ale płacił, ów śmiał się, lecz kadził.
Tyś królem, czemu nie ja? Mówiąc między nami,
Ja się nie będę chwalił, ale przymiotami
Niezłymi się zaszczycam. Jestem Polak rodem,
A do tego i szlachcic, a choćbym i miodem
Szynkował, tak jak niegdyś ów bartnik w Kruszwicy
Czemuż bym nie mógł osieść na twojej stolicy?
Jesteś królem - a byłeś przedtem mości panem;
To grzech nieodpuszczony. Każdy, który stanem
Przedtem się z tobą równał, a teraz czcić musi,
Nim powie "najjaśniejszy", pierwej się zakrztusi;
I choć się przyzwyczaił, przecież go to łechce:
Usty cię czci, a sercem szanować cię nie chce.
I ma słuszne przyczyny. Wszak w Lacedemonie
Zawżdy siedział Tesalczyk na Likurga tronie,
Greki archontów swoich od Rzymianów brali,
Rzymianie dyktatorów od Greków przyzwali;
Zgoła, byle był nie swój, choćby i pobłądził,
Zawżdy to lepiej było. kiedy cudzy rządził.
Czyń, co możesz i dziełmi sąsiadów zadziwiaj,
Szczep nauki, wznoś handel i kraj uszczęśliwiaj -
Choć wiedzą, chociaż czują, żeś jest tronu godny,
Nie masz chrztu, co by zmazał twój grzech pierworodny.
Skąd powstał na Michała ów spisek zdradziecki?
Stąd tylko, że król Michał zwał się Wiszniowiecki.
Do Jana, że Sobieski, naród nie przywyka,
Król Stanisław dług płaci za pana stolnika.
Czujesz to - i ja czuję; więc się już nie troszczę,
Pozwalam ci być królem, tronu nie zazdroszczę.
Źle to więc, żeś jest Polak, źle, żeś nie przychodzień;
To gorsza (luboć, prawda, poprawiasz się co dzień) -
Przecież muszę wymówić, wybacz, że nie pieszczę -
Powiem więc bez ogródki: oto młodyś jeszcze.
Pięknież to. gdy na tronie sędziwość się mieści;
Tyś nań wstąpił mający lat tylko trzydzieści,
Bez siwizny, bez zmarszczków; zakał to nie lada.
Wszak siwizna zwyczajnie talenta posiada,
Wszak w zmarszczkach rozum mieszka, a gdzie broda siwa,
Tam wszelka doskonałość zwyczajnie przebywa.
Nie byłeś, prawda, winien temu, żeś niestary;
Młodość, czerstwość i rześkość piękneż to przywary,
Przecież są przywarami. Aleś się poprawił:
Już cię tron z naszej łaski siwizny nabawił.
Poczekaj tylko, jeśli zstarzeć ci się damy,
Jak cię tylko w zgrzybiałym wieku oglądamy,
Będziem krzyczeć na starych, dlatego żeś stary.
To już trzy, com ci w oczy wyrzucił przywary.
A czwarta jaka będzie, miłościwy panie?
O sposobie rządzenia niedobre masz zdanie.
Król nie człowiek. To prawda, a ty nie wiesz o tym;
Wszystko ci się coś marzy o tym wieku złotym.
Nie wierz bajkom! Bądź takim, jacy byli drudzy.
Po co tobie przyjaciół? Niech cię wielbią słudzy.
Chcesz, aby cię kochali? Niech się raczej boją.
Cóżeś zyskał dobrocią, łagodnością twoją?
Zdzieraj, a będziesz możnym, gnęb. a będziesz wielkim;
Tak się wsławisz, a przeciw nawałnościom wszelkim
Trwale się ubezpieczysz. Nie chcesz? Tym ci gorzej;
Przypadać będą na cię niefortuny sporzej.
Zniesiesz mężnie - cierpże z tym myślenia sposobem;
Wolę ja być Krezusem aniżeli Jobem.
Świadczysz, a na złe idą dobrodziejstwa twoje.
Czemuż świadczysz, z dobroci gdy masz niepokoje?
Bolejesz na niewdzięczność - alboż ci rzecz tajna,
Że to w płacy za łaski moneta zwyczajna?
Po co nie brać szalunku starostw, gdy dawano?
Po tym ci tylko w Polszcze króle poznawano,
A zagrzane wspaniałą miłością ojczyzny,
Kochały patryjoty dawce królewszczyzny.
Księgi lubisz i w ludziach kochasz się uczonych,
I to źle. Porzuć mędrków zabałamuconych.
Żaden się naród księgą w moc nie przysposobił:
Mądry przedysputował. ale głupi pobił.
Ten. co niegdyś potrafił floty duńskie chwytać -
Król Wizimierz - nie umiał pisać ani czytać.
Waszej królewskiej mości nie przeprę, jak widzę;
W tym się popraw przynajmniej, o co ja się wstydzę.
Dobroć serca monarchom wcale nie przystoi,
To mi to król, co go się każdy człowiek boi,
To mi król. co jak wspojżrzy, do serca przeniknie.
Kiedy lud do dobroci rządzących przywyknie,
Bryka, mościwy królu, wzgląd wspacznie obróci:
Zły, gdy kontent, powolny, kiedy się zasmuci.
Nie moje to jest zdanie, lecz przez rozum bystry
Dawno tak osądziły przezorne ministry.
Wiedzą oni (a czegoż ministry nie wiedzą?),
Przy styrze ustawicznie, gdy pracują, siedzą,
Dociekli, na czym sekret zawisł panujących.
Z tych więc powodów umysł wskroś przenikających,
Nie trzeba, mości królu, mieć łagodne serce:
Zwycięż się, zgaś ten ogień i zatłum w iskierce!
Żeś dobry, gorszysz wszystkich, jak o tobie słyszę,
I ja się z ciebie gorszę, i satyry piszę.
Bądź złym, a zaraz kładąc twe cnoty na szalę,
Za to, żeś się poprawił, i ją cię pochwalę.
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/satyry/001.htm
Społeczeństwo w romantyzmie
Adam Mickiewicz, Dziady część III,
Scena VII Salon warszawski,
http://literat.ug.edu.pl/~literat/dziadypo/0008.htm
Scena VIII, fragm. Bal
Z PRAWEJ STRONY [...]
MŁODY CZŁOWIEK
Patrz, jak on łasi się i liże,
Wczora mordował, tańczy dziś;
Patrz, patrz, jak on oczyma strzyże,
Skacze jak w klatce ryś.
DAMA
Wczora mordował i katował,
I tyle krwiniewinnej wylał;
Patrz, dzisiaj on pazury schował
I będzie się przymilał.
Z LEWEJ STRONY
KOLESKI REGESTRATOR *
(do Sowietnika)
Tańczy Senator, czy widzicie,
Ej, Sowietniku, pódźmy w tan.
SOWIETNIK
Uważaj, czy to przyzwoicie,
Byś ze mną tańczył Pan.
REGESTRATOR
Ale tu znajdziem kilka dam.
SOWIETNIK
Ale nie o to idzie rzecz;
Ja sobie wolę tańczyć sam
Niż z tobą - pódźże precz.
REGESTRATOR
Skądże to?
SOWIETNIK
Jestem sowietnikiem.
REGESTRATOR
Ja jestem oficerski syn.
SOWIETNIK
Mój Panie, ja nie tańczę z nikim,
Kto ma tak niski czyn.
(do Pułkownika)
Pódź, Pułkowniku, pódźże w taniec,
Widzisz, że tańczy sam Senator.
[...]
PRAWA STRONA, CHOREM.
MĘŻCZYŹNI
Ach, łotry, szelmy, ach, łajdaki?
Żeby ich piorun trzasł.
[...]
LEWA STRONA, CHOREM.
Jaka muzyka, jaki śpiew,
Jak pięknie meblowany dóm.
PRAWA STRONA, CHOREM.
Te szelmy z rana piją krew,
A po obiedzie rum.
[...]
Z PRAWEJ STRONY MIĘDZY MŁODZIEŻA
JUSTYN POLl
(do Bestużewa, pokazując na Senatora)
Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić
Lub zamalować wpysk.
BESTUŻEW
Coż stąd, jednego łotra zgładzić
Lub obić, co za zysk?
Oni wyszukają przyczyny,
By uniwersytety znieść,
Krzyknąć, że ucznie jakubiny,
I waszą młodzież zjeść.
JUSTYN POL
Lecz on zapłaci za męczarnie,
Za tyle krwi i łez.
BESTUŻEW
Cesarz ma u nas liczne psiarnie,
Cóż, że ten zdechnie pies.
POL
Nóż świerzbi w ręku, pozwól ubić.
BESTUŻEW
Ostrzegam jeszcze raz!
POL
Pozwól przynajmniej go wyczubić.
BESTUŻEW
A zgubić wszystkich was.
POL
Ach, szelmy, łotry, ach, zbrodniarze!
Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz
Relacje polsko-żydowskie, Księga IV
W środku arendarz Jankiel, w długim aż do ziemi
Szarafanie, zapiętym haftkami srebrnemi,
Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,
Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;
Rzucając wkoło okiem, rozkazy wydawał,
Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał
Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,
Lecz nie służył nikomu, tylko się przechadzał.
Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,
Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,
Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu;
O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,
Rachował się ostróżnie, lecz bez oszukaństwa,
Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,
Zabaw wielki miłośnik: u niego wesele
I chrzciny obchodzono; on w każdą niedzielę
Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,
Przy której i basetla była, i kozice.
Polska szlachta, Księga VI Zaścianek
Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński zaścianek
Męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.
Niegdyś możny i ludny; bo gdy król Jan Trzeci
Obwołał pospolite ruszenie przez wici,
Chorąży województwa z samego Dobrzyna
Przywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina
Zmniejszona, zubożała; dawniej w pańskich dworach
Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach,
Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.
Teraz zmuszeni sami pracować na siebie
Jako zaciężne chłopstwo! Tylko że siermięgi
Nie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,
A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek
Najuboższych różni się od chłopskich katanek:
Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,
Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,
I żną zboże, a nawet przędą - w rękawiczkach.
Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią
Językiem swoim tudzież wzrostem i postacią.
Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,
Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;
Z Dobrzyńskiej Ziemi ród swój starożytny wiedli.
A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,
Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.
Jeźli który z nich dziecku imię na chrzcie daje,
Zawsze zwykł za patrona brać Koronijasza:
Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.
Tak syn Macieja zawzdy zwał się Bartłomiejem,
A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;
Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.
By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,
Brali różne przydomki, od jakiej zalety
Lub wady, tak mężczyźni, jako i kobiety.
Mężczyznom czasem kilka dawano przydomków
Na znak pogardy albo szacunku spółziomków;
Czasem jedenże szlachcic inaczej w Dobrzynie,
A pod innym nazwiskiem u sąsiadów słynie.
Dobrzyńskich naśladując, inna szlachta bliska
Brała również przydomki, zwane i m i o n i s k a.
Koncert Jankiela, Księga XII
[...]
Spuścił je, zrazu bijąc taktem tryumfalnym,
Potem gęściej siekł stróny jak deszczem nawalnym;
Dziwią się wszyscy - lecz to była tylko proba,
Bo wnet przerwał i w górę podniosł drążki oba.
Znowu gra: już drżą drążki tak lekkiemi ruchy,
Jak gdyby zadzwoniło w stronę skrzydło muchy,
Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.
Mistrz zawsze patrzył w niebo, czekając natchnienia.
Spójrzał z góry, instrument dumnym okiem zmierzył,
Wzniosł ręce, spuścił razem, w dwa drążki uderzył:
Zdumieli się słuchacze...
Razem ze strón wiela
Buchnął dźwięk, jakby cała janczarska kapela
Ozwała się z dzwonkami, z zelami, z bębenki.
Brzmi Polonez Trzeciego Maja! - Skoczne dźwięki
Radością oddychają, radością słuch poją,
Dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją -
Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły,
W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posły
Po dniu Trzeciego Maja w ratuszowej sali
Zgodzonego z narodem króla fetowali;
Gdy przy tańcu śpiewano: "Wiwat Król kochany!
Wiwat Sejm, wiwat Naród, wiwat wszystkie Stany!"
Mistrz coraz takty nagli i tony natęża;
A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,
Jak zgrzyt żelaza po szkle - przejął wszystkich dreszczem
I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.
Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili:
Czy instrument niestrojny? czy się muzyk myli?
Nie zmylił się mistrz taki! On umyślnie trąca
Wciąż tę zdradziecką stronę, melodyję zmąca,
Coraz głośniej targając akord rozdąsany,
Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany;
Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką lica
I krzyknął: "Znam! znam głos ten!
to jest T a r g o w i c a!"
I wnet pękła ze świstem strona złowróżąca.
Muzyk bieży do prymów, urywa takt, zmąca,
Porzuca prymy, bieży z drążkami do basów.
Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów,
Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. - Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
R z e ź P r a g i, którą znały z pieśni i z powieści,
Rade, że mistrz na koniec strónami wszystkiemi
Zagrzmiał i głosy zdusił, jakby wbił do ziemi.
Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia,
Znowu muzyka inna - znów zrazu brzęczenia
Lekkie i ciche, kilka cienkich strónek jęczy,
Jak kilka much, gdy z siatki wyrwą się pajęczéj.
Lecz strón coraz przybywa, już rozpierzchłe tony
Łączą się i akordów wiążą legijony,
I już w takt postępują zgodzonemi dźwięki,
Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki:
O żołnierzu tułaczu, który borem, lasem
Idzie, z biedy i z głodu przymierając czasem,
Na koniec pada u nóg konika wiernego,
A konik nogą grzebie mogiłę dla niego.
Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!
Poznali ją żołnierze, wiara się skupiła
Wkoło mistrza; słuchają, wspominają sobie
Ów czas okropny, kiedy na Ojczyzny grobie
Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata;
Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata
Po lądach, morzach, piaskach gorących i mrozie,
Pośrodku obcych ludów, gdzie często w obozie
Cieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy.
Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.
Ale je wnet podnieśli, bo mistrz tony wznosi,
Natęża, takty zmienia, cóś innego głosi.
I znowu spójrzał z góry, okiem struny zmierzył,
Złączył ręce, oburącz w dwa drążki uderzył:
Uderzenie tak sztuczne, tak było potężne,
Że stróny zadzwoniły jak trąby mosiężne
I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła,
Marsz tryumfalny: "Jeszcze Polska nie zginęła!"
"Marsz, Dąbrowski, do Polski!" - I wszyscy klasnęli,
I wszyscy "Marsz Dąbrowski" chorem okrzyknęli!
Muzyk, jakby sam swojej dziwił się piosence,
Upuścił drążki z palców, podniosł w górę ręce,
Czapka lisia spadła mu z głowy na ramiona,
Powiewała poważnie broda podniesiona,
Na jagodach miał kręgi dziwnego rumieńca,
We wzroku, ducha pełnym, błyszczał żar młodzieńca,
Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił,
Zakrył rękami, spod rąk łez potok się rzucił:
"Jenerale! - rzekł - ciebie długo Litwa nasza
Czekała... długo, jak my Żydzi Mesyjasza.
Ciebie prorokowali dawno między ludem
Śpiewaki, ciebie niebo obwieściło cudem.
Żyj i wojuj, o, ty nasz!..."
Mówiąc, ciągle szlochał.
Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!
Emigracja,
Księga X
[...]
Czuła szlachta, że mądrze Podkomorzy radził;
Wiadomo, że kto z ruskim carem raz się zwadził,
Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczérze
I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze.
Więc nic nie mówiąc, smutnie po sobie spójrzeli,
Westchnęli; na znak zgody głowami skinęli.
Polak, chociaż stąd między narodami słynny,
Że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,
Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,
W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata,
Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzy
Przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.
Epilog
O tem że dumać na paryskim bruku,
Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,
Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,
Za poznych żalów, potępieńczych swarów!
Biada nam, zbiegi, żeśmy w czas morowy
Lękliwe nieśli za granicę głowy!
Bo gdzie stąpili, szła przed nimi trwoga,
W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,
Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha
I każą oddać co najprędzej ducha.
A gdy na żale ten świat nie ma ucha,
Gdy ich co chwila nowina przeraża
Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,
Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,
Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,
Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą -
Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,
Że utraciwszy rozum w mękach długich,
Plwają na siebie i żrą jedni drugich!
Juliusz Słowacki, Grób Agamemnona (fragm.)
[...]
Na Termopilach? - Nie, na Cheronei
Trzeba się memu załamać koniowi,
Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei
Dla małowiernych serc podobne snowi
Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,
To téj mogiły - co równa jest - naszéj.
Mnie od mogiły termopilskiéj gotów
Odgonić legion umarłych Spartanów;
Bo jestem z krają smutnego Ilotów,
Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,
Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych
Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.
Na Termopilach ja się nie odważę
Osadzić konia w wąwozowym szlaku.
Bo tam być muszą tak patrzące twarze,
Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.
Ja tam nie będę stał przed Grecyj duchem -
Nie - pierwéj skonam: niż tam iść - z łańcuchem.
Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę?
Gdyby stanęli męże nad mogiłą?
I pokazawszy mi swe piersi krwawe
Potem spytali wręcz: - Wiele was było? -
Zapomnij, że jest długi wieków przedział. -
Gdyby spytali tak, - cóż bym powiedział?!
Na Termopilach, bez złotego pasa,
Bez czerwonego leży trup kontusza:
Ale jest nagi trup Leonidasa,
Jest w marmurowych kształtach piękna dusza:
I długo płakał lud takiéj ofiary,
Ognia wonnego, i rozbitéj czary.
O! Polsko! póki ty duszę anielską
Będziesz więziła w czerepie rubasznym,
Poty kat będzie rąbał twoje cielsko,
Poty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,
Poty mieć będziesz hyjenę na sobie,
I grób - i oczy otworzone w grobie.
Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,
Tę - Dejaniry palącą koszulę:
A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,
Naga - w styksowym wykąpana mule,
Nowa - nagością żelazną bezczelna -
Nie zawstydzona niczém - nieśmiertelna.
Niech ku północy z cichéj się mogiły
Podniesie naród i ludy przelęknie,
Że taki wielki posąg - z jednéj bryły,
A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,
Ale z piorunów ma ręce i wieniec;
Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.
Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;
Pawiem narodów byłaś i papugą;
A teraz jesteś służebnicą cudzą. -
Choć wiem, ze słowa te nie zadrżą długo
W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny:
Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.
Zygmunt Krasiński, Nie-Boska komedia*, Część IV
Fragment I Rewolucja
Czy widzicie, jak oni czekają niecierpliwie - szemrzą między sobą, do wrzasków się gotują - wszyscy nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranymi włosy, w łachmanach, z spiekłymi twarzami, z dłoniami pomarszczonymi od trudu - ci trzymają kosy, owi potrząsają młotami, heblami - patrz- ten wysoki trzyma topór spuszczony - a tamten stemplem żelaznym nad głową powija; dalej w bok pod wierzbą chłopię małe wisznię do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce ściska. - Kobiety przybyły także, ich matki, ich żony, głodne i biedne jak oni, zwiędłe przed czasem, bez śladów piękności - na ich włosach kurzawa bitej drogi - na ich łonach poszarpane odzieże - w ich oczach coś gasnącego, ponurego, gdyby przedrzeźnianie wzroku - ale wnet się ożywią - kubek tata wszędzie, obiega wszędzie. - Niech żyje kielich pijaństwa i pociechy! -
*
Teraz szum wielki powstał w zgromadzeniu - czy to radość czy rozpacz? - Kto rozpozna, jakie uczucie w głosach tysiąców? - Ten, który nadszedł, wstąpił na stół, wskoczył na krzesło i panuje nad nimi, mówi do nich. - Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny - każde słowo rozeznasz, zrozumiesz- ruchy jego powolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni - czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czaszce nie masz, wszystkie wypadły, strącone myślami - skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy koście i muszkuły - a od skroni broda. czarna wieńcem twarz opasuje - nigdy krwi, nigdy zmiennej barwy na licach - oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy - chwili jednej zwątpienia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie. wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu - nie serca - precz z sercem, z przesądami, a niech żyje słowo pociechy i mordu! -
*
To ich wściekłość, ich kochanie, to władzca ich dusz i zapału - on obiecuje im chleb i zarobek: - Krzyki się wzbiły, rozciągnęły, pękły po wszystkich stronach - "Niech żyje Pankracy! - chleba nam, chleba, chleba!" - A u stóp mówcy opiera się na stole przyjaciel czy towarzysz, czy sługa. -
*
Oko wschodnie, czarne, cieniowane długimi rzęsy - ramiona obwisłe, nogi uginające się, ciało niedołężnie w bok schylone - na ustach coś lubieżnego, coś złośliwego, na palcach złote pierścienie - i on także głosem chrapliwym woła - "Niech żyje Pankracy!" Mówca ku niemu na chwilę wzrok obrócił. - "Obywatelu Przechrzto, podaj mi chustkę" -
*
Tymczasem trwają poklaski i wrzaski. - "Chleba nam, chleba, chleba! - Śmierć panom, śmierć kupcom - chleba; chleba!"
[…]
CHÓR
Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, odpoczynku w lecie! - Hura - hura! -
Bóg nad nami nie miał litości - hura - hura! -
Królowie nad nami nie mieli litości - hura - hura! -
Panowie nad nami nie mieli litości - hura! -
My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękujem- hura - hura! -
[…]
PIERWSZY LOKAJ
Jużem ubił mojego dawnego pana. -
DRUGI LOKAJ
Ja szukam dotąd mojego barona - zdrowie twoje! -
[…]
CHÓR RZEŹNIKÓW
Obuch i nóż to broń nasza - szlachtuz to życie nasze.- Nam jedno czy bydło, czy panów rznąć.-
Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich, słabszych i bielszych - kto nas powoła, ten nas ma - dla panów woły, dla ludu panów bić będziem.
Obuch i nóż broń nasza - szlachtuz życie nasze - szlachtuz - szlachtuz - szlachtuz. -
[…]
GŁOS PANA
Dzieci moje, litości, litości! -
GŁOS DRUGI
Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. -
GŁOS TRZECI
Wskrzesz mi syna, Panie, spod batogów kozackich. -
GŁOS CZWARTY
Chamy piją zdrowie twoje, panie - przepraszają cię, panie.
CHÓR CHŁOPÓW przechodząc
Upiór ssał krew i poty nasze - mamy upiora - nie puścim upiora - przez biesa. przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan, jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkimi. - Panom tyranom śmierć - nam biednym, nam głodnym. Nam strudzonym jeść, spać i pić. - Jako snopy na polu, tak ich trupy będą - jako plewy w młockarniach, tak perzyny ich zamków - przez kosy nasze, siekiery i cepy, bracia, naprzód! -
Fragment II Żydzi
PRZECHRZTA
Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.
CHÓR PRZECHRZTÓW
Jehowa pan nasz, a nikt inny. - On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych . - Po trzykroć pluńmy na zgubę im - po trzykroć przeklęstwo im.
PRZECHRZTA
Cieszmy się, bracia moi. - Krzyż, wróg nasz, podcięty, Zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. - Dotąd pany go bronią.
CHÓR
Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna; zawzięta. - Śmierć panom - po trzykroć pluńmy na zgubę im - po trzykroć przeklęstwo im!
PRZECHRZTA
Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela- tylko tych panów kilku - tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. -
CHÓR
Krzyż znamię święte nasze - woda chrztu połączyła nas z ludźmi - uwierzyli pogardzający miłości pogardzonych. -
Wolność ludzi prawo nasze - dobro ludu cel nasz - uwierzyli synowie chrześcijan w synów Kaifasza . - Przed wiekami wroga umęczyli ojcowie nasi - my go na nowo dziś umęczym i nie zmartwychwstanie więcej. -
PRZECHRZTA
Chwil kilka jeszcze, jadu żmii kropel kilka jeszcze - a świat nasz, nasz, o bracia moi! -
CHÓR
Jehowa Pan Izraela, a nikt inny. - Po trzykroć pluńmy na zgubę ludom - po trzykroć przeklęstwo im!
[...]
CHÓR PRZECHRZTÓW
Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím - oni panów zabiją po błoniach - rozwieszą po ogrodach i borach - a my ich potem zabijem, powiesim. - Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. - Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im! -
[...]
Fragment III Arystokracja
o Mężu (Hrabia Henryk)
PIERWSZY HRABIA
Patrz, z jaką dumą spogląda na wszystkich. -
DRUGI HRABIA
Myśli, że świat podbił. -
TRZECI HRABIA
A on się tylko nocą przedarł przez obóz chłopów. -
PIERWSZY HRABIA
Sto trupów położył, a dwieście swoich stracił. -
DRUGI HRABIA
Nie dajmy, by go wodzem obrali.
[…]
ARCYBISKUP
I przyjm ze znakiem Krzyża Św. dowództwo w tym zamku, ostatnim państwie naszym - wolą wszystkich mianuję cię wodzem. -
GŁOSY
Niech żyje - niech żyje! -
GŁOS JEDEN
Nie pozwalam! -
INNE GŁOSY
Precz - precz - za drzwi! - Niech żyje Henryk! -
MĄŻ
Jeśli kto ma co do zarzucenia mnie, niechaj wystąpi, wśród tłumu się nie kryje. -
Chwila milczenia.
Ojcze, szablę tę biorę i niech mi Bóg zrządzi zgon prędki, zawczesny, jeśli nią ocalić was nie zdołam. -
CHÓR KAPŁANÓW
Daj mu siłę - daj mu Ducha Świętego, Panie! - Od nieprzyjaciół wyratuj nas, Panie!
MĄŻ
Teraz przysięgnijcie wszyscy, że chcecie bronić wiary i czci przodków waszych - że głód i pragnienie umorzy was do śmierci, ale nie do hańby - nie do poddania sig - nie do ustąpienia choćby jednego z praw Boga waszego lub waszych. -
GŁOSY
Przysięgamy.
[...]
BARON
Zgubiłeś nas, hrabio. -
DRUGI
Wypowiadamy ci posłuszeństwo. -
KSIĄŻĘ
Sami ułożymy z tym zacnym obywatelem warunki poddania zamku. -
OJCIEC CHRZESTNY
Wielki mąż, który mnie przysłał, obiecuje wam życie, bylebyście przyłączyli się do niego i uznali dążenie wieku. -
KILKA GŁOSÓW
Uznajemy - uznajemy. -
MĄŻ
Kiedyście mnie wezwali, przysiągłem zginąć na tych murach - dotrzymam - i wy wszyscy zginiecie wraz ze mną. -
Ha! chce się wam żyć jeszcze!
Ha! zapytajcie ojców waszych, po co gnębili i panowali! -
Do Hrabiego
A ty, czemu uciskałeś poddanych? -
Do drugiego
A ty, czemu przepędziłeś wiek młody na kartach i podróżach daleko od Ojczyzny? -
Do innego
Ty się podliłeś wyższym, gardziłeś niższymi. -
Do jednej z kobiet
Dlaczegożeś dzieci nie wychowała sobie na obrońców- na rycerzy? - Teraz by ci się zdały na coś. - Aleś kochała Żydów, adwokatów - proś ich o życie teraz.
Staje i wyciąga ramiona.
Czego się tak śpieszycie do hańby - co was tak nęci, by upodlić wasze ostatnie chwile? - Naprzód raczej ze mną, naprzód, Mości Panowie, tam, gdzie kule i bagnety - nie tam, gdzie szubienica i kat milczący, z powrozem w dłoni na szyje wasze. -
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/nieboska/index.htm
Juliusz Słowacki, UŁAMEK Z GRECKIÉJ PODRÓŻY, GRÓB AGAMEMNONA
Niech fantastycznie lutnia nastrojona
Wtóruje myśli posępnéj i ciemnéj;
Bom oto wstąpił w grób Agamemnona,
I siedzę cichy w kopule podziemnéj,
Co krwią Atrydów zwalana okrutną.
Serce zasnęło, lecz śni. - Jak mi smutno!
O! jak daleko brzmi ta harfa złota,
Któréj mi tylko echo wieczne słychać!
Druidyczna to z głazów wielkich grota,
Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać
I ma Elektry głos - ta bieli płótno
I odzywa się z laurów: Jak mi smutno!
Tu po kamieniach, z pracowną Arachną
Kłóci ,się wietrzyk i rwie jéj przędziwo;
Tu cząbry smutne gór spalonych pachną;
Tu wiatr obiegłszy górę ruin siwą,
Napędza nasion kwiatów - a te puchy
Chodzą i w grobie latają jak duchy.
Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie
Przed nadgrobowém pochowane słońcem,
Jakby mi chciały nakazać milczenie,
Sykają. - Strasznym jest Rapsodu końcem
Owe sykanie, co się w grobach słyszy -
Jest objawieniem, hymnem, pieśnią ciszy.
O! cichy jestem jak wy, o! Atrydzi.
Których popioły śpią pod świerszczów strażą.
Ani mię teraz moja małość wstydzi,
Ani się myśli tak jak orły ważą.
Głęboko jestem pokorny i cichy
Tu, w tym grobowcu, sławy, zbrodni, pychy.
Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie
Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni,
Posadziły go wróble lub gołębie,
I listkami się czarnemi zieleni,
I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza;
Zerwałem jeden liść z czarnego kuszcza;
Nie bronił mi go żaden duch ni mara,
Ani w gałązkach jęknęło widziadło;
Tylko się słońcu stała większa szpara,
I wbiegło złote, i do nóg mi padło.
Zrazu myślałem, że ten co się wdziera
Blask, była struna to z harfy Homera;
I wyciągnąłem rękę na ciemności,
By ją ułowić i napiąć i drżącą
Przymusić do łez i śpiewu i złości
Nad wielkiem niczém grobów i milczącą
Garstką popiołów: - ale w mojém ręku
Ta struna drgnęła i pękła bez jęku.
Tak więc - to los mój na grobowcach siadać
I szukać smutków błahych, wiotkich, kruchych.
To los mój senne królestwa posiadać,
Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych
Albo umarłych - i tak pełny wstrętu........
Na koń! chcę słońca, wichru, i tententu!
Na koń! - Tu łożem suchego potoku,
Gdzie zamiast wody, płynie laur różowy;
Ze łzą i z wielką błyskawicą w oku,
Jakby mię wicher gnał błyskawicowy,
Lecę, a koń się na powietrzu kładnie -
Jeśli napotka grób rycerzy - padnie.
Na Termopilach? - Nie, na Cheronei
Trzeba się memu załamać koniowi,
Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei
Dla małowiernych serc podobne snowi
Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,
To téj mogiły - co równa jest - naszéj.
Mnie od mogiły termopilskiéj gotów
Odgonić legion umarłych Spartanów;
Bo jestem z krają smutnego Ilotów,
Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,
Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych
Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.
Na Termopilach ja się nie odważę
Osadzić konia w wąwozowym szlaku.
Bo tam być muszą tak patrzące twarze,
Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.
Ja tam nie będę stał przed Grecyj duchem -
Nie - pierwéj skonam: niż tam iść - z łańcuchem.
Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę?
Gdyby stanęli męże nad mogiłą?
I pokazawszy mi swe piersi krwawe
Potem spytali wręcz: - Wiele was było? -
Zapomnij, że jest długi wieków przedział. -
Gdyby spytali tak, - cóż bym powiedział?!
Na Termopilach, bez złotego pasa,
Bez czerwonego leży trup kontusza:
Ale jest nagi trup Leonidasa,
Jest w marmurowych kształtach piękna dusza:
I długo płakał lud takiéj ofiary,
Ognia wonnego, i rozbitéj czary.
O! Polsko! póki ty duszę anielską
Będziesz więziła w czerepie rubasznym,
Poty kat będzie rąbał twoje cielsko,
Poty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,
Poty mieć będziesz hyjenę na sobie,
I grób - i oczy otworzone w grobie.
Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,
Tę - Dejaniry palącą koszulę:
A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,
Naga - w styksowym wykąpana mule,
Nowa - nagością żelazną bezczelna -
Nie zawstydzona niczém - nieśmiertelna.
Niech ku północy z cichéj się mogiły
Podniesie naród i ludy przelęknie,
Że taki wielki posąg - z jednéj bryły,
A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,
Ale z piorunów ma ręce i wieniec;
Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.
Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;
Pawiem narodów byłaś i papugą;
A teraz jesteś służebnicą cudzą. -
Choć wiem, ze słowa te nie zadrżą długo
W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny:
Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.
Przeklnij - lecz ciebie przepędzi ma dusza,
Jak Eumenida przez wężowe rózgi.
Boś ty, jedyny syn Prometeusza -
Sęp ci wyjada nie serce - lecz mózgi.
Choć Muzę moją w twojéj krwi zaszargam,
Sięgnę do wnętrza twych trzew - i zatargam.
Szczeknij z boleści i przeklinaj syna,
Lecz wiedz - że ręka przekleństw wyciągnięta
Nade mną - zwinie się w łęk jak gadzina,
I z ramion ci się odkruszy zeschnięta,
I w proch ją czarne szatany rozchwycą;
Bo nie masz władzy przekląć - Niewolnico!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/~literat/jswiersz/016.htm
Społeczeństwo w pozytywizmie
Fragmenty:
Potop, Lalka: Tom I rozdział 1, Tom I rozdział 5, Tom I rozdział 8, Tom I rozdział 10,
Henryk Sienkiewicz, Potop (fragm.)
Jaki obraz Polaków? http://język-polski.pl/matura/zadania-maturalne/1635-obraz-polakow-potop
Bolesław Prus, Lalka (fragm.)
Prus, Lalka Tom I rozdział 1, JAK WYGLĄDA FIRMA J. MINCEL I S. WOKULSKI PRZEZ SZKŁO BUTELEK?
- Otóż Wokulski był wtedy u Hopfera subiektem i miał już ze dwadzieścia parę lat.
- W handlu win i delikatesów?
- Tak. I jak dziś Józio, tak on wówczas podawał mi piwo, zrazy nelsońskie...
- I z tej branży przerzucił się do galanterii? - wtrącił ajent.
- Zaczekaj pan - przerwał radca. - Przerzucił się, ale nie do galanterii, tylko do Szkoły Przygotowawczej, a potem do Szkoły Głównej, rozumie pan?... Zachciało mu się być uczonym!...
Ajent począł chwiać głową w sposób oznaczający zdziwienie.
- Istna heca - rzekł. - I skąd mu to przyszło?
- No skąd! Zwyczajnie - stosunki z Akademią Medyczną, ze Szkołą Sztuk Pięknych... Wtedy wszystkim paliło się we łbach, a on nie chciał być gorszym od innych. W dzień służył gościom przy bufecie i prowadził rachunki, a w nocy uczył się...
- Licha musiała to być usługa.
- Taka jak innych - odparł radca, niechętnie machając ręką.-Tylko że przy posłudze był, bestia, niemiły; na najniewinniejsze słówko marszczył się jak zbój... Rozumie się, używaliśmy na nim, co wlazło, a on najgorzej gniewał się, jeżeli nazwał go kto "panem konsyliarzem". Raz tak zwymyślał gościa, że mało obaj nie porwali się za czuby.
- Naturalnie, handel cierpiał na tym...
- Wcale nie! Bo kiedy po Warszawie rozeszła się wieść, że subiekt Hopfera chce wstąpić do Szkoły Przygotowawczej, tłumy zaczęły tam przychodzić na śniadanie. Osobliwie roiła się studenteria.
- I poszedł też do Szkoły Przygotowawczej?
- Poszedł i nawet zdał egzamin do Szkoły Głównej. No, ale co pan powiesz - ciągnął radca uderzając ajenta w kolano - że zamiast wytrwać przy nauce do końca, niespełna w rok rzucił szkołę...
- Cóż robił?
- Otóż, co... Gotował wraz z innymi piwo, które do dziś dnia pijemy, i sam w rezultacie oparł się aż gdzieś koło Irkucka.
- Heca, panie! - westchnął ajent handlowy.
- Nie koniec na tym... W roku 1870 wrócił do Warszawy z niewielkim fundusikiem. Przez pół roku szukał zajęcia, z daleka omijając handle korzenne, których po dziś dzień nienawidzi, aż nareszcie przy protekcji swego dzisiejszego dysponenta, Rzeckiego, wkręcił się do sklepu Minclowej, która akurat została wdową, i - w rok potem ożenił się z babą grubo starszą od niego.
Prus, Lalka Tom I rozdział 5, DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z TOWARZYSTWA
[...]
Istotnie, pan Łęcki liczył w swoim rodzie całe szeregi senatorów. Ojciec jego jeszcze posiadał miliony, a on sam za młodu krocie. Później jednak część majątku pochłonęły zdarzenia polityczne, resztę - podróże po Europie i wysokie stosunki. Pan Tomasz bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, następnie na wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa miesiące nosił na kapeluszu krepę.
Od paru lat pan Tomasz nie ruszał się z Warszawy, za mało mając już pieniędzy, ażeby błyszczeć na dworach. Za to jego mieszkanie stało się ogniskiem eleganckiego świata i było nim aż do czasu rozejścia się pogłosek, że pan Tomasz postradał nie tylko swój majątek, ale nawet posag panny Izabeli.
Pierwsi cofnęli się epuzerowie, za nimi damy mające brzydkie córki, z pozostałą zaś resztą zerwał sam pan Tomasz i ograniczył swoje znajomości wyłącznie do stosunków z familią. Lecz gdy i tu zauważył zniżenie się uczuciowej temperatury, zupełnie wycofał się z towarzystwa, a nawet ku zgorszeniu wielu szanownych osób, jako właściciel domu w Warszawie, wpisał się do Resursy Kupieckiej. Chciano go tam zrobić prezesem, ale nie zgodził się.
Tylko jego córka bywała u sędziwej hrabiny Karolowej i paru jej przyjaciółek, co znowu dało początek pogłosce, że pan Tomasz jeszcze posiada majątek i że zerwał z towarzystwem w części przez dziwactwo, w części dla poznania rzeczywistych przyjaciół i wybrania córce męża, który by ją kochał dla niej samej, nie dla posagu.
Więc znowu dokoła panny Łęckiej począł zbierać się tłum wielbicieli, a na stoliku w jej salonie stosy biletów wizytowych. Gości jednak nie przyjmowano, co zresztą między nimi nie wywołało zbyt wielkiego oburzenia, ponieważ rozeszła się trzecia z kolei pogłoska, że Łęckiemu licytują kamienicę.
Tym razem w towarzystwie powstał zamęt. Jedni twierdzili, że pan Tomasz jest zdeklarowanym bankrutem, drudzy gotowi byli przysiąc, że zataił majątek, aby zapewnić szczęście jedynaczce. Kandydaci do małżeństwa i ich rodziny znaleźli się w dręczącej niepewności. Ażeby więc nic nie ryzykować i nic nie stracić, składali hołdy pannie Izabeli nie angażując się zbytecznie i po cichu rzucali w jej domu swoje karty, prosząc Boga, ażeby ich czasem nie zaproszono przed wyklarowaniem się sytuacji.
Prus, Lalka Tom I rozdział 8, Medytacje
Zatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się u jego stóp dzielnicę między Nowym Zjazdem i Tamką. Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi - linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek poprzecznych formują jakby szczeble.
" Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie - myślał. - To chory kąt, dziki kąt."
I rozważał pełen goryczy, że ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki barwy czekoladowej i jasnożółtej, ciemnozielonej i pomarańczowej. Nic, oprócz białych i czarnych parkanów, otaczających puste place, skąd gdzieniegdzie wyskakuje kilkupiętrowa kamienica jak sosna, która ocalała z wyciętego lasu, przestraszona własną samotnością.
" Nic, nic!..." - powtarzał tułając się po uliczkach, gdzie widać było rudery zapadnięte niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem.
Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej skazówce, z porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek - na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych.
" Oto miniatura kraju - myślał - w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć.
Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce - o nic."
Potem w wielkich konturach przyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem będąc łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą, będąc subiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu - prześladowano go porcjami, które niedawno podawał gościom.
Odetchnął dopiero na Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i przyjaźń Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich. Wrócił do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, zakrzyczano go i odesłano do handlu...
" To taki piękny kawałek chleba w tak ciężkich czasach!"
No i wrócił do handlu, a wtedy zawołano, że się sprzedał i żyje na łasce żony, z pracy Minclów.
Traf zdarzył, iż po kilku latach żona umarła zostawiając mu dość spory majątek. Pochowawszy ją Wokulski odsunął się nieco od sklepu, a znowu zbliżył się do książek. I może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazłszy się raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli.
Prus, Lalka Tom I rozdział 10, Pamiętnik Starego Subiekta
Otóż Szlangbaum jest w całym znaczeniu porządnym obywatelem, a mimo to wszyscy go nie lubią, gdyż - ma nieszczęście być starozakonnym...
W ogóle, może od roku, uważam, że do starozakonnych rośnie niechęć; nawet ci, którzy przed kilkoma laty nazywali ich Polakami mojżeszowego wyznania, dziś zwą ich Żydami. Zaś ci, którzy niedawno podziwiali ich pracę, wytrwałość i zdolności, dziś widzą tylko wyzysk i szachrajstwo.
Słuchając tego, czasem myślę, że na ludzkość spada jakiś mrok duchowy, podobny do nocy. W dzień wszystko było ładne, wesołe i dobre; w nocy wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie myślę, ale milczę; bo cóż może znaczyć sąd starego subiekta wobec głosu znakomitych publicystów, którzy dowodzą, że Żydzi krwi chrześcijańskiej używają na mace i że powinni być w prawach swoich ograniczeni. Nam kule nad głowami inne wyświstywały hasła, pamiętasz, Katz?...
Taki stan rzeczy w osobliwy sposób oddziaływa na Szlangbauma. Jeszcze w roku zeszłym człowiek ten nazywał się Szlangowskim, obchodził Wielkanoc i Boże Narodzenie, i z pewnością najwierniejszy katolik nie zjadał tyle kiełbasy co on. [...]
Wrócił z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstąpił do chrześcijańskiego sklepu, choć Żydzi dawali mu lepsze warunki. Od tej też pory ciągle pracował u chrześcijan i dopiero w roku bieżącym wymówili mu posadę. [...]
Stach wzruszył ramionami i natychmiast przyjął Szlangbauma z pensją półtora tysiąca rubli rocznie.
Nowy subiekt od razu wziął się do roboty, a w pół godziny później mruknął Lisiecki do Klejna:
- Co tu, u diabła, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?..
Zaś w kwadrans później, nie wiem już z jakiej racji, dodał:
- Jak te kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie mógłby to parch, jeden z drugim, pilnować się Nalewek albo Świętojerskiej?
Szlangbaum milczał, tylko drgały mu czerwone powieki.
Szczęściem, obie te zaczepki słyszał Wokulski. Wstał od biurka i rzekł tonem, którego, co prawda, nie lubię:
- Panie... panie Lisiecki! Pan Henryk Szlangbaum był moim kolegą wówczas, kiedy działo mi się bardzo źle. Czybyś więc pan nie pozwolił mu kolegować ze mną dziś, kiedy mam się trochę lepiej?...
[...] Stanowisko Szlangbauma wyjaśniło się od razu; dziś mnie prędzej coś powiedzą (ba! nawet zwymyślają) aniżeli jemu. Ale czy wynalazł kto sposób przeciw półsłówkom, minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, który mi nieraz mówi wzdychając:
- Ach, gdybym się nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej chwili uciekłbym stąd na Nalewki...
- Bo dlaczego, panie Henryku - spytałem go - raz się, do licha, nie ochrzcisz?..
- Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem, że jako Żyd jestem tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako meches byłbym wstrętny i dla chrześcijan, i dla Żydów. Trzeba przecie z kimś żyć. Zresztą - dodał ciszej - mam pięcioro dzieci i bogatego ojca, po którym będę dziedziczyć...
[...]
Źle nazywać się Szlangbaumem, źle Szlangowskim; źle być Żydem, źle mechesem... Noc zapada, noc, podczas której wszystko jest szare i podejrzane!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/lalka/
Społeczeństwo w modernizmie (Młodej Polsce)
Fragmenty: Stanisław Wyspiański, Wesele, Sceny 1, 7, 8, 12, 17, 24, Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra.
Stanisław Wyspiański, Wesele
Wesele, SCENA 1.
CZEPIEC, DZIENNIKARZ.
CZEPIEC
Cóż tam, panie, w polityce?
Chińcyki trzymają się mocno!?
DZIENNIKARZ
A, mój miły gospodarzu,
mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.
CZEPIEC
Pan polityk!
DZIENNIKARZ
Otóż właśnie polityków
mam dość, po uszy, dzień cały.
CZEPIEC
Kiedy to ciekawe sprawy.
DZIENNIKARZ
A to czytaj, kto ciekawy;
wiecie choć, gdzie Chiny leżą?,
CZEPIEC
No daleko, kajsi gdzieś daleko;
a panowie to nijak nie wiedzą,
że chłop chłopskim rozumem trafi,
choćby było i daleko.
A i my tu cytomy gazety
i syćko wiemy.
DZIENNIKARZ
A po co - ?
CZEPIEC
Sami się do światu garniemy.
DZIENNIKARZ
Ja myślę, że na waszej parafii
świat dla was aż dosyć szeroki.
CZEPIEC
A tu ano i u nas bywają,
co byli aże dwa roki
w Japonii; jak była wojna.
DZIENNIKARZ
Ale tu wieś spokojna. -
Niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna.
CZEPIEC
Pon się boją we wsi ruchu.
Pon nos obśmiwajom w duchu. -
A jak my, to my się rwiemy
ino do jakiej bijacki.
Z takich, jak my, był Głowacki.
A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!
Wesele, SCENA 7.
RADCZYNI, KLIMINA.
RADCZYNI
Cóż ta, gosposiu, na roli?
Czyście sobie już posiali?
KLIMINA
Tym ta casem sie nie siwo.
RADCZYNI
A mieliście dobre żniwo - ?
KLIMINA
Dzięki Bogu, tak ta bywo.
RADCZYNI
Jak złe żniwo, to was boli,
żeście się napracowali - ?
KLIMINA
Zawszeć sie co przecie zgarnie.
RADCZYNI
Dobrze sobie wyglądacie.
KLIMINA
I pani ta tyz nie marnie.
RADCZYNI
Jeszcze się widzicie młoda.
KLIMINA
Jak po Marcinie jagoda.
RADCZYNI
Może jeszcze się wydacie - ?
KLIMINA
A cóz sie ta tak pytacie?!
Wesele, SCENA 8.
KSIĄDZ, PANNA MŁODA, PAN MŁODY.
PAN MŁODY
Ksiądz dobrodziej łaskaw bardzo.
Proszę nas nie zapominać.
KSIĄDZ
Są i tacy, co mną gardzą,
żem jest ze wsi, bom jest z chłopa.
Patrzą koso - zbędą prędko,
a tu mi na sercu lentko.
Sami swoi, polska szopa,
i ja z chłopa, i wy z chłopa
PAN MŁODY
Ksiądz dobrodziej już niebawem
będzie nosić pelerynkę - ?
KSIĄDZ
Może i należy mi się;
lecz pewnego nic nie wi się.
Inni także robią ślinkę!
Może sprawię pelerynkę ?
PAN MŁODY
Może z konsystorza przecie
popatrzą okiem łaskawem;
życzę bardzo.
PANNA MŁODA
Choć co dadzą;
ino te ciarachy tworde,
trza by stoć i walić w morde.
PAN MŁODY
Moja duszko, tu sie mówi
o kościelnej dostojności,
którą mają przyznać Jegomości.
PANNA MŁODA
Jo myślała, że co inne.
KSIĄDZ
Naiwne to i niewinne.
Wesele, SCENA 12.
PAN MŁODY, PANNA MŁODA.
PAN MŁODY
Kochasz ty mnie?
PANNA MŁODA
Moze, moze -
cięgiem ino godos o tem.
PAN MŁODY
Bo mi serce wali młotem,
bo mi w głowie huczy, szumi...
moja Jaguś, toś ty moja?!
PANNA MŁODA
Twoja, jak trza, juści twoja;
bo cóż cie ta znów tak dumi?
Cięgiem ino godos o tem.
P AN MŁODY
A ty z twoim sercem złotem
nie zgadniesz, dziewczyno-żono,
jak mi serce wali młotem,
jak cię widzę z tą koroną,
z tą koroną świecidełek,
w tym rozmaitym gorsecie,
jak lalkę dobytą z pudełek
w Sukiennicach, w gabilotce:
zapaseczka, gors, spódnica,
warkocze we wstążek splotce;
że to moje, że to własne,
że tak światłem gorą lica!
PANNA MŁODA
Buciki mom troche ciasne.
PAN MŁODY
A to zezuj, moja złota.
PANNA MŁODA
Ze sewcem tako robota.
PAN MŁODY
Tańcuj boso.
PANNA MŁODA
Panna młodo?!
Cóz ta znowu?! To ni mozno.
PAN MŁODY
Co się męczyć? W jakim celu?
PANNA MŁODA
Trza być w butach na weselu.
Wesele, SCENA 17.
PAN MŁODY, ŻYD
PAN MŁODY
Przyszedł Mosiek na wesele...
ŻYD
Nu, ja tu przyszedł nieśmiele.
PAN MŁODY
No, jesteśmy przyjaciele.
ŻYD
No, tylko że my jesteśmy
tacy przyjaciele, co się nie lubią.
PAN MŁODY
A tak, jak są tacy, co skubią,
to i są tacy, co się boczą.
ŻYD
Niech się boczą, a jak oni potrzebują,
to ich u mnie jest bardzo wiele.
PAN MŁODY
W zastawie.
ŻYD
No, to tak, jak w kieszeni; -
pan dzisiaj w kolorach się mieni;
pan to przecie jutro zruci ? ?
PAN MŁODY
Narodowy chłopski strój.
ŻYD
No, pan się narodowo bałamuci,
panu wolno - a to ładny krój -
to już było.
PAN MŁODY
No, to jeszcze wróci.
ŻYD
[...]
Po co się pan z chłopką żeni?
Są panny inteligentne.
PAN MŁODY
One mnie się wydają przeciętne.
Kocham te z Botticellego,
lecz nie chcę zapychać niemi
każdej piędzi naszej ziemi.
Wesele, SCENA 24.
POETA, GOSPODARZ.
[...]
GOSPODARZ
Dramatyczne, bardzo pięknie -
u nas wszystko dramatyczne,
w wielkiej skali, niebotyczne -
a jak taki heros jęknie,
to po całej Polsce jęczy,
to po wszystkich borach szumi,
to po wszystkich górach brzęczy,
ale kto tam to zrozumi.
[...]
POETA
Duch się w każdym poniewiera,
że czasami dech zapiera;
tak by gdzieś het gnało, gnało,
tak by się nam serce śmiało
do ogromnych, wielkich rzeczy,
a tu pospolitość skrzeczy,
a tu pospolitość tłoczy,
włazi w usta, uszy, oczy;
[...]
GOSPODARZ
Tak się orze, tak się zwala
rok w rok, w każdym pokoleniu;
raz w raz dusza się odsłania,
raz w raz wielkość się wyłania
i raz w raz grąży się w cieniu.
Raz w raz wstaje wielka postać,
że ino jej skrzydeł dostać,
rok w rok w każdym pokoleniu,
i raz w raz przepada, gaśnie,
jakby czas jej przepaść właśnie.-
Każden ogień swój zapala,
każden swoją świętość święci...
POETA
My jesteśmy jak przeklęci,
że nas mara, dziwo nęci,
wytwór tęsknej wyobraźni
serce bierze, zmysły draźni;
że nam oczy zaszły mgłami;
pieścimy się jeno snami,
a to, co tu nas otacza,
zdolność nasza przeinacza:
w oczach naszych chłop urasta
do potęgi króla Piasta!
GOSPODARZ
A bo chłop i ma coś z Piasta,
coś z tych królów Piastów - wiele!
- Już lat dziesięć pośród siedzę,
sąsiadujemy o miedzę.
Kiedy sieje, orze, miele,
taka godność, takie wzięcie;
co czyni, to czyni święcie,
godność, rozwaga, pojęcie.
A jak modli się w kościele,
taka godność, to przejęcie;
bardzo wiele, wiele z Piasta;
chłop potęgą jest i basta.
Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra*
Bibliografia: Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra*.
Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra,1883-84 (tłum. Wacław Berent).
Społeczeństwo we współczesności
Broniewski, Ballady i romanse, 1945, A. Słonimski, Elegia miasteczek żydowskich, 1963, R. Kapuściński, Wymarsz piątej kolumny, Kuba Wandachowicz, Generacja Nic, reklama Pokolenie X , Katarzyna Izdebska, Pokolenie X vs. Pokolenie Y zgrzyt?, Eroica*, reż. Andrzej Munk 1957, Obywatel Kane*, reż. Orson Wells, Henryk Tomaszewski, Citizen Kane; reż.: Orson Welles. Film amerykański*, 1948, Grzegorz Królikiewicz, Różyczka* (fragm.).
Broniewski, Ballady i romanse, 1945,
Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha...
To dzień biały, to miasteczko..."
Nie ma miasteczka, nie ma żywego ducha,
po gruzach biega naga, ruda Ryfka,
trzynastoletnie dziecko.
Przejeżdżali grubi Niemcy w grubym tanku.
(Uciekaj, uciekaj Ryfka!)
"Mama pod gruzami, tata w Majdanku..."
Roześmiała się, zakręciła się, znikła.
I przejeżdżał znajomy, dobry łyk z Lubartowa:
"Masz, Ryfka, bułkę, żebyś była zdrowa..."
Wzięła, ugryzła, zaświeciła zębami:
"Ja zaniosę tacie i mamie."
Przejeżdżał chłop, rzucił grosik,
przejeżdżała baba, też dała cosik,
przejeżdżało dużo, dużo luda,
każdy się dziwił, że goła i ruda.
I przejeżdżał bolejący Pan Jezus,
SS-mani go wiedli na męki,
postawili ich oboje pod miedzą,
potem wzięli karabiny do ręki.
"Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, sie Juden,
za koronę cierniową, za te włosy rude,
za to, żeście nadzy, za to, żeśmy winni,
obojeście umrzeć powinni."
I ozwało się Alleluja w Galilei,
i oboje anieleli po kolei,
potem salwa rozległa się głucha...
"Słuchaj, dzieweczko!...Ona nie słucha...
Słonimski, Elegia miasteczek żydowskich, 1963,
Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,
W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy
Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek,
I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.
Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,
Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto
I wapnem sinym czysto wybielono ściany
Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.
Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy,
Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala,
Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy,
Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagala.
Te księżyce nad inną już chodzą planetą,
Odfrunęły spłoszone milczeniem ponurym.
Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,
Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.
Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.
Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem,
I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa,
Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa
Dwa narody karmione stuleci cierpieniem.
Źródło:
http://www.sztetl.org.pl/pl/article/karczew/30,teksty-kultury/20794,antoni-slonimski-elegia-miasteczek-zydowskich/
Kapuściński, Wymarsz piątej kolumny,
Bibliografia: Kapuściński, Wymarsz piątej kolumny,.
Kuba Wandachowicz, Generacja Nic, 10.01.2012 14:24
Tekst opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 5 września 2002
Myśleliśmy, że rzeczywistość nowej Polski pozwoli nam 20-latkom jakoś spektakularnie zaistnieć. Myliliśmy się bardzo. Ci z nas, którzy powinni dbać o intelektualne i duchowe zaplecze, uczestniczą dzisiaj w nachalnym urabianiu najniższych społecznych gustów, bo tylko w ten sposób mogą zarobić na życie. O pokoleniu, które przegrało z wolnością, pisze Kuba Wandachowicz - absolwent filozofii, członek zespołu rockowego Cool Kids of Death
Słowo "generacja" zawsze kojarzyło mi się z pewnym w miarę przejrzyście zdefiniowanym rezerwuarem wymagań światopoglądowych, z pewnym katechizmem wartości oraz z przekonaniem o powinności dokonania czegoś, co można nazwać próbą przekroczenia samego siebie, dokonania pewnego rodzaju skoku w przyszłość, odbicia się od miernoty rzeczywistości w imię rozmaicie pojmowanej utopii. Jeśli przyjmiemy, że utopia jest snem, który obiecuje nam więcej i mobilizuje do działania zaraz po przebudzeniu, to, niestety, należy stwierdzić, że my, generacja ludzi urodzonych w połowie lat 70., cierpimy na niezwykle zaawansowaną bezsenność.
To nie moje pokolenie
Mam 27 lat i nie mogę uwierzyć w swój wiek. Nie istnieje żaden społeczny kontekst usprawiedliwiający moje istnienie i - co za tym idzie - ja sam nie jestem w stanie usprawiedliwić żadnego społecznego kontekstu, który pełniłby funkcję mojego "matecznika". Nie chodzi tu tylko o problem szeroko pojętego bezrobocia, problem warunków i możliwości samorealizacji (choć te czynniki odgrywają tu z pewnością rolę fundamentalną), ale również o zagadnienie wymagań i zadań, jakie my sami przed sobą stawiamy, o problem języka, jaki stworzyliśmy w celu opisania samych siebie i tego, co dookoła nas. Chodzi tu o kwestię naszej (trudno jest mi używać w tym kontekście słowa "nasz" we wszystkich przypadkach i odmianach) twarzy, która często jest twarzą zmęczonego życiem defetysty, bezideowca, hiphopowca, pracownika agencji reklamowej (jako symbolu nowocześnie pojmowanego awansu społecznego), palacza marihuany, pseudokibica, alkoholika (który upija się piwem w pubach - taka teraz moda...), dziennikarza, dresiarza, pracownika banku, działacza prawicowych młodzieżówek, który wiarę w sprawczą siłę polityki czerpie z przedwojennych publikacji... Trudno jest się odnaleźć w tym wariackim tyglu. A co dopiero stworzyć generację!
Poniższe dywagacje nie mają na celu socjologicznej analizy zjawiska pokolenia urodzonego w latach 70. (i później), lecz raczej zupełnie nienaukowy, subiektywny opis stanu ducha, którym owo pokolenie próbuje mnie uwieść. Nie jestem socjologiem. Jestem jednym z przedstawicieli owego "pokolenia", który nie czuje z nim żadnego duchowego związku.
Nurtuje mnie problem pokolenia moich rówieśników - aspiracji i wymagań składających się na intelektualny mainstream kształtowanego przez nich świata. Zjawisko intelektualnego marginesu, jakże potrzebnego w każdej kulturze, nie może być przecież wyłączną receptą na przerażającą pustkę kultury oficjalnej (która, działając ponoć na zasadach wolnorynkowych, jest przecież wynikiem społecznego zapotrzebowania, koniunktury świadczącej w tym wypadku o żenująco niskich wymaganiach społecznych). Problem ten ma jeszcze parę innych aspektów, które powinny być kiedyś zbadane: jak możliwa jest kultura alternatywna w sytuacji, kiedy praktycznie nie istnieje jakikolwiek żywotny mainstream, oraz jak możliwe jest istnienie kultury w ogóle, skoro odbiorcy śpią snem zimowym.
Artyści za pieniądze
Ograniczmy się jednak do mojego pokolenia; pokolenia ludzi młodych, których wiek wskazywać powinien na największe możliwości zmiany obrazu rzeczywistości. Wydaje się, że wraz z wolnością, jaką otrzymaliśmy w wieku podstawówkowo-licealnym, dużo zmieniło się w naszych oczekiwaniach i wymaganiach. Starsi chcieli pieniędzy i wolności, nas interesowała przede wszystkim wolność (ot, taka natura wieku, z właściwym sobie młodzieńczym romantyzmem), podczas gdy współcześnie nas i młodszych od nas interesują już tylko pieniądze. To banał, jednak dużo w nim prawdy. Ile osób porzuciło lub ograniczyło swoje ideały na rzecz pracy w agencjach reklamowych, zgadzając się na schlebianie najniższym gustom klientów i zleceniodawców? Pech polega też na tym, że elity finansowe w tym kraju kształtowały się na bardzo dziwnych zasadach (wiadomo, że większość interesów po 1989 roku odbywała się na wariackich papierach, wykorzystując rozmaite luki prawne i organizacyjne, do tego dochodzi zagadnienie majątków peerelowskich i postpezetpeerowskich). Decydenci w Polsce zawsze byli niezwykle oddaleni od elit kulturalnych i praca dla nich musiała (i nadal musi) być udręką dla kogokolwiek, kto do zasilenia grona owych intelektualnych i kulturalnych środowisk kiedykolwiek pretendował. Musiało to wiązać się z wyrzeczeniami, które z pewnością stawały się źródłem wielu frustracji. Ten pęd do kariery, który rozpoczął się na początku lat 90., kiedy jak grzyby po deszczu powstawały agencje reklamowe zdolne zatrudnić całkiem sporą liczbę absolwentów szkół artystycznych lub po prostu tych, których wrażliwość i inteligencja wyrastały ponad przeciętną, zaowocował niebezpiecznym deficytem pomysłów na świat.
Wolność, którą nasz kraj zyskał po 1989 roku, stała się w pewnym momencie słowem kończącym wszelki dyskurs. Wyrażenie "jesteśmy wolni" zaczęło coraz częściej oznaczać, że mamy prawo nie mieć pomysłów na życie, mamy prawo żyć z dnia na dzień, ciesząc się tym, co możemy sobie kupić za ciężko zarobione pieniądze. Nie ma się co dziwić - to pokolenie zostało wychowane na braku, na kompleksach, na pewnej naturalnej zazdrości względem społeczeństw zachodnich, które miały wszystkiego pod dostatkiem. Sam doskonale pamiętam, jakim zachwytem przepełniały mnie wszystkie nowinki zza zachodniej granicy, wszystkie nowe mody, zespoły, filmy, komiksy, a także najzwyklejsze w świecie dziecięce zabawki, których urok działał również na ludzi o wiele starszych ode mnie. Powstaje jednak pytanie, czy owa wolność, którą szczycimy się dziś, była osiągana jedynie w imieniu tych doraźnych przyjemności? Nie ma się co łudzić - rewolucja w tym kraju powstała dzięki społecznej potrzebie lepszego życia, tak jak każda rewolucja na świecie. Jednak czy my, ludzie, których najważniejsze momenty w życiu przypadły na okres przełomu epok, możemy poprzestać na bezwiednej akceptacji tego, co nazywa się wolnymi mechanizmami rynkowymi, które nie stawiają przed nami żadnych wyzwań oprócz tych związanych z tzw. karierą zawodową? Czy to jedyna wolność, na jaką nas stać? Czy nam jest wszystko jedno? Czy mamy jakiś właściwy sobie język; język wyrażający nasze najgłębsze pragnienia i ambicje, mający stać się naszym osobistym pomostem w przyszłość? Czy cokolwiek odróżnia nas od innych pokoleń? Czy my czegoś oczekujemy od życia? Co to jest?!
Okopy św. Etatu
Problem bezrobocia, który stał się obecnie osią wszelkich niepokojów społecznych, w zestawieniu ze społeczno-ekonomicznym boomem wczesnych lat 90. jawi się jako dodatkowy, jeżeli nie główny katalizator ogólnego rozprzężenia charakteryzującego pokolenie dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków. Jeżeli bowiem sytuacja rynku pracy przypomina w istocie rzeczywistość postnuklearną, to niejako na mocy najpierwotniejszych praw "dżungli" oczywiste jest, że każdy z trudem zdobyty etat będzie broniony z ponoszeniem coraz to większych poświęceń, również w dziedzinie, którą nazwijmy po staroświecku "duchową". Dzisiejszy trzydziestokilkulatek będzie robił wszystko, żeby utrzymać zdobytą na początku lat 90. posadę, ponieważ wie, że strata etatu może się wiązać z ostatecznym wykluczeniem z rynku pracy, a na jego miejsce czeka już tabun zgłodniałych sukcesu młodych ludzi. Tworzy się niezdrowa sytuacja niewypowiedzianego szantażu, gdzie pracownik do tego stopnia jest uzależniony od swojego etatu, że będzie go bronił za wszelką niemal cenę. Intelektualne i duchowe wartości, których tak staroświecko staram się tutaj bronić, pójdą na pierwszy ogień, ponieważ w doraźnym rozrachunku ich strata boli najmniej. To szczególnie bolesne w przypadku tych, którzy niejako z racji "urodzenia" (czytaj: talentu i wykształcenia) powinni budować intelektualne pomosty w przyszłość. Ci, którzy już mają pracę, i ci, którzy jej jeszcze nie mają (i być może nigdy mieć nie będą, a przynajmniej nie taką, jaką sugerowałyby talent i wykształcenie), nie zrobią nic, by spróbować przeżyć swe życie w sposób świadomy, ponieważ nie będą mieli na to czasu, sił, pieniędzy...
Idol - Klient
Kiedy zdawałem na studia (rok 1994), czuło się w powietrzu pewną obietnicę, pewną realną możliwość zmian, poczucie zdolności wpływania na intelektualne trajektorie nowo powstałej rzeczywistości. Wydaje się, że nie byłem w tym odczuciu osamotniony. Wiele się wówczas działo. Dzisiejsi trzydziestoparolatkowie właśnie "łapali się" swoich etatów, a my czuliśmy, że nie będzie źle. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że nikt nie pozwoli nam na realizację żadnych względnie górnolotnych zamierzeń, a my sami staniemy się na tyle słabi, że nie będziemy mieli siły niczego od życia wyegzekwować. Nie wiedziałem, że wszystkie intelektualne ambicje moich rówieśników zamkną się między stronicami publikacji typu: "Jak mówić 'nie'", "Jak uwierzyć w siebie", "Jak w zgodzie ze sobą osiągnąć sukces", itp., a niezwykle modnym odruchem religijnym stanie się przaśny buddyzm kultywowany w oparach marihuany, która od tej pory będzie stanowiła nieodłączny element życia młodego człowieka, potęgując fizyczne i mentalne rozleniwienie.
Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś natchnione potępienie wszelkich używek. Chodzi raczej o dezaprobatę wyrażoną wobec pewnego stylu życia, który zaowocował tak daleko posuniętym wyluzowaniem, że nagle wszystko przestało się liczyć. Markiz de Sade nie dlatego był tym Markizem de Sade, że wiódł życie hulaszcze, ale dlatego, że w trakcie swoich praktyk starał się jak najintensywniej myśleć.
Z jednej strony zachłysnęliśmy się wolnością, rozbudziliśmy w sobie (lub może rozbudzono w nas) optymizm, by za parę chwil stanąć przed ponurą perspektywą bezrobocia i konieczności hołdowania najniższym instynktom nowego idola - bezosobowego Klienta. Daliśmy się wpędzić w błędne koło, bo ulegając zachciankom tego dziwnego stwora, zaczęliśmy aktywnie uczestniczyć w tworzeniu go, umacnianiu jego atawistycznych pobudek i niewybrednych zachcianek. Nie ma żadnej bezpiecznej enklawy, która pozwoliłaby na chwilę oddechu, refleksji, ponieważ ciągle jesteśmy zmuszani do kultywowania tej zalety nowoczesności, jaką jest "elastyczność". Czy nikt nie potrafi zauważyć różnicy pomiędzy marketingiem a sferą szeroko pojętej kultury? Kto powiedział, że wolnorynkowa logika musi zyskać rangę ostatecznej struktury wszelkiego twórczego myślenia? Dostrzegając plusy i minusy współczesnych zachodnich kulturalnych kombinatów, musimy pamiętać, że podstawowym żywiołem artysty, myśliciela, "inteligenta" jest pewna podstawowa niezależność, kontra, którą powinien w sobie pielęgnować...
Co z tego, skoro ponura rzeczywistość stawia przed nami inne, całkiem przyziemne zadania? Nie mamy czasu, sił, pieniędzy ani nawet ochoty martwić się o - znów użyję nieznośnie banalnej frazeologii czasów minionych - "duchowy wymiar naszych czasów". Ciemne strony zdobytej w trudach wolności frustrują, a jej przybytki rozleniwiają. Myśleliśmy, że rzeczywistość nowej Polski pozwoli nam jakoś, mniej lub bardziej spektakularnie, zaistnieć. Myliliśmy się bardzo. Dzisiaj ci, którzy teoretycznie powinni dbać o intelektualne i duchowe zaplecze, jawnie uczestniczą w nachalnym urabianiu najniższych społecznych gustów, bo tylko w ten sposób mogą jakoś zarobić na życie. A przy tym zarabianie pieniędzy to w naszych czasach niezwykle wielki przywilej! Wmawia się nam, że już sam fakt posiadania pracy powinien wystarczać za realizację największych życiowych aspiracji, i my się tak czujemy. Robiąc byle co, wmawiamy sobie, że właśnie uczestniczymy w realizacji nowego, wspaniałego świata i powinniśmy wszystkich całować po rękach, że dany nam był ten zaszczyt.
Rimbaud w agencji reklamowej
Co dzisiaj porabiają moi najbardziej obiecujący przyjaciele z czasów studiów?
Mateusz, jedna z najbardziej nietuzinkowych postaci, z którymi dane mi było przyjaźnić się, pracuje w dużej firmie. Jego stanowisko nazywa się prawdopodobnie jakoś po angielsku. Nie ma nic wspólnego z naszym kierunkiem studiów, czyli z filozofią. Nie chciał mi dokładnie powiedzieć, o co chodzi. Śmiał się tylko, że jako dyplomowany filozof może przecież robić wszystko. Mateusz w czasie studiów przepisywał Nowy Testament na modłę surrealistyczną, pisał opowiadania, a także coś, co wprawiało mnie i profesorów w zdumienie - zabierał z biblioteki całe sterty czystych rewersów i drobnym maczkiem w każdej wolnej chwili zapełniał je swoimi przemyśleniami. Tych zapisanych rewersów miał mnóstwo. Potem przepisywał je na specjalnie w tym celu kupionym komputerze. Jeden z wykładowców chciał pomóc mu w wydaniu dzieła. Było już bardzo blisko, ale w ostatnim momencie coś nie wypaliło. Fakt jest taki, że mój kolega przestał pisać. Rimbaud wyjechał na pustynię, Mateusz do agencji reklamowej...
Krzysiek, człowiek o wielkich ambicjach naukowych, który staraniom o przyjęcie na studia podyplomowe poświęcił naprawdę dużo uczciwej pracy, zarabia obecnie na życie, pisząc prace magisterskie, licencjackie, zaliczeniowe. Nie dostał się na dzienne studia doktoranckie, choć według wielu należało mu się to jak nikomu innemu. Cóż, kryteria oceny studenta nie są w tej materii jasne i powinno to stać się tematem osobnych dociekań. Krzysiek robi doktorat zaocznie, choć już wie, że nie może pisać pracy z dziedziny, która interesuje go najbardziej. Musiał wybrać taki temat i takiego promotora, który zagwarantuje mu w przyszłości pracę na uczelni. W środowiskach akademickich, tak jak wszędzie, panuje tajemniczy system personalnych zależności i większość rzeczy należy sobie po prostu "załatwić". Krzysiek wyliczył mi swoją średnią miesięczną "pensję", jaką uzyskuje dzięki pisaniu na zamówienie: 1370 zł. Prawie średnia krajowa. Zamówień jest wiele, szczególnie w okresie sesji. Dużo zamówień przychodzi od studentów nowych prywatnych uczelni. Tematy prac, które pisał ostatnio, to "Kompetencje kierownika małej firmy" i "Mycie i dezynfekcja w zakładzie gastronomicznym". Najmniej za napisanie pracy wziął 450 zł, górna granica to 4200 zł. Pisze po kilka prac naraz i zawsze dostaje najlepsze oceny. Co by było, gdyby mógł tę energię i czas poświęcić na uczciwą pracę naukową...
Marcin pisał artykuły do dwóch pism, w których miał jakiekolwiek znajomości. Była to bodajże "Moda Męska" i jakieś pismo o damskiej bieliźnie. W żadnym innym periodyku nie udawało mu się zaistnieć. Redaktorzy naczelni takich pism branżowych wymagają prostego i przejrzystego stylu pisania. Nic dziwnego, artykuły muszą docierać do umysłów jak największej liczby klientów. Smutne jest tylko to, jak taka praca może zmienić wykształconego człowieka, jakich kompleksów może go nabawić. Przez pięć lat edukacji Marcin wyrobił sobie znakomity, niemalże literacki styl pisania, teraz zaczęto mu wmawiać, że wszystko, czego się nauczył, to nie tylko niepotrzebny balast, ale nawet przeszkoda znacznie utrudniająca zarabianie pieniędzy. Marcin na studiach pisał o współczesnej filozofii francuskiej. Kusząc się o żart, można powiedzieć, że nie skończył aż tak daleko od swoich zainteresowań. Kiedyś zajmował się écriture [pisaniem], dzisiaj lingerie [bieliźniarstwem]...
Michał, który napisał znakomitą pracę magisterską o obecności śmierci w myśli zachodnioeuropejskiej, jest dealerem sprzętu fotograficznego.
Andrzejowi po wielkich trudach udało się pozostać na uniwersytecie. Temat pracy doktorskiej wybierał również w oparciu o ocenę szans dalszej pracy na uczelni. Jako doktorant na początku dostawał 560 zł, teraz jest to 710 zł.
Marek pracuje w kasie jednego z multipleksów.
Ja jestem bezrobotny. Takich jak ja jest mnóstwo.
Chcesz być szczęśliwy - ogłup się sam
Każdy człowiek posiadający ambicje twórcze jest skazany na konieczność wkomponowywania tych ambicji w zastane realia. Musi przyjąć warunki artykulacji, które stawia przed nim rzeczywistość (w tym przypadku młoda rzeczywistość wolnorynkowa). Wiadomo - chcąc być zrozumianym, należy mówić językiem zrozumiałym, a więc w pewien sposób wymuszonym przez odbiorcę. Problem pojawia się wtedy, kiedy odbiorcą jest znudzony, leniwy człowiek bez ideałów czy intelektualnych ambicji. Taki odbiorca niejako wymusza stosowanie poniżających "praktyk marketingowych", a więc konstruowanie wszystkiego na zasadzie lekko strawnego hamburgera, którego konsumpcja nie wymaga zbyt wiele wysiłku. Wydaje się, że to właśnie jest żywioł określający współczesną mentalność ludzi młodych, wyznaczający drogi realizacji wszelkich mniej lub bardziej ambitnych projektów, jeśli nie chcą one skończyć gdzieś na marginesie oficjalnego obiegu. Wolnorynkowa rzeczywistość oddaje ster w ręce bezosobowego Klienta, nie dbając o to, kim jest i jakie stawia przed sobą cele. Nic dziwnego, że to budzi w niektórych wściekłość. Z drugiej strony można oczywiście wybrać życie na marginesie zdarzeń i do końca swych dni szczycić się autentycznością i niezależnością, jednak taki "artystowski" model społecznej banicji nie jest wyzwaniem dla każdego. Nie sposób wymagać, aby stał się on jedynym rozwiązaniem dla wszystkich, którzy pragną realizować się w sposób szczery, autentyczny i przemyślany (cokolwiek miałoby to oznaczać).
W naszym świecie bunt jest o tyle trudny, że buntując się przeciwko ogłupiającym mechanizmom wolnorynkowej indoktrynacji, chcąc znaleźć wreszcie azyl pozwalający na względną autonomię, na czas na pomysły na świat, na ideały, musimy jednocześnie buntować się przeciwko nam samym, a przynajmniej przeciwko naszym żołądkom. Smutne jest to, że chcąc żyć w zgodzie ze swoimi przyziemnymi, zupełnie zrozumiałymi wymaganiami, musimy jawnie uczestniczyć w postępującym procesie ogłupiania siebie i innych. Owo ogłupianie ma przecież stworzyć koniunkturę na następne "ogłupiacze", ma stworzyć nowych ogłupiających i ogłupianych. Mam tylko nadzieję, że ktoś to kiedyś skończy. Pokaże, że ten wychwalany przez tyle lat kapitalizm nie musi oznaczać intelektualnej i duchowej pustki. Nie zrobi tego z pewnością moja generacja. Już za późno.
To pokolenie, które nazywam "generacją nic", jest pokoleniem o tyle specyficznym, że podczas gdy represje towarzyszące życiu innych generacji miały związek z różnego rodzaju ograniczającym zniewoleniem (wojny, totalitaryzmy), to dziś młodość przegrywa z tą wolnością, o którą w przeszłości toczyła się walka. Wolność w naszych czasach zaczęła oznaczać intelektualną pustkę ludzi młodych, którzy nie chcą uczestniczyć w żadnym dyskursie - społecznym, politycznym czy jakimkolwiek innym. Ta niechęć nie ma przy tym żadnych cech manifestu pokoleniowego, nie jest wyrazem żadnego przemyślanego stanowiska - jest po prostu rezygnacją z intelektualnych aspiracji. Wszyscy bez wyjątku zaczęliśmy nagle uczestniczyć w tworzeniu takiego obrazu wymagań społecznych, który pokazuje nam i młodszym od nas, że wszelka refleksyjność to błąd, słabość, że liczy się tylko to, co zwierzęco doraźne. Propagowane są takie cechy, jak przebojowość, elastyczność, różnie umotywowana hipokryzja i życiowe cwaniactwo. Nawet pochwała pracowitości brzmi w dzisiejszych czasach jak redukcja dysonansu poznawczego dokonywana przez pracoholika.
Rozpłynęliśmy się w tej nowej rzeczywistości na dobre. Nie ma już wroga, któremu należy się przeciwstawić, więc nie ma już nas. Ale czy na pewno wroga już nie ma? Czy odpowiada nam taka wolność? Jeżeli nie, to dlaczego milczymy? W to, że czujemy się w nowej rzeczywistości dobrze, nie jestem w stanie uwierzyć. Niektórzy mogą twierdzić, że przyczyną owej "bezideowości" ludzi młodych jest duch postmodernizmu wypełniający nasze umysły przekonaniem, że "wszystko już było" i w związku z tym należy odrzucić jakiekolwiek intelektualne wyzwania, które tylko sprowadzą nas na manowce. O ile bardziej jednak wolę takie "manowce" od tego, co proponują mi współcześni "inteligenci" próbujący sprowadzić świat do prostej, czytelnej etykiety, do prostackiego reklamowego hasła mającego zaspokoić moje wszelkie poznawcze ambicje! Nie dajmy sobie wmówić, że postmodernizm to hasło "wszystko już było" i nic więcej (jako magister filozofii gwarantuję, że tak nie jest), że wolność to wolny rynek i nic poza tym.
A jednak mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, że jeszcze nie wszyscy w to wierzą.
Źródło:
http://wyborcza.pl/1,75475,10939975,Generacja_Nic.html?as=1
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75475,10939975,Generacja_Nic.html#ixzz3t18aPWA2
reklama Pokolenie X - Stara, polska reklama Sprite 1995
https://www.youtube.com/watch?v=FKo6yrI7Hwo
Katarzyna Izdebska, Pokolenie X vs. Pokolenie Y zgrzyt?,
Mają o sobie wysokie mniemanie, potrafią w mig dotrzeć do informacji, byle kto nie będzie dla nich autorytetem. Ich starsi o kilka lat koledzy są pokorniejsi, ale też bardziej odpowiedzialni. W rodzinie to mogą być bracia: młodszy i starszy. A w pracy?
Jeszcze Janek (26 lat) nie dołączył do zespołu, a Magda (32 lata) już wiedziała, z kim będzie miała do czynienia. Znalazła w Internecie jego profil, obejrzała zdjęcia jego, jego dziewczyny i ich kota, sprawdziła hobby. Wykształcony i wciąż się dokształcający. Miał już pewne doświadczenie w branży. Ona miała wprowadzić go w arkana firmy. "Zaskoczyło mnie, że nie był szczególnie przejęty tym, co do niego mówię. Ja, kiedy przyszłam do pracy, spijałam słowa z ust mojego szefa. On wszystko przyjął, ale na chłodno" - wspomina swoje pierwsze wrażenia. "Właściwie nic nie mogłam mu zarzucić, ale gdy wybiła piąta, po prostu wstał i poszedł do domu".
Skąd w ogóle to "ale", za którym kryje się zarzut? Dlaczego między ludźmi, których dzieli raptem kilka lat, istnieje taka różnica w postrzeganiu obowiązków? Socjologowie mówią tak: bo to zupełnie inne pokolenia.
Iks z igrekiem, czyli Ziemia do Ufo
Generacja X - mówią o tych urodzonych przed 1980 rokiem, o tych po - generacja Y. Szczegóły, zwłaszcza wobec generacji X, różnią się w zależności od kultury i uwarunkowań; pozostańmy jednak w polskich realiach.
"My jeszcze w szkole mówiliśmy o pokoleniu urodzonym przed stanem wojennym i po stanie wojennym" - wspomina rozmowy z rówieśnikami Małgosia, rocznik 1978. "My pamiętaliśmy biedę PRL-u, szanowaliśmy zabawki, zresztą potrafiliśmy bawić się byle czym. Młodsze roczniki już miały lepiej, łatwiej. Już wtedy było widać, że z tymi młodymi trudno się dogadać" - kwituje.
Teraz oba pokolenia, jakkolwiek je nazywać, spotykają się w pracy. I coś zgrzyta, choć nie do końca wiadomo co. Jak w przykładzie Janka i Magdy. "Iksy przedkładają pracę zawodową nad życie prywatne. To pracusie, pozostanie dwóch godzin dłużej w firmie to dla nich nie problem" - charakteryzuje pokolenie trzydziestolatków Marzena Krzewińska, coach z firmy Interesujący Partner. "Igreki z kolei cenią sobie równowagę między pracą a życiem poza nią. Sami z siebie po godzinach nie zostaną. Na iksa, który ma być w pracy o 9, a przychodzi wcześniej, żeby być przed szefem, będą patrzeć jak na Ufo" - dodaje.
Jeśli się zastanowić, nie będzie w tym nic dziwnego. Kiedy po 1989 r. otworzył się rynek, został wyznaczony standard: trzeba pchać się do przodu, walczyć o swoje. Iksy nie miały szans na takie błyskotliwe kariery jak yuppies, ale wciąż wierzą w hierarchię i to, że trzeba dochrapać się swego. Igreki pojawiły się na rynku pracy, gdy właściwie było już pozamiatane. Co z tego, że znają języki, świat, nie mają kompleksów, jak co lepsze stołki są firmach pozajmowane? Zresztą na korporacyjnej karierze im nie zależy, bo też sytuacja ich nie zmusza, żeby się rozpychać. "Rodzice igreków najczęściej zdążyli się czegoś dorobić i mają co przekazać dzieciom. Iksy są zdane na siebie, a przez to bardziej zdeterminowane" - mówi Krzewińska. To nawet dla nich nic nowego. "Dzisiejsi trzydziestokilkulatkowie, będąc dziećmi, biegali z kluczem na szyi, w trudnych sytuacjach musieli sobie radzić sami. Takiemu komuś będzie łatwiej później wziąć się z życiem za bary" - uważa coach.
Długie spodnie i krótkie spodenki
Szefowie, którzy mają w swoim zespole zarówno iksów, jak i igreków powinni być świadomi, że zarządzają innymi osobowościami. "Igreki potrzebują krótkiej, rzeczowej informacji. Konkretów. Na polecenie zrekrutowania sekretarki igrek z automatu zapyta, czy to ma być mężczyzna, czy kobieta, z jakimi językami, po jakich studiach. Iksy zapytają o to później albo wcale, bo będą rekrutować na podstawie własnej wiedzy, kto potrzebny jest firmie" - mówi Krzewińska. To wynik edukacji. Młodsze pokolenie większość egzaminów zdawało w formie testów i jest nastawione na wypunktowywanie informacji, starsze przeszło przez szkołę pisania esejów. To widać w korespondencji. Mail wysłany przez 20-latka będzie krótki, kilkuzdaniowy. Tę samą treść 30-latek przekaże w kilkunastu zdaniach, bardziej zadba też o formę wypowiedzi.
Dochodzi sprawa korzystania z nowinek technologicznych. Młodzi na gruncie zawodowym chętnie korzystają z komunikatorów typu Skype, wykorzystują wszystkie nowości, a co za tym idzie, znakomitą większość spraw mogą załatwić nie ruszając się sprzed komputera. Ich trochę starsi współpracownicy niby są tak samo zaznajomieni z technologiami, częściej jednak zamiast komunikatora czy telekonferencji wybiorą rozmowę twarzą w twarz.
Gry komputerowe też zrobiły swoje. 20-latek błąd potraktuje jako coś, co się zdarza i się nim nie przejmie. "Igreki, cytując byłą minister Zytę Gilowską, powiedzą: wróć!, poprawią błąd i jadą dalej. Błąd jest dla nich jak skucha w grze. Wtedy biorą inny atrybut, podążają inną ścieżką i próbują, może tym razem się uda" - mówi coach. Iksy krytykę i błędy biorą bardziej do siebie. Są też bardziej skupieni na jednym zagadnieniu. Iks nauczony robić wiele rzeczy w tym samym czasie - w końcu uczył się, pisał SMS-a i oglądał MTV jednocześnie; dziś powiedzielibyśmy, że pracuje w tym samym czasie na wielu oknach.
I kto tu jest freakiem
Kłopot jest wtedy, gdy jedna generacja zaczyna patrzeć krzywo na drugą w przekonaniu, że to właśnie jej podejście do sprawy jest lepsze niż tej drugiej strony. Iks widząc, że 20-latek słowa krytyki odbija niczym piłeczkę i argumentuje: tak było w Wikipedii, może uznać, że nie tylko nie zależy mu na pracy, ale jest też krnąbrny i bezczelny. Igrek z kolei może postrzegać 30-latka jako czepialskiego nudziarza bez życia towarzyskiego, któremu od nadmiaru zajęć poprzewracało się w głowie. Konflikt gotowy.
"Dobry szef, który ma w zespole różne pokolenia, musi zrozumieć każde z nich. Podobnie pracownicy muszą zrozumieć siebie nawzajem" - mówi Marzena Krzewińska. Wtedy negatywne emocje, irytację na preferowany sposób pracy udaje się zminimalizować. Może pomóc z tym krótki warsztat, który pokaże, jacy jesteśmy i co jest dla nas ważne. "Niech padną proste pytania: jak lubisz pracować, co ci przeszkadza, co cię irytuje. A także to, dlaczego pracujesz w tej firmie".
Drugim kluczem jest informacja. Jeśli jest taka konieczność, by zostać w firmie po godzinach, trzeba to umotywować. Sensowne wytłumaczenie zostanie zrozumiane przez igreka, siedzenie dla idei - nie. Krzewińska apeluje do szefów: "Bądźcie przewodnikami, inspirujcie, stawiajcie wymagania, lecz też jasno określajcie swoje wizje. Pracowników rozliczajcie indywidualnie, a nie grupowo. Pochwalcie, jeśli pracownik zrobi coś dobrze, zwróćcie uwagę, jeśli popełni błąd, ale nie każcie się domyślać, o co wam chodziło. Szacunek i uznanie należą się każdemu bez względu na wiek. Doceni to szczególnie igrek, a i iks poczuje się dowartościowany" - uważa.
Krzewińska zaznacza też, by nie wszystko zrzucać na karb rysu pokoleniowego, bo nie wszystko nim jest. "Jestem przeciwna generalizowaniu, mówieniu na przykład, że igreki są rozpuszczone i roszczeniowe. Jeśli ktoś taki jest, to wyłącznie kwestia wychowania" - podkreśla.
Zresztą wiele spraw weryfikuje życie. Człowiek świeżo po studiach, który już musi zaciągnąć kredyt, bo tata pomóc nie może, weźmie dodatkową pracę i mentalnie zbliży się do pokolenia, do którego z racji metryki nie przynależy. A 30-latek obudzi się kiedyś z myślą, że zazdrości młodszym kolegom tego "luzu w ramionkach".
Źródło:
http://www.pracuj.pl/rynek-pracy-w-polsce-pokolenie-x-czy-y-jak-dogaduja-sie-w-pracy.htm#top
https://web.archive.org/web/20130421124438/http://www.pracuj.pl/rynek-pracy-w-polsce-pokolenie-x-czy-y-jak-dogaduja-sie-w-pracy.htm#top
Eroica*, reż. Andrzej Munk 1957,
https://www.youtube.com/watch?v=bSdD7SVe5DE
Henryk Tomaszewski, Citizen Kane; reż.: Orson Welles. Film amerykański*, 1948,
http://www.zacheta.art.pl/gfx/db_pictures/huge/004924.jpg
Grzegorz Królikiewicz, Różyczka* (fragm.).
Siedem albo sześć rzeczy, które o sobie wiem
Zanim zobaczyłem ten film w 1957 roku, usłyszałem, chyba z ust Pana Profesora Bolesława Lewickiego, solidnie uzasadnioną apologię „Obywatela Kanea", zrównoważoną potem cytatem z recenzji Jorge Luisa Borgesa z 1945 roku, którą Pan Profesor spontanicznie tłumaczył, chyba z hiszpańskiego oryginału, w czasie swojego wykładu dla Dyskusyjnych Klubów Filmowych.
Brzmiało to może tak: Mimo to przepowiadam, że „Obywatel Kane" przetrwa w ten sam sposób, w jaki trwają niektóre filmy Griffitha czy Pudowkina: nikt nie zaprzecza ich historycznej wartości, ale też nikt ich nie ogląda. Film cierpi na gigantyczne rozdęcie, pedanterię, nudziarstwo. Nie jest inteligentny, jest genialny w najbardziej przygnębiającym, najbardziej germańskim znaczeniu tego słowa.
Po całym wspaniałym wykładzie pozostał mi jednak w pamięci tylko ten napastliwy akapit z Borgesa.
Filmu jeszcze nie widziałem, ale zdążyłem już kilka razy w ciągu roku przyłapać się na tym, że posłużyłem się tym cytatem. Jakoś nie dostrzegałem wtedy swojego okrucieństwa. Przeciwnie, „działalność krytyczna" sprawiała tyle satysfakcji...
Odkąd zobaczyłem film Orsona Wellesa „Obywatel Kane", towarzyszy mi stale fantastyczny zupełnie stopień zaćmienia: nie mogę go streścić. Z pewnością odpowiedzią na to wyzwanie jest ta książka. Co ciekawe: stan określony jako „nie mogę" ewoluuje. Coraz to inaczej nie mogę. Na przykład:
Wyciąg z brulionu z 1958 roku:
Jest to film o niemożności stworzenia prawdy w filmie czy (to nie to samo) prawdziwego filmu. Czy wartość filmu właśnie o tym podlega temu samemu zwątpieniu?
Z listu do kogoś z 1962 roku:
Film Wellesa widzę drugi raz. To wąż, który pożera swój ogon. Najsławniejszy reżyser, najsilniejszego kraju, opowiadając o najbogatszym z Amerykanów wyznaje chrypiącym szeptem: wszystko marność i tym ogłoszeniem marności wszystkich olśnień - sentymentalna spowiedź, sięgająca po brutalne metody brukowej reklamy - ciągle jest przejmująca i ciągle jest wielka. Dlaczego?
Z notatek robionych w Szkole Filmowej, rok 1964:
„Obywatel Kane" to eliptyczna opowieść o całym życiu nagle wzbogaconego dziecka, które staje się później najpotężniejszą osobistością kontynentu; robiona tak, że narrator po narratorze, ta sztafeta nieświadoma mety - budują fragmenty wspomnień, jak sklepienie: wreszcie zamyka się to w jakąś kulę, ale pustą, jak „wydmuszka", wypróżniona skorupka jajka. Na powierzchni tej kuli wymalowane są - przez kolejnych narratorów, którym zmarły bogacz zmieniał całe życie - szkice do portretu Kane a. Są to te portrety sumujące się na społeczny portret, który Kane, póki żył, nosił w sobie z dumą i wzgardą, bo sam go energicznie - choć się wymykał jego władzy - współtworzył. To jaźń odzwierciedlona, „wydmuszka".
W środku pusto?
I jeszcze z brulionu, z okresu studiów w Szkole Filmowej, rok 1966:
Znów oglądałem „Obywatela Kanea". Razem z juanem Torresem z Meksyku; kończymy studia, przyjaźniąc się. Juan tłumaczył mi recenzję z 1945 r. Jorge Luisa Borgesa o tym filmie, jest przejęty „bólem serca", jaki został odczytany w utworze: „Wszyscy wiemy, że przyjęcia w wielkim świecie, pałace, wielkie firmy, bankiet jubileuszowy dla prasy, kordialna atmosfera niby to jawnej i niby to spontanicznej przyjaźni - są w istocie przerażające. «Obywatel Kane» to pierwszy film jakoś świadomy tej prawdy..."
Na ile ten „ból serca" jest automatyczny? Wtedy, na studiach, jeszcze nie znaliśmy odpowiedzi. Trzeba ją było wysnuć z własnych, późniejszych przeżyć.
Znów brulion, ze studiów reżyserskich, rok 1968:
Francois Truffaut pisał w 1959 roku: „Kochaliśmy ten film za jego zupełność: był psychologiczny, społeczny, poetycki, dramatyczny, komiczny, barokowy, bezpośredni i wymagający. Jest demonstracją siły władzy i atakiem władzy na siłę. Jest hymnem do młodości i rozmyślaniem nad wiekiem starczym, jednocześnie to esej o marności wszelkiej ziemskiej ambicji i poemat o starości i samotności wyjątkowej istoty ludzkiej, geniusza albo potwora, albo potwornego geniusza."
Ja - na myśl o „Obywatelu Kanie" - popadam w jakąś zaćmę, niechęć, frustrację. Mówię sobie: to stare jak Pudowkin i Eisenstein. Poczekam, aż będzie stare jak Melies.
Wczoraj w DKF-ie, zapytany przez znajomą - nie potrafiłem streścić fabuły tego filmu.
Co za szczęście, że żadne ciało pedagogiczne w Szkole Filmowej nie kazało mi „tego filmu się uczyć". Udręka mnie ominęła, bo liznąłem analizy „Obywatela Kanea" tylko trochę, na pierwszym roku...
I w końcu fragment z protokołu zajęć z analizy, z 1986 roku, prowadzonych przeze mnie w Szkole Filmowej:
Student: Przepraszam, ile czasu kosztowało Pana dojście do tego, żeby prowadzić z nami „Obywatela Kanea"?
Ja: Nie wiem. Analizowałem fragment filmu, jak byłem na I-szym roku reżyserii, z obowiązku.
Student: Ale chyba nie było to zrobione głęboko, skoro Pan do tego wraca. Być może my sami dojdziemy do tego kiedyś, że będzie warto wrócić i zrobić to kiedyś głębiej. Chyba taka samoświadomość jest dużo
cenniejsza, niż przerabiać coś na siłę i być tym znudzonym. Nie damy z siebie połowy tego, co możemy. Chodzi o uruchomienie samego siebie. Możemy uwierzyć Panu i uruchamiać się, ale to jest sztuczny zabieg.
Ja: Powiem Panu szczerze, że gdybym był Panem, nie ufałbym sobie i takim wyjaśnieniom... Bo może tu istnieć ziarno hedonizmu, chęci zaznawania tylko samej przyjemności przy nauce. Sprawa artystycznej inspiracji jest sprawą daleko bardziej złożoną. Nie są to przyjemności. Jest to poznawanie tajemnic na dalszą drogę.
Nie słyszałem jeszcze, nawet od księży, żeby Biblia była lekturą przyjemną. Jest chwilami porywająca, chwilami odrażająca. Jest ciężka, jest przeżyciem dramatycznym.
Student: Jest też żmudna...
Ja: Przecież te zajęcia mają być żmudne... Proszę państwa, musimy iść w tej chwili na projekcję filmu „Obywatel Kane".
(II część zajęć, po projekcji filmu „Obywatel Kane")
Student: Co to jest ten film? - tego powiedzieć nie umiem... Wydaje mi się, że ta typowa amerykańska historia, gdzie bohater jest potentatem prasowym, milionerem, który swojej ukochanej chce wybudować operę, nie bierze nas w ogóle, to stare; tego nawet nie można streścić, nie chce się tego...
Ja: Ile pan ma lat? Student: Trzydzieści jeden.
Ja: Orson Welles, kiedy robił ten film, miał 26 lat. Nie mógł jeszcze przeżyć osobiście tego, co przedstawił... o starości, samotności, świadomości klęski. Niemniej jednak dokonał tego... Przyjrzyjmy się Jego pracy intuicyjnej, która też ma być tu naszym udziałem. Bo w każdym naszym filmie - ma być nasza „Różyczka".
Dlaczego nie pamiętałem w 1986 r. siebie z roku 1968?... A może to zdanie mimo woli chciało być kolejną próbą streszczenia „Obywatela Kane a"?
Teraz jednak streszczę schemat fabularny „Obywatela Kanea".
Rok 1941. W USA, w niezwykłym gigantycznym pałacu - przypominającym legendarną architekturę Xanadu, wzniesioną na rozkaz średniowiecznego despoty Kubilaj-chana - umiera w osamotnieniu najsławniejszy współczesny potentat: Charles Foster Kane. Thompson, reporter kroniki filmowej, która dość powierzchownie zajęła się opisaniem kariery Kanea - otrzymuje od swego szefa Rowlsona polecenie uzupełnienia kroniki o informację, którą kronika pominęła: umierający starzec wyszeptał słowo „Różyczka"... Co ono oznacza?
Z przeglądu chybionej kroniki filmowej, z lektury pamiętnika That-chera, bankiera a zarazem prawnego opiekuna młodego Kanea, z rozmów z ludźmi niegdyś bliskimi Kane owi: jego administratorem Bernsteinem, jego przyjacielem krytykiem muzycznym Lelandem, z jego drugą żoną Susan, z jego kamerdynerem Raymundem - wyłaniają się rozsypane fragmenty, złożone w ich niezupełne opowieści o zmarłym; tworzy to sugestię o całym ludzkim życiu. Oto co można zebrać z tych okruchów - w fabułę o Ch.F. K....:
Gdy 10-letni Charles Kane bawi się na śniegu jeżdżąc na sankach, jego matka, właścicielka zajazdu w Kolorado, mimo protestu męża prostaka, przekazuje pod zarząd banku nieoczekiwanie odziedziczoną w spadku zasobną kopalnię złota: któryś z jej pensjonariuszy aktem własności działki zapłacił za swój pobyt... Mały Charles zostaje wysłany do metropolii na Wschodnim Wybrzeżu, aby zdobył edukację godną spadkobiercy gigantycznej fortuny. Tę szóstą co do wielkości fortunę USA przejmuje 25-letni ekspansywny optymista, wyrzucany z sześciu uniwersytetów. Ku zgrozie swego bankiera Kane zamiast działać w wielkim businessie na Wschodnim Wybrzeżu, działa w gazecie „Inąuirer", której jest właścicielem: atakuje wielki business. Stosując nowatorskie i brutalne metody dziennikarskie zmierza do przekształcenia pisemka w potężny organ informacji; publikuje „deklarację zasad", obiecującą prawdę i niezależność. W kilka lat potem Kane pozyskuje cały zespół konkurencyjnej gazety „Chronicie" i staje się jej właścicielem. Poślubia siostrzenicę prezydenta USA.
W miarę zdobywania sławy i znaczenia rosną pycha i egoizm Kane'a. W 1916 kandyduje na stanowisko gubernatora stanu Nowy Jork. Ale kampanię wyborczą rozpoczętą z niezwykłą pewnością siebie przerywa nagle odwet przeciwnika politycznego Gettysa, którego Kane oczerniał z trybuny; w rewanżu ujawniony zostaje skandaliczny romans Kanea z byłą ekspedientką sklepu muzycznego, Susan Alexander, nazywaną w nagłówkach gazet wzgardliwie i dwuznacznie „śpiewaczką".
Po rozwodzie i drugim ożenku Kane buduje dla Susan gmach opery i z tym samym rozmachem, tyranizując nieszczęśliwą żonę, usiłuje zrobić z niej diwę operową. Kupuje owacje i entuzjastyczne recenzje. Trwa jakiś czas to fałszerstwo informacji, będące sprzeniewierzeniem „deklaracji zasad"...
Gdy najbliższy przyjaciel, Leland, zaczyna pisać recenzję prawdziwą z nieudolnych popisów Susan, Kane sam ją kończy nie szczędząc w niej żonie poniżających ocen. Przyjaciela wyrzuca z pracy. Po nieudanym samobójstwie Susan Kane'owie przenoszą się na Florydę, do monstrualnego pałacu Xanadu, ziejącego nudą, pustką, obcością. Susan znudzona samotnością, która towarzyszy temu pełnemu pychy bogactwu, przytłoczona talentami takich ludzi jak ów anonimowy Murzyn śpiewający na pikniku swingowy standard - odpłaca teraz staremu mężowi pogardą, niewdzięcznością i agresją. Spoliczkowana, odchodzi od Kanea, sumując ten najsilniejszy związek, jaki go łączył z ludźmi: żądając miłości Kane nigdy nie kochał. Jeśli nie liczyć tego, o czym Susan nie wie, a co tkwi we wnętrzu szklanej kuli.
Osamotniony Kane, po zdemolowaniu sypialni żony, umiera wkrótce, wypuszczając z dłoni szklaną kulę z domkiem przysypanym śniegiem.
Szepce: „Różyczka". Kula, spadając, rozpryskuje się.
Twórcy chybionej kroniki filmowej o Kanie nie udaje się rozszyfrować zagadki ostatniego tchnienia Kanea. Stojąc wśród gigantycznego rumowiska niepotrzebnych nikomu, gromadzonych całe życie przez Kanea przedmiotów, wystawionych w Xanadu na licytację - filmowiec stwierdza, że słowo to dotyczyło czegoś, co zmarły utracił, a utracił wszystko...
Twórca kroniki rezygnuje z dalszych poszukiwań sensu słowa - talizmanu.
Tymczasem widzimy to, czego nie zobaczy już Thompson: robotnicy palą część bezwartościowych przedmiotów pozostałych po miliarderze. Płoną między innymi stare saneczki, którymi Kane bawił się w latach dzieciństwa... Płomienie roztapiają powoli wymalowany na płótnie legowiska saneczek emblemat wyobrażający różę i napis „ROSEBUD" (różyczka). Wszystko, co płonie, przemienia się w słup dymu na tle nieba. Pałacu Xanadu strzeże żelazne ogrodzenie z napisem NO TRESPASSING (wstęp wzbroniony).
Apokryf gnozy nowego świata
Kto znajdzie prawdziwe znaczenie tych słów, ten nie zazna śmierci.
Oto co rysuje hipotetyczny sens tak gorączkowych poszukiwań reporterów oraz właściciela „Kroniki".
Wypytywanie o „Różyczkę" nie przynosi żadnego pozytywnego wyniku profesjonalnego.
A jednak każde poszukiwanie, być może, daje jakieś inne obietnice poznającemu?
W 1971 roku zakopano pod Nowym Jorkiem kapsułę czasu - przekaz dla przyszłych cywilizacji... W kapsule tej tkwi kopia filmu „Obywatel Kane".
Kiedyś ktoś - ma odnaleźć i rozpoznać...
Przyzwyczajeni do tego, że na antypodach wszystko dzieje się odwrotnie - przywołajmy tu inną datę, której zastanawiający sens umknął uwagi współczesnych: w 1945 roku, w grotach Nag-Hamadi w Górnym Egipcie, gdzie w IV w.n.e żyli chrześcijańscy pustelnicy, odnaleziono w glinianych dzbanach dużą ilość papirusów mających około 1800 lat. Te zniszczone rękopisy to apokryfy chrześcijańskiej tradycji, zawierające treści, które nie weszły w całości do kanonu ustanowionego przez Kościół.
Manuskrypty, pisane w języku koptyjskim, były ukryte w glinianych naczyniach hermetycznie zamkniętych i zakopane w prowizorycznych kryjówkach.
Te „ewangelie" gnostyczne okazały się znaleziskiem bardzo cennym przez swą tajemną zawartość: dostarczają dowodów na istnienie najwcześniejszej, prymitywnej tradycji chrześcijańskiej, która znikała powoli wraz z narastaniem ortodoksyjnego kanonu wiary, być może, że tradycje tej gnozy prowadziły wprost do herezji?
Kronika
Kronika stylistycznie jest czymś zdewaluowanym, technicznie jest prymitywna. Pomijam już to, że wdzięk Welles polega jeszcze na tym, że niby uroczy oszust przed nami udaje, iż ta kronika jest dogmatyczna i wtórna; tym chętniej mu wierzymy, b czujemy przecież, że za to cała reszta filmu jest nowatorska..
Obejrzyjmy teraz kronikę na stole montażowym, przy wyłączony dźwięku.
W ten sposób atomizując jej materiał, uzmysłowimy sobie, czym jest efekt wiarygodności, prawdomówności kroniki. Ale jednocześnie obnażymy dezintegrację formalną, techniczną tego materiału, a z drugiej strony uświadomimy sobie jednak tematyczne momenty, które dają początek poszczególnym dalszym narracjom filmu.
PLANSZA: Kronika filmowa
CIĘCIE
PLANSZA:zmarł właściciel Xanadu - Kronika filmowa
CIĘCIE
PEŁNY:na tle wierzchołka pałacu wkopiowany napis: „Ku-bilaj-chan rozkazał wybudować pałac w Xanadu".
PRZENIKANIE
PEŁNY: inny fragment szczytu pałacu.
PRZENIKANIE
PEŁNY: inny fragment szczytu pałacowego (wieżyczka nad arkadami).
PRZENIKANIE
OGÓLNY: Z dołu na mury pałacu. Na szczycie posąg kobiecy.
PRZENIKANIE
OGÓLNY: z dołu, na inny fragment murów
PRZENIKANIE
PEŁNY: szczyt wieży pałacowej
PRZENIKANIE
PEŁNY: fragment wieży pałacowej
PRZENIKANIE
TOTALNY: z góry, na rozległą posiadłość (pałac otoczony parkiem)
PRZENIKANIE
TOTALNY: panorama z góry na posiadłość
ROLETA
OGÓLNY: przez kolumny podcieni na taras zatopiony w ozdob¬nej roślinności
CIĘCIE
OGÓLNY: brzeg morza
CIĘCIE
TOTALNY: Z dołu, pałac na wzgórzu
CIĘCIE
OGÓLNY: rusztowanie, budowa pałacu
CIĘCIE
OGÓLNY: od dołu na mury - wciąganie belki przez okno do wnętrza
CIĘCIE
OGÓLNY: robotnik ciągnie linę
CIĘCIE
OGÓLNY: rusztowanie na dziedzińcu pałacu
PRZENIKANIE PEŁNY: konny posąg rycerza
ROLETA
AMERYKAŃSKI: konny posąg w oszalowaniu
ROLETA
PEŁNY: wieżyczki na szczycie zamku
ROLETA
OGÓLNY: ścianą zamku w tle drzewa
ROLETA
PEŁNY: słoń niesie pakunki
ROLETA
OGÓLNY: rozładunek skrzyń z wagonów
ROLETA
AMERYKAŃSKI: skrzynia z napisem „Kane"
ROLETA
PEŁNY: rozładunek skrzyń z frachtowca
ROLETA
itd.
Streszczenie książki „Różyczka"
Autor stawia tezę, że „Obywatel Kane" wciąż jeszcze wpływa, i że będzie wpływał, na rozwój sztuki filmowej. Bierze się to z niezwykłej złożoności tego filmu i bogactwa zastosowanych środków artystycznych.
Poprzez porównanie filmu do apokryfu i posłużenie się brawurową techniką analizy autor uzyskuje specyficzny punkt widzenia na utwór, który jawi się jako sekretny zapis tajemnicy amerykańskich karier i demokracji, a i jednocześnie jako gnostycka struktura wyrażająca agnostycyzm XX wieku.
W następnym rozdziale przybliżona zostaje sylwetka twórcza reżysera Orsona Wellesa i to, w co młody autor filmu swoją bezprzykładną erudycją wyposażył tytułową postać filmu. Rozszyfrowane zostaje negatywne znaczenie pojęcia „obywatel", skazujące człowieka na życie w pustce duchowej.
Zostaje następnie rozpatrzona budowa filmu, jego wielkie części -bloki oraz zagadnienie funkcjonowania w narracji wielu narratorów. Wskazane zostają te właściwości stylu, które integrują tak rozczłonkowaną narrację w integralny utwór. Sam sposób opowiadania zostaje zbadany nie tylko jako sztuczka narracyjna, ale jako generalna zasada cywilizacji, w której powstaje utwór, wraz z przystawalnością zastosowanych elementów wyrazu do idei.
Kluczowe miejsce zajmuje w książce analiza sfingowanej kroniki filmowej otwierającej utwór. Autor wskazuje zalążki późniejszych struktur narracyjnych pojawiające się już w kronice oraz niezwykłą budowę jej chronologii. Postawiona zostaje teza, że reżyser celowo zaciemnia narrację, aby tym sugestywniej oddziaływać na wyobraźnię odbiorcy. Przywołana zostaje metafora platońskiej jaskini przez archetyp poznania wraz z towarzyszącą wkraczaniu w nieznane aurą demonizmu.
Drugim ważnym momentem książki jest przebadanie, na czym polega zjawisko polifonii posługującej się głębią ostrości i wskazanie wielu uproszczeń i niejasności w bazinowskiej egzegezie tej metody inscenizacji. Wykazane zostaje, że polifonia może być też realizowana nie tylko w ujęciach z głębią ostrości. Służy to odkrywaniu modelu świata, który stosowany jest w tym filmie.
Następnie autor nakłania nas do zauważenia dysonansu, jaki panuje w filmie Wellesa, co dotyczy zarówno skali obrazowanych przedmiotów, warstwy fabularnej, jak i samego mechanizmu poznania. Podkreślona zostaje wcale nie komiczna ironia panująca w tym filmie. Psychologia postrzegania a głębia ostrości i długość ujęcia to kolejne poruszone zagadnienia. Autor zwraca uwagę, jak „nadmierna" długość ujęcia pozwala na przekazywanie treści abstrakcyjnych, jak poezja wynika z trwania.
Film Wellesa jest autotematyczny. Autor książki proponuje przyjrzeć się temu, jak działa to w kontekście psychologii odbioru. Czas i przestrzeń zostają przedstawione jako zjawiska subiektywne. Ten film opowiada sam o sobie w każdym niemal ujęciu. Autorefleksja dopada Kanea wtedy, gdy przechodzi między dwoma równoległymi lustrami, wśród zmultiplikowanych do nieskończoności odbić. Zostaje to zinterpretowane jako obraz świadomości Ameryki, która przyznaje, że jej samoświadomość czeka dopiero na odkrycie. Powraca problem narratora całości filmu, który jest wszechwiedzący jak demiurg. Postawiona zostaje teza, że narrator filmu utożsamiony jest z duszą, która opuszcza ciało umierającego Kanea. Poruszony zostaje mit odkupienia, którego sam Welles się tak wypierał. Tajemnica duszy Kanea zostaje zachowana.
W ostatnim rozdziale autor książki stawia tezę, że „Obywatel Kane" jest, czy też mógłby być, dla sztuki XXI wieku tym, czym grupa Laokoona była dla klasycyzmu i romantyzmu.