Motyw szkoły ukazuje edukację jako przestrzeń rozwoju, dyscypliny, konfliktu i kształtowania tożsamości. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

Szkoła w języku polskim

Szkoła - znaczenie wyrazu

1. instytucja oświatowo-wychowawcza, której zadaniem jest kształcenie i wychowanie; siedziba tej instytucji
  • Szkoła ogólnokształcąca, zawodowa.
  • Szkoła męska, żeńska, koedukacyjna.
  • Szkoła baletowa, górnicza, handlowa, krawiecka, muzyczna, oficerska, pielęgniarska, ogrodnicza, rolnicza, rzemieślnicza, techniczna, wojskowa.
  • Szkoła podchorążych.
  • Szkoła państwowa, społeczna, prywatna.
  • Szkoła przyzakładowa.
  • Szkoła przysposobienia rolniczego.
  • Szkoła tańca towarzyskiego.
  • Szkoła dla dorosłych.
  • Szkoła dla głuchoniemych, ociemniałych.
  • Szkoła imienia Bolesława Prusa.
  • Absolwenci szkoły.
  • Budynek, gmach, teren szkoły.
  • Kierownik, dyrektor szkoły.
  • Program szkoły.
  • Chodzić, uczęszczać, pójść, zapisać się do szkoły.
  • Przyjąć do szkoły.
  • Oddać, posłać dziecko do szkoły.
  • Opuścić szkołę.
  • Relegować, usuwać ze szkoły.
  • Zamknąć szkołę.
  •  Szkoła korespondencyjna, szkoła zaoczna szkoła umożliwiająca naukę w domu według ustalonego programu, z obowiązkiem przysyłania prac pisemnych i zdawania egzaminów
  •  Szkoła podstawowa, przestarz. szkoła powszechna szkoła dająca minimum wykształcenia, obowiązkowa, warunkująca wstęp do szkoły średniej
  •  Szkoła ponadpodstawowa każda szkoła średnia
  •  Szkoła specjalna szkoła przeznaczona dla dzieci z niedomaganiami fizycznymi, opóźnionych w rozwoju lub nie przystosowanych społecznie
  •  Szkoła średnia, szkoła stopnia licealnego szkoła ogólnokształcąca lub zawodowa, po której ukończeniu absolwent otrzymuje świadectwo dojrzałości i ma prawo ubiegania się o przyjęcie do szkoły wyższej
  •  Szkoła tysiąclecia szkoła wybudowana ze składek społeczeństwa zbieranych w latach 1961 1965 pod hasłem: "Tysiąc szkół na Tysiąclecie" (Państwa Polskiego)
  •  Szkoła wieczorowa szkoła, w której nauka odbywa się wieczorem, umożliwiająca kształcenie się osobom pracującym
  •  Szkoła wyższa uczelnia kształcąca studentów na pracowników naukowych oraz na najwyżej kwalifikowanych pracowników w poszczególnych zawodach, prowadząca także prace naukowo-badawcze
  • przen.
    • Szkoła myślenia, cierpliwości, hartu ducha.
    • Szkoła życia.
    • Szkoła obywatelstwa, rzetelnej pracy.
2. uczniowie i personel takiej instytucji
  • Cała szkoła była na wycieczce.
  • Iść ze szkołą do teatru, na wystawę.
  • Maszeruje szkoła kadetów, podchorążych.
  • Szkoła bierze udział w pracach społecznych.
3. wykształcenie, wyszkolenie zdobyte przez naukę w szkole; nauka, studia
  • Specjalista ze świetną szkołą.
  • Skończyć, ukończyć szkołę.
  • Zaraz po szkole poszedł do pracy.
  • Robić coś po szkole, przed szkołą; dziś nie ma szkoły robić coś po skończonych lekcjach, przed rozpoczęciem się lekcji; dziś nie ma lekcji w szkole
4. kierunek, metoda w nauce, sztuce, literaturze itp., których przedstawicieli łączą wspólne poglądy, metody itp.;

wyróżniająca się grupa twórców, naukowców o pokrewnych cechach pracy twórczej, związana np. z wybitną osobistością, z jakimś miastem, narodem;

5. zespół cech charakterystycznych dla tej grupy
  • Szkoła poetycka.
  • Szkoła Arystotelesa, Pawłowa.
  • Szkoła nowoczesnego wychowania.
  • Flamandzka, antwerpska szkoła malarstwa.
  • Kartezjańska, platońska szkoła filozofii.
  • Polska szkoła matematyczna.
  • Włoska szkoła śpiewu.
  • Rosyjska szkoła choreografii.
  • Reprezentować jakąś szkołę w dyscyplinie sportowej, w architekturze.
  • Stworzyć własną szkołę naukową.
  • Związać się z jakąś szkołą w sztuce, w literaturze, w pedagogice.
5. nuty, podręcznik do nauki gry na fortepianie, na skrzypcach itp.
  • Szkoła na fortepian, na skrzypce.
  • Opanować szkołę dla początkujących.

Źródło:

Słownik Języka polskiego PWN

Frazeologia, czyli motyw szkoły w języku

Dać komuś szkołę = zmusić kogoś do dużego wysiłku: Henek odgrażał się, że "kiedyś da jej taką szkołę, że popamięta". H. Worcell, Rewiry.
 
Dostać szkołę = zostać zmuszonym do dużego wysiłku: Poczekajcie - myślał już na wpół sennie - chcecie być takie same mądre? Dobrze. Dostaniecie szkołę! Dobrą szkołę! H. Ożogowska, Dziewczyna.
 
żart. Mieć do szkoły pod górę, pod górkę = mieć trudne dzieciństwo: - Wie pani, całe życie mieszkałem na wsi i zawsze uważałem, że te dzieci wiejskie są pokrzywdzone. - Sam pan miał pod górkę do szkoły pewnie? TV rep 1999.
 
(Twarda) szkoła (życia) = doświadczenia, sytuacje, zwykle trudne lub przykre, kształtujące osobowość człowieka: - Nowi wolontariusze przechodzą u nas twardą szkołę życia - mówi Felipe. (...) Każdy z nas musi pracować w każdej części statku, po kolei - w księgarni, kuchni, pralni, części szkoleniowej, w maszynowni itp. Przekrój 26/2001.

Źródło:

Słownik Frazeologiczny PWN

Szkoła w renesansie

T. Morus: Utopia (fragm.)

Mieszkańcy Utopii dzielą dobę na 24 równe
godziny, z czego tylko sześć przeznaczają na
pracę fizyczną [...]. Czas wolny między
godzinami pracy, snu i posiłków każdy może
zużytkować według swego upodobania; nie
znaczy to jednak, by wolno mu było
marnować czas na głupstwa i próżniactwo,
przeciwnie, godziny wolne od pracy
powinien z pożytkiem poświęcić jakiemuś
innemu zajęciu odpowiednio do swego
zamiłowania. [...] najczęściej na kształceniu
się naukowym.
Codziennie bowiem rano przed wschodem
słońca odbywają się wykłady publiczne, na
które obowiązkowo uczęszczają tylko
wybrani [...], poza tym jednak mnóstwo
mężczyzn i kobiet bez względu na zawód
uczęszcza dobrowolnie na różne wykłady
[...]. Lecz jeśliby ktoś w tych wolnych
chwilach wolał doskonalić się w swym
rzemiośle, nikt mu w tym nie przeszkadza
[...] chodzi tu o ludzi niezdolnych do
żadnego myślenia naukowego. [...]

Źródło:

http://www.historycy.org/index.php?showtopic=29371

Szkoła w romantyzmie

A. Mickiewicz: Pan Tadeusz  - fragmenty z motywem szkoły

Zadania:
  1. Jaką rolę odgrywa szkoła w życiu bohaterów Pana Tadeusza Adama Mickiewicza?
  2. Jakie miejsce zajmuje wiedza, nauka w systemie wartości bohaterów?
  3. Jakie są tego przyczyny i konsekwencje?
Zwróć uwagę także na:
  • kontekst historyczno-literacki,
  • środki językowe i artystyczne oraz ich funkcję,
  • wersyfikację,
Opis Tadeusza Soplicy

Nazywał się Soplica: wszyscy Soplicowie

Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,

Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.

Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:

Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,

Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,

Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił;

On wolał z flinty strzelać albo szablą robić.

Tadeusz i Telimena

Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę.

Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,

O autorów pytała Tadeusza zdania

I ze zdań wyciągała na nowo pytania.

Cóż, gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,

O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie,

Dowiodła, że zna równie pędzel, nuty, druki;

Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki!

Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,

I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.

Sędzia

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł: «Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem;

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młodź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody;

Podkomorzy

I ja astronomii słuchałem dwa lata

W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata

Pani, oddała dochód z wioski dwiestu chłopów

Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów.

Ksiądz Poczobut, człek sławny, był obserwatorem

I całej Akademii naonczas Rektorem;

Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił,

Do klasztoru, do cichej celi swej powrócił

I tam umarł przykładnie.

Szkoła w pozytywizmie

Bolesław Prus: Lalka - motyw szkoły

Zadania:
  1. Jaką rolę odgrywa szkoła w życiu bohaterów Lalki Bolesława Prusa?
  2. Jakie miejsce zajmuje wiedza, nauka w systemie wartości bohaterów?
  3. Jakie są tego przyczyny i konsekwencje?
Zwróć uwagę także na:
  • kontekst historyczno-literacki Lalki,
  • narratora i narrację,
  • przynależność pokoleniową obu postaci,
  • interpretację tytułu w kontekście omawianego tematu.
Ignacy Rzecki – rola szkoły w życiu bohatera
Reminiscencja Rzeckiego w sądzie

Sala przypomniała mi szkołę: sędzia siedział na wzniesieniu jak profesor na katedrze, a naprzeciw niego, w dwu szeregach ławek, mieścili się oskarżeni i świadkowie. W tej chwili tak żywo stanęły mi w pamięci młode lata, że mimo woli rzuciłem okiem pod piec, pewny, że zobaczę woźnego z rózgą i ławkę, na której nas bito w skórę. Chciałem nawet przez roztargnienie krzyknąć: „Póki życia nie będę, panie profesorze!...", alem się w porę opamiętał.

Lekcje ojca

Chcąc, ażebym zupełnie był gotów, gdy wybije godzina sprawiedliwości, ojciec sam pracował nad moją edukacją. Nauczył mię czytać, pisać, kleić koperty, ale nade wszystko — musztrować się. Do musztry zapędzał mnie w bardzo wczesnym dzieciństwie, kiedy mi jeszcze zza pleców wyglądała koszula. Dobrze to pamiętam, gdyż ojciec komenderując: „Pół obrotu na prawo!" albo „Lewe ramię naprzód — marsz!...", ciągnął mnie w odpowiednim kierunku za ogon tego ubrania.

Była to najdokładniej prowadzona nauka.

Nieraz w nocy budził mnie ojciec krzykiem: „Do broni!...", musztrował pomimo wymyślań i łez ciotki i kończył zdaniem:

— Ignaś! zawsze bądź gotów, wisusie, bo nie wiemy dnia ani godziny... Pamiętaj, że Obraz świata, Bonapartów Bóg zesłał, ażeby zrobili porządek na świecie, a dopóty nie będzie porządku ani sprawiedliwości, dopóki nie wypełni się testament cesarza.

Lekcje starego Mincla

Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około południa kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji.

— ?a???? — powiedz mi: ?a? ??? ?a?? co to jest? ?a? ??? ?????la?? — to jest szublada. Zobacz, co jest w te szublade. ?? ??? ????? — to jest cynamon. Do czego potrzebuje się cynamon? do zupe, do legumine potrzebuje się cynamon. Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus — tu leży Indii. Daj mnie za dziesiątkę cynamon... ?????????????? jak tobie dam dziesięć razy dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon...

W ten sposób przechodziliśmy każdą szufladę w sklepie i historię każdego towaru.Gdy zaś Mincel nie był zmęczony, dyktował mi jeszcze zadania rachunkowe, kazał sumować księgi albo pisywać listy w interesach naszego sklepu.

Mincel był bardzo porządny, nie cierpiał kurzu, ścierał go z najdrobniejszych przedmiotów. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie potrzebował okurzać dzięki swoim niedzielnym wykładom buchalterii, jeografii i towaroznawstwa.

Stanisław Wokulski – rola szkoły w życiu bohatera
Pamiętniki Rzeckiego

„Kiedy dzieckiem będąc, łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą, będąc subiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji."

„Stach był jeszcze ze trzy lata u Hopfera i przez ten czas porobił dużo znajomości ze studentami, z młodymi urzędnikami rozmaitych biur, którzy na wyścigi dostarczali mu książek, ażeby mógł zdać egzamin do uniwersytetu. (...) W początkach roku 1861 Stach podziękował Hopferowi za miejsce. Zamieszkał u mnie (w tym pokoiku z zakratowanym oknem i zielonymi firankami), rzucił handel, a natomiast począł chodzić na akademickie wykłady jako wolny słuchacz. (...)

Przeniósłszy się do mnie pracował po całych dniach i nocach, aż mnie nieraz złość brała. Wstawał przed szóstą i czytał. Około dziesiątej biegł na kursa, potem znowu czytał. Po czwartej szedł na korepetycję do kilku domów (głównie żydowskich, gdzie mu Szuman wyrobił stosunki) i wróciwszy do domu znowu czytał i czytał, dopóki zmorzony snem nie położył się już dobrze po północy. (...)

Czas wolny od nauki poświęcał Stach na próby z balonami. Wziął dużą butlę i w niej za pomocą witriolu preparował jakiś gaz (już nawet nie pamiętam jaki) i napełniał nim balon nieduży wprawdzie, ale przygotowany bardzo sztucznie. Była pod nim maszynka z wiatraczkiem...No i latało to pod sufitem, dopóki nie zepsuło się przez uderzenie o ścianę."

„Przerzucił się (...) do Szkoły Przygotowawczej, a potem do Szkoły Głównej. (...) Zachciało mu się być uczonym!..." radca Węgrowicz o Wokulskim.

Powrót z Syberii (1870)

„jeszcze przywiozłem ze sześćset rubli." Słowa Stanisława Wokulskiego do Ignacego Rzeckiego w pamiętniku.

„jestem uczonym; mam nawet rozmaite podziękowania od petersburskich naukowych towarzystw..." Słowa Stanisława Wokulskiego do Rzeckiego w pamiętniku.

Szkoła w dwudziestoleciu międzywojennym

Szkoła w Ferdydurke - lekcja języka polskiego

Obraz ciała pedagogicznego

Dyrektor uchylił drzwi do kancelarii i obaj panowie zajrzeli dyskretnie, a ja z nimi. Przeraziłem się nie na żarty ! W dużym pokoju za stołem siedzieli nauczyciele i popijali herbatę zagryzając bułką. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć razem tylu i tak beznadziejnych staruszków.

Większość chlipała donośnie, jeden ciamkał, drugi mlaskał, trzeci ciągnął, czwarty siorpał, piąty był smutny i łysy, a nauczycielce francuskiego łzawiły się oczy i wycierała je rożkiem chusteczki.

— Tak, panie profesorze — rzekł dyrektor z dumą — ciało jest starannie dobrane i wyjątkowo przykre i drażniące, nie ma tu ani jednego przyjemnego ciała, same ciała pedagogiczne, jak pan widzi — a jeżeli konieczność zmusza mnie czasem do zaangażowania jakiegoś młodszego nauczyciela, zawsze dbam o to, aby był obdarzony przynajmniej jedną odstręczającą właściwością. Tak, na przykład, nauczyciel historii jest, niestety, w sile wieku i na oko wydaje się znośny, ale niech pan tylko zauważy, jakiego ma zeza. — Tak, ale nauczycielka francuskiego wydaje się sympatyczna — rzekł poufale Pimko. — Jąka się i łzawi. — A, to co innego! Racja, nie zauważyłem w pierwszej chwili. Ale czy nie jest przypadkiem zajmująca? -— Ale skąd, ja sam nie mogę z nią rozmawiać przez minutę, żeby dwa razy nie ziewnąć. — A, to co innego! Ale czy są dość taktowni, dość wyrobieni i świadomi doniosłości misji, ażeby nauczać? — To najtęższe głowy w stolicy — odparł dyrektor — żaden z nich nie ma jednej własnej myśli; jeśliby zaś i urodziła się w którym myśl własna, już ja przegonię albo myśl, albo myśliciela. To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna.

— Pupa, pupa — rzekł Pimko — widzę, że oddaję mego Józia w dobre ręce. Bo nie ma nic gorszego od nauczycieli osobiście sympatycznych, zwłaszcza jeśli przypadkiem mają osobiste zdanie. Tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia, które cechować winny młodzież, by stanowiła obiekt dla nas, rzetelnych pedagogów z powołania. Tylko za pomocą odpowiednio dobranego personelu zdołamy wtrącić w zdziecinnienie cały świata— Tsss, tsss, tsss — odparł dyrektor Piórkow-ski ciągnąc go za rękaw — pewnie, pupa, ale ciszej, nie trzeba o tym zbyt głośno. — W tej chwili jedno ciało zwróciło się do drugiego ciała i spytało: — Hę, hę, hm, no, co tam? Co tam, panie kolego? — Co tam? — odrzekło tamto ciało. — Staniało. — Staniało? — powiedziało pierwsze ciało. — Chyba podrożało? — Podrożało? — spytało drugie ciało. — Chyba cośkolwiek staniało. — Bułki nie chcą stanieć — mruknęło pierwsze ciało i schowało resztki nie dojedzonej bułki do kieszeni. — Trzymam ich na diecie — szepnął Piórkowski dyrektor — gdyż tylko wtedy są dostatecznie anemiczni. Tylko na pożywce anemii zakwitają w pełni krosty agę ingrat., wieku niewdzięcznego. Naraz nauczycielka kaligrafii, ujrzawszy w drzwiach dyrektora w towarzystwie obcego pana o bardzo doniosłym wyglądzie, zakrztusiła się herbatą i pisnęła przenikliwie:

— Wizytator!

Na to hasło wszystkie ciała zadrżawszy powstały i zbiły się w kupę jak stado kuropatw, dyrektor, nie chcąc płoszyć więcej, zamknął dyskretnie drzwi [...]

Lekcja języka polskiego

W ogólnym rozgardiaszu uczniowie zajmowali miejsca w ławkach i krzyczeli, jakby za chwilę mieli zamilknąć na zawsze.

I nie wiadomo kiedy ukazał się na katedrze nauczyciel. Było to to samo ciało, wyblakłe i smutne, które w kancelarii wyraziło ważki pogląd, że staniało.

Zasiadłszy na krześle nauczyciel otworzył dziennik, strząsnął pyłek z kamizelki, obrócił rękawy, żeby się na łokciach nie wytarły, zacisnął usta, stłumił coś w sobie i założył nogę na nogę. Następnie westchnął i spróbował przemówić.

Hałasy wybuchnęły ze zdwojoną mocą. Krzyczeli wszyscy, za wyjątkiem chyba jednego Syfona, który pozytywnie wyciągał zeszyty i książki. Nauczyciel spojrzał na klasę, poprawił mankiet, zwęził usta, otworzył je i znowu zamknął. Uczniowie wrzasnęli. Nauczyciel zmarszczył się i skrzywił, obejrzał mankiety, pobębnił palcami, pomyślał o czymś dalekim — wyciągnął zegarek, położył go na pulpicie, westchnął, znów coś stłumił w sobie czy przełknął, a może ziewnął, dłuższy czas skupiał energię, wreszcie huknął dziennikiem w katedrę i krzyknął:

— Dość tego! Proszę się uspokoić! Lekcja się zaczyna.

Wtedy cała klasa (prócz Syfona i kilku jego zwolenników) jak jeden mąż objawiła nie cierpiącą zwłoki konieczność udania się do ubikacji. Nauczyciel, zwany pospolicie Bladaczką od szczególnie niezdrowej i ziemistej cery, uśmiechnął się kwaśno.

— Dosyć! — krzyknął automatycznie. — Zwolnić was! Chciałaby dusza do raju? A dlaczego to mnie nikt nie zwolni? Dlaczego to ja muszę siedzieć? Siadać, nikogo nie zwalniam, Miętalskiego i Bobkowskiego zapisuję do dziennika, a jeżeli jeszcze który się odezwie, to wyzwę go do odpowiedzi! — Wówczas nie mniej niż siedmiu uczniów przedstawiło świadectwa, że z powodu takich to a takich chorób nie mogli przygotować lekcji. Prócz tego czterech zadeklarowało migrenę, jeden dostał wysypki, a jeden drgawek i konwulsji. — Tak — powiedział zawistnie Bladaczką — a dlaczego to mnie nikt nie da świadectwa, że z przyczyn od siebie niezależnych nie przygotowałem lekcji? Dlaczego mnie nie wolno mieć konwulsji? Dlaczego, pytam, nie mogę mieć konwulsji, tylko muszę siedzieć tu dzień w dzień oprócz niedziel ? Precz, świadectwa są sfałszowane, choroby udane, siadać, znamy się na tym! — Ale trzech uczniów, najbardziej spoufalonych i wymownych, zbliżyło się do katedry i zaczęło opowiadać zabawną historię o Żydach i ptaszkach. Bladaczką zatkał uszy. — Nie, nie — jęczał — nie mogę, zlitujcie się, nie kuście, lekcja przecież, co by było, gdyby nas pan dyrektor przyłapał.

Tu zatrząsł się, obejrzał niepewnie na drzwi i blady strach wypłynął mu na policzki.

— A gdyby pan wizytator nas przyłapał? Panowie, uprzedzam, że wizytator jest w szkole! Właśnie!... Uprzedzam panów... Nie pora na głupstwa! — jęknął przestraszony. — Trzeba natychmiast zorganizować się wobec wyższej władzy. No... hm... który tam najlepiej opanował przedmiot? Tylko bez blagi, nie czas na żarciki! Pomówmy zupełnie szczerze. Co?! nikt nic nie umie? Zgubicie mnie! No, może jednak któryś, no, przyjaciele, śmiało, śmiało... Aa, Pylaszczkiewicz, mówcie? Bóg zapiać, Pylaszczkiewicz, zawsze miałem Pylaszczkiewicza za wartościowego. No, a co Pylaszczkiewicz najlepiej opanował? Konrada Wallenroda ? Czy Dziady? A może ogólne rysy romantyzmu? Niech Pylaszczkiewicz wyzna mi.

Syfon wszakże, już na dobre utwierdzony w chłopięciu, wstał i odpowiedział:

— Przepraszam pana profesora. Jeżeli pan profesor wyzwie mnie do odpowiedzi przy panu wizytatorze, będę odpowiadał według najlepszej swojej wiedzy — ale obecnie nie mogę zdradzić, co opanowałem, gdyż zdradzając zdradziłbym samego siebie.

— Syfon, zgubisz nas — ozwali się z przerażeniem inni — Syfon, wyznaj szczerze!

— No, no, Pylaszczkiewicz — rzekł pojednawczo Bla-daczka. — Dlaczego to Pylaszczkiewicz nie chce wyznać? Rozmawiamy przecież prywatnie. Niech Pylaszczkiewicz wyzna mi. Pylaszczkiewicz nie ma chyba zamiaru gubić mnie i siebie? Jeżeli Pylaszczkiewicz nie chce powiedzieć otwarcie, niech Pylaszczkiewicz da do zrozumienia.

— Przepraszam pana profesora — odpowiedział Syfon — ale nie mogę wdawać się w żadne kompromisy, gdyż jestem bezkompromisowy i nie mogę sprzeniewierzać się sobie ani zdradzać siebie.

I usiadł.

— Tiu, tiu — mruknął nauczyciel — uczucia te przynoszą zaszczyt Pylaszczkiewiczowi. Ale niech Pylaszczkiewicz tego do serca nie bierze, ja tylko tak sobie prywatnie żartowałem. Oczywiście, oczywiście, paczyć się nie można, co to mamy na dzisiaj? — rzekł surowo i zajrzał do programu. — Aha! Wytłumaczyć i objaśnić uczniom, dlaczego Słowacki wzbudza w nas miłość i zachwyt? A zatem, panowie, ja wyrecytuję wam swoją lekcję, a potem wy z kolei wyrecytujecie swoją. Cicho! — krzyknął i wszyscy pokładli się na ławkach, rękami podpierając głowy, a Bladaczka, nieznacznie otworzywszy odnośny podręcznik, zacisnął usta, westchnął, stłumił coś w sobie i rozpoczął recytację.

— Hm... hm... A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą czytając ten cudny, harfowy poemat W Szwajcarii! Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, spiżowych strof Króla Ducha., wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów Balladyny a kiedy znowu skargi Lilii Wenedy zadźwięczą, serce rozdziera się nam na kawały? I gotowiśmy lecieć, pędzić na ratunek nieszczęsnemu królowi? Hm... dlaczego? Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wałkiewicz! Dlaczego? Niech Wałkiewicz powtórzy — dlaczego? Dlaczego zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić? Dlaczego, Wałkiewicz?

Zdawało mi się, że Pimkę znów słyszę, ale Pimkę na skromniejszej pensji i bez tych rozległych horyzontów.

— Dlatego, że wielkim poetą był! — powiedział Wałkiewicz, uczniowie wycinali scyzorykiem ławki albo robili małe kuleczki z papieru, najmniejsze, jak mogli, i wrzucali je do kałamarza. Był to niby staw i ryby w stawie, więc też łowili je na wędkę z włosa, ale nie udawało się, papier nie chciał chwytać. Więc włosem łechtali nos albo podpisywali się w zeszytach, raz za razem, to z zakrętasem, to bez, a jeden kaligrafował przez całą stronicę: — Dla-cze-go, dla-cze-go, dla-cze- go, Sło-wac-ki, Sło-wac-ki, Sło-wac-ki, wac-ki, wac-ki, Wa-cek, Wa-cek-Sło-wac-ki-i-musz-ka-pchła. Twarze im zbiedniały. Gdzież się podziało niedawne podniecenie, spory i dyskusje — paru tylko szczęśliwców zapomniało o bożym świecie nad Wal lace'em. Nawet Syfon zmuszony był wytężyć całą siłę charakteru, żeby nie sprzeniewierzyć się swoim zasadom samodoskonalenia i samokształcenia, lecz umiał on się tak urządzić, że właśnie przykrość była mu źródłem rozkoszy, jako probierz siły charakteru. Inni zasię tworzyli wzgórki i dołki na dłoni i dmuchali w dołki z rosyjska — ech, ech, dołki, górki, dołki, górki.

Nauczyciel westchnął, stłumił, spojrzał na zegarek i mówił.

— Wielkim poetą! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego kochamy? Bo był wielkim poetą. Wielkim poetą był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze w głowy — a więc jeszcze raz powtórzę, proszę panów: wielki poeta, Juliusz Słowacki, wielki poeta, kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą. Proszę zapisać sobie temat wypracowania domowego: „Dlaczego w poezjach wielkiego poety, Juliusza Słowackiego, mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?"

W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał:

— Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? — Wytrzeszczył oczy i usiadł, grążąc się w jakieś bezdenne przepaście. Naiwnym tym wyznaniem aż zakrztusił się nauczyciel.

— Ciszej, na Boga! — syknął. — Gałkiewiczowi stawiam pałkę. Gałkiewicz zgubić mnie chce! Gałkiewicz chyba nie zdaje sobie sprawy, co powiedział?

GAŁKIEWICZ

Ale ja nie mogę zrozumieć! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca.

NAUCZYCIEL

Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca.

GAŁKIEWICZ

A mnie nie zachwyca.

NAUCZYCIEL

To prywatna sprawa Gałkiewicza. Jak widać, Gałkiewicz nie jest inteligentny. Innych zachwyca.

GAŁKIEWICZ

Ale, słowo honoru, nikogo nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli nikt nie czyta oprócz nas, którzy jesteśmy w wiehu szkolnym, i to tylko dlatego, że nas zmuszają siłą...

NAUCZYCIEL

Ciszej, na Boga! To dlatego, że niewielu jest ludzi naprawdę kulturalnych i na wysokości...

GAŁKIEWICZ

Kiedy kulturalni także nie. Nikt. Nikt. W ogóle nikt.

NAUCZYCIEL

Gałkiewicz, ja mam żonę i dziecko! Niech Gałkiewicz przynajmniej nad dzieckiem się ulituje! Gałkiewicz, nie ulega kwestii, że wielka poezja powinna nas zachwycać, a przecież Słowacki był wielkim poetą... Może Słowacki nie wzrusza Gałkiewicza, ale nie powie mi chyba Gałkiewicz, że nie przewierca mu duszy na wskroś Mickiewicz, Byron, Puszkin, Shelley, Goethe...

GAŁKIEWICZ

Nikogo me przewierca. Nikogo to nic nie obchodzi, wszystkich nudzi. Nikt nie może przeczytać więcej niż dwie lub trzy strofy. O Boże! Nie mogę...

NAUCZYCIEL

Gałkiewicz, to jest niedopuszczalne. Wielka poezja, będąc wielką i będąc poezją, nie może nie zachwycać nas, a więc zachwyca.

GAŁKIEWICZ

A ja nie mogę. I nikt nie może! O Boże!

Nauczycielowi pot kroplisty zrosił czoło, wyjął z pugilaresu fotografię żony i dziecka i próbował wzruszyć nimi Gałkiewicza, lecz ten powtarzał tylko w kółko swoje: „Nie mogę, nie mogę". I to przejmujące „nie mogę" rozpleniało się, rosło, zarażało, już z kątów dochodziły szmery: „My też nie możemy", i zagrażać jęła powszechna niemożność. Nauczyciel znalazł się w okropnym impasie. Lada sekunda mógł nastąpić wybuch — czego? — niemożności, lada moment dziki ryk niechcenia mógł porwać się i dopaść dyrektora i wizytatora, lada chwila gmach cały mógł runąć grzebiąc pod gruzami dziecko, a Gałkiewicz właśnie nie mógł, Gałkiewicz ciągle nie mógł i nie mógł.

Nieszczęsny Bladaczka poczuł, że jemu także grozić zaczyna niemożność.

— Pylaszczkiewicz! — krzyknął. — Niech Pylaszczkiewicz natychmiast wykaże mnie, Gałkiewiczowi i wszystkim w ogóle piękności którego z celniejszych ustępów! Prędzej, bo pencuhim in mora! Proszę uważać! Jeżeli kto piśnie, zarządzę ćwiczenie klasowe! Musimy móc, musimy móc, bo z dzieckiem będzie katastrofa!

Pylaszczkiewicz podniósł się i zaczął recytować ustęp z poematu.

I recytował Syfon ani trochę nie uległ powszechnej, a tak nagłej niemożności, przeciwnie — mógł zawsze, gdyż właśnie z niemożności czerpał swoją możność. Recytował zatem i recytował ze wzruszeniem tudzież z właściwą intonacją i z uduchowieniem. Co więcej, recytował pięknie i piękność recytacji, wzmożona pięknością poematu i wielkością wieszcza oraz majestatem sztuki, przetwarzała się niepostrzeżenie w posąg wszelkich możliwych piękności i wielkości. Co więcej, recytował tajemniczo i pobożnie, recytował usilnie, z natchnieniem; i wyśpiewywał śpiew wieszcza tak właśnie, jak śpiew wieszcza winien być wyśpiewany^O, cóż za piękność! Jakaż wielkość, jakiż geniusz i jakaż poezja! Mucha, ściana, atrament, paznokcie, sufit, tablica, okna, o, już niebezpieczeństwo niemożności było zażegnane, dziecko było uratowane, a żona tak samo, już każdy się zgadzał, każdy mógł i prosił tylko, żeby przestać.

Zarazem spostrzegłem, że sąsiad smaruje mi rękę atramentem — pomazał już sobie własne, a teraz zabierał się do moich, bo trudno było zdejmować buciki, ale cudze ręce były tym okropne, że właściwie takie same jak swoje, więc cóż z tego? — Nic. A cóż z nogami? Machać? I cóż z tego? Po kwadransie sam Gałkiewicz zajęczał, że dosyć, że już uznaje, że uchwycił, że cofa, zgadza się, przeprasza i może.

— A widzi Gałkiewicz?! Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów!

A ze słuchaczy wydobywały się na wierzch dziwne rzeczy. Zniknęły różnice, wszyscy, czy to spod znaku Syfona, czy Miętusa, jednakowo wili się pod brzemieniem wieszcza, poety, Bladaczki i dziecka oraz otępienia. Gołe ściany i gołe czarne ławki szkolne z kałamarzem nie dostarczały ani krzty rozmaitości, przez okno widać było kawałek muru z jedną wystającą cegłą i wydłubanym na niej napisem: „Wyleciał". Przeto nie pozostawało nic innego do wyboru, jak tylko albo ciało pedagogiczne, albo własne. Ci zatem, którzy nie zatrudniali uwagi liczeniem włosów Bladaczki na czaszce i badaniem zawiłych sznurowadeł u jego bucików, starali się zliczyć własne włosy oraz zwichnąć szyję. Myzdral wiercił się, Hopek machinalnie klapał. Miętus miętolil się niejako w bolesnej prostracji, niektórzy zatapiali się w marzeniach, inni popadali w fatalny nałóg szeptania do siebie, inni obrywali guziki, niszczyli ubranie i wszędzie zakwitały dżungle i pustynie niesamowitych odruchów, dziwacznych czynności. Jeden jedyny perwersyjny Syfon prosperował tym lepiej, im większa była powszechna niedola, posiadał bowiem specjalny mechanizm wewnętrzny, za pomocą którego umiał bogacić się nawet ubóstwem. A nauczyciel, pomny na żonę i dziecko, nie ustawał: — Towiański, Towiański, Towiański, mesjanizm, Chrystus Narodów, znicz, ofiara, czterdzieści i cztery, natchnienie, cierpienia, odkupienie, bohater i symbol. — Słowa wchodziły przez uszy i dręczyły umysł, a twarze wykrzywiały się coraz przeraźniej, zrywały z pojęciem twarzy i zmiętoszone, znużone i wymaglowane, gotowe były przyjąć każdą twarz — z tych twarzy można było zrobić wszystko, co się zamarzyło — o, co za ćwiczenie wyobraźni! A rzeczywistość, też wymaglowana, też znużona, zmiętoszona, zdarta, niepostrzeżenie pomału zmieniała się w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj!

Bladaczka: — Wieszczem był! Wieszczył! Panowie, zaklinam panów, a zatem jeszcze raz powtórzmy — zachwycamy się, gdyż był wielkim poetą, a czcimy, gdyż wieszczem był! Nieodzowne słowo. Cimkiewicz, proszę powtórzyć! — Cim-kiewicz powtórzył: — Wieszczem był!

Zrozumiałem, że muszę uciekać. Pimko, Bladaczka, wieszcz, szkoła, koledzy, wszystkie przeżycia od rana znienacka zakręciły mi się w głowie i wypadło — jak los na loterii — uciekać. Gdzie? Dokąd? — dokładnie nie zdawałem sobie sprawy, wiedziałem wszakże, że muszę uciekać, jeżeli nie mam paść ofiarą dziwactw, które zewsząd napierały. Ale zamiast uciekać, zacząłem kiwać palcem w bucie, a kiwanie było paraliżujące i niweczyło zamiary ucieczki, gdyż jakże tu uciekać kiwając jednocześnie palcem na parterze? Uciekać — uciekać! Uciec od Bladaczki, od fikcji i nudy — lecz w głowie miałem wieszcza, którego wcisnął mi Bladaczka, dołem kiwałem palcem, uciekać nie mogłem, a niemożność moja była większa jeszcze od niedawnej niemożności Gałkiewicza. Teoretycznie zdawało się — nic łatwiejszego, po prostu wyjść ze szkoły i nie wrócić, Pimko nie poszukiwałby mnie przez policję^tak daleko macki pedagogii pupiej chyba nie sięgały. Wystarczyło jedynie — chcieć. Ale chcieć nie mogłem. Bo do ucieczki potrzebna jest wola ucieczki, a skądże wziąć wolę, gdy się palcem kiwa i twarz zatraca się w grymasie nudy. I teraz zrozumiałem, czemu nikt z nich nie mógł uciekać z tej szkoły — oto ich twarze i całe postacie zabijały w nich możność ucieczki, każdy był więźniem swojego grymasu, i choć powinni byli uciekać, nie czynili tego, ponieważ nie byli już tym, czym być powinni. Uciekać znaczyło nie tylko — uciekać ze szkoły, lecz przede wszystkim — uciekać od siebie, och, uciec od siebie, od smarkacza, którym uczynił mię Pimko, porzucić go, powrócić do mężczyzny, którym byłem! Jakże jednak uciekać od czegoś, czym się j e s t, gdzie znaleźć punkt oparcia, podstawę oporu? Forma nasza przenika nas, więzi od wewnątrz równie, jak od zewnątrz. Miałem przeświadczenie, że gdyby choć na jedną chwilę rzeczywistość odzyskała prawa, nieprawdopodobna groteska mojej sytuacji rzuciłaby się w oczy tak jaskrawo, iż wszyscy krzyknęliby:

„Co robi tutaj ten mężczyzna?!" Lecz na tle powszechnego dziwactwa ginęło poszczególne dziwactwo mojego przypadku. O, dajcie mi chociaż jedną twarz nie wykrzywioną, przy której mógłbym poczuć grymas mojej twarzy — ale naokoło widniały same twarze wywichnięte, sprasowane i przenicowane, w których moja odbijała się jak w krzywym zwierciadle — i dobrze przytrzymywała mnie rzeczywistość zwierciadlana! Sen? Jawa? "Wtem Kopyrda, ów opalony, w spodniach flanelowych, oo to na podwórku uśmiechnął się z wyższością, gdy padło słowo „pensjonarka", nasunął się memu spojrzeniu. Równie obojętny wobec Bladaczki, co wobec sporu Miętusa z Syfonem, siedział niedbale pochylony i wyglądał dobrze — wyglądał normalnie — z rękami w kieszeniach, schludny, rześki, łatwy, trafny i przyjemny, siedział dość lekceważąco, nogę założył na nogę i patrzył na nogę. Jak gdyby nogami uchylał się szkole. Sen? Jawa? „Czyżby? — pomyślałem. — Czyżby nareszcie zwykły chłopiec? Nie chłopię i chłopak, ale chłopiec zwykły? Z nim może wróciłaby utracona możność..." .)

Lekcja łaciny

Porwałem się do protestów, ale ogólna obawa ustąpiła miejsca wielkiemu podnieceniu, wszyscy zaczęli wrzeszczeć: "Dobrze! Dalej! Prędzej!" - jednocześnie zaś rozległ się dzwonek, do klasy wkroczył mały człowieczek z bródką i siadł na katedrze.

Było to to samo ciało, które w kancelarii wyraziło w swoim czasie pogląd, że zdrożało, staruszek nadzwyczaj przyjazny, siwy gołąbek z małą purchawką na nosie. Śmiertelna cisza zaległa w klasie, gdy otworzył dziennik - rzucił rozjaśnionym okiem ku górze listy i wszyscy, co na A, zadrżeli -" rzucił okiem na dół i wszyscy na gle zamarli ze strachu. Gdyż nikt nic nie umiał, zapomniano odpisać łacińskiego tłumaczenia z powodu dyskusji i oprócz Syfona, który już w domu sobie przygotował lekcję i mógł na każde żądanie, nikt nie mógł. Atoli staruszek, nie domyślając się wcale strachu, jaki wzbudzał, pogodnie błądził spojrzeniem po paciorku nazwisk, wahał się, zastanawiał i droczył się z sobą, aż w końcu wyrzekł ufnie:

- Mydlakowski.

Lecz wprędce okazało się, że Mydlakowski nie zdolen jest przetłumaczyć zadanego na dzisiaj Cezara, a co gorzej, nie wie, iż animis oblatis ID ablativus absolutus.

- O, panie Mydlakowski - rzekł łagodny starzec ze szczerym wyrzutem - pan nie wie, co znaczy animis oblatis i jaka to forma? Dlaczego pan nie wie?

I postawił mu kica, okropnie zmartwiony, następnie zaś rozpromienił się i w nowym przypływie ufności wyzwał na K Koperskiego sądząc, że wyróżnieniem uszczęśliwia, i zachęcając do szlachetnej emulacji wzrokiem i gestami, pełnymi najgłębszego zaufania. Lecz ani Koperski, ani Kotecki, ani Kapuściński, ani Kołek nawet nie wiedzieli, co znaczy animis oblatis, wychodzili przed tablicę i milczeli niechętnie, milkli-wie, a staruszek wyrażał przelotne rozczarowanie swoje zwięzłym sztykiem i znowu, jakby wczoraj przybyły z księżyca, jakby nie z tego świata, w przypływie wzmożonej ufności wyzywał oczekując za każdym razem, że wyróżniony i uszczęśliwiony godnie odpowie na wyzwanie. Nikt nie odpowiadał. I już blisko dziesięć pałek postawił w dzienniku, a przecież ciągle nie zdawał sobie sprawy, że ufność jego odtrącana jest martwym i zimnym przerażeniem, że nikt nie życzy sobie tej ufności - niezmiernie ufny staruszek! Na ufność tę nie było rady! Daremnie próbowano rozmaitych sposobów perswazji, na próżno przedstawiano świadectwa, wymówki, choroby, nauczyciel mówił ze zrozumieniem i współczuciem.

- Co, panie Bobkowski! Pan z powodów od siebie niezależnych nie mógł przygotować lekcji?

Niech pan się nie martwi, zapytam pana z dawniejszego tekstu. Co? I główka boli? A to doskonale, właśnie mam tu ciekawą maksymę de malis capitis, jak znalazł dla pana. Co – i odczuwa pan konieczność natychmiastowego udania się do ubikacji? O, panie Bobkowski! I po cóż to? Przecież i to także znajduje się u starożytnych! Zaraz przedstawię panu słynny passus z księgi piątej, gdzie całe wojsko Cezara, zjadłszy nieświeżą marchew, uległo temuż przeznaczeniu. Całe wojsko! Całe wojsko, Bobkowski! I po cóż to samemu robić nieudolnie, jeśli się ma pod ręką taki genialny i klasyczny opis? Te księgi są życiem, panowie, są życiem!

Zapomniano o Syfonie i Miętusie, zaprzestano sporów - starano się nie istnieć, starano się nie egzystować, uczniowie kurczyli się, szarzeli i nikli, wciągali w siebie brzuch, ręce i nogi, lecz nikt się nie nudził, o nudzie nawet mowy być nie mogło, gdyż wszyscy bali się ponuro, i każdy z bólem strachu oczekiwał, kiedy jego przyłapie wyzwanie dziecięcej wiary, spasionej na tekstach. A twarze - jak to twarze - pod naporem trwogi przetwarzały się w cień, w iluzję twarzy, i nie wiadomo, co było wreszcie bardziej szalone, nieistotne, chimeryczne – twarze czy niepojęte accusatwy cum infinitwo, czy też piekielna ufność chorego z urojenia starca, i rzeczywistość się pomału zmieniała w świat ideału, daj mi teraz marzyć, daj!

Atoli nauczyciel, udzieliwszy sztyka Bobkowskiemu i wyczerpawszy ostatecznie animis oblatis, uroił sobie nowy problem - jak będzie passwum futurum conditionalis w trzeciej osobie liczby mnogiej od czasownika zwrotnego colleo, colleavi, colleatum, colleare,. i ta myśl zachwyciła go.

- Niesłychanie ciekawa rzecz! - zawołał zacierając ręce. - Rzecz ciekawa i pouczająca! No, panowie! Problemat pełen finezji! Oto wdzięczne pole do wykazania sprawności intelektualnej! Bo jeśli od olleare jest ollandus sim, to... no, no, no... panowie... - panowie znikali w przestrachu. - O, właśnie! No, no? Collan... collan...

Nikt się nie odezwał. Staruszek, jeszcze nie tracąc nadziei, powtarzał swoje: "no, no" i "collan, collan", promieniał, kokietował zagadką, zachęcał, pobudzał i - jak umiał – wyzywał do wiedzy, do odpowiedzi, do szczęścia i zaspoko)cma. Naraz ujrzał, że nikt nie chce, że tańczy do muru. Przygasł i rzekł głucho:

- Collandus sim! Collandus sim! - powtórzył zgnębiony i upokorzony powszechnym milczeniem i dodał: - Jakże to, panowie? Czyżbyście naprawdę nie doceniali! Czyż nie widzicie, że collandus sim kształci inteligencję, rozwija intelekt, wyrabia charakter, doskonali wszechstronnie i brata z myślą starożytną? Bo zważcie, że jeśli od olleare jest ollandus, to przecież od colleare musi być collandus, bo passwum futurum trzeciej koniugacji kończy się na duś, duś, us, z wyjątkiem jedynie wyjątków. Us, us, us - panowie! Nie może być nic logiczniejszego niż język, w którym wszystko, co nielogiczne, jest wyjątkiem! Us, us, us, panowie - zakończył w zwątpieniu - cóż to za czynnik rozwoju!

Wówczas zerwał się Gałkiewicz i zajęczał.

- Trą, la, la, mama, ciocia! Jak to rozwija, kiedy nie rozwija? Jak to doskonali, gdy nie doskonali? Jak to wyrabia, kiedy nie wyrabia? O Boże, Boże - Boże, Boże!

NAUCZYCIEL

Co, panie Gałkiewicz? Us nie doskonali? Powiada pan, że końcówka ta nie doskonali? że ta końcówka passwi futuri trzeciej koniugacji nie wzbogaca? Jakże to, Gałkiewicz?

GAŁKIEWICZ

Ten ogonek nie wzbogaca mnie! Ten ogonek mnie nie doskonali! Wcale! Trą, la, la. O Boże! Mama!

NAUCZYCIEL

Jak to nie wzbogaca? Panie Gałkiewicz, jeżeli ja mówię, że wzbogaca, to wzbogaca! Przecież ja mówię, że wzbogaca. Niech Gałkiewicz zaufa mi! Zwykły umysł nie pojmie tych wielkich korzyści! śeby pojąć, trzeba samemu po długoletnich studiach stać się zgoła niezwykłym umysłem! Chryste Panie, wszak w ciągu ubiegłego roku przerobiliśmy siedemdziesiąt trzy wiersze z Cezara, w których to wierszach Cezar opisuje, jak ustawił swoje kohorty na wzgórku. Czyż te siedemdziesiąt trzy wiersze tudzież stówka nie objawiły Gałkiewiczowi mistycznie wszystkich bogactw antycznego świata? Czyż nie nauczyły stylu, jasności myślenia, precyzji wysłowienia i sztuki wojennej?

GAŁKIEWICZ

Niczego! Niczego! śadnej sztuki.. Ja tylko sztyka się boję. Ja tylko sztyka się boję! O, nie mogę, nie mogę!

Zagrażać jęła powszechna niemożność. Nauczyciel spostrzegł, że i jemu grozi, i co gorzej, że jeżeli zdwojoną ufnością nie przezwycięży własnej nagłej nieufności, niemożności, zginie. - Pylaszczkiewicz! - zakrzyknął w rozpaczy opuszczony przez wszystkich samotnik. - Niech Pylaszczkiewicz bezzwłocznie zrekapituluje dorobek nasz za ostatnie trzy miesiące ukazując całą głębię myśli i rozkosze stylu, a ufam, ufam, Jezus, Maria, ufam!

Syfon, który - jak się rzekło - mógł zawsze na każde żądanie, wstał i płynnie, z dużą łatwością rozpoczął:

- Następnego dnia Cezar, zwoławszy zebranie i zganiwszy zapalczyweść i chciwość żołnierzy, ponieważ zdawało mu się, że oni sobie osądzili, według własnego mniemania, dokąd mają iść i co mają czynić, i że oni po daniu hasła do odwrotu postanowili, że nie będą mogli być powstrzymywani przez trybunów wojskowych i legatów, tłumaczył, jak wiele znaczy niedogodność miejsca, co odnosiło się do Avaricum, kiedy schwytawszy wrogów bez wodza i bez konnicy pewne zwycięstwo stracił i niemała nawet szkoda zdarzyła się w walce z powodu niedogodności miejsca. Jakże bardzo podziwiana jest wielkość duszy tych, których nie może opróżnić obwarowanie obozu, wysokość gór ani mury miasta, tak samo trzeba ganić zbytnią samowolę i śmiałość ; tych, którzy sądzą, że więcej od wodza wiedzą o zwycięstwie i wyniku rzeczy, i nie mniej trzeba życzyć sobie u żołnierza i skromności i umiarkowania jak męstwa i wielkoduszności. A po-\ tem idąc naprzód, postanowił i rozkazał, ażeby zatrąbić na ', odwrót, aby dziesięć legionów natychmiast wstrzymało się od t walki, co zostało dokonane, ale żołnierze z pozostałych legionów , nie usłyszeli dźwięku trąb, ponieważ oddzielała ich od pozostałego miejsca dość wielka dolina. Więc przez trybunów wojskowych i legatów, ponieważ tak było nakazane przez Cezara, byli powstrzymywani, lecz byli podnieceni nadzieją zwycięstwa, przewyższenia wrogów i ich ucieczki w czasie pomyślnej walki do tego stopnia, że nie wydawało im się trudne, co mogli dosięgnąć męstwem bez ucieczki, i nie wcześniej zatrzymali się, aż doszli do murów miasta i bram, wtedy zaś u wszystkich części miasta dal się slyszeć hałas, wskutek czego ci, którzy byli przerażeni nagłym krzykiem, sądzili, że wróg byt już w bramie, i wybiegali z miasta. - Collandus sim, panowie! Collandus sim! Co za jasność, co za język! Co za głębia, co za myśl! Collandus sini, co za skarbnica mądrości! Ach, oddycham, oddycham! Collandus sim i wciąż, i zawsze, i aż do końca collandus sim, collandus sim, collandus sim, collandus sim, collandus sim - wtem zadźwięczał dzwonek i uczniowie wydali dziki wrzask, a staruszek zdziwił się i wyszedł.

Tu znajduje się opracowanie z cytatami Obraz szkoły w Ferdydurke

Szkoła we współczesności

Szkoła jako instytucja totalna wg E. Goffmana

Pojęcie instytucji totalnych na gruncie socjologii rozwinął Erving Goffman (...). W punkcie wyjścia swej koncepcji Goffman stwierdza, że działające organizacje społeczne (instytucje) pochłaniają „część czasu i zainteresowania swych członków i stwarzają im jak gdyby odrębny świat, a pewną ich klasę, stwarzającą większe ograniczenia od pozostałych określa mianem instytucji totalnych. Jak zauważa autor koncepcji: „Ich ograniczający lub totalny charakter symbolizują często bariery uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego, strome brzegi lub woda, otwarta przestrzeń itd. Nazywamy je instytucjami totalnymi (total institutions). Główną cechą wszystkich instytucji totalnych jest to, że zaspokajają one ludzkie potrzeby za pośrednictwem organizacji biurokratycznej - „bez względu na to, czy w danych okolicznościach jest to konieczny lub skuteczny sposób organizacji". Istotą struktury organizacyjnej instytucji totalnych jest podział na personel nadzorczy oraz podwładnych, a podstawowym stosunkiem społecznym jest nadzorowanie i kontrolowanie służące temu, „aby każdy wykonywał to, czego się od niego wymaga i co mu jasno wytłumaczono". [...]

Instytucje totalne mają tendencje do zamykania się w obrębie własnych zadań i problemów, co oznacza, że zmierzają do stworzenia swoim członkom jak gdyby odrębnego świata. Zgodnie z regułami biurokracji działają według narzuconego regulaminu i planu. Plan jest wykonywany przez podwładnych, nadzorowanych przez personel (strażników, nadzorców), a każda planowana czynność i nadzorców, i podwładnych stanowi część zadania, jakie wykonuje dana instytucja. Nadrzędność zaplanowanych zadań nad jednostkowymi potrzebami, biurokratyczna procedura ich realizacji oraz oceny wyników prowadzi, zdaniem Goffmana do ujednolicenia tożsamości członków instytucji poprzez upodobnienie ich wyglądu zewnętrznego, ograniczenia w zakresie posiadania rzeczy osobistych, poddanie ścisłej dyscyplinie regulowanej przez regulamin, podporządkowanie personelowi. W ten sposób instytucja totalna staje się „społecznym mikrokosmosem narzuconym przez hegemonię i hierarchiczny porządek". [...]

Po przedstawieniu definicji pojęcia instytucji totalnych (...), chciałbym przedstawić najważniejsze wymiary totalności szkoły. Należą do nich: struktura biurokratyczna prowadząca do pojawienia przerostów biurokratycznych o charakterze „żelaznej klatki", związana z nią autonomizacja celów szkół w stosunku do celów społeczeństwa oraz autonomizacja procesów socjalizacji szkolnej wobec socjalizacji ogólnospołecznej, co jest pokrewne zjawisku wtórnej socjalizacji i inicjacji „w szkołę".[...]

Cechą instytucji totalnych jest relatywna większa lub mniejsza izolacja oraz traktowanie wydarzeń dziejących się w szkole, jako czegoś, o czym nie wolno informować otoczenia zewnętrznego. „Choćby cię smażyli w smole, nie mów, co się dzieje w szkole" - mówi znane i stare powiedzenie.

[...] członkowie i personel, i uczniowie socjalizują się „w szkołę", stosując różnorodną taktykę. Goffman wymienia tutaj następujące rodzaje taktyki: wycofania się z sytuacji (regresji), buntu, zadomowienia się w instytucji, pozornej bądź rzeczywistej konwersji (syndrom lizusa) oraz łączącą elementy różnych taktyk „zimnej kalkulacji", która polega na „oportunistycznej kombinacji różnych elementów adaptacji wtórnej: konwersji, zadomowienia i lojalności wobec współtowarzyszy, zależnie od okoliczności". Powyższe słowa, napisane przez Goffmana, odnoszą się do pacjentów szpitali psychiatrycznych, więźniów, załóg statków handlowych, sanatoriów przeciwgruźliczych i obozów „prania mózgów".

Nadają się jednak także, nad czym trzeba się co najmniej zasmucić, do opisu realnie istniejących szkół. Kariery w nich, podobnie jak w innych instytucjach totalnych robią najczęściej te osoby (zarówno w obrębie personelu, jak i uczniów), którzy będą posłusznymi, bezrefleksyjnymi i bezwzględnymi egzekutorami i wykonawcami poleceń.

Źródło:

Jarosław Rokicki, Szkoła jako instytucja totalna, w: Manipulacja, pedagogiczno-społeczne aspekty, red. Joanna Aksman, Kraków 2010 r.

http://books.google.pl/books?id=UHg261tdRrgC&pg=PA126&lpg=PA126&dq=erving+goffman+szko%C5%82a&source=bl&ots=K4sQoMQN5x&sig=f8SRDRHAv0XTe-CAj1CPaOC2FVM&hl=pl&sa=X&ei=5jdxUuXLNseR7Abng4CoAQ&ved=0CGgQ6AEwBTgK#v=onepage&q=erving%20goffman%20szko%C5%82a&f=false

Obraz szkoły w utworze Jacka Kaczmarskiego: Nasza klasa

Tekst utworu Nasza klasa Jacka Kaczmarskiego

(We don't need no education)

Official video

Dailymotion - cały teledysk

Tekst oryginalny i tłumaczenie:

Another brick in the wall part II

Wersja Korn:

Another brick in the wall part II

Motyw szkoły w opowiadaniu Etgara Kerreta Szlomo-Homo-Pizda-w-Domu

Pani, co przyszła na zastępstwo, kazała wszystkich ustawić się w pary. I tylko Szlomo-Homo-Pizda-w-Domu został sam.

- Ja będę twoją parą - powiedziała Pani na zastępstwie i podała mu rękę. I tak chodzili po parku, a Szlomo-Homo widział łódki na sztucznym jeziorku i olbrzymi pomnik pomarańczy, a jeden ptaszek nasrał mu na czapkę.

- Gówno ciągnie do gówna - krzyknął z tyłu Julek i wszystkie dzieci się śmiały.

- Nie zwracaj na nich uwagi - powiedziała Pani na zastępstwie i spłukała mu czapkę pod kranem.

Potem przyszedł lodziarz i wszyscy kupili u niego lody. (...)

- Proszę pani, dlaczego wszystkie dzieci mnie nienawidzą? - zapytał Szlomo-Homo-Pizda-w-Domu.

- A skądżeż ja mam to wiedzieć? - Pani wzruszyła ramionami. - W końcu jestem tylko na zastępstwie.