Motyw obyczaju pozwala odczytywać normy, rytuały, konwenanse i sposoby życia charakterystyczne dla wspólnoty i epoki. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.
Obyczaj w renesansie
Peter Breugel starszy, Peassant wedding, 1566-69,
Obyczaj w baroku
Jan Chryzostom Pasek, Pamiętniki (fragment)
ROKU PAŃSKIEGO 1658,
Lud też tam nadobny; białogłowy gładkie i zbyt białe, stroją się pięknie, ale w drewnianych trzewikach chodzą wieskie i miesckie. Gdy po bruku w mieście idą, to taki uczynią kołat, co nie słychać, kiedy człowiek do człowieka mówi; wyższego zaś stanu damy to takich zażywają trzewików jako i Polki. W afektach zaś nie tak są powściągliwe jako Polki, bo lubo zrazu jakąś niezwyczajną pokazują wstydliwość, ale zaś za jednym posiedzeniem i przymówieniem kilku słów zbytecznie i zapamiętale zakochają się i pokryć tego ani umieją: ojca i matki, posagu bogatego gotowiusieńka odstąpić i jechać za tym, w kim się zakocha, choćby na kraj świata.
Łóżka do sipienia mają w ścianach zasuwane tak jako szafa, a pościeli tam okrutnie siła ścielą. Nago sypiają, tak jako matka urodziła, i nie mają tego za żadną sromotę, rozbierając się i ubierając jedno przy drugiem, a nawet nie strzegą się i gościa, ale przy świecy zdejmują wszystek ornament; a na ostatku i koszulę zdejmie i powiesza to wszystko na kołeczkach, i dopiero tak nago, drzwi pozamykawszy, świecę zagasiwszy, to dopiero w owę szafę włazie spać. Kiedyśmy im mówili, że to tak szpetnie, u nas tego i żona przy mężu nie uczyni, powiedały, że "tu u nas nie masz żadnej sromoty i nie rzecz jest wstydzić się za swoje własne członki, które Pan Bóg stworzył". Na to zaś nagie sypianie powiedają, że "ma dosyć za swe koszula i inszy ubiór, co mi służy przez dzień i okrywa mię; powinna też przynajmniej w nocy mieć swoją ochronę, a do tego co mi po tym robaki, pchły brać z sobą na nocleg do łóżka i dać się im kąsać, mając od nich w smacznym spaniu przeszkodę!" Rożne niecnoty wyrabiali im nasi chłopcy, ale przecie nie przełamano zwyczaju.
Wiwenda ich ucieszna bardzo, bo rzadko co ciepłego jedzą, ale na cały tydzień rożne potrawy w kupie uwarzywszy, tak na zimno tego po kęsu zażywają, a często, nawet kiedy młócą - bo tak tam białogłowa młóci cepami jako i chłop - ledwie nie za kożdym snopa omłoceniu to posiędą na słomie i wziąwszy chleba i masła, które zawsze z jaszczem stoi, to smarują i jedzą, to znowu wstaną i robią; i tak to często czynią a po kąsku. Wołu, wieprza albo barana kiedy zabiją, to najmniejszej krople krwie nie zepsują, ale ją wytoczą w naczynie; namięszawszy w to krup jęczmiennych albo tatarczanych, to tym kiszki owego bydlęcia nadzieją i razem w kotle uwarzą i osnują to wieńcem na wielkiej misie koło głowy owegoż bydlęcia te kiszki, i tak to na stole stawiają przy kożdym obiedzie, i jedzą za wielki specyjał. Etiam [nawet] i w domach szlacheckich tak czynią; i mnie częstowano tym do uprzykrzenia, ażem powiedział, że się Polakom tego jeść nie godzi, boby nam psi nieprzyjaciółmi byli, gdyż to ich potrawa.
Pieców w domach nie mają, chyba wielcy panowie, bo od nich wielki podatek na króla idzie; powiedali, że sto bitych talerów od jednego na rok. Ale kominy mają szerokie, przy których krzesełek stoi tak wiele, ile w domu osób; to się tak ogrzewają, posiadszy. Albo też dla lepszego izby zagrzania w śrzodku izby jest rowek jako korytko; to go wąglami napełniwszy, rozedmą z jednego końca i tak się to żarzy i ciepło czyni.
Źródło:
Obyczaj w romantyzmie
Adam Mickiewicz, Dziady Poema. Część III Scena IX
NOC DZIADÓW, OPODAL WIDAĆ KAPLICĘ - SMĘTARZ - GUŚLARZ I KOBIETA W ŻAŁOBIE
GUŚLARZ
Już idą w cerkiew gromady I wkrótce zaczną się Dziady, Iść nam pora, już noc głucha.
KOBIETA
Ja tam nie pójdę, Guślarzu, Ja chcę zostać na smętarzu, Chcę jednego widzieć ducha: Tego, co przed laty wielu Zjawił się po mym weselu, Co pośród duchów gromady Stanął nagle krwawy, blady, I mnie dzikim okiem łowił, I ani słowa nie mówił.
GUŚLARZ
On żył może, gdym go badał, Dlatego nie odpowiadał. Bo na duchów zgromadzenie, W tajemniczą noc na Dziady, Można wzywać żywych cienie. Ciała będą u biesiady Albo u gry, albo w boju, I zostaną tam w pokoju; Dusza zwana po imieniu Objawia się w lekkim cieniu; Lecz póki żyje, ust nie ma, Stoi biała, głucha, niema.
KOBIETA
Cóż znaczyła w piersiach rana?
GUŚLARZ
Widać że w duszę zadana.
KOBIETA
Ja tu sama zgubię drogę.
GUŚLARZ
Ja tu z tobą zostać mogę. Tam beze mnie zrobią czary, Jest tam inny Guślarz stary. - Czy słyszysz te śpiewy w dali? Już się tam ludzie zebrali. Pierwszą klątwę już zaklęli, Klątwę wianka i kądzieli, Wezwali powietrznych duchów. Widzisz tych świateł tysiące, Jakby gwiazdy spadające? Ten ognistych ciąg łańcuchów? To powietrznych roje duchów. Patrz, już nad kaplicą świecą Pod czarnym niebios obszarem, Jak gołębie, kiedy lecą W nocy nad miasta pożarem, Gdy białymi skrzydeł puchy Odbijając żar ogniska, Ptastwo jak stado gwiazd błyska.
KOBIETA
On nie będzie z tymi duchy!
GUŚLARZ
Widzisz, blask z kaplicy bucha, Teraz klęli ognia władzą; Ciała w mocy złego ducha Z pustyń, z mogił wyprowadzą. Tędy będą ciągnąć duchy. Poznasz go, jeśli pamiętasz, Ukryj się ze mną w dąb suchy, W ten dąb suchy i wygniły, Tu się niegdyś wróżki kryty. Już msza się cały smętarz, Rozwierają się mogiły, Wybuchnął płomyk niebieski, Podskakują w górę deski, Wysuwają potępieńce Blade głowy, długie ręce; Widzisz oczy jak żarzewie, Schowaj oczy, skryj się w drzewie. Upiór z dala wzrokiem piecze, Lecz Guślarza nie urzecze. Ha!
KOBIETA
Co widzisz?
GUŚLARZ
Trup to świeży! W nie zgniłej jeszcze odzieży. Dymem siarki trąci wkoło, Czarne ma jak węgiel czoło. Zamiast oczu - w jamach czaszki żarzą się dwie złote blaszki, A w środku każdego kółka Siedzi diablik, jak w źrenicy, I wywraca wciąż koziołka, Miga lotem błyskawicy. Trup tu bieży, zębem zgrzyta, Z ręki przelewa do ręki, Jak gdyby z sita do sita, Wrzące srebro - słyszysz jęki?
WIDMO
Gdzie kościół? - gdzie kościół - gdzie Boga lud chwali Gdzie kościół, ach, pokaż, człowiecze. Ach, widzisz, jak we łbie ten dukat mię pali, Jak srebro stopione dłoń piecze. Ach, wylej, człowieku, dla biednej sieroty, Dla więźnia jakiego, dla wdowy, Ach, wylej mi z ręki żar srebrny i złoty, I dukat ten wyłup mi z głowy. Ty nie chcesz! ha, kruszec przelewać ja muszę, Aż kiedyś ten dzieci pożerca Wyzionie łakomą, bezdenną swą duszę, Ten kruszec mu wleję do serca. A potem przez oczy, przez uszy wyleję I znowu tym wleję korytem, I będę tym tropem obracać jak sitem Naleję, wyleję, przesieję! Ach, kiedyż przez niego ten kruszec przesieję! Ach, czekać tak długo! - goreję! goreję!
(ucieka)
GUŚLARZ
Ha! -
KOBIETA
Co widzisz?
GUŚLARZ
Ha, jak blisko! Drugi wylazł, ku nam bieży, Jakie obrzydłe trupisko! Blade, tłuste, trup to świeży, I strój świeży ma na ciele, Ubrany jak na wesele; I gad niedawno go toczy, Ledwie mu wpół wygryzł oczy. Od kaplicy w stronę skoczył, Czart go uwiódł, czart zamroczył, Nie puści go do kaplicy. Czart przybrał postać dziewicy; I na trupa rączką kiwa, Okiem mruga, śmiechem wzywa; Skacze ku niej trup zwiedziony, Z grobu na grób, jak szalony. I rękami, i nogami Wije, jak wiatrak skrzydłami - Już pada do jej uścisków; Wtem spod nóg jego wytryska Dziesięć długich, czarnych pysków; Wyskakują czarne psiska, Od nóg lubej go porwały I targają na kawały, Członki krwawym pyskiem trzęsą, Po polu roznoszą mięso. Psy zniknęły. - Nowe dziwo, Każda część trupa jest żywą: Wszystkie jak oddzielne trupy Biegną zebrać się do kupy. Głowa skacze jak ropucha I nozdrzami ogień bucha; Czołgają się piersi trupa Jak wielka żółwia skorupa - Już zrosła się głowa z ciałem, Jak krokodyl bieży cwałem. Oderwanej ręki palce Drżą, wiją się jak padalce; Dłoń za piasek chwyta, grzebie, I ciągnie rękę pod siebie, I nogi się przyczołgały, I znowu trup wstaje cały.
Znowu wabi ulubiona,
Znowu pada w jej ramiona, Znowu go porwały czarty, I znowu w sztuki rozdarty - Ha! niech go więcej nie widzę!
KOBIETA
Tak się boisz?
GUŚLARZ
Tak się brzydzę! Żółwie, padalce, ropuchy: W jednym trupie tyle gadów!
KOBIETA
On nie będzie z tymi duchy!
GUŚLARZ
Wkrótce, wkrótce koniec Dziadów. Słyszysz - trzeci kur już pieje; Tam śpiewają ojców dzieje, I rozchodzą się gromady.
KOBIETA
I nie przyszedł on na Dziady!
GUŚLARZ
Jeśli duch ten jeszcze w ciele, Wymów teraz jego imię, Ja na czarodziejskie ziele W tajemniczym zaklnę rymie; I duch ciało swe zostawi, I przed tobą się objawi.
KOBIETA
Wymówiłam -
GUŚLARZ
On nie słucha - Ja zakląłem.
KOBIETA
Nie ma ducha!
GUŚLARZ
O kobieto! twój kochanek Albo zmienił ojców wiarę, Albo zmienił imię stare. Widzisz, już zbliża się ranek, Gusła nasze moc straciły, Nie pokaże się twój miły.
(wychodzą z drzewa)
Cóż to? cóż to! - patrz: z zachodu, Tam od Giedymina grodu, Śród gęstych kłębów zamieci Kilkadziesiąt wozów leci, Wszystkie lecą ku północy, Lecą ile w koniach mocy. Widzisz, jeden tam na przedzie. W czarnym stroju -
KOBIETA
On!
GUŚLARZ
Tu jedzie.
KOBIETA
I znowu nazad zawrócił, I tylko raz okiem rzucił, Ach, raz tylko, - jakie oko!
GUŚLARZ
Pierś miał zbroczoną posoką, Bo w tej piersi jest ran wiele: Straszne cierpi on katusze, Tysiąc mieczów miał on w ciele, A wszystkie przeszły - aż w duszę. Śmierć go chyba z ran uleczy.
KOBIETA
Któż weń wraził tyle mieczy?
GUŚLARZ
Narodu nieprzyjaciele.
KOBIETA
Jedną ranę miał na czole, Jedną tylko i niewielką, Zda się być czarną kropelką.
GUŚLARZ
Ta największe sprawia bole; Jam ją widział, jam ją zbadał; Tę ranę sam sobie zadał, Śmierć z niej uleczyć nie może.
KOBIETA
Ach, ulecz go, wielki Boże!
Koniec aktu pierwszego
Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga III fragm. Grzybobranie
[...] Sędziowscy towarzysze! z hucznego śniadania
Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania.
Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować
Mowy i ruchy swoje, aby je stosować
W każdej okoliczności do miejsca i czasu.
Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu,
Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne:
Służące do przechadzki opończe płócienne,
Którymi osłaniają po wierzchu kontusze,
A na głowy słomiane wdziali kapelusze,
Stąd biali wyglądają jak czyscowe dusze.
Młodzież także przebrana, oprocz Telimeny
I kilku po francusku chodzących.
Tej sceny
Hrabia nie pojął, nie znał wiejskiego zwyczaju,
Więc zdziwiony nieźmiernie biegł pędem do gaju.
Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,
Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,
Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,
I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.
Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,
Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.
Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy
I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,
Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,
Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku,
Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą
I gniazdem są owadów, i gajów okrasą.
Na zielonym obrusie łąk jako szeregi
Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,
Niby czareczki rożnem winem napełnione;
K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,
L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
B i e 1 a k i krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
P u r c h a w k a, jak pieprzniczka - zaś innych imiona
Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,
Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.
Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,
A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,
Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie;
Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.
Telimena ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera.
Roztargniona, znudzona, dokoła spoziera
Z głową w górę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie
Mówił o niej, że grzybów szukała na drzewie;
Asesor ją złośliwiej równał do samicy,
Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy.
Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga XII fragm. Polonez
Poloneza czas zacząć. - Podkomorzy rusza
I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza,
I wąsa podkręcając, podał rękę Zosi,
I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi.
Za Podkomorzym szereg w pary się gromadzi;
Dano hasło, zaczęto taniec - on prowadzi.
Nad murawą czerwone połyskają buty,
Bije blask z karabeli, świeci się pas suty,
A on stąpa powoli, niby od niechcenia;
Ale z każdego kroku, z każdego ruszenia
Można tancerza czucia i myśli wyczytać:
Oto stanął, jak gdyby chciał swą damę pytać,
Pochyla ku niej głowę, chce szepnąć do ucha;
Dama głowę odwraca, wstydzi się, nie słucha,
On zdjął konfederatkę, kłania się pokornie,
Dama raczyła spójrzeć, lecz milczy upornie;
On krok zwalnia, oczyma jej spójrzenie śledzi
I zaśmiał się na koniec - rad z jej odpowiedzi,
Stąpa prędzej, pogląda na rywalów z góry
I swą konfederatkę z czaplinymi pióry
To na czole zawiesza, to nad czołem wstrząsa,
Aż włożył ją na bakier i podkręcił wąsa.
Idzie; wszyscy zazdroszczą, biegą w jego ślady,
On by rad ze swą damą wymknąć się z gromady;
Czasem staje na miejscu, rękę grzecznie wznosi
I żeby mimo przeszli, pokornie ich prosi;
Czasem zamyśla zręcznie na bok się uchylić,
Odmienia drogę, rad by towarzyszów zmylić,
Lecz go szybkimi kroki ścigają natręty
I zewsząd obwijają tanecznemi skręty;
Więc gniewa się, prawicę na rękojeść składa,
Jakby rzekł: "Nie dbam o was, zazdrośnikom biada!"
Zwraca się z dumą w czole i z wyzwaniem w oku
Prosto w tłum; tłum tancerzy nie śmie dostać w kroku;
Ustępują mu z drogi i - zmieniwszy szyki,
Puszczają się znów za nim.
Brzmią zewsząd okrzyki:
"Ach, to może ostatni! patrzcie, patrzcie, młodzi,
Może ostatni, co tak poloneza wodzi!"
I szły pary po parach hucznie i wesoło,
Rozkręcało się, znowu skręcało się koło,
Jak wąż olbrzymi, w tysiąc łamiący się zwojów;
Mieni się cętkowata, różna barwa strojów
Damskich, pańskich, żołnierskich, jak łuska błyszcząca,
Wyzłocona promieńmi zachodniego słońca
I odbita o ciemne murawy węzgłowia.
Wre taniec, brzmi muzyka, oklaski i zdrowia!
Obyczaj w modernizmie (Młodej Polsce)
Stanisław Wyspiański, Wesele Akt III
SCENA 2.
GOSPODARZ, POETA, NOS, PAN MŁODY, GOSPODYNI, PANNA MŁODA
POETA
Spił sie, no!
GOSPODARZ
Zwyczajna rzecz:
powinien mieć polski łeb
i do szabli, i do szklanki
- a tymczasem usnął kiep.
NOS
Do szklanki i do kochanki -
- chociaż nie - chociaż nie; -
rzecz mi się inaczej widzi,
coś mnie tak pod sercem rwie,
może z tego będzie co; -
Wino, wódka - to nie to,
czynnik główny:... miecz.
GOSPODARZ
Miecz - miecz, czynnik główny miecz. [...]
NOS
Piję, piję, bo ja muszę,
bo jak piję, to mnie kłuje;
wtedy w piersi serce czuję,
strasznie wiele odgaduję:
tak po polsku coś miarkuję - -
szumi las, huczy las:
has, has, has.
Chopin gdyby jeszcze żył,
toby pił -
has, has, has,
szumi las, huczy las.
POETA
Połóżże się na kanapie,
jak się wyśpisz, pójdziesz w tan.
SCENA 7.
HANECZKA, PAN MŁODY.
HANECZKA
Dziękuję ci, panie bratku,
tak mi dobrze było tańcować.
PAN MŁODY
Dobrze, kwiatku-
HANECZKA
Jakem się zaczęła kręcić
tak w kółeczko, tak w kółeczko,
takem i chciała pocałować
drużbę.
PAN MŁODY
Dziecko-!
HANECZKA
No a wy, to sie całujecie
nie jak dzieci.
PAN MŁODY
My jako poeci,
to nam, to niby uchodzi,
to się inaczej rozumie.
HANECZKA
A ja to w sobie zatłumię-
Niechże przecie sie wyszumię
w czułości dla tych Krakusów.
PAN MŁODY
Wszystko dobrze, prócz całusów.
HANECZKA
Całus nie jest żadną stratą.
PAN MŁODY
Drużbowie za głupi na to.
HANECZKA
To tak mówisz na ostatku!
PAN MŁODY
Nie trza, kwiatku!
SCENA 12.
RADCZYNI, DZIENNIKARZ.
RADCZYNI
Panowie macie tak wiele
absorbującej pracy - a Wesele
zwabiło pana.
DZIENNIKARZ
Rad jestem
od głupstwa oderwać się chwilę.
RADCZYNI
Pańska praca: rzecz serio,
a pan takim przekreśla ją gestem,
tak ją wspomina niemile,
tę rzecz serio.
DZIENNIKARZ
Rzeczy serio nie ma;
wszystko jest prowizoryczne:
przekonania, opinie, twierdzenia.
RADCZYNI
Jednak Prawda - ?
DZIENNIKARZ
Nawet Prawdy cienia!
RADCZYNI
To tak zależy od człowieka;
ale gdy pan sam ucieka
z posterunku - - ?
DZIENNIKARZ
Pani, to akcyza:
"Placówka" - imaginacja;
Danaid zbyteczne trudy.
RADCZYNI
- A to pan bywa wiele - ?
DZIENNIKARZ
Tak z nudy.
Człowiek się tak w młyn zamiele,
że bywam, i bywam wiele;
wist, partyjka, kolacyjka,
bliscy, dalsi przyjaciele.
Z biegiem lat, z biegiem dni
ten umarł, tamtego brak;
człowiek sobie marzy, śni,
a z nudów przywdziewa frak -
przyjechałem na wesele
i choć mi niejedno wspak,
jakoś, jakoś dobrze mi.
SCENA 18.
POPRZEDNI, CZEPIEC.
CZEPIEC
(w kożuchu, z wielką kosą w ręku)
A moi panowie tu.
PAN MŁODY
Kosa!
Jaka piękna.
CZEPIEC
A bo nastawiona.
PAN MŁODY
Prawda, ostro najeżona,
jak do bicia - cóż to będzie z tego?
CZEPIEC
Ano nastawiona do użycia,
ale to wy, panowie, nie wiecie,
jak widze - co sie gotuje. […]
POETA
Jeśli potrzebował do obrazu
kosy - postawcie ją w kącie -
jak się zbudzi...
CZEPIEC
Aha, bratku, mom cie.
Juz sie obrazy skońcyły;
panom ino obrazy, płótna.
PAN MŁODY
Coś dziś u Czepca mina butna.
CZEPIEC
Pańska ta za rezolutna;
pon sie na mnie skrzywiom, jak rzeke,
że my sie nie rozumiewa
i na nic rozmowa nasa.
POETA
No pewnie, my do Sasa, wy do lasa.
SCENA 19.
CZEPIEC
(podszedł ku śpiącemu i szarpie go za ramię)
Hej, hej, panie - - !
Cóz to pon śpią, trzeba wstać,
trzeba się do czego brać. [...]
GOSPODARZ
Cóż mi kum do ucha skrzeczy,
o czym- - cóż z tą kosą, po co?
CZEPIEC
A tam ludzie sie szamocą
we wsi - tam sie garną, kupią;
może idą już - pon śpią!!
Zaspane ślipia.
GOSPODARZ
Co ty mnie tu - co wy, co to?
CZEPIEC
A spieszy mi sie z robotą,
juzem sie wycniół ze spania
i jestem gotów, i czekam
dalszego rozkazowania,
a pon sie nie wycniół i śpi.
GOSPODARZ
A wam co się z kosą śni - - ?!
CZEPIEC
Mnie sie nie śni, wstawaj pon;
boć kum pono rozkaz wzion
jakiś ważny, najważniejszy,
i papiry, czy tam co.
GOSPODARZ
Ja, papiery, rozkaz, czyj?
CZEPIEC
Myjże sie pon prędzej, myj -
niech po próżności nie stoję,
bo mi próżno mitręga i wstyd.
Pon mają pójść razem z chłopami,
a chłopi tu wsioscy już som
gotowi - i stoją tam!
Zbierają się kole studnie z gościeńca
i przywalą się tu do dziedzieńca,
jak się poszarzeje świt.
GOSPODARZ
Zachodzę, zachodzę w głowe...
CZEPIEC
Tam w Krakowie już wszystko gotowe. [...]
SCENA 26.
POPRZEDNI, GOSPODYNI.
GOSPODYNI
(wchodząc żywo)
Słyszcie, chłopy, podźcie patrzeć,
jakieś wojsko w ogniu stoi.
Całe pole pod Krakowem
od tych kosisków się roi.
GOSPODARZ
Ha! - już stoją! […]
SCENA 33.
[...]
GOSPODARZ
Słuchajcie, kochani, dzieci -
ażeby to była prawda:
że Wernyhora tam leci
z Aniołem, Archaniołem na czele;
że tej nocy, gdy my przy muzyce,
przy weselu, gdy my w tańcowaniu.
tam, kędyś, stało się tak wiele:
że Kraków ogniami płonie,
a MATKA BOŻA w koronie,
na Wawelskim zamkowym tronie
siedząca, manifest pisze:
skrypt, co przez cały kraj poleci
i tysiące obudzi i wznieci. -
Słuchajcie, serce mi dysze,
ażeby to prawda była:
że Wernyhora tam leci,
a za nim tabunem konie!
Źródło:
http://literat.ug.edu.pl/wesele/wesakt3.htm
S. W. Reymont, Chłopi, Tom I Jesień, fragm. Zaduszki
W zakrystii też było narodu gęsto, aż żebra trzeszczały przy stole, gdzie organista przyjmował na wypominki, a przy drugim syn jego, Jaś, ten, co to był we szkołach.
Kuba docisnął się przódzi i niemałą litanię imion podał organiście, któren zapisywał i brał za każdą duszę po sześć groszy albo i po trzy jajka, jeśli kto nie miał gotowych pieniędzy. [...]
— Jezu mój, Jezu!… — chlipał i zanosił się jako ten ptaszek duszony w sidłach, dopiero Kuba go odnalazł i zawołał:
— Witek, dałeś to już na wypominki?
— Nie — odrzekł, porwał się z nagła, wytarł oczy i z mocą jął iść do stołu… tak, i on poda imiona… co ta mają wiedzieć, że nie ma nikogo… po co… sierota, to la siebie… a znajda, to znajda… Zadzierżysto powiódł oczami i pewnym głosem podał imiona: Józefy, Marianny i Antoniego, te, co mu pierwsze przyszły na pamięć…
Zapłacił, wziął resztę i poszedł z Kubą na kościół pomodlić się i wysłuchać, jak ksiądz wypomni jego dusze…
Na środku kościoła stał katafalk z trumną na wierzchu obstawioną jarzącymi światłami, a ksiądz z ambony wypominał nieskończone litanie imion — a co przerwał, odpowiadał mu głośny pacierz, mówiony przez wszystkich za te zmarłe w czyścu ostające.
Witek przyklęknął przy Kubie, któren wyciągnął z zanadrza koronkę i jął odmawiać wszystkie Zdrowaś i Wierzę, jakie ksiądz nakazywał; zmówił i on pacierz jeden i drugi, ale zmorzyły go w końcu monotonne głosy modlitw, ciepło i wyczerpanie płaczem, to się ździebko wsparł o biedro Kuby i zasnął…
Po południu, na nieszpory, jakie się odprawiały raz w rok w cmentarnej kaplicy, pociągnęli wszyscy od Boryny. [...]
Przed wrótniami, a nawet i wśród mogił, pod murem, stały rzędy beczek solówek, a obok nich rozkładały się gromady dziadów.
A naród płynął całą drogą pod topolami ku cmentarzowi; w mroku, co był już przytrząsł świat jakby popiołem szarym, błyskały światła świeczek, jakie mieli niektórzy, i chwiały się żółte płomyki lampek maślanych, a każdy, nim wszedł na cmentarz, wyciągał z tobołka chleb, to ser, to ździebko słoniny albo kiełbasy, to motek przędzy lub tę przygarść lnu wyczesanego, to grzybów wianek, i składali to wszystko pobożnie w beczki — a były one księże, były organistowe i Jambrożego, a reszta dziadowskie, a któren w nie nie kładł, to grosz jaki wciskał w wyciągnięte ręce dziadowskie… i szeptał imiona zmarłych, za które prosił o pacierz…
Chór modłów, śpiewów, imion wypominanych jękliwym rytmem wznosił się wciąż nad wrótniami, a ludzie przechodzili — szli dalej, rozpraszali się wśród mogił, iż wnet, niby robaczki świętojańskie, jęły jaśnieć i migotać światełka wskroś mroków i gąszczów drzew, i traw zeschniętych. [...]
Ludzie snuli się wśród mogił cicho, szeptali lękliwie i trwożnie poglądali w dal omroczoną, niezgłębioną… [...]
Kuba z Witkiem chodzili razem z drugimi, a gdy już do cna pociemniało, Kuba powlókł się w głąb, na stary cmentarz.
A tam na zapadniętych grobach cicho było, pusto i mroczno — tam leżeli zapomniani, o których i pamięć umarła dawno — jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś krzyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał krzyż spróchniały — tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe — tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił… wiatr jeno huczał w gałęziach a rwał liście ostatnie i rzucał je w noc na zatracenie ostatnie… tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie drzewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie…
Kuba wyjął z zanadrza parę oszczędzonych skibek chleba, rwał je w glonki, przyklękał i rozrzucał po mogiłach.
— Pożyw się, duszo krześcijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie, pożyw się, pokutnico człowiecza, pożyw się! — szeptał z przejęciem.
— Wezną to? — pytał cicho Witek zatrwożonym głosem.
— Przeciech! Ksiądz żywić nie da!… w beczki drugie kładą, ale tym biedotom nic z tego… Księdzowe albo i dziadoskie świnie mają wyżerkę… a dusze pokutujące głód cierpią…
— Przyjdą to?…
— Nie bój się… Wszystkie te, co czyścowe męki cierpią… wszystkie. Pan Jezus odpuszcza je na ten dzień na ziemię, żeby swoich nawiedziły…
— Żeby swoich nawiedziły! — powtórzył z drżeniem Witek.
— Nie bojaj się, głupi, zły dzisiaj nie ma przystępu, wypominki ano odganiają go, i te pacierze, i te światła… A i Pan Jezus sam chodzi se dzisiaj po świecie i liczy, gospodarz kochany, co mu ta jeszcze dusz ostało, aż se wybierze wszystkie, wybierze… Dobrze baczę, jak matula mówili, a i stare ludzie przytwierdzają…
— Pan Jezus se chodzi dzisiaj po świecie! — szeptał Witek i oglądał się bacznie…
— Ale, zobaczysz ta… to ino święte widzą abo i zasie pokrzywdzone najbarzej…
— Patrzcie no, a tam się świeci i ludzie jakieś są — zawołał Witek ze strachem wskazując na szereg mogił pod samym płotem…
— To leżą ci, co ich to w boru pobili… juści… i moje pany tam leżą… i matka moja… juści…
Przedarli się przez gąszcz i przyklęknęli u mogił zapadłych i tak rozwianych, że ledwie ślad ino został; ani krzyże ich znaczyły, ni drzewa jakie ocieniały, nic, jeno ten piach szczery, parę zeschłych badyli dziewanny i cisza, zapomnienie, śmierć… [...]
— Juści… matula moja tam leżą… baczę… — szeptał Kuba cicho, więcej do siebie niźli do Witka, któren przykucnął przy nim, bo ziąb go przejmował na wskroś.
— A zwali ją Magdaleną… Ociec gront swój mieli, ale służyli we dworze za furmana… w ogiery ino jeździli ze starszym panem… a potem pomarli… gront stryje wzieni… a ja pańskie prosiaki pasałem… Juści, Magdalena było matce, a ojcu Pieter i na przezwisko Socha, jako i mnie jest — A potem dziedzic do koni mnie wziął, bym w ogiery po ojcu jeździł… to ino na polowania we świat, do drugich panów jeździlim cięgiem… strzylałem i ja niezgorzej… że młodszy dziedzic strzelbę mi dali… a matka ino ze starszą panią siedziała we dworze… Dobrze baczę… i kiej wszystkie szły… wzieni i mnie… Bez cały rok byłem… a co kazali, robiłem… juści, nie jednego burka zakatrupiłem… nie dwóch… a młodszy dziedzic dostał we flaki… wątpia mu wypłynęły… Pan mój przecie… dobry człowiek… na bary wziąłem i wyniesłem… a potem do ciepłych krajów pojechał, i mnie kazał starszemu panu listy nieść… poszedłem… juści, że sterany byłem kiej ten pies… kulas mi przestrzelili, zagoić się nie chciał, że to cięgiem ino na dworze, pod gołym niebem… a śniegi były po pas i mrozy siarczyste… baczę… juści… przywlekłem się nocą… szukam… Jezus, Mario! Jakby mnie kto kłonicą przez ciemię zdzielił!… Dworu nie ma, gumien nie ma… płotów nawet nie ostało… do cna wszystko spalone… a stary pan i pani starsza, i matula moja… i ta Józefka, co za pokojówkę była… pobite leżą na śmierć w ogrodzie!… Jezu! Jezu! baczę wszystko… juści… Mario! — jęczał cicho i łzy jak groch sypały mu się tak gęsto po twarzy, że i już nie obcierał… pojękiwał ino z żałości i utęsknienia, bo jak żywe tak mu to wszystko stanęło przed oczami, a Witek spał se, bo strudzona była biedota płakaniem… [...]
Wieś była cicha mimo święta, drogi były puste, karczma zamknięta, a gdzieniegdzie tylko przez małe zapocone szybki błyskały światełka i płynęły ciche śpiewy pobożnych i głośne modlitwy odmawiane za zmarłych…
Z trwogą wysuwano się przed domy, z trwogą nasłuchiwano szumów drzew, z trwogą patrzano w okna, czy nie stoją, nie jawią się ci, co w dniu tym błądzą, przygnani tęsknotą i wolą Bożą… czy nie jęczą pokutniczo na rozstajach… czy nie zaglądają przez szyby żałośnie?…
A gdzieniegdzie, starym zwyczajem świętym, gospodynie wystawiały na przyzby resztki wieczerzy, żegnały się pobożnie i szeptały…
— Naści, pożyw się, duszo krześcijańska, w czyścu ostająca…
Wśród ciszy, smętku, rozpamiętywań, lęku płynął ten wieczór Zaduszek…
Źródło:
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/chlopi-czesc-pierwsza-jesien.html
Obyczaj we współczesności
Jan Młodożeniec, Wesele. Stanisław Wyspiański. Teatr powszechny w Warszawie, 1995,
Sławomir Mrożek, Tango Akt II
Bibliografia: Sławomir Mrożek, Tango Akt II.
Sławomir Mrożek, Tango Akt 3
Scena fotograficzna parodiuje rodzinny rytuał i przywiązanie do tradycyjnej formy. Bohaterowie odtwarzają gest, który powinien utrwalać ważne wydarzenie, mimo że sam aparat nie działa.
EUGENIUSZ - Nie ruszać się!
EUGENIA - Jezus Maria, jak nudno.
EUGENIUSZ - Na miejsca!
Eleonora, Stomil, Eugenia prostują się i sztywnieją jak na początku sceny. Eugeniusz wchodzi pod aksamit, rozlega się syczenie samowyzwalacza. Eugeniusz pospieszcie zbiera laskę, cylinder i rękawiczki i siada na sofie obok Eugenii, pozując jak i oni. Syczenie samowyzwalacza ustaje. Zebrani poruszają się z ulgą.
STOMIL - Czy teraz mogę już to rozpiąć? Chociaż na chwilę.
EUGENIUSZ - Wykluczone. Ślub dopiero o dwunastej.
ELEONORA - Kiedy będzie gotowe to zdjęcie? Zdaje się, że ruszyłam powieką. Na pewno wyjdę okropnie.
EUGENIUSZ - Nie ma obawy. Ten aparat nie działa. Już dawno zepsuł się ze starości.
ELEONORA - Jak to? Więc po co robiliśmy to zdjęcie?
EUGENIUSZ - Dla zasady. Tak chce tradycja.
Andrzej Markowski, O przekręcaniu, czyli skrzydlate słowa ze zwichniętym skrzydłem (fragm.)
W kontekście obyczaju Mrożek pokazuje pustą formę tradycji: zachowanie trwa, choć utraciło praktyczny sens. Komizm sceny odsłania mechaniczne podporządkowanie rytuałowi i napięcie między potrzebą zasad a ich rzeczywistym znaczeniem.
Źródło: Sławomir Mrożek, „Tango. Sztuka w trzech aktach”, 1964, akt III.