Motyw okupacji ukazuje życie pod przemocą obcej władzy, codzienne zagrożenie, opór i wybory moralne. Zestawienie łączy znaczenie motywu w języku polskim z materiałami uporządkowanymi według epok i kontekstów.

Okupacja w języku polskim

 

Definicja okupacji

  1. czasowe zajęcie przez siły zbrojne jednego państwa części lub całości terytorium innego państwa i ustanowienie tam faktycznej władzy; czas trwania tego stanu
  2. praw. wszelkie czasowe, nie oparte na ustawie objęcie czegoś w posiadanie.

 Źródło: Słownik języka polskiego, PWN, 2003

Synonimy i wyrazy bliskoznaczne:

niewola, zniewolenie, zajęcie

Słownictwo powiązane z okupacją:

wojna, życie na niby, zakazane piosenki, państwo podziemne, konspiracja, walka

Etymologia terminu okupacja

A. Bruckner, Słownik etymologiczny

Związki frazeologiczne:

okupacja hitlerowska, okupacja kraju, okres okupacji, okupowane terytoria

Źródła: Słownik języka polskiego, PWN, 2003, Słownik frazeologiczny, PWN, 2005

Okupacja we współczesności

Zakazane piosenki

tekst:

http://www.tekstowo.pl/piosenka,zakazane_piosenki,siekiera__motyka.html

film:

Kazimierz Wyka, Dwie Jesienie (Życie na niby)

Przejście od pierwszej jesieni w pełnię okupacji to zarazem przejście w stan, jaki domaga się całkiem odrębnego potraktowania i opisu. Nazwie­my to „życiem na niby". [...] Rzeczywiste życie Generalnego Guberna­torstwa, panujący w nim ucisk gospodarczy i biologiczny, nasilona propa­ganda sukcesów wojennych niemieckich - wszystko to zostało uznane za sferę życia na niby. Zycie natomiast prawdziwe schroniło się gdzie indziej, w podziemie polityczne, w tajną prasę, w coraz to obficiej zakwitające funk­cje konspiracyjnego szkolnictwa, wydawnictw, działalności kulturalnej. Zycie oficjalne, prasa oficjalna były na niby. Na serio natomiast było jedy­nie tamto życie utajone i zazdrośnie chronione przed wrogiem. [...]

Ludności autochtonicznej stworzono taką podstawę życiową, by nikt z niej nie mógł wyżyć. Zabroniono wszelkiego handlu produktami rolny­mi, tak że każdy żandarm wyciągający gospodyni masło z koszyka działał prawnie. Ludności polskiej nie dano oficjalnie nic, prócz niewystarczającej ilości chleba. Prawnie nie spożyłem w ciągu wojny, jak i miliony podob­nych, ani grama tłuszczu, ani naparstka mleka, ani plasterka kiełbasy -a przecież tych produktów spożyliśmy dosyć wiele.

Ten fakt fikcji gospodarczej musi być kładziony jako fundament prze­mian gospodarczych Generalnego Gubernatorstwa. Wszystkie, nawet naj­bardziej rozgałęzione, procesy psychospołeczne do niego się sprowadzają. Przed ludnością Generalnego Gubernatorstwa zimą 1939/1940 roku stanął prosty dylemat: albo zastosować się do tego, co wolno zjeść, i zdechnąć z głodu, albo - dać sobie jakoś radę. Naturalnie pierwszej alternatywy nikt poważnie nie brał pod uwagę, ważna była tylko sprawa: jak wbrew przepi­som dać sobie radę? [...]

Powstał przeto system gospodarki, która pewnymi swymi funkcjami została włączona w obojętne jej i obce ciało, a innymi zawisła w powietrzu, wyłączona od wszelkiej zależności społecznej. Zawisła tak w powietrzu przede wszystkim naturalna zapobiegliwość ekonomiczna człowieka, tro­ska o byt codzienny, jednym słowem poniechane zostały lekceważeniem najprostsze psychologiczne motory życia gospodarczego. Mieszkaniec Ge­neralnego Gubernatorstwa, dostrzegając, że okupant w niczym się o niego nie troszczy, uważał się ze swej strony - i słusznie! - za zwolnionego od uczestnictwa moralnego w narzuconym mu planie zbiorowym. A ponieważ byl aktywny i zapobiegliwy, miał co wyłączyć. Dzięki temu w posta­wie społeczeństwa wobec własnych działań gospodarczych utrwaliło się przekonanie, że są one niezależne, na uboczu i dla siebie, że tutaj wolno i należy robić, co się chce. Niemoralność pracy była nawet obowiązkiem patriotycznym. Taką drogą w psychologii społeczeństwa powstał konglomerat, który uważamy za centralne zjawisko psychosocjalne lat okupacji: gospodarka wyłączona moralnie, wyłączona ze wspólnoty społeczno-państwowej.

Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, fragm.

http://język-polski.pl/matura/zadania-maturalne/1670-godne-zycie-smierc

Tadeusz Borowski, Pożegnanie z Marią, fragm.

Paskarski sklepik był małą, zaciszną zatoką. Nad szklanką bimbru z buraków bratali się przy ladzie policjanci z chłopami i handlowali ludźmi ze szkoły. Nocą policjanci wysadzali przez okno szkoły towar, który albo natychmiast znikał w zakamarkach ulicy, albo, kalecząc się nieludzko, przełaził przez druty kolczaste na plac naszej firmy budowlanej, gdzie wałęsał się aż do rana, gdyż kantor był oczywiście zamknięty. Zwykle były to dziewczęta. Łaziły bezradnie po podwórzu, oglądając kupy piasku, zwały gliny, sześciany cegieł, trocinówek, szpaltówek, ramsayek, zachodziły do sąsieków z grysikiem, którego różne

odcienie i wielkości używane były na schody oraz nagrobki, i załatwiały się tam beztrosko.

Obudziwszy się, wyrzucałem je bardzo altruistycznie za bramę, a korzyści z procederu oprócz policjantów (i pewnie nieprzystępnego, obcego płaskim, ludzkim sprawom żandarma) ciągnął wyłącznie sąsiad, sklepikarz. Nie odczuwał jednak ani obowiązku, ani potrzeby wdzięczności. Dzień w dzień wpadałem do niego po ćwiartkę razowego chleba, dziesięć deka kiszki i dwa deka masła. Z reguły mi nie doważał, a cenę wydatnie zaokrąglał. Uśmiechał się wstydliwie, ale ręka drżała mu przy zgarnianiu pieniędzy.

Zresztą. On nie dolewał do pełna setki bimbru, nie doważał deka masła, ciął chleb na nierówne części i wyciskał z chłopów bezlitośnie forsę za każdą wypuszczoną na lewo dziewczynę, gdyż chciał żyć sam, miał żonę, synka w drugiej gimnazjalnej i dorastającą córkę, uczennicę kompletu licealnego, odczuwającą nęcące powaby stroju, urok chłopców, smak nauki i czar konspiracji, firma budowlana zaś sprzedawała, tak chłopom, jak inżynierom, mokry ton , skamieniały cement, mieszała wapno z wodą, a lepik z piaskiem, a także odbierając wagony z towarem stwierdzała, przy cichym zrozumieniu magazyniera kolejowego, poważne manko, co natychmiast wpisywało się w księgi. Dostawca urzędowy nabierał w usta wody, miał bowiem z firmą osobne rachunki, których nie księgowano nigdzie.

Firma budowlana! Ona jak dojna i cierpliwa krowa rozdawała wszystkim utrzymanie. Pracowity jej właściciel, brzuchacz opięty kraciastą kamizelką z brelokiem, patriarchalnie siwy, apoplektycznie nerwowy Inżynier z brodą w klin, na utrzymanie żony dewotki trwoniącej pieniądze na żebraków, kościoły i zakonników oraz syna erotomana ciągnął z niej wczasach wielkiego głodu (kiedy jedliśmy obierki i przydziałowy chleb z solą) grube tysiące jak mleko z wymion, rozbudował składy w centrali, wydzierżawił plac po spalonej we wrześniu firmie i założył na nim filię swojego przedsiębiorstwa, kupił dworski pojazd, cugowego konia ze strzyżonym ogonem, wynajął woźnicę, nabył za pół miliona majątek ziemski pod stolicą, wprawdzie nieco zaniedbany i podupadły, ale nadający się do polowań (miał bowiem spory kawał lasu) i uprzemysłowienia (posiadał glinę), wreszcie w trzecim roku wojny rozpoczął i pomyślnie poprowadził pertraktacje ze Wschodnią Koleją Niemiecką o zakup i rozbudowę własnej bocznicy kolejowej i postawienie przy niej magazynów przeładunkowych.

Równie pomyślnie układały się losy pracowników Inżyniera. Wprawdzie ustawodawstwo okupacyjne zabraniało Inżynierowi wypłacać tygodniówki ponad 73 złote, jednak Inżynier kilkunastu swoim ludziom dawał z własnej inicjatywy prawie sto złotych tygodniowo bez odtrącenia kosztów, podatków i świadczeń. W wypadkach nagłych, jak wywózka rodziny do lagru, choroba albo łapówka, nie uchylał się wcale od obowiązku. Przez trzy miesiące finansował moje studia na podziemnym uniwersytecie, stawiając mi tylko jeden warunek: abym uczył się dla Ojczyzny.

Filia urządzała się inaczej. Furmani sprzedawali wapno na ulicy, dowożąc na budowę niepełne metry. Odrabiali prywatne kursy. Kradli z kolei. Ja z początku wynosiłem ze składu ton i kredę koszykiem i sprzedawałem je w mydlarniach okolicznych, jednakże zżywszy się z kierownikiem serdeczniej, wszedłem z nim w spółkę, podzieliłem teren pracy i uzgodniłem sposób księgowania. Wiązała nas również produkcja bimbru odbywająca się moim kosztem w mieszkaniu kierownika. Oddawszy mi lwi udział z detalicznej sprzedaży, kierownik pogrążył się w szerokich interesach, wykorzystując firmę jako punkt przelotowy, a telefon składu jako niezawodny sposób komunikacyjny. Kierownik znał się na złocie i kosztownościach, sprzedawał i nabywał meble, znał adresy pośredników mieszkaniowych, a nawet sam handlował lokalami, miał stosunki ze złodziejami kolejowymi i ułatwiał im kontakty ze sklepami komisowymi, przyjaźnił się z szoferami i sprzedawcami części samochodowych, prowadził także ożywioną wymianę z gettem. Uprawiał handel z wielkim lękiem, jakby przez siłę, wbrew własnemu poczuciu prawa. Odczuwał dotkliwą nostalgię za bezpiecznymi czasami przedwojennymi. Pracował wtedy jako magazynier w przedsiębiorstwie żydowskim.

Pod okiem czujnej właścicielki wyrabiał się uparcie na ludzi, kupił auto sportowe i zarabiał taksówką do trzystu złotych dziennie, odliczywszy dniówkę szofera. Wkrótce nabył pod miastem przy autostradzie jedną parcelę budowlaną, a na parę miesięcy przed wojną - drugą na bliskim przedmieściu. Rozumiał, że czyni to w zgodzie z prawem ludzkim, i żył pełnią życia, bez dokuczliwych rozterek duchowych. Z dorobku tych czasów ocalił place i walutę oraz głębokie przywiązanie do starej doktorowej. 


Zobacz też:

Ida Fink, Zabawa w klucz, fragm.

http://język-polski.pl/matura/zadania-maturalne/2145-zabawa-w-klucz-temat-zaglady-zydow