Źródło:
http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/legenda-mlodej-polski.html#m1330858858459-3414571750
Rodzina w dwudziestoleciu międzywojennym
Bruno Schulz Karakony,
Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnej kolorowości genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji, ciężkie tygodnie bez niedziel i świąt, przy zamkniętym niebie i w zubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokoje wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiego gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojący na półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam, jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzka jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności i abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się trociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i na łysej szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej starczej głowie coś dostojnie hieratycznego.
Pierzasty habit jego był już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szare pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z którego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, z jaką przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go nie kochała - myślałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu żadnej kobiety, przeto nie mógł też wróść w żadną realność i unosił się wiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziach rzeczywistosci. Nawet na uczciwą obywatelską śmierć nie zasłużył sobie - myślałem - wszystko u niego musiało, być dziwaczne i wątpliwe. Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwartą rozmową. Owego dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie.
W tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór pawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach. Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności, jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej swawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w ścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przy ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki od kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie, nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki, mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z kolanami przyciśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w zamyśleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: - Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociaż nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu, zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłynąć chwili, żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowując wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkie plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu?
Lecz jej rysy, które w pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem - ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę.
Usta jej drżały lekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Nie kłamałam - rzekła, a usta- jej napęczniały i stały się małe zarazem. Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to prawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem w istocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które napełniało ciemność nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełne były drgających wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła karakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgnąć się ta czarna błyskawica, lecąca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd popłochu, pisany błyszczącą, czarną linią na tablicy podłogi. Ach, te krzyki grozy ojca, skaczącego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku. Nie przyjmując jadła ani napoju, z wypiekami gorączki na twarzy, z konwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasne było, że tego napięcia nienawiści żaden organizm długo wytrzymać nie może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężałą maskę tragiczną, w której tylko źrenice, ukryte za dolną powieką, leżały na czatach, napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim wrzaskiem zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w kąt pokoju i już podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał rozpaczliwie gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze zgrozy z pomocą i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby ją utopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy obrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich świadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, która zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się do straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łup szału, wplątywał się w nią coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długo na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, które napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się. Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęły się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzień cały po kątach, w szafach, pod pierzyną. .Widziałem go nieraz, jak w zamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona.
W dzień opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetle świecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony czarnymi plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym rysunkiem przeświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach, opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału karakoniego.
Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do karakona występowało z dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się w karakona.
Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieś na swych karakonich drogach - przestaliśmy go odróżniać, zlał się w zupełności z tym czarnym niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzieś jeszcze w jakiejś szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała?
- A jednak - powiedziałem zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej odjechać.
W. Gombrowicz, Ferdydurke, fragm.,
Bibliografia: W. Gombrowicz, Ferdydurke, fragm.,.
S. Żeromski, Przedwiośnie (fragm. Rodowód, Szklane domy),
Stefan Żeromski: Przedwiośnie, Rodowód
[...] Tak to z roku na rok marząc o powrocie do kraju, a jednocześnie porastając w złote i srebrne pióra Seweryn Baryka całą duszę wkładał w synka, w zdrowego i zażywnego Czarusia. Chłopiec ten miał od najwcześniejszych lat najdroższe nauczycielki francuskiego, angielskiego, niemieckiego i polskiego języka, najlepszych drogo płatnych korepetytorów, gdy poszedł do gimnazjum. Uczył się wcale nieźle, a raczej uczyłby się znakomicie, gdyby rozkochani w nim rodzice nie przeszkadzali swymi trwogami i pieszczotami, czy aby się nie przepracowuje i nie wysila zanadto. W zacisznym gabinecie, wysłanym puszystym dywanem, tak puszystym, że w nim stopa ginęła, ojciec i syn spędzali jak najczęściej rozkoszne sam na sam. Chłopiec pierwszoklasista, leżąc na piersiach ojca, z głową przy jego głowie, i ojciec, kołyszący się na bujającym fotelu, wcałowywali sobie z ust w usta tabliczkę mnożenia, bajkę francuską, którą srogi nauczyciel francuskiego zadał na jutro, albo powtarzali do upadłego jakiś mały wierszyczek polski, żeby zaś nie zapomnieć dobrego wymawiania tej trudnej mowy. Szkoła robiła swoje. Czaruś stokroć lepiej mówił po rosyjsku niż po polsku. Nie pomagało przestrzeganie w domu mowy polskiej ani to, że służące były Polki. Pani domu, jak wiadomo, nie mogła wpłynąć na zruszczenie syna. Nie mógł również przyczynić się do zruszczenia Czarusia ojciec — doskonale zresztą rozumiejący konieczność znajomości języka państwowego i kładący na tę konieczność nacisk wielki — gdyż w tym okresie czasu już mu samemu pachniało to coś delikatne, miękkie, pańskie, co z dalekiego kraju się niosło. Lecz życie samo, przepojone duchem rosyjskim, robiło swoje.
Tak to dni Czarusia upływały w ramionach ojca i matki, na ich kolanach, pod ich rozkochanymi oczyma.
Stefan Żeromski: Przedwiośnie, Szklane domy
Czaruś dostał był właśnie promocję z klasy czwartej do piątej i skończył czternasty rok życia, gdy Seweryna Barykę jako oficera zapasowego powołano do wojska. — Wojna wybuchła. Szybko, w ciągu paru dni, idylla rodzinna została zdruzgotana. Cezary znalazł się sam z matką w osierociałym mieszkaniu. Gdy odprowadzał ojca na statek wojenny odchodzący do Astrachania, nie czuł żadnego zgoła żalu. Nowość! Zajmowały go tysiące szczegółów, drobiazgów, dat, nazwisk, cyfr, związanych z przebraniem się ojca w mundur oficerski. Pakował walizkę, świetną walizkę ojcowską z grubej, żółtej skóry, z metalowym okuciem, z wyciśniętym inicjałem i mnóstwem wewnątrz tajemniczych przegródek. Nie podzielał i nie rozumiał zupełnie płaczu i spazmów matki, desperującej od świtu do nocy. Dopiero gdy ojciec w gronie innych oficerów został na pokładzie, a on sam z matką na brzegu, i kładkę z hałasem odepchnięto, Cezarek doznał napadu przerażenia, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Pod naciskiem tego uczucia wyciągnął ręce i począł krzyczeć jak istny dzieciak. Lecz znaki uspokajające, które kreśliły w powietrzu białe ręce ojcowskie, uciszyły go tak nagle, jak nagle przyszła ta ślepa boleść dziecięca. Przecie to na krótko! Istne manewry! Wojna nie będzie trwała długo. Jakieś tam parę tygodni. Może miesiąc. Najwyżej dwa. Wał rosyjski przesunie się po polach wrogów, zmiażdży przeszkody jak marchew czy kukurydzę i wszystko wróci do normy. Tak mówili wszyscy i taką też opinię w spadku po ojcu odjeżdżającym otrzymał Cezary.
[…] Swoboda uszczęśliwiła Cezarka. Przerażeniem napełniła jego matkę.
— Co teraz będzie? — szeptała załamując ręce.
Cezary nie zadawał sobie takich pytań. Przyrzekał matce, że będzie posłuszny, zupełnie tak samo, jak gdyby ojciec był obecny w gabinecie. Postanawiał być posłusznym i uspokajał matkę milionem najczulszych pieszczot. Lecz w gruncie rzeczy duszą i ciałem wyrywał, gdzie pieprz rośnie. Czego nie mógł u matki dopiąć samowolnymi kaprysami, to wypraszał umizgami lub awanturą. On to teraz stawiał na swoim. Robił, co chciał. [...]
Wyrwawszy się z ojcowskiej uździenicy nie mógł już znieść żadnego arkanu. Nieszczęsna matka traciła głowę, rozpływała się we łzach i gasła z niepokoju. Na widok tych łez gorzkich i nudzących go aż do śmierci Cezary poprawiał się na dzień, z trudem — na dwa. Na trzeci już znowu gdzieś coś płatał. Wybijał szyby Tatarom, wdzierał się na płaskie dachy domów i niewidzialny, strzelał z procy do domowników. Tam wywiercił dziurę w ścianie domu, tyłem odwróconego do ulicy, ażeby przez otwór przypatrywać się "żonom" milionera muzułmanina, chodzącym po bezdrzewnym ogródku bez czarczafów, czyli jedwabnych zasłon na twarzach — tu zorganizował nieznośnemu be1frowi kocią muzykę. Nocą, bez celu i sensu wałęsał się po nieskończonym bulwarze nowego miasta albo po prostu jak bezpański pies ganiał po zaułkach, po wąskich i stromych uliczkach starego, uwijał się w porcie, w brudach i czadach "czarnego miasta" lub między wulkanami, których kratery wyrzucają słone błoto. Ta konieczność włóczenia się, bezcelowego cwałem wyrywania z miejsca na miejsce stała się nałogiem i pasją. Nie mógł usiedzieć. Nadto — gry. Gry w piłkę, w pasek, w jakieś kamyki, "kiczki" w wyświechtane gruzińskie kostki.
[…] Położenie żony i syna było zabezpieczone. Już sama pensja oficerska, wypłacana punktualnie, wystarczyłaby najzupełniej. Nadto Seweryn Baryka przed pójściem na front wyjął z safesu bankowego znaczną część swych oszczędności, zamienił na złoto i „na wszelki wypadek” zakopał w piwnicy wraz z biżuterią i co cenniejszymi przedmiotami ze srebra i złota. [...]
Cezarek dbał o to, żeby "rachunek bieżący" nie spleśniał w banku. Próbował wszystkiego, co mu strzeliło do głowy. Matka zgadzała się na wszystko, a raczej musiała na wszystko przystawać, co podyktował. Jeździł tedy po lądzie i po morzu, a nawet latał po powietrzu. Nie można powiedzieć, żeby się wcale nie uczył albo nawet źle uczył. Lubił na przykład muzykę i grał dużo, w czasie lekcji i poza lekcjami. Czytał mnóstwo wszelakich książek. Przechodził z klasy do klasy, tak i owak łatając braki systematycznych i porządnych studiów, jak to bywało za czasów ojcowskich, kiedy trzeba było przysiadywać fałdów dzień dnia i wszystko pilnie odrabiać do ostatniego udarienja.
[...] Skoro zaś dyrektor gimnazjum, zwoławszy radę pedagogiczną, wydalił Cezarego Barykę z tej szkoły, ze wszystkich innych gimnazjów bakińskich i ze wszystkich szkół w państwie, gdyż zalecił go do tak zwanego "wilczego biletu" — to był to akt najzupełniej nieszkodliwy, gdyż Cezary Baryka nie kwapił się już do żadnej szkoły w tym państwie. Inne mu już wiatry świstały koło uszu.
[...] Wydany został dekret komisarski, ażeby każdy, ktokolwiek ma skarb zakopany w ziemi, wskazał go władzy pod karą główną. Cezary przyszedł do domu z wiadomością o dekrecie i oświadczeniem, iż on niezwłocznie wskaże miejsce skarbu rodzinnego w piwnicy. Nie z tchórzostwa, lecz dla idei! Dość tego życia na koszt ludu! Nie chce mieć krwi na swych rękach! Pali go złoto ojcowskie!
Matka kiwała głową. Zgadzała się, skoro tak chce on, głowa domu. Nie było już mowy ani wzmianki o ojcu. Cezarek wykonał swe postanowienie. Przyszli wnet ludzie świadomi, majsterki w przeszukiwaniu piwnic, cwaniaki w tej materii, którzy by i bez jego "idei" znaleźli skarb ojcowski, zwąchali i spenetrowali złotko, choćby było na sto łokci w ziemię czy w mur wpuszczone. Cezary patrzał z dumą, gdy wynoszono oszczędności Seweryna Baryki. Gdy jednak zjawił się na obiad zhasany i zgłodniały, żądał jedzenia i gniewał się, gdy było mało. [...]
Mieszkanie Seweryna Baryki zarekwirowano. Do salonu, gabinetu, sypialni, jadalni wprowadzili się nowi ludzie. Rozsiedli się na meblach i zagarnęli wszystko, co było w mieszkaniu. Cezary z matką mieścił się teraz w najmniejszym pokoiku, a sypiał w niszy, gdzie dawniej było legowisko pokojówki.
[…] Od tej chwili była, widać, ściśle tropiona, gdyż przytrzymano ją właśnie, gdy zamierzała wydobyć coś ze skarbu ukrytego w górze za miastem — w celu wyprawienia się znowu na wieś po zboże. Bita potężnie "po mordzie", przyznała się do posiadania skarbu i pokazała kryjówkę, gdzie się mieścił. To jej jednak nie uratowało. Skierowano ją do robót publicznych w porcie. Niedługo tam jednak pracowała. Roboty owe były doskonałą kuracją prowadzącą z tego świata na tamten. Cezary wyjednał to swymi prośbami, iż na jakiś czas umieszczono mu matkę w szpitalu powszechnym. Lecz gdy odpoczęła, trzeba było znowu iść do ciężkich robót. Słaby i zniszczony organizm nie wytrzymał: pchnięta przez dozorcę, padła na drodze i skończyła życie. [...]
Tak to Cezary Baryka sam jeden został na świecie. Nie miał już matki, nie miał ojca i nie miał nic z dawnego dostatku. [...]
Cezary Baryka w ciągu szeregu dni dostrzegał w tłumie nędzarzy i nędzników pewnego człeczynę, który stale trzymał się w jego pobliżu. Był to chłop rosyjski, brodaty i kudłaty, w nieopisanie brudnej rubasze, w armiaku podartym do ostatniej nitki, czapie z daszkiem, z łapciami na nogach u kończyn zgrzebnych portasów. [...]
— Ojciec.
[...] Teraz już nie było wątpliwości! To były ręce, oczy, usta, piersi ojcowskie! Głowa młodzieńca z westchnieniem niewysłowionego szczęścia, z jękiem upojenia spoczęła na piersiach ojca. [...]
Wyruszyli w zimie na statku zdążającym do Carycyna jako dwaj robotnicy, którzy pracowali w kopalniach nafty, a teraz wskutek przewrotów i zawieszenia robót wracają do siebie, do Moskwy. Mieli fałszywe paszporty, wydane im przez pewne czynniki sprzyjające sprawie ich powrotu. Odziani w typową odzież robotniczą, mówiący pomiędzy sobą doskonałą ruszczyzną, której arkana posiadali w stopniu niezrównanym, ostrzyżeni w sposób obrzędowy, byli doskonałymi "towarzyszami" nowego porządku rzeczy na rozłogach sowieckich. [...]
Nadzwyczajnie długo trwała podróż do Moskwy. Ale nareszcie i ta podróż skończyła się. Pociąg dowlókł się do przedmieść historycznego miasta. Nie ono jednak było celem wyprawy, więc trzeba było zmienić role i odzież. Trudno było udawać rosyjskich robotników wybierając się w drogę do Polski. Toteż Barykowie, ojciec i syn, przedzierzgnęli się w Moskwie na zwykłych "inteligentów" obcokrajowców, polskich "optantów".
[...] Sewerynowi nie służył zapach baranich tułupów. Chory nie mógł powstrzymać piekielnego kaszlu, który notabene mógł ich zgubić. Toteż na stacjach i podczas przypadkowych postojów, w momentach przewidywanych rewizji, wciskał głowę w futra i formalnie dusił się, żeby tylko nie kaszlać. Wyjechał z Charkowa w gorączce, toteż w zamkniętym wozie bez powietrza a w nieznośnym fetorze skór źle wyprawionych zapadał coraz bardziej. […] Zasypiał i nagle budził się z jakimś krzykiem, który syn pocałunkami uciszał. Mówił mu w rozżarzone usta tysiące pociech i zaklęć nadziei. W pewnej chwili Seweryn Baryka podźwignął się na legowisku, jakby mu sił nagle przybyło. [...]
— W Warszawie idź do jednego człowieka, który się nazywa Szymon Gaju wiec Człowiek tam Znany. Dopytasz się. Powiesz mu o nas. Był w przyjaźni z mamą i Ze mną. On się tobą zajmie, on ci wszystko powie. Nazywa się — Szymon Gajowiec...
Obalił się na posłanie i zasnął. Lecz sen jego był niespokojny, pełen jęków i szlochów. Cezary, który siedział nad ojcem pogrążonym w agonii, a nic mu poradzić nie mógł, przeżywał jakby śmierć własną. Pociąg w przestrzeni pomykał niby w krainę śmierci. Nieszczęśliwy podsunął ręce pod głowę śpiącego ojca, ażeby mu ulżyć w cierpieniu. Zmorzony męką duszy, zapomniał się od krótkiego snu. Zdawało mu się, że nie zamykał oczu. Lecz dosyć długo trwał ten jego sen. Po ocknieniu Cezary nie słyszał już charczeń, świstów i jęków w piersi ojcowskiej. Gdy ucho jego przypadło do rzężącej przed chwilą piersi, nie usłyszało już bicia serca ani Oddechu.
Z. Nałkowska, Granica (fragm.)
Rodzina Waleriana i Żancia
Po stracie dwóch z kolei majątków, własnego i żony, Walerian Ziembiewicz dostał w Boleborzy miejsce rządcy na kilka lat przed wojną. Gospodarował tu uczciwie, ale równie nieumiejętnie i źle jak na ziemi własnej. Gospodarki nie lubił. […] Ponadto miał bardzo wrażliwe sumienie i z częstych grzechów lubieżności spowiadał się nie tylko znajomemu proboszczowi z Chązebnej, ale własnej wysokiej i chudej żonie, przed którą klękał, błagając ją we łzach o darowanie winy. Jako dowód przebaczenia otrzymywał do naprawy zacinający się zamek przy szufladzie kredensu albo łańcuszek od face a main. Tak pokrzepiony, posyłał zaraz po butelkę starki do piwnicy. Niestety, nawet niewielka ilość alkoholu wprawiała go w stan zaostrzonego erotyzmu - i wszystko zależało od tego, jaki kierunek dana chwila i koniunktura wyznaczyły tej sile elementarnej i życiodajnej. Były to często znowu manowce cudzołóstwa, którego dalsze efekty sprowadzały nowe krótkie spięcia i sceny liryczne, ożywiające niezmiernie monotonną, zatęchłą, jak tamtejszy staw z karpiami, atmosferę Boleborzy. [...]
Towarzyszkę tego swego losu prawdziwie kochał i głęboko szanował, dla swego jedynego dziecka zaś nie poskąpiłby własnej krwi. Póki mieli, było dobrze, dziś nie mają - drugie dobrze. Umieją poprzestać na małym i swoje po cichu robić. Ziembiewicz nie był do zbijania pieniędzy, to trudno, nie umiał jak inni kręcić się koło swoich interesów. Wspominał też już teraz, w Boleborzy, o "pańskiej klamce", której nie myślał się trzymać, o "progach", których nie myślał wycierać. Pani Żancia ceniła wysoko tę męża niezależność charakteru i znajdowała w niej niewątpliwe oparcie wobec swoich zawodów życiowych, Pustka owych symbolów nie raziła jej wcale - chociaż te klamki i progi w promieniu Boleborzy w ogóle nie istniały, tak były niedostępne. […]
Cały ten fenomen Boleborzy dał się oglądać jeszcze od innej strony, mianowicie oczami Zenona jako przedmiot pierwszej poważnej dziecinnej tragedii i Zenon wracał z miasta do domu na święta, na wakacje, uczeń pilny i wzorowy, wiozący doskonałe stopnie i świadectwa. Wracał za każdym razem inny - coraz bardziej obcy, odjęty tutejszemu życiu, napełniony wagą rzeczy wiedzianych już i doznanych, wstrząśnięty do głębi swym młodym ujrzeniem świata. Być młodym - och, to nie jest rzecz zabawna. (Młodość Zenona jest ciężka i gorzka, jest niezgodą na świat i niezgodą na siebie, jest od początku zmaganiem się z czułością i cierpieniem.; Zenon wracał i oczami coraz bardziej dorosłymi patrzył na rodziców. Od tego widzenia stygło mu serce i gorzki wstyd ściskał gardło, jak łzy. Każdy nauczyciel, o którym mówiono tu z lekceważeniem jako o belfrze ("jak to też teraz uczą!") - był mędrcem wobec tych ludzi najbliższych, którzy mu kiedyś imponowali i których przecież jakoś kochał. […]
Zenon widział, jak ojciec się "posunął", chociaż przecież nie był jeszcze taki stary. Nie mógł już pić, odzwyczaił się od palenia, zrobił się ustępliwy i niezdecydowany. Chroniczny bronchit chrobotał i świszczał w jego oddechu, otyłość i rozedma uniemożliwiała mu dawne myśliwskie włóczęgi, jedyną jego namiętnością było teraz łakomstwo, które też zresztą nie wychodziło mu na dobre. […]
Teraz pani Żancia doczekała swego czasu. Wyższa od męża, chuda, zaledwie cokolwiek w ramionach pochylona, szła wprost od fortepianu do jadalni, by swą łagodną, niewygasłą kobiecością uświęcić obrzęd jadła. Sama, poza muzyką i kwiatami, nie zajmowała się w domu żadną robotą, ale miała dar rządzenia służbą cicho i skutecznie. Lubiła w sobie tę cechę i umiała sprawić, aby oceniał ją też pan Walerian. Właściwie lubiła w sobie wszystko i to z siebie zadowolenie uczuwała jako miłość do Boga i ludzi. Była pewna, że wszyscy też ją kochają i szanują, a los wydawał jej się na nią łaskawy. Przeżyła swoje życie, jak należało je przeżyć, ku własnemu i innych zadowoleniu. Umiała też postępować z mężem, wyrozumienie dla jego słabości i dogadzanie jego zachceniem sprawiało jej istotną przyjemność. […] Pani Żanci nie raziły dziwactwa jedynaka, nazywało się to, że „Zenio ma zawsze swoje chimery”. Przyszłość syna, zdrowie męża i własne sprawy zawierzyła raz na zawsze Opatrzności i miała spokój, gdyż, jak mówiła, "bez woli boskiej włos człowiekowi z głowy nie spadnie". Była przekonana, że Bóg każdym jej krokiem kieruje i każdej chwili o niej pamięta. Zenon na próżno usiłował jej wytłumaczyć, że to jest przecież okropna megalomania. […]
Wstając od stołu pan Walerian całował rękę żony, a później ona rękę jego, co Zenonowi sprawiało od dzieciństwa niewymowną przykrość. Jeżeli pan Walerian nie bardzo chciał spać, to prosił żonę o trochę muzyki albo grali we dwoje partię bezika. Później szli do sypialni, którą przez całe życie mieli wspólną. Patrząc teraz z bliska na ich starą miłość Zenon uczuwał w Sposób nieprzyjemny, że gdy się posługuje zaimkiem osobowym "ja", to oznacza nim zmieszane w różnym stosunku cechy tych dwojga ludzi. […]
Z dawnych czasów pamiętał Zenon niezrozumiałą przy jej zasadach tolerancję matki. Trzymała we dworze rozmaite dziewczyny, które były jawnie kochankami ojca. Często, jakby czemuś na przekór wychwalała nawet rozmaite ich zalety. Może, iż nie chciała być pomówiona o rzecz tak jej niegodną jak zazdrość. A może znajdowała w tym jakiś słodki, sobie tylko wiadomy dreszcz poskromionego instynktu. Teraz Justyna była po prostu jej ulubienicą, jej "prawą ręką" Mówiła o niej z Zenonem, jak gdyby nie raczyła wcale dostrzegać, ni co się zanosiło. […]
W czasie jeszcze jednej ostatecznej rozmowy z ojcem Zenon wyznał otwarcie, że mu potrzeba pieniędzy. Idzie o ten ostatni rok, o niewielką sumę miesięcznie, resztę sobie dorobi. […] Pan Walerian [...] jakoś dziecinnie i bezradnie się spłoszył. I w tym popłochu, trzepocąc grubymi rękai przy twarzy czerwonej i wielkiej, powtarzał: - Ja nic, ja nic, to idź i matki, ja nic nie wiem. Matka ma wszystkie rachunki. [...] Pani Żancia powiedziała tak: […] Ale sam przecież dobrze wiesz: straciliśmy wszystko. Widzisz, jak tu żyjemy. [...]
- No trudno, mamo - powiedział. - Jakoś jeszcze i teraz będę sobie musiał poradzić. […]
Pani Żancia lubiła poranną samotność, która dawała jej spokojnie o wszystkim pomyśleć. Rano piła ziółka i zawsze potem im dłużej spacerowała, tym lepiej skutkowały. Chodziła po krzyżujących się i powracających do siebie alejach i myślała o swym życiu rozległym, pełnym wspomnień, nie wolnym od trosk, a przecież w całości tak szczęśliwym. Strata jednego i drugiego majątku, trochę lekkomyślne usposobienie męża, trudny charakter Zenona, jego upór i brak szacunku dla rodziców - z tym wszystkim nie było łatwo sobie poradzić. A przecież nieboszczyk, który tak ją kochał, któremu dochowała wiary przez całe życie, był lepszy od innych, był rozumny i sprawiedliwy. Gdy źle postąpił, umiał uznać swój błąd, umiał żałować i w sposób serdeczny okazać swą skruchę, a krzywdę wyrządzoną nie tylko wobec niej naprawić. Byli ze sobą długie lata szczęśliwi.
Elżbieta Biecka i jej matka
Elżbieta [opiekując się chorą panią Kolichowską] pomyślała o matce, która nie pielęgnowała jej nigdy w chorobie.
Och, tamtej urody nie uszkodziły lata. Ostatniej wiosny napatrzyła się jej do woli. Uczuła jeszcze teraz zapach powietrza, gorzki od nagrzanych południowych liści. Stała za matką na dużym balkonie nadwodnej willi. […] Matka była zdenerwowana, naprzód spieszyła się, a teraz czekała niecierpliwie. Lepiej było milczeć. Elżbieta z ciekawością przyglądała się jej sukni. Była z mszystej, mięciutkiej wełny białej i zapinała się na piersiach ukośnie na trzy guziki, trzy okrągłe kawałki różowego koralu. Na szyi nie było pereł, tylko sznurek takich samych, trochę drobniejszych różowych korali. Nadęte, rozgniewane usta były pomalowane jasnym karminem. I jeszcze coś bladoczerwonego, jakaś kokarda z emalii uczepiona była do każdego z białych, mszystych pantofelków. Była cała czysta, świeża, zbytkowna, gładka – bez jednej zmazy. Była czymś najpiękniejszym, co się da pomyśleć. Była bezużyteczna, była tylko do ozdoby. Jak można mieć taki profil i żeby to było żywe!
Nie była matką, była zwyczajnie drugą kobietą. Jej piękność, jej cała jakość była tylko męczarnią. Maskowała się tak niedbale. Obie ręce trzymała na poręczy balkonu – i także te ręce były piękne i miały koralowe paznokcie. Bez słowa patrzyła przed siebie, ściągając brwi. Ale nie na jezioro. Ani na góry tamtego brzegu – lekkie, jakby wydmuchane z niebieskiego kurzu, ani białe żagle, nadciągające po wodzie świetlistej i zielonej jak grynszpan – nie były dla niej warte widzenia. Patrzyła na kratę małej bramy w murze, bo tędy miał znowu teraz przyjść któryś z jej mężczyzn.
Nie uśmiechnęła się, gdy wszedł. Uśmiechała się niezmiernie rzadko, była piękna pochmurnie i gniewnie. Ale za to jej uśmiech znaczył o wiele więcej niż u innych. Był nie tylko łaskawy i dziecinnie niezaradny, był jeszcze pełen dobroci. Dlaczego Elżbieta myślała o niej, że jest niedobra?
Rodzina Zenona i Elżbiety
Panu Walerianowi też podobała się przyszła synowa. […] Gdy odjeżdżali, pani Żancia dała Elżbiecie sygnet z herbem Ziembiewiczów i obiecała przysłać całe tuziny bielizny, obrusów i podpinek, okrytych haftami. - Nie mam córki, to komu ja to wszystko zostawię - tłumaczyła. Oglądały i wybierały razem te skarby kobiece, których solidność przerażała Elżbietę, przyzwyczajoną do cienkich, nietrwałych batystów. Dziwiła się, że ta ich sprawa tak bardzo własna, ich miłość i ślub, nagle przyciąga oto zewsząd różne dobro, raduje ludzi dotąd jej obcych; […]
Musiał mówić. Uczuwał w tym ulgę, gotową łatwość, gorzką przyjemność. Wyznawał Elżbiecie swą zdradę – jakby to było już przewidziane, wiadome z góry. Przypomniał sobie, że tak samo ojciec wyznawał matce swoje winy. Ale wtedy to było śmieszne. [...]
– Słuchaj, Elżbieto, nie powinnaś patrzeć na to tak, jak to wygląda. Powiesz, co zechcesz
– i tak będzie, jak będziesz chciała. Ale musisz to zrozumieć, ty właśnie musisz, że to nie jest jak zawsze, że to nie jest takie pospolite, że tam ona, a tutaj ty. Tak często bywa, ja wiem, ale to tylko pozór jest taki… A dno jest inne.
Nie umiał powiedzieć, na czym polega ta różnica. Chyba że każda rzecz najpospolitsza od wewnątrz jest jedyna. [...]
Od tak dawna nie było między nią i Zenonem rozmowy o Justynie. I Elżbieta bała się zakłócić tę ciszę, która rozpostarła się nad tamtą sprawą. Zenon był pierwszy, który zaczął o tym mówić. Było to w parę tygodni po spotkaniu przy furtce. Zaczął niedbale, jak gdyby szło o rzecz mało ważną. - Musisz mi znowu pomóc, Elżbieto. Siedzieli oboje na górze w sypialni. Szerokie nie zasłonięte okno wychodziło na ciemną noc październikową. Wewnątrz było jasno, ciepło i bezpiecznie. - Co się stało? - spytała powoli. - Coś trzeba zrobić z tą Justyną. Ona jest znowu bez miejsca […].
Elżbieta zatelefonowała do pani Tawnickiej i w tydzień później Justyna miała już nową pracę. […] Elżbieta podeszła do tych pań, by kasjerce z cukierni Chązowicza jeszcze raz podziękować za umieszczenie tam Justyny [...]
- Na imię ma Walerian, jak jego dziadek - odpowiedziała skwapliwie. Jej szczupłe policzki zrobiły się różowe. - W tym tygodniu zaczął czwarty miesiąc - mówiła dalej, już nie pytana. - Jak do nas przyjedziesz, musisz go zobaczyć. To jest coś bardzo dziwnego, takie dziecko. Mały kot albo szczenię też nie bawią się tak zaraz od początku. Ale w porównaniu ze zwierzętami mały człowiek wydaje się bardziej nieszczęśliwy. Walerian nie płacze więcej niż inne dzieci, a jednak płacze o byle co. Gdy chce spać, gdy chce jeść, gdy ma się kąpać... Jak gdyby go bolała rzeczywistość. Chociaż widziałam taką rybę - ona oddychała cierpiąc. […]
Gdy odjechali Ziembiewiczowie, pani Cecylia, zmęczona nadmiarem wrażeń, kazała się rozebrać i poszła do łóżka. Musiała zebrać myśli, musiała odpocząć. Bo oto odjazd Elżbiety, która spieszyła do domu, by w porę nakarmić Waleriana, na nowo rozranił jej serce, jak zawsze dawniej. […]
Elżbieta wybiegła do przedpokoju. Dotąd jeszcze po paru godzinach rozstania witali się jak kochankowie. Żyła w niepokoju, który z niego szedł i wokół niego się oplatał. A tylko przy nim mogła o niepokoju tym zapomnieć. - Czekałaś, tęskniłaś? - upewniał się, żądając, by odpowiadała mu słowami. - Kochasz? Mówiła, czego chciał. Od tych słów, powiedzianych jeszcze raz, gorąco przenikało ich ciała.
Z Elżbietą spotykały się przy dziecku na górze. Pani Żancia mówiła o synowej, że jest matką rozsądną, nie przesadną, że dziecko dobrze chowa. Obie z uwagą przyglądały się jego kąpieli, jego jedzeniu, jego złemu i dobremu humorowi. Często płakał, niekiedy także się śmiał. Gdy był nagi, zadzierał tłuste nóżki do góry z niedołężnym wdziękiem, a one całowały go w rączki i podeszwy. Pani Żancia dawała naturalnie swej synowej rady i nauki, zawsze jednak w formie pochwały: "Dobrze robisz, że go tak od małego hartujesz. Dobrze robisz, że dłużej rano się wysypiasz. Dobrze robisz, że dbasz o siebie." […]
Po śmierci Ziembiewicza wdowa wyjechała do rodziny za granicę, pozostawiając syna pod opieką babki. Pani Ziembiewiczowa z wnukiem zamieszkała w dawnym mieszkaniu pani Kolichowskiej przy ulicy Staszica, korzystając z gościny Karola Wąbrowskiego, i oddała się wychowaniu małego Waleriana.
Rodzina we współczesności
Baczyński Krzysztof Kamil, Elegia o...,
Oddzielili cie, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami drzew płynące morze.
Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula, synku, czy to serce pekło?
20. III. 1944 r.
Źródło:
http://www.baczynski.art.pl/wiersze/158-W.html
Zobacz też:
https://www.youtube.com/watch?v=dR0aiXmNWzg
T. Borowski, Dzień na Harmenzach,
Tadeusz Borowski, Dzień na Harmenzach, Fragment I - Becker
- Ty się, Beker, odczep ode mnie ze swoją filozofią i zajmij się lepiej ziemią i łopatą, compris. Ale żebyś wiedział: będziesz zdychał, to cię jeszcze dobiję, rozumiesz? A wiesz za co? - Za cóż to? - Za Poznań. A może to nieprawda, że byłeś lageraltesterem w żydowskim lagrze pod Poznaniem? - No to co, że byłem? - A zabijałeś ludzi? A wieszałeś ich na słupku za głupią ukradzioną kostkę margaryny albo za bochenek chleba? - Wieszałem złodziejów. - Beker, mówią, że jest na kwarantannie twój syn. Ręce Bekera kurczowo ujęły trzon łopaty, a wzrok jego począł uważnie obejmować mój tułów, szyję, głowę. - Ty, puść tę łopatę, nie patrz tak bojowo. Może to nieprawda, że to syn kazał ciebie zabić za tamtych z Poznania? - Prawda - rzekł głucho. - A drugiego syna powiesiłem w Poznaniu, ale nie za ręce, tylko za szyję, bo ukradł chleb. - Bydlę! - wybuchnąłem. Ale Beker, starszy, siwawy śyd, skłonny nieco do melancholii, był już spokojny i opanowany. Popatrzył na mnie z góry, prawie z pogardą.
- Jak długo siedzisz w obozie? - O... parę miesięcy. - Wiesz, Tadeusz, bardzo cię lubię - rzekł niespodziewanie - ale ty głodu to tak naprawdę nie zaznałeś, co? - Zależy, co to jest głód. - Głód jest wtedy prawdziwy, gdy człowiek patrzy na drugiego człowieka jako na obiekt do zjedzenia. Ja już miałem taki głód. Rozumiesz? - A gdy milczałem i tylko od czasu do czasu stukałem kluczem o szyny i machinalnie oglądałem się na lewo i na prawo, czy nie idzie kapo, ciągnął: - Nasz lager - tam - był mały... Tuż obok drogi. Drogą chodzili ludzie ładnie ubrani, takie kobiety. Na przykład w niedzielę do kościoła. Albo młode pary. A dalej wieś, taka zwykła wieś. Tam ludzie mieli wszystko, o pół kilometra od nas. A myśmy brukiew... człowieku, u nas ludzie żywcem chcieli się zjadać! I co, miałem nie zabijać kucharzy, co za masło kupowali wódkę, a za chleb papierosy? Mój syn kradł, to go też zabiłem. Ja jestem tragarz, to znam życie. Przyglądałem mu się ciekawie, jak nowemu człowiekowi. - A ty, a ty też tylko twoją porcję jadłeś? - To co innego. Ja byłem lageraltesterem.
W. Broniewski, Ballady i romanse, 1945,
"Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha...
To dzień biały, to miasteczko..."
Nie ma miasteczka, nie ma żywego ducha,
po gruzach biega naga, ruda Ryfka,
trzynastoletnie dziecko.
Przejeżdżali grubi Niemcy w grubym tanku.
(Uciekaj, uciekaj Ryfka!)
"Mama pod gruzami, tata w Majdanku..."
Roześmiała się, zakręciła się, znikła.
I przejeżdżał znajomy, dobry łyk z Lubartowa:
"Masz, Ryfka, bułkę, żebyś była zdrowa..."
Wzięła, ugryzła, zaświeciła zębami:
"Ja zaniosę tacie i mamie."
Przejeżdżał chłop, rzucił grosik,
przejeżdżała baba, też dała cosik,
przejeżdżało dużo, dużo luda,
każdy się dziwił, że goła i ruda.
I przejeżdżał bolejący Pan Jezus,
SS-mani go wiedli na męki,
postawili ich oboje pod miedzą,
potem wzięli karabiny do ręki.
"Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, sie Juden,
za koronę cierniową, za te włosy rude,
za to, żeście nadzy, za to, żeśmy winni,
obojeście umrzeć powinni."
I ozwało się Alleluja w Galilei,
i oboje anieleli po kolei,
potem salwa rozległa się głucha...
"Słuchaj, dzieweczko!...Ona nie słucha..."
Marek Hłasko, Śliczna dziewczyna*,
Była to rzeczywiście śliczna dziewczyna. […] Dziewczyna siedziała na ławce z chłopcem. Chłopiec nie mógł mieć więcej lat od niej - to znaczy dziewiętnaście lub dwadzieścia. Był także ładny, lecz ona gasiła go każdym, nawet najbardziej nieznacznym ruchem lub spojrzeniem. Ta dziewczyna miała w sobie kawał słońca - tak myśleli przechodzący tędy. [...] Chciała coś powiedzieć, lecz przechodził koło nich jakiś mężczyzna w granatowym kiepskim garniturze.
Był to nieznaczny urzędnik: nie osiągnął w życiu niczego, gdyż brakło mu i talentu, i wytrwałości. Jak każdy tego rodzaju człowiek uważał się jednak za skrzywdzonego i niezrozumianego. Popatrzył na śliczną dziewczynę i pomyślał: "Mój Boże! Gdybym ja miał taką! Może by to wszystko zaczęło być inne? Taka kobieta może odmienić wszystko; może dla niej wziąłbym się jeszcze za coś? A tak - złamane życie. Ech, cholera! Muszę iść do kina. Człowiek zaczyna się rozklejać..." Posmutniał i przyśpieszył kroku.
Skoro tylko przeszedł, dziewczyna zapytała chłopca:
- Dasz czy nie?
- Nie lubię się powtarzać - odparł.
Patrzyła na niego swymi ciemnymi oczyma i rzekła cicho:
- Ty skurwysynu.
Roześmiał się. Kopnął czubkiem buta kamyk leżący na ścieżce i powiedział bardzo cichym, melodyjnym głosem:
- Popełniasz małą omyłkę: nie jestem twoim dzieckiem.
- Gdybyś był moim dzieckiem - rzekła - wiedziałabym, co z tobą zrobić.
Spojrzał na nią z ukosa i odparł:
- Dlaczego więc radzisz się mnie, co zrobić ze swoim?
- Jest także i twoje.
- Ty bardzo pięknie mówisz - rzekł - i na pewno bardzo wzruszająco. Ale ja nie byłem wtedy sam. Był i Mietek, i Roman, i jeszcze paru innych. Dlaczego przychodzisz do mnie po forsę? Czy ja jestem świętym Mikołajem?
- Ja z tamtymi nic nie miałam.
- Wychodziłaś z nimi na dwór.
- Po to, żeby odetchnąć i przejść się kawałek. Była wtedy taka piękna noc...
- Ach tak - powiedział obojętnie. Zgasił papierosa i oparłszy ramiona o poręcze ławki, przeciągnął się. Patrzył chwilę na wygasające niebo, potem rzekł: - Przykro mi, ale ja już dawno przestałem wierzyć w cuda. Jeszcze nie słyszałem, aby dziewczyna szła w nocy nad rzekę z mężczyzną li tylko po to, aby popatrzeć na księżyc. Zwykle księżyc w takim wypadku kapuje na nich. [...]
Dziewczyna powiedziała do chłopaka:
- Dobrze. Jak chcesz. Ale ja cię załatwię. Inni też dowiedzą się o naszej słodkiej tajemnicy. Wylecisz na zbity łeb. Zapomnisz, że chciałeś zostać inżynierem, mój drogi. Już ja ci pomogę.
Nie drgnąwszy odparł:
- Miła, zaczynasz być śmieszna, a to źle. Ja osobiście niczego w życiu nie boję się tak jak śmieszności.
- Mimo to będziesz śmieszny.
- Niezupełnie. Ja także mogę ci przypomnieć o pewnych faktach. Na przykład taki: jest noc, pewien chłopak będący w wojsku myśli o swej dziewczynie i marzy o chwili, kiedy będą razem. Pełni oczywiście wartę... Ładne, prawda? Tymczasem... - Zbliżył ku niej twarz i powiedział twardo: - Tymczasem dziewczyna bawi się w "Kameralnej" z dwoma podtatusiałymi facetami, którzy mają jeszcze sklepiki na ulicy Chmielnej i sflaczałe nogi. Ta dziewczyna jedzie potem do jednego z nich, a jest zupełnie zalana. I potem ta dziewczyna barłoży się z tymi facetami do rana. Rano oczywiście opowiada im wzruszającą historyjkę o tym, że jej ojciec siedzi niewinnie w więzieniu i że ona z matką cierpią głód. Potem pożycza od jednego z nich pięćset złotych i kupuje sobie dwie pary nylonów. Życiowe, co?
- Tak sobie. Znam bardziej ciekawe bajeczki. Słyszałam historię o takim młodym chłopaku, który sfałszował pewne dane w ankietach, aby dostać się na studia, i wygłaszał wzruszające rzeczy do czasu, kiedy było mu to potrzebne. Nauczył się nawet mówić gwarą podwarszawską, gdyż utrzymywał, iż jest autentycznym proletariuszem. Tymczasem tatunio przysyłał mu paczki z Nowego Jorku, tak że chłopak był nawet nieźle ubrany, gdyż tatunio umiał i tam robić ciekawe interesy. Tatunio, ten bezrobotny tokarz z ankiety. Jak myślisz: interesujące?
- Dam ci połowę - rzekł. - O resztę postaraj się sama.
- Nie, miły - rzekła. - Dasz wszystko albo...
- Albo co? - przerwał, brutalnie ścisnąwszy jej rękę.
- Nic. Nie będę się powtarzać. Nie chcę być śmieszna. Ja także niczego nie boję się tak jak śmieszności.
- Dobrze - rzekł twardo. Popatrzył na nią ciężko; uśmiechnęła się szyderczo. - Dam ci forsę za dwa tygodnie - powiedział.
- Wcześniej. To już i tak za późno.
- Trzeba było uważać, psiakrew!
- Komu ty to mówisz?
- Nie na wszystko trzeba się zgadzać, ty...
- Ciszej - syknęła.
Obok nich przechodziła para staruszków; byli siwi i zgarbieni. Przeżyli z sobą już wiele lat: byli wierzący i uważali, iż każdy dzień na tej ziemi darowany im jest od Boga. Dziękowali mu za to. Staruszka spojrzała na dziewczynę i rozpłakała się nagle.
- Co ci jest? - zapytał mąż.
- Dlaczego Bóg nam nie dał takich pięknych dzieci? - rzekła. - Dlaczego nam nie dał takich dzieci?
Staruszek uścisnął jej pomarszczoną i wiotką dłoń.
- Kochaliśmy się - rzekł. - Było nam dobrze. Bóg nam przebaczy, że nie zostawiamy nikogo. To przecież nie z naszej winy.
- Tak - powiedziała z trudem. Otarła łzy i westchnęła: - Jednak byłoby o wiele lepiej...
Zgarbieni odeszli w zielone alejki. Chłopak rzekł:
- Ja ci to zorganizuję. - Chwilę milczał, potem dodał: - Poczekam aż wyjdziesz za mąż.
- To co wtedy?
- Będziesz miała dzieci, dom, męża.
- To co wtedy?
- Nic. Zajdę czasem do was, poznasz nas ze swoim mężem... Pogada się czasami o starych dziejach.
- Więc w przyszłym tygodniu?
- Tak.
- Dobrze - rzekła. Podniosła swoją wspaniałą twarz do góry i na chwilę rozświetliło ją zachodzące słońce; każdy jej włos, każdy kawałek skóry, jej oczy, usta, ramiona, wszystko było przesiąknięte słońcem i pełne słońca. Patrzyła na zielone kopuły drzew, potem rzekła cicho: - Długo będziesz czekał.
- Na miłość długo się czeka.
- Ach, tak - szepnęła.
Nie rzekła już ani słowa; na twarzy jej gasła zorza, gdyż słońce uciekało za drzewa. W ostatnich jego promieniach ujrzało dziewczynę dwóch mężczyzn spieszących z pracy do domu. Obaj byli starszymi ludźmi; mieli poorane twarze i siwe włosy na skroniach. Jeden z nich, niższy, spojrzał na dziewczynę i na twarzy jego odmalował się ból.
- Co ci jest? - zapytał wyższy. [...]
- Czasem jednak ciężko pomyśleć, że nigdy się nie miało takiej dziewczyny.
- Głupstwo - rzekł drugi. Dał sójkę w bok niższemu i powiedział: - Czy to w końcu ważne? Najważniejsze, że one są, że są taki piękne, że kochają swoich chłopaków i że są kochane.
Źródło:
http://mardziusz.w.interia.pl/opowiadania/mh/slicznadziewczyna.html
T. Różewicz, Matka powieszonych,
Różewicz koncentruje uwagę na matce, której doświadczenie wojny i utraty zostaje wpisane w przestrzeń miasta i obojętnego tłumu. Obserwuj, jak obraz ciała i ruchu bohaterki wyraża jej cierpienie.
Matka powieszonych
Ociera się o szorstką skórę tłumu.
Tu
po ulicy chodzi
matka powieszonych
czarna
srebrną głowę niesie
w dłoniach
ach jak ciężka bryła
wypełniona nocą
rozsadzona światłem
pomylona krąży
i śpiewa i śpiewa
w butach z krzywym obcasem
z jałowym łonem
zwiędłą piersią
pomylona syrena wyje
do obrzękłego nad miastem księżyca
ołowianymi stopami stąpa
po betonie ulic
matka powieszonych
z księżycem u szyi
idzie na dno
ociera się o szorstką łuskę tłumu
1946
W kontekście rodziny wiersz pokazuje macierzyństwo poprzez doświadczenie nieodwracalnej straty. Postać matki staje się zarazem figurą osobistej żałoby i szerszego doświadczenia rodzin dotkniętych wojenną przemocą.
Źródło: Tadeusz Różewicz, „Matka powieszonych”, [w:] tegoż, „Niepokój”, Kraków 1947.
Anita Karwowska, Dziecko a żłobki,
http://www.calapolskaczytadzieciom.pl/index.php?opcode=WYBIERZ_STRONE¶m1=205
Sylwia Kita, Psychoza pedofilii,
Gdzie jest granica między troską o bezpieczeństwo dzieci a rozsądkiem
Jeszcze dziesięć lat temu ubieranie kilkuletnich dzieci w stroje kąpielowe traktowane było jako dziwactwo, dzisiaj – dziwactwem jest pozwolenie dziecku biegać nago po plaży.
Kilka dni temu świat obiegła informacja o pewnym Angliku, który robił zdjęcia swojemu czteroletniemu synkowi. Mężczyzna został posądzony przez ochroniarza sklepu i policjanta o pedofilię. Na nic zdały się tłumaczenia, iż chłopiec to jego syn. Podobnych sytuacji jest coraz więcej.
Pod wpływem telewizyjnych i prasowych doniesień zaczynamy ulegać społecznej psychozie, iż wszędzie jest pełno pedofilów, którzy tylko czekają aby skrzywdzić dziecko. Nie ulega wątpliwości, iż dobro dzieci jest najważniejsze, ale czy lęk o nie nie wymyka nam się spod kontroli? Wiele osób w obawie przed napiętnowaniem i niesłusznym posądzeniem o pedofilię rezygnuje z wywołania, zrobionych na przykład w kąpieli, nagich zdjęć swoich pociech. Co więcej, zaczynamy podejrzliwie traktować tatusiów, którzy z uczuciem przytulają swoje dzieci, nie mówiąc już o czułym dotykaniu dzieci znajomych. Proszę sobie wyobrazić, sytuację w której córka będzie chciała się przytulić, a w zamian usłyszy „odejdź, jesteś już za duża”? Tymczasem badania przeprowadzone przez Fundację Dzieci Niczyje wykazały, iż największym zagrożeniem są serwisy umożliwiające anonimową komunikację on-line. Aż 64 proc. dzieci przyznało się, iż w ciągu ostatniego roku podało obcemu swój numer telefonu, 42 proc. - adres zamieszkania, a 44 proc. przesłało swoje zdjęcie. Lepiej uczyć dzieci zasad bezpiecznego korzystania z Internetu, niż straszyć je pedofilami na ulicy i samemu wpadać w panikę.
Dr Sylwia Kita, 6 marca 2010
Źródło:
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1503976,1,gdzie-jest-granica-miedzy-troska-o-bezpieczenstwo-dzieci-a-rozsadkiem.read
Fotografia: John Stanmeyer, Signal, 2013.
John Stanmeyer, Signal, 2013
Rodzina. Motyw rodziny w literaturze, malarstwie, filmie i muzyce
Literatura podmiotu do motywu rodziny
- Baczyński Krzysztof Kamil Elegia o chłopcu polskim
- Biblia
- Broniewski Władysław Anka
- Broniewski Władysław Ballady i romanse
- Dąbrowska Maria Noce i dnie
- Defoe Daniel Robinson Cruzoe
- Dostojewski Fiodor Zbrodnia i kara
- Ewangelia według św. Jana
- Ewangelia według św. Mateusza
- Goethe Johan Wolfgang Król Olszyn
- Gombrowicz Witold Ferdydurke
- Grochola Katarzyna Nigdy w życiu
- Günter Grass Blaszany bębenek
- Hemingway Ernest Stary człowiek i morze
- Ibsen Henryk Dzika kaczka
- Kochanowski Jan Na dom w Czarnolesie
- Kochanowski Jan Pieśń świętojańska o sobótce
- Kochanowski Jan Treny
- Konopnicka Maria Mendel Gdański
- Krasiński Zygmunt Nie-boska komedia
- Kuczok Wojciech Gnój
- Kuncewiczowa Maria Cudzoziemka
- Lament świętokrzyski (Posłuchajcie Bracia miła...)
- Legenda o św. Aleksym
- Ligocka Roma Dziewczynka w czerwonym płaszczyku
- Mickiewicz Adam Dziady część III
- Mickiewicz Adam Lilie
- Mickiewicz Adam Powrót taty
- Miłosz Czesław Dolina Issy
- Molier Skąpiec
- Molier Świętoszek
- Mrożek Sławomir Tango
- Nałkowska Zofia Granica
- Niemcewicz Julian Ursyn Powrót posła
- Orzeszkowa Eliza Nad Niemnem
- Orzeszkowa Eliza Tadeusz
- Parandowski Jan Mit o Demeter i Korze
- Parandowski Jan Mit o Niobe
- Prus Bolesław Antek
- Prus Bolesław Kamizelka
- Prus Bolesław Lalka
- Rej Mikołaj Żywot człowieka poczciwego
- Reymont Władysław Stanisław Chłopi
- Salinger J. D. Buszujący w zbożu
- Schmitt Éric-Emmanuel Oskar i Pani Róża
- Schulz Bruno Sklepy cynamonowe
- Sienkiewicz Henryk Janko muzykant
- Słowacki Julian Balladyna
- Słowacki Juliusz Do matki
- Terakowska Dorota Poczwarka
- Zapolska Gabriela Moralność Pani Dulskiej
- Żeromski Stefan Ludzie bezdomni
- Żeromski Stefan Przedwiośnie
- Żeromski Stefan Zapomnienie
- Żeromski Stefan Zmierzch